Na marginesie „Ostatnich dni Europy” Waltera Laqueura

Historia ludzkości jest historią rozkwitów, zmierzchów i upadków cywilizacji. Dostrzegali to najwięksi z historiozofów, jak Toynbee, czy Spengler. Książka „Ostatnie dni Europy” Waltera Laquerera, ma nieco odmienny charakter i mniejszy ciężar gatunkowy niż wielkie syntezy klasyków, Laqueur nie pretenduje do historiozoficznej syntezy, oddając się jedynie trafnej analizie teraźniejszości i wskazaniu kierunku, w którym europejska teraźniejszość niechybnie zmierza.

Niewątpliwą i wielką zaletą wykładu Laqueura jest otwarcie na rzeczywistość. Polscy intelektualiści, zarówno prawicowi jak i lewicowi, żyją w świecie ideologicznych konstruktów, przykładając do rzeczywistości społecznej swoje konceptualizacje, często dawno przeterminowane, nie dostrzegając zupełnie istotnych zmian, jakie zaszły w politycznej i społecznej rzeczywistości Europy w ciągu ostatniego półwiecza. Nie chodzi tutaj o fałszywy „koniec historii” europejskiej integracji – lecz o faktyczne, istotne zmiany w europejskiej mentalności, charakterze, wreszcie również w biologicznej substancji, stanowiącej bazę dla naszej kultury (czy raczej, za Spenglerem, już nie kultury, lecz cywilizacji).
Intelektualiści lewicowi w nieskończoność bronią Polski przed krążącym widmem strasznego antysemityzmu, jakby na uniwersytetach ciągle obowiązywały getta ławkowe, zaś intelektualiści prawicowi w swoich filipikach przeciwko niemieckiemu imperializmowi w nieskończoność międlą temat Odwiecznego Planu Zniszczenia Narodu Polskiego, nie zauważając zupełnie, że równie dobrze mogliby ostrzegać przed nowym potopem szwedzkim, bo kulturowo wykastrowani, obezwładnieni poczuciem winy i wymierający Niemcy XXI wieku akurat tyle mają wspólnego z ekspansywnym duchem pruskim, co współczesne szwedzkie lesbijki z Karolem Gustawem i szwedzką rajtarią. Nieliczni intelektualiści środka popełniają zaś błąd największy z możliwych – pogrążają się w dobrotliwej apatii, twierdząc, że za sprawą żółtych gwiazdek na niebieskim tle historia już się skończyła.

Zainteresowanie rzeczywistością, faktycznym jej stanem, występuje wyłącznie na tyle, na ile jakiegoś wydarzenia (wystąpienia Eriki Steinbach, przyprawienia rabina Schudricha sprayem pieprzowym, etc.) można użyć jako pouczającego exemplum. Mamy najczęściej do czynienia z absolutnym prymatem ideologicznego konstruktu, nie doczekały się jeszcze nasze czasy swojego Tocquevilla, który potrafiłby tak opisać post-nowoczesność, jak Tocqueville opisał demokrację w Ameryce.

Laqueur nie daje nam może tak przenikliwej, socjologicznej analizy jak Tocqueville, lecz, co ważne, koncentruje się wyłącznie na rzeczywistości. W bardzo jasnym i klarownym wykładzie opisuje kondycję współczesnej Europy, koncentrując się na trzech elementach: muzułmańskiej diasporze, demograficznym krachu i, w nieco mniejszym stopniu, na trudnościach gospodarczych. Część poświęcona gospodarce jest stosunkowo najmniej interesująca, wynika zresztą przede wszystkim z przesłanek, zawartych w analizach demograficznych perspektyw Europy, nie będę się nią więc tutaj więcej zajmował.

Wizje problemów demograficznych Europy u Laqueura opierają się oczywiście na prostej ekstrapolacji aktualnie panujących trendów w przyszłość i podzielają słabość każdej w zasadzie futurologii, która prawie zawsze opiera się na przesłankach, że w przyszłości będzie tak, jak teraz, tyle, że bardziej. Laqueur zdaje się dostrzegać tę wewnętrzną słabość pisania o przyszłości i w wielu miejscach zastrzega się, iż jego przewidywania mają sens tylko jeśli w nie wydarzy się coś, co mogłoby w sposób nagły odwrócić panujące dziś trendy.

