Film jest sztuką mimetyczną najdoskonalej. Obejrzeliśmy wczoraj z Agatą „Transsiberian„, niezły film oscylujący gdzieś między thrillerem a filmem noir. Rzecz zaczyna się wspaniale: para wsiada do pociągu z Pekinu do Moskwy.
Transsyb! Trzy razy, w 2002 i 2004, ta sama trasa, Moskwa – Irkuck. Spanie, książki, piwo w PECTOPAH, mycie w umywalce w kiblu, znowu spanie. 84 godziny w powolnym legato wagonów, z równym akompaniamentem krajobrazu: brzóz, modrzewi i niebieskich okien w drewnianych wioseczkach. Pysznych, carskich stacji, oblepionych secesyjnym ornamentem z przybitymi gwoździem gwiazdami. Z babuszkami, które nie wiedzieć jak żyją, ale sprzedają pielmieni i kartoszki gorące tak, że prawnie topnieje na nich foliowa torebka. I egalitarny wagon, plackartnyj, otwarte przedziały, kipiatok w samowarze i wagon restauracyjny, gdzie w skrzynkach stoją równe bataliony cienkiej baltiki.
Bohaterowie filmu nie jadą plackartą, mają wyższą klasę, kupiejnyj, czyli zamknięte przedziały z czterema leżankami w każdym. Cóż im jednak po tym, skoro pociąg, którym jadą, jest strasznym transsybem z Rosji odzwierciedlonej, nie prawdziwej. Śmiejemy się z Agatą z niezbędnych i fałszywych dekoracji: szczerbatych lub złotozębnych mężczyzn, grających na harmoszkach, wódki pitej na korytarzu i w restauranie szklankami. I gęby, jakich się w drogim kupiejnym naprawdę nie uświadczy, pasujące raczej do podmiejskiej kolejki albo obszczija na trasach dalekobieżnych.
Ale i tak oglądamy z przyjemnością.
Z jakiegoś tajemniczego powodu, lubię oglądać w filmach znajome miejsca, ale tylko niektóre wzbudzają we mnie jakieś szczególne emocje. Budapesztańskie metro w mrocznym, wspaniałym „Kontroll„, niezliczona ilość filmów na Moście Brooklyńskim i pod pomnikiem księdza Duffy’go na Times Square. Kreml i Arbat. I „Trassiberian” dał nam, mi i Agacie dużo tej śmiesznej, prostej radości: na przykład brzydki dworzec w Pekinie z pchającymi się do kas Chińczykami. Zabajkalsk, który uznaliśmy swojego czasu za najszpetniejsze miejsce na świecie. Piękny żelaznodorożnyj wagzał w Irkucku, już odnowiony (film jest nowy, z 2008 roku, my w Irkucku byliśmy po raz ostatni w 2004, kiedy na dworcu ciągle trwał remont), i rozpoznaję, w krótkim ujęciu, miejsce, gdzie przez pół nocy siedziałem w towarzystwie młodego Rosjanina, którego, jak sam twierdził, diewoczka wyrzuciła z mieszkania i teraz siedzi tutaj i czeka, aż przejdą jej humory. Rozmawialiśmy słowiańskim wolapikiem, graliśmy w szachy, mocno czuć go było wódką, potem dał mi kasetę z nagranym irkuckim punk-rockiem, której słuchałem tylko raz, ale którą mam do dziś, zagrzebaną gdzieś w szafie, i jeszcze żegnając się, wręczył mi w prezencie zawiniątko z cerkiewnym kadzidłem. Wyrzuciłem potem te żywiczne grudki, przed odjazdem, jak głupiec, bo strachliwie uznałem, że to na pewno haszysz, który chłopak ów wsunął mi w dłoń w ramach milicyjnej prowokacji. Może zresztą już o tym pisałem, nie pamiętam, pamiętam za to twarz tego chłopca, sprzed sześciu lat, pamiętam jego zabawne konfabulacje, chociaż często nie umiem przywołać w pamięci twarzy ludzi widzianych przed tygodniem.
