Obejrzeliśmy zaskakujący romans: taki, w którym nie ma ani jednego pocałunku. Kiedy film się kończył, starłem łzy z policzka żony, i przypomniałem sobie, że jest moją największą przygodą, wyzwaniem, powinnością i darem. Pierwszą Czytelniczką i powiernicą, do której ucha nocami szepczę to, co prawie niewypowiadalne. Od jedenastu lat, całe moje dorosłe życie i o nic więcej nie mogę już prosić Boga w moich modlitwach, bo mam już wszystko.
I mizantrop może się wzruszyć, jeśli tylko ma powód.
Chciałem napisać krótką recenzję, bo film jest tego warty – dobry, oryginalny scenariusz, świetne aktorstwo naturszczyków, cudowne piosenki i mądre i poruszające zakończenie. Które, wbrew pozorom, jest happy-endem, tyle, że mądrym, a nie zwykłym. Ale więcej nie napiszę, bo chcę się jeszcze powzruszać. A żeby zachęcić do filmu, wystarczy piosenka.
Piękna muzyka w niedzielny poranek. Dzięki Ci, Szczepan.
Take this sinking boat and point it home
We’ve still got time
Raise your hopeful voice you have a choice
You’ll make it now
Zdradź, proszę, co to za film. Jakoś nie umiem wygooglać. Chętnie obejrzę…
Pozdrowienia z Aldrajchu
Tytuł filmu jest w tytule notki – „Once”. :)
Serdeczne dzięki :-) Pozdrów Pilchowice!