Trudno się jednak z Laqueurem nie zgodzić, kiedy pisze, że nic zgoła nie zapowiada nadejścia takiego zwracającego nagle koleje historii wydarzenia. Trudno wręcz w gęstej substancji społecznej znaleźć miejsce, w którym taki katalizator zwrotu mógłby się pojawić – chociaż, oczywiście, historyczne zwroty zawsze zaskakiwały swoich świadków.

Wniosek z „Ostatnich dni Europy” jest, w każdym razie, bardzo prosty – o końcu Europy zdecydują dwa zasadnicze czynniki: muzułmańska imigracja i ujemny przyrost naturalny wśród białych.

Analizując napływ muzułmańskich imigrantów do Europy, Laqueur zwraca uwagę na szereg faktów istotnych do zrozumienia jej specyfiki. Po pierwsze, porównuje muzułmanów do niemuzułmańskich imigrantów z Indii czy z Dalekiego Wschodu, zauważając zasadnicze różnice w w stosunku do europejskości między wyznawcami islamu, a innymi emigrantami z odległych krajów. Obserwacje Laqueura potwierdzi zresztą każdy, kto przespacerował się ulicami Londynu albo Warszawy: Hindusi, Wietnamczycy lub Sikhowie są imigracją poniekąd „starego typu”, ich imigracja do Europy jest imigracją zarobkową, tak jak chociażby europejska imigracja do USA w XIX wieku, i inne, podobne. Po przyjeździe zajmują się ciężką pracą, ze wszystkich sił unikając konfliktów z gospodarzami, w pokornym konformizmie wobec panujących na miejscu norm. Uprzejmi Sikhowie w turbanach, prowadzący chyba większość sklepików spożywczych w Londynie, czy pracowici Wietnamczycy w Warszawie, nie podpalają samochodów.

Tymczasem, z imigracją muzułmańską jest inaczej. Laqueur podkreśla, że konstytuująca jej charakter cechą jest właśnie islam – geograficzna czy etniczna różnorodność ma znaczenie daleko mniejsze, niż odrębność religijna, łącząca wszystkich muzułmanów – Turków, Pakistańczyków, Arabów – we wspólnotę, ummę. I to właśnie dzięki islamowi imigracja ta ma raczej charakter pełzającego podboju. W szkolnych atlasach historycznych mapy epoki wielkiej wędrówki ludów upstrzone są różnobarwnymi strzałkami, obrazującymi ruchy barbarzyńskich plemion od dziczy do cywilizacji. Być może napływ Turków do Niemiec, północnoafrykańskich Arabów i Berberów do Francji i Pakistańczyków do Wielkiej Brytanii również powinien być zaznaczony taką zmieniającą układ sił strzałką, nie wiemy przecież na pewno jaki dokładnie miały charakter te historyczne migracje – czy były to zwarte masy ludzi płynące przez historię jak rzeka, czy raczej powoli cieknące strużki, przenikające do nowych krain.

Dziś, muzułmanie przybywają do Europy bez broni, lecz nie bezbronni, bo doskonale nauczeni wykorzystywać europejską, ideologiczną słabość i bez wątpienia nie w pokojowych zamiarach. Niczym Hitler w 1933 roku nie kryją, że używają wszystkich europejskich udogodnień, opieki społecznej i każącego promować „multietniczność”, historycznego kompleksu europejskich elit tylko po to, by w końcu zmieść europejską cywilizację z powierzchni ziemi, wcielając jej ziemie do uniwersalnego kalifatu.

To, że kalifat w Europie brzmi dziś jak temat filmu fantastycznego, oznacza jedynie, jak bardzo oszołomieni dobrobytem są Europejczycy początków XXI wieku. Klęskę bowiem Europa ponosi nie na polu bitwy, lecz w kołyskach.