I znajome wnętrze rosyjskich wagonów: kipiatok na drzewnym piecyku, przedział, w którym sypiają prowadnice. Bohaterka, która chce się pozbyć kompromitującego bagażu wpada do toalety, aby wyrzucić to, co wiezie, przez okno, a my z Agatą krzyczymy: ejże, dziewczyno, przecie okna w transsyberyjskich, kolejowych kiblach nigdy się nie otwierają! – i cieszymy się, kiedy grana przez Emily Mortimer postać odkrywa tę straszną dla niej prawdę. A wcześniej otwiera drzwi wagonu za pomocą dźwigni awaryjnego hamulca, ale wybaczamy reżyserowi tę pomyłkę.
W filmie Andersona rosyjska milicja jest przerażającą, brutalną instytucją – o ile polscy spadkobiercy towarzysza Dzierżyńskiego są raczej groteskowi, niż straszni, to rosyjskich milicjantów rzeczywiście bać się mogą innostrańcy. Cóż z tego, kiedy my pamiętamy inną historię – w 2002 roku nasz przyjaciel H. wyruszył razem z nami z moskiewskiego Dworca Kazańskiego w kierunku na Irkuck, niestety – jego plecak został na peronie i H. na podbój Syberii i Mongolii wyruszył w sandałkach, szortach i t-shircie. Na szczęście, miał ze sobą paszport i pieniądze. W pociągu uruchomiliśmy akcję ratunkową dla plecaka, ktoś dzwonił z pociągu na moskiewski dworzec, H. wysiadł w Kazaniu i tam zwinęła go milicja. H. nie mówił ani słowa po rosyjsku, ale zawsze potrafił dogadać się w każdym języku świata – i kazańscy milicjanci nakarmili go po uszy, napoili, przenocowali – bodajże w areszcie, ale już nie pamiętam, jak to było dokładnie – i rano wyprawili z powrotem do Moskwy, gdzie w kamerze chranienia plecak się znalazł, lżejszy tylko o to jedzenie, które mogło się zepsuć po drodze – ktoś, kto ten plecak przeszukał, nie tknął drogiego sprzętu turystycznego, ubrań ani dwustu dolarów, wyciągnął tylko i zjadł kanapki, które H. miał jeść w drodze do Irkucka. Dojechał H. nad Bajkał dobę po nas.
A w „Transsiberianie”, rosyjskie hotele – i przypomina nam się hotel Kosmos w Irkucku, który poza sezonem letnim był podobno akademikiem i gdzie spaliśmy, słuchając w ciemnościach chrzęstu pancerzyków łażącego po suficie robactwa.
Film jest poza tym wszystkim sprawnie zrobionym thrillerem, ze świetnymi rolami Mortimer i Kingsleya i obejrzeć go można z przyjemnością nawet jeśli nie podziela się naszego sentymentu do transsyberyjskiej linii.
Też nie dawno to obejrzałem. Dobre i w sumie mało hollywodzkie. Niektóre rzeczy zrobione przez Andersona mogą umknąć, więc polecam doskonały odcinek Masters of Horror „Pragnienie ciszy”, dostępny w kioskach. warto, nawet jeśli dodano doń głupi epizod zrobiony przez Johna Carpentera. Przesyłam ukłony i przypominam, że a propos świetnych ról, to Eduardo Noriega dawał radę jak cholera
Muszę obejrzeć.
Panie Szczepanie, tyle ciekawych podróży, może czas zacząć robić konkurencję Stasiukowi i Wilkowi.
Z pozdrowieniem.
„Kolos”, nie „Kosmos”.
Nie zapomnę póki żyję.
H. otrzymał też wtedy od panów milicjantów zaproszenie na polowanie, a nawet propozycję „uzięciowienia”.
To był dobry rok…
ja ciągle mam przed oczami jak myślę o transsybie, butnego żołnierzyka, który w mundurze zasnął i spał… w pozycji embrionalnej.
w filmie chyba „syberiada” nikity michałkowa jest piękna scena, jak facet kładzie się w lesie, zasypia i już się nie budzi, bo zjadają go mrówki.