Wyszliśmy nocą, o czwartej trzydzieści, i szliśmy znajomym lasem, w ciemnościach, brnąc po błotnistych i zalanych wodą ścieżkach nad brzegami Bierawki, a jej nazwa starsza jest niż historia indoeuropejskiej obecności tutaj, co jest rzeczą zupełnie niesłychaną, kiedy w słowach pozostaje okruch po mieszkańcach tej ziemi, którzy, dzieląc z nami współrzędne geograficzne i człowieczeństwo, nie mieli poza tym z nami nic wspólnego, odlegli jak Majowie, a jednak zostawili nam te skamieniałe toponimy.
Kiedy świta, wychodzimy na łąki pod Trachami, idziemy śpiącą wsią, potem dalej, Sośnicowice i kawałek szosą, potem znowu wchodzimy w las, i pójdziemy już tym lasem następne dwadzieścia parę kilometrów, mijając Rachowice i Łączę, lasy wypalone w wielkim pożarze z 1992 roku którego dymy oglądałem z siódmego piętra gliwickiego bloku przy ulicy Pszczyńskiej, miałem trzynaście lat i ciężkie, czarne dymy przysłaniające pół nieba wydawały mi się czymś sensacyjnie interesującym.
Idzie się cudownie, chociaż jest połowa listopada, to jest ciepło jak we wrześniu. Kładziemy się w zżółkłej trawie, leżymy na słońcu, jemy kanapki, pijemy herbatę i pokrzepiamy się jamesonem z płaskiej butelki. Idzie się cudownie, idziemy szybko, rozmawiamy, żartujemy, ciało rozgrzane piątą i szóstą godziną marszu pompuje do mózgu jakieś świństwa, które sprawiają, że wyjątkowo chce się żyć. Kurtka z softshellu jest idealna na taką pogodę, nie jest ani za ciepło, ani za zimno.
I w końcu wychodzimy z lasów, w Ujeździe, trochę zboczyliśmy z zakładanej trasy, musimy nadłożyć kilka kilometrów. Mamy ich za sobą trzydzieści parę, w Sławięcicach siadamy na pół godziny w ogródku przy jakimś barze i ruszamy dalej. Już, niestety, szosą. Już się nie idzie tak dobrze, B. i K. ciągną do przodu. I nie jest już tak pięknie, powoli robi się ciemno, nie rozmawiamy, bo się nie da, idziemy po szosie gęsiego, a pył, podnoszony przez przejeżdżające samochody, zgrzyta nam następnie między zębami. W Zalesiu Śląskim kolejny, krótki przystanek, dochodzimy następnie do wsi Lichynia. Dziwne są te opolskie wioski, dziwna i wzniosła jest przekora ich mieszkańców: w republice weimarskiej i w III Rzeszy mówiący słowiańskim narzeczem uważali się za Polaków i w 1945 roku znakomita większość została, ale starczyło im, że za PRLu trochę Polaków poznali i już zaczęli uważać się za Niemców – oczywiście tylko ci, których brak przynależności narodowej jakoś wybitnie uwiera.
W Lichyni zaczyna się moja prywatna część pokutna tej jednodniowej pielgrzymki. Půnći na Anaberg, ganc taki samyj, jak chodźiyli starziki naszych starzików.
Jest już ciemno. Niepotrzebnie założyłem lżejsze, stare alpinusy, których miękka podeszwa wydawała mi się bardziej odpowiednia na taki marsz, niż moje spitsbergeńskie, sztywne trezety – i chociaż goretex w nich ciągle działa, nie przemokły w kałużach nadbierawczańskich, to moje stopy od nich odwykły i obtarły mnie te stare, wierne alpinusy, w których przejechałem pół świata i które nie obtarły mnie nigdy wcześniej, nawet na murze chińskim, ani w mongolskich Sajanach, ani nad Bajkałem, ani nigdzie indziej – tylko po to, żeby obetrzeć mnie tutaj, czterdzieści kilometrów od domu. Idę na zewnętrznej krawędzi stopy i po chwili straszliwie bolą mnie kolana. B. i K. też zwalniają trochę, do mojego tempa.
Przypominam sobie stare, grube, śląskie omy, które widywałem kiedyś, dawno temu, na pielgrzymkach do Częstochowy, jak idą na swoich krzywych nogach, kolebią się jak pingwiny, stopy opuchnięte obute mają w jakieś szmaciane trampeczki. Dokonują czegoś o wiele większego, niż dokonały kiedykolwiek dziennikarki z plastiku, wnoszone przez Szerpów na Mount Everest i pokazywane w dramatycznych, telewizyjnych korespondencjach.