Liczby, które przytacza Laqueur, są bezlitosne. W Europie przyrost naturalny nie zapewni nawet zwyczajnej wymiany pokoleń, w ciągu kilku dziesięcioleci dojdzie do tego, że większość Europejczyków stanowić będą starcy, na których nie będzie miał kto pracować. Nie będzie również miał kto walczyć. Jedynym lekarstwem na to będzie stymulowanie dalszej imigracji. Co sprawi, że gnuśna Europa zginie bez jednego wystrzału. This is the way the world ends. Not with a bang, but a whimper.

Największy dyskomfort przy lekturze rozdziałów poświęconych demograficznej śmierci Europy powoduje fakt, iż nie da się podjąć z nimi polemiki. O ile jeszcze Laqueura interpretacja postaw muzułmańskich imigrantów pozwalałaby komuś zdeterminowanemu oskarżyć tego wyjątkowo zdyscyplinowanego historyka o nierówne rozłożenie akcentów, podkreślanie zjawisk potwierdzających jego tezę i umniejszanie innych, to z prostymi wyliczeniami, ilu będzie za pięćdziesiąt lat Niemców, Francuzów lub Brytyjczyków, a ilu musiałoby być, aby Europa przetrwała, sensownie dyskutować się nie da, bo uderzają lakoniczną oczywistością: po prostu, wymieramy. A na miejsce, które opróżnimy, przyjdą inni.

I w tym momencie „Ostatnie dni Europy” są właśnie najdonioślejsze. Czytelnik uświadamia sobie nieuchronność końca i ta nieuchronność porusza najbardziej i najmocniej zmienia perspektywę. To jak wiadomość o złośliwym raku z przerzutami – nic już nie można zrobić, tylko odliczać dni do końca. Albo modlić się o cud.

Ma oczywiście książka Laqueura swoje braki. Przede wszystkim, drażnić może pewna jej doraźność, będąca może prawem eseju, w przeciwieństwie do syntetycznej monografii – Laqueur zbyt mocno i zbyt często angażuje się w spory z thinkthankowymi myślicielami, piszącymi bieżące książki na potrzeby bieżącej polityki, co nie przydaje, niestety, „Ostatnim dniom Europy” ważności, zwłaszcza przez wzgląd na ostateczną doniosłość tematyki. Kiedy pisze się o końcu liczącej dwa i pół tysiąca lat cywilizacji, można porzucić polemiki z niezbyt znaczącymi pracownikami „intelektualnych zapleczy polityki”, zajmującymi się wyłącznie najbardziej bieżącą tematyką. Temat prosi się wręcz o dzieło i obszerniejsze i, poniekąd, poważniejsze w przyjętej metodologii.

Brakuje też książce Laqueura refleksji nad tym, co doprowadziło Europę do progu jej dni ostatnich. A to wydaje się chyba najważniejszym w tej chwili pytaniem naszej cywilizacji: dlaczego giniemy? Prosta odpowiedź, że taka jest kolej rzeczy lub logika historii – nie wystarcza, czyżbyśmy więc musieli czekać tysiąc trzysta lat na swojego Edwarda Gibbona? Być może to właśnie nienawiść to tego, co przychodzi po upadku – Gibbon nie znosił przecież chrześcijaństwa, które obarczał winą za decline and fall of the roman empire – warunkuje jasne widzenie upadku przyczyn.

Brakuje również Laqueurowi historiozoficznego namysłu nad samym procesem upadku cywilizacji, ten namysł znajdziemy jednak bez trudu gdzie indziej, chociażby u Zdziechowskiego, Spenglera lub nawet u Gibbona. Laqueur napisał zaś raczej książkę, która, chociaż zwięzła, dostarcza tak dużej ilości danych, że mogłaby stać się świetnym materiałem, do spenglerowskiej w stylu, historiozoficznej syntezy europejskiej tożsamości. Bo, warto zauważyć, rzeczona europejska tożsamość przełomu wieków XX i XXI nie doczekała się jeszcze rzeczowej analizy, przez swoich traktowana jako zwieńczający człowieczeństwo stan post-historyczny, niejako domyślny, oczywisty sam przez się, a więc analizy nie wymagający. Wrogowie Europy zaś, nawet jeśli swoich analiz dokonują, aby znaleźć europejskiej tożsamości najsłabsze punkty, to nie zwykli się nimi dzielić.

Potraktować zatem należy książkę Laqueura jako materiał do pracy dla historiozofów. Na dostarczonych przez Laqueura danych i analizach, potężną syntezę mógłby zbudować chociażby Lech Jęczmyk, jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych polskich myślicieli, którego „Trzy końce historii, czyli nowe średniowiecze”, chociaż jest zbiorem tekstów lekkich gatunkowo, felietonów, w mojej biblioteczce stoi zaraz obok „Nowego średniowiecza” Bierdiajewa czy „W obliczu końca” Zdziechowskiego – bo i Jęczmyk jest bez wątpienia autorem tej klasy.

Jakie więc wnioski możemy wysnuć z lektury „Ostatnich dni Europy” na potrzeby współczesnej polskiej publicystyki czy literatury?

Po pierwsze, uważne czytanie Laqueura kazałoby nam niestety odrzucić szereg wątków, obecnych bardzo wyraźnie w paradygmacie konserwatywnego oglądu rzeczywistości.
Pierwszym jest wątek demoliberalnej Unii Europejskiej jako lewicowego imperium, zmierzającego w stronę postępowego totalitaryzmu. Pojawia się ten wątek, trudno mi rozsądzić, czy na serio, czy tylko w roli retorycznej figury, zarówno w publicystyce, i to różnych autorów, jak i w literaturze, szczególnie fantastycznej, gdzie występuje często topos totalitarnej Europy, rządzonej przez lewicowych i liberalnych ideologów, nie wahających się przed użyciem przemocy do obrony postępowego credo – praw zwierząt, homoseksualistów, walki z globalnym ociepleniem, etc. Takie toposy, dobrze rozegrane, pojawiają się w powieściach Ziemkiewicza, czy Wolskiego, czy ostatnio w „Requiem dla Europy” Pawła Kempczyńskiego, w formie zdecydowanie zbyt już nachalnej, co słusznie – chociaż chyba nieco zbyt nerwowo – skrytykował Jacek Dukaj w swoim tekście pt. „Wyobraźnia po prawej stronie”.

Tymczasem, jak wskazuje nam przykład Europy Zachodniej, laicyzacja wcale nie prowadzi do totalitaryzmu. To przyjemne, pisać taką publicystykę pod pozorem literatury: poopowiadać sobie o batalionach feministek, wydzierających kobietom dzieci z łon i zmuszających mężczyzn do kopulowania z kolegami z pracy, ale to wszystko albo figura retoryczna, albo nadmierna bojaźliwość autorów czy publicystów – słowem, bzudry.

W rzeczywistości laicka Europa jest miękka, niezdolna do przemocy wewnętrznej (która jest przecież warunkiem totalitaryzmu), odurzona dostatkiem i rozpustą, zainteresowana głównie konsumpcją, seksem i pochodnymi, oraz skoncentrowana na pokonywaniu komplikacji – postrzeganych jako tragedie – splotu tych dwóch wątków. Tym komplikacjom poświęcona jest znakomita większość współczesnej europejskiej twórczości, literackiej, filmowej i innej, bo też niewiele innego w ogóle jeszcze Europejczyków obchodzi. Są więc Europejczycy społeczeństwem niezdolnym do wydania z siebie aparatu przemocy i władców, koniecznych do wprowadzenia totalitaryzmu, ale ta niemoc ma szersze granice i są Europejczycy również niezdolni nawet do przemocy w imię obrony własnego „stylu życia” – czego jasno dowodzi opisana przez Laqueura absolutna niemoc europejskich państw względem islamskiej imigracji i na co słusznie wskazywała Orianna Fallacci. Muzułmanie w Europie na równi zaś nienawidzą Europy tradycyjnej, chrześcijańskiej jak Europy post-nowoczesnej, rozpustnej i próżnej.