Droga dłuży się niemiłosiernie, światła Anabergu widać na horyzoncie i ani kawałka bliżej, drażni mnie ten święty, wygasły wulkan swoimi światłami, które wcale nie wydają się przybliżać. W końcu mijamy Leśnicę, są już drogowskazy, i dalej szosą. Idę i chociaż wiem, że za dwie godziny będziemy na miejscu, to perspektywa ta wydaje mi się niewiarygodnie odległa. Kilkanaście tysięcy bolesnych kroków jeszcze.
Mijamy Muzeum Czynu Powstańczego, które, razem z tego czynu pomnikiem, w sensie moralnym powstać mogło dopiero po zburzeniu niemieckiego mauzoleum, zbudowanego dla walczących tutaj z Polakami bawarskich oberlandczyków, bo bohaterstwo niemieckie i bohaterstwo polskie należą do światów odrębnych, nie są w stanie znieść swojego sąsiedztwa nawet kamienne tego bohaterstwa pomniki. Strasznie się tu mordowali podczas trzeciego powstania, tu, w Leśnicy, Lichyni, na Łąkach Kozielskich – a ja nie czuję się dziedzicem tradycji żadnej ze stron. Rozumiem Ślązaków, którzy wstępowali do Selbschutzu albo do POWu, bo chcieli wreszcie być kimś konkretnym, a nie pogranicznymi mischlingami, jeszcze bardziej rozumiem tych, których na ochotnika wcielano pod groźbą rozstrzelaniu, rozumiem nawet freikorpserów z Bawarii i starych peowiaków z Kongresówki, którzy przyjeżdżali się tutaj o Śląsk bić, niesłusznie zakładając, że Ślązaków nie stać na pograniczną nienawiść. Wszystkich rozumiem, ale mi wystarcza ziemia i kości długiego szeregu moich przodków w tej ziemi pochowanych.
Za muzeum K. wskazuje drogę, schodzimy z szosy i ruszamy pod górę, brodząc po kostki w brązowych liściach. Podejście jest zaskakująco ostre, albo raczej to ja mam już naprawdę dość, po pięćdziesięciu kilometrach marszu. Potem jeszcze kawałek, schody, po których wspinamy się z trudem i wchodzimy na dziedziniec sanktuarium.
Otwieramy ciężkie drzwi.
Kościół jest pusty, tylko w pierwszej ławce siedzi samotny, młody księżyk w sutannie i czarnym goreteksie north face. Siedzi i modli się z brewiarza.
Kościół jest pusty, oświetlony rzęsiście i barokowy. Jasne ściany, ołtarz złocony, światło i cisza, tylko drzwi przeciągle skrzypią, kiedy je domykam. Księżyk nie odwraca głowy, kiedy wchodzimy, dobrze to o nim świadczy. Zrzucam z ramion plecak, odkładam kijki, B. i K. już klęczą w ławce, ja siadam za nimi, zginam zesztywniałe kolana i zalewa mnie sacrum. To bez wątpienia odurzenie, jestem bardzo zmęczony, to bez wątpienia oszołomienie, kiedy z ciemności wszedłem do jasnego kościoła, więc klęczę tam, w ławce, patrzę na figurkę św. Anny Samotrzeciej, która ma pół tysiąca lat z okładem, a wcale na to nie wygląda, myślę o wszystkich pokoleniach chrześcijan i pogan, którzy przede mną przychodzili tu modlić się, na ten święty wulkan, do chramów i kościołów, ja jestem z ich krwi, z ich grobów. I wspominam zaraz moje intencje z którymi przyszedłem, a o których pisał tu nie będę. Polecam je Bogu, ze wstawiennictwem św. Anny.
I wszystko staje się nieważne. Polacy, Niemcy i Ślązacy, mauzolea i muzea, czyny powstańcze i bitwy, spalone lasy i pomniki poległych w wojnach światowych, moje zmęczenie i bolące stopy. Wydaje mi się, że w tym jasnym kościele nagle coś rozumiem, że nagle odsłania się przede mną porządek świata.
A potem drga komórka w kieszeni, wychodzę, umawiam się z Agatą, która nas stąd odbiera samochodem i odwozi do domu, wracam do kościoła i kręcą się po nim już franciszkanie w burych habitach, zasłaniają św. Annę na ołtarzu i pobrzękują kluczami, więc wstajemy z klęczek, zabieramy nasze rzeczy i wracamy.
Lubię Cię czytać (to jest też do Once; i – oczywiście – do wszystkiego o Marai’u. I Jungerze). I jakoś dopiero niedawno się zorientowałem że mam 20 lat więcej, i – to ważne i nie myśl że to protekcjonalzim – wcale tego nie czuję. Pozdrawiam. P.
Ciekawa opowieść, refleksja o historii i chwila zachwytu nad Świętym.
Zwróciło moją uwagę określenie „w kałużach nadbierawczańskich”; zastanowiło mnie, czy jest to poprawna odmiana, bo tak nazywałyby się kałuże nad rzeczką Bierawczą lub Bierawczanką, zaś nad Bierawką mogłyby być już chyba raczej „nadbierawskie”.