Prawda jest więc o wiele bardziej przerażająca od fikcyjnych orwellowskich feministek, być może zbyt przerażająca nawet dla konserwatywnej publiki, która wiedziona instynktem zgubnym woli skupiać się na – słusznej skądinąd – walce z wrogiem wewnętrznym. Jednakowoż, demoliberalizm zdolny do przemocy wobec ludzi już narodzonych i zdolnych do obrony, nie byłby już demoliberalizmem. Byłby wtedy, być może, zdolny do obrony jeśli nie wartości, to przynajmniej materialnej i biologicznej substancji Europy. Dlatego twierdzę, że „totalitarny demo-liberalizm” to optymistyczna wizja, bo prawdziwa, demoliberalna Europa jest nagą, odurzoną narkotykami kobietą klęczącą w pyle, na łasce niechętnych jej domowi żołdaków. A może już nawet kobietą przerzuconą przez łęk siodła, wiezioną w miejsce, w którym akt się dokona, z twardą ręką porywacza na karku.

Jako krwawe oblicze demoliberalizmu często przedstawia się aborcyjny holocaust, jaki na ołtarzu łatwego życia składany jest każdego dnia we wszystkich, nie wyłączając Polski, europejskich krajach. Prawda jest jednak straszniejsza: ta krwawa ofiara nie dowodzi skłonności Europejczyków do przemocy, lecz tylko tego, że na ołtarzu własnego lenistwa i własnej gnuśności są skłonni złożyć nawet własne dzieci, niczym zbiorowy, laicki Abraham. Ci sami Europejczycy, którzy wcześniej dla łatwiejszego życia wycięli własne dzieci z łon swych kobiet, biernie patrzą przez okna, jak hordy śniadych barbarzyńców podpalają im samochody – wobec kogoś, kto potrafi się bić nie są w stanie bronić nawet własnego lenistwa.

Polski, w której imigracja muzułmańska nie jest problemem, rzecz nie dotyczy tylko pozornie, bo i tak, geopolityczną bezwładnością Rzeczpospolita dołączy gdzieś do ogona tego odurzonego rozkoszą europejskiego peletonu. Będzie miała swój udział w końcu Europy, kiedy wszystko się skończy, za jakieś 40 lat, bo wtedy już w sposób zasadniczy zmienią się proporcje islamskiej mniejszości i białej większości w Europie. I jest ta zmiana nieunikniona, jeśli się weźmie pod uwagę nieubłaganą demografię i niezdolność Europejczyków do przemocy względem obcych. Wtedy nastąpi ostateczny koniec cywilizacji europejskiej, jaką znamy. Być może, oczywiście, Europa zdoła wchłonąć tych śniadych pasterzy razem z ich islamem, tak jak Antyk wchłonął chrześcijaństwo i hordy jasnowłosych barbarzyńców z północy, ale to, co nastąpi potem, to będzie to już inna cywilizacja, nie nasza.

Oczywiście, Laqueur nie jest pierwszą Kasandrą. Początek końca wyznaczyć można w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy Europejczycy ostatecznie z ulgą porzucili kiplingowskie The White Man’s Burden i wyzwoleni z jarzma cywilizacyjnej misji oddali się dolce vita – słowem, kiedy przestali swych najlepszych synów skazywać na wygnanie, aby służyli tym, którzy białego człowieka stali się jeńcami, jak pisał Kipling, półdzieciom i półdiabłom. I już wtedy, czterdzieści prawie lat temu Raspail w „Obozie świętych” nie rozpoznał chronologicznego modelu najazdu, który w rzeczywistości wydarza się poprzez osmozę, przenikanie przez błony granic raczej niż ich rozerwanie – ale poza tym, gnuśną niemoc Europy oddał znakomicie, zarówno bezpośrednio, w fabule powieści, jak i w alegorycznej postaci biskupa, zatopionego w erotycznym transie na pokładzie płynącego w kierunku Europy hinduskiego statku.

Również inne obsesje konserwatywnej publicystyki tracą nieco na ważności po lekturze Laqueura. W Niemczech żyją trzy miliony Turków, i to takich nietkniętych raczej twardą ręką Mustafy Kemala, ojca Turków, który, niczym turecki Piotr Wielki, stwierdził, że jest tylko jedna cywilizacja – europejska i nakazał swoim tureckim ziomkom przybrać europejskie stroje, zgolić brody i ustanowić świecką i nacjonalistyczną republikę. Ci niemieccy Turcy nie są – jak elita tureckiej republiki – tureckimi nacjonalistami, nie czują się też związani jakimiś szczególnymi powinnościami wobec republiki niemieckiej, jako swoją postrzegają przede wszystkim wspólnotę islamu, ummę i to jej pozostają lojalni. Niemieccy Turcy rozmnażają się szybko i ciągle przyjeżdżają nowi, Niemcy zaś wymierają. Czy w obliczu tak wielkiego problemu wewnętrznego Niemiec, zwiększonego jeszcze gigantycznym niemieckim kompleksem historycznym, który moralnie i psychologicznie wiąże Niemcom ręce, ktoś może poważnie obawiać się jakiejś niemieckiej nowej Drang nach Osten? Współczesnych, kulturowo wykastrowanych Niemców, pokornie chylących czoła przed coraz liczniejszymi imigrantami z Turcji bez wątpienia nie nazwałby Roman Dmowski narodem poważnym.

O tym, że książka Laqueura falsyfikuje idiosynkrazje intelektualistów związanych z lewicą pisać szczegółowo nie trzeba, bo rzecz jest oczywista nawet na pierwszy rzut oka. Lewicowe dogmaty multi-etniczności, zajadłe zwalczanie wszelkich objawów ksenofobii, etc. są tylko przyspieszaniem nadchodzącego końca. Końca, po którym – dodać warto – na lewicową serdeczność względem obcych nowi gospodarze Europy raczej miejsca nie znajdą.

Podobnie upaść muszą rojenia umiarkowanych o sympatycznym imperium – a więc o Europie posthistorycznej, wiodącej sobie poczciwy, konsumpcyjny żywot w liberalnym raju, społecznie i socjalnie zaspokojonej, gospodarczo kwitnącej, Europie liberalnego konsensusu. Sympatyczne imperium niezdolne do obrony samego siebie nie może być podmiotem historii, stanie się przedmiotem, atrakcyjnym łupem do zdobycia. I biada tym, którzy z tajemniczego powodu uwierzyli, że żyjemy w czasach, w których nic się już nie może wydarzyć.

Biada zresztą nam wszystkim.

A co się wydarzyć może? Najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju wypadków to Europejczycy z pokolenia na pokolenie wymierający ze starości i zastępowani przez nie przyjmujących europejskiej kultury wieloetnicznych muzułmanów. Wieloetniczność muzułmanów w Europie doprowadzi zapewne do stworzenia zupełnie nowej cywilizacji (czy – za Spenglerem, kultury) islamu wyabstrahowanego z kontekstów arabskich, berberskich, tureckich, pendżabskich czy pasztuńskich, przesiąkniętego pozostałościami europejskiej kultury materialnej. Na naszą cywilizację składają się trzy wątki przeszłości – antyk, chrześcijaństwo i wojenne, rycerskie dziedzictwo barbarzyńców. Islam sprawi, że to nasza cywilizacja stanie się wątkiem przeszłości w nowej kulturze, złożonej z islamu, etnicznych dziedzictw muzułmanów z Afryki i Azji oraz, właśnie, z resztek naszej europejskości. I na pewno nie będzie to już nasza kultura – tak jak nasza Europa nie jest Europą gockiego wojownika czy rzymskiego patrycjusza.
Czy jest więc coś, co pozwalałoby nam myśleć o innym scenariuszu?

Nawet jeśli trudno dziś wyobrazić sobie wizję przeszłości alternatywną do wizji Laqueura, a jednocześnie równie przekonywującą i dobrze umotywowaną, to dobrze przypomnieć sobie fragment pamiętników Winstona Churchilla, w których wspomina on swoje oficerskie, kawaleryjskie czasy u schyłku ery wiktoriańskiej – kiedy młodzi, brytyjscy oficerowie z niepokojem myśleli o swoich karierach, przekonani, iż cywilizowane, europejskie narody ostatecznie już wyrzekły się wojny – gdzież więc będą zdobywać swoje medale i szlify? Martwili się o to na kilkanaście lat przed rzezią Wielkiej Wojny.

Szczepan Twardoch
Arcana, nr 83

7 thoughts on “Na marginesie „Ostatnich dni Europy” Waltera Laqueura

  1. Nie zgodzę się co do niemożliwości przerodzenia się demoliberalizmu w totalitaryzm. Demoliberalna, gnuśna Europa mogłaby istnieć rządzona przez libertarian, ale nie „lewicowych liberałów”. Lewicowi liberałowie mają jakąś linię ideologiczną, którą starają się realizować, a to wyklucza jakikolwiek indyferentyzm. Oczywiście, że ten totalitaryzm to nie będą GUŁagi i obozy koncentracyjne, godziny policyjne i rządy wszechwładnej partii. To będzie taki totalitaryzm w aksamitnych rękawiczkach , jaki opisał np. Grzędowicz w „Farewell Blues” czy „Weekendzie w Spetsterku”. Człowiek niby będzie wolny, ale w którą stronę sie nie ruszy, napotka jakiś zakaz – ustanowiony oczywiście dla jego dobra. Poza tym nie ma co owijać w bawełnę : lewicowość zawsze kończy się totalitaryzmem, który tkwi już u pierwotnych jej założeń. A Europą rządzą przecież wychowankowie Adorna, Sartre’a Foucaulta i frankfurtczyków.

    Co do Niemiec, to podobnie jak i cała Unia zresztą, spokojnie mogą nas wykańczać na drodze ekonomicznej. Przykład Stoczni Szczecińskiej, która stanowiłaby konkurencję dla Hamburga tego najlepszym dowodem.

    W Polsce natomiast należy możliwie najmocniej opóźniać procesy kulturowe, które od połowy XX w. zachodzą w Europie zachodniej. I tu widzę rolę prawicy. Cesarstwo Wschodnie przetrwało upadek Rzymu, a polska prawica powinna robić wszystko, żeby nasz kraj przetrwał upadek Europy. Należy spowalniać nieuchronny proces przejmowania wzorców z za Odry.

  2. Co do Niemców, zgadzam się poniekąd z T.- to, że jako naród wymierają nie znaczy, że nie mogą osiągać doraźnych sukcesów politycznych(kosztem Polski). I nie stocznie mam tu akurat na myśli.

  3. 1. Pokorni Sikhowie.
    Jakiś czas temu w pewnym angielskim teatrze miano wystawić sztukę napisaną bodaj przez „reformowanego” Sikha, o problemach i przemocy wewnątrz sikhijskiej rodziny. Zamieszki, brak reakcji policji, groźba spalenia teatru, sztukę zdjęto z afisza.

    2. Niezdolność Europy do totalitaryzmu.
    Warto by było, żebyś zapoznał się kiedyś z działaniem sądów rodzinnych w UK. Prasa nazywa to „tajnym państwem”. A tajne jest wszystko. Jeśli Pracownicy Społeczni chcą odebrać rodzicom dziecko (owi Pracownicy Społeczni mają wyznaczone rocznie kwoty ile dzieci mają odebrać i od tego zależy ich wynagrodzenie), odbywa się przed sądem sprawa w której zarzuty są tajne, dowody są tajne, eksperci są tajni, mogą przedkładać swoje opinie na podstawie braku jakiejkolwiek wiedzy o sprawie, uzasadnienie jest tajne. Dziecko rodzicom się odbiera, o czym nikomu i nigdy nie wolno pisać. Jeśli rodzice pisną o czymś takim komukolwiek – więzienie. Reszta wymiaru sprawiedliwości powoli grawituje w tym kierunku, były już próby wprowadzenia kwot rocznych skazań za gwałty. Policja coraz mniej przejmuje się prawem, coraz więcej jest praw „antyterrorystycznych”, na podstawie których można robić wszystko. Pewna rada lokalna zorganizowała pełną akcję inwigilacji pary ludzi na podstawie idiotycznych podejrzeń o próbę oszukania systemu edukacji. Wykorzystując legislację antyterrorystyczną pracownicy miejscy nagrywali przez miesiąc każdy ruch owej pary – również w sypialni.
    Spokojnie, Europa wciąż jest zdolna do stworzenia państwa totalitarnego. Po prostu zamiast siedzieć za kratami, ludzie będą w tym państwie ciasno owinięci grubymi poduszkami, dla ich własnego dobra.

    3. Nieuchronność.
    Myślałem w ten sam sposób. Ale fakt jest faktem, że mało co było nieuchronne. W latach 80tych nieuchronne było całkowite przeludnienie Ziemi, prognozowano ponad 12mld w 2000 roku, w Europie miliardy miały zdychać z głodu. Obecnie nieuchronne jest coś dokładnie odwrotnego. Być może jest. Być może nie. Europa Wschodnia jakoś sobie radzi, jesteśmy dość czyści kulturowo. Skandynawia ma przyrost dodatni. Muzułmanie nie stworzą tu państwa przez przejęcie naszego bogactwa i technologii, bo nie są oni zdolni do stworzenia nowoczesnego państwa, Koran im tego zakazuje. Daj im Niemcy, a w 20 lat będziesz tam miał dzikusów okładających się pałami. Co oni niby zrobią bez złóż ropy? Tymczasem natura próżni nie znosi i śmierć zachodniej części kontynentu może być okazją dla… nas. Zdolnych do technologii, zdolnych do ekonomii, zdolnych wciąż do walki. Nie zapominaj też, że za jakieś 100 lat USA będą całkowicie latynoskie i bardzo prawdopodobne, że całkowicie katolickie. Oni też mogą mieć własne pomysły na radzenie sobie z arabską Europą Zachodnią.

  4. Słusznie nicując „prawicowe” mity odwiecznego niemieckiego zagrożenia oraz UE jako „zakamuflowanego totalitaryzmu” (copyright by JP2), autor przeoczył jeszcze jeden. Bo przecież niczym innym niż miejską legendą nie są owi złowrodzy „nie przyjmujący europejskiej kultury wieloetniczni muzułmanie”.

    Coraz powszchniej mówi się o zauważalnym już w drugim pokoleniu procesie konsumpcyjonistycznego zbydlęcenia imigrantów na wzór stuprocentowo europejski. Słusznie też niektórzy zwracają uwagę, iż w istocie przeciwko temu właśnie – a jedynie pośrednio przeciwko „chrześcijańskiemu” albo „zgniłemu” Zachodowi – skierowane są płomienne mowy fundamentalistycznych mułłów w domniemanym przyszłym kalifacie Paryża i Berlina.

    Tak naprawdę bowiem europejscy nowi muzułmanie walczą o przetrwanie, posługując się wezwaniami do totalnej mobilizacji, aby do reszty nie sczeznąć. I w walce tej skazani są na klęskę.

    W gruncie rzeczy bowiem wydaje się, że to jednak mi mo wszystko Fukuyama okaże się mieć słuszność, nie Huntington. Wojny będą już tylko medialne, jak w Kuwejcie, Iraku, Afganistanie, Osetii i Abchazji, a trupy liczone w setkach, nie milionach.

    Wbrew anachronicznym zapowiedziom trzeciej światowej lub nowej zimnej zwycięża jednak globalny „pokój i bezpieczeństwo”. Tu luk do Tesaloniczan 5,3.

    Albo do naszego największego XX-wiecznego poety:

    „Innego końca świata nie będzie.
    Innego końca świata nie będzie.”

  5. a może sprzymierzyć się z islamistami przeciwko libertynom?
    taka unia katolicko-szyicka…