Spotykam ich na stacjach benzynowych, w mcdonaldach, zgiętych nad lurowatą kawą. Siedzą jeszcze nad jakimiś dokumentami, czasem przy otwartych laptopach dopracowują ostatnie slajdy prezentacji, a ci, którzy stracili już nadzieję i wiarę, patrzą po prostu przez szyby witryn w ciemność, w śmierć.
Siorbią tę kawę, zostawiającą na zębach brązowy osad. Z oczami przekrwionymi starają się z tekturowych kubków wyssać trochę życia, energię jakąś, która pozwoli im dotrwać za kierownicą, aż dojadą do swojego celu: do Warszawy.
Tam w samochodach wiążą brzydkie krawaty wokół przepoconych kołnierzyków koszul zszarzałych, wciągają na grzbiet tanie marynarki, zabierają służbowe telefony i służbowe palmtopy i przezornie chowają prywatne dżipiesy do schowków, obawiając się złodziei. Przeglądają się w lusterkach wstecznych, poprawiają włosy i idą na zebrania, szkolenia, podsumowania roku, albo na audiencje u prezesów w złotych okularach, w fotelach szerokich i skórzanych, za wielkimi biurkami i pod strażą cycatych sekretareczek, które mierzą wzrokiem gości z prowincji i z pogardą pytają czego się pan napije. Kawę, jeśli można. Można, kawę zawsze można.
I wracają potem do swoich brudnych, białych focusów, często oklejonych i zawsze służbowych, odpalają dychawiczne diesle, włączają nawigacje, aby szczęśliwie wygrzebać się na zewnątrz z wrogich, betonowo-szklanych kanionów stolicy, pełnych lexusów, mercedesów klasy es i bmw siódemek, z których ludzie ze świata innego patrzą na nich ze wspaniałomyślnym pobłażaniem. I jadą w swoją powrotną podróż służbową, słuchają radia i piją ciepłą colę z butelek, wracają nocami do żon, i do dzieci w łóżeczkach ze szczebelkami. Zasypiają, myśląc o kredytach hipotecznych i o udręce weekendowych wyjazdów integracyjnych, przeganiają albo pieszczą grzeszne nadzieje na łączącą się z integracją okazję do konsumpcji wątpliwej cnoty więdnących powoli koleżanek z firmy, zanim będzie za późno.
Bliźni moi, bracia moi.
respect
Takie przemyślenia to ja miewam nawet i czasem po powrocie do domu z Katowic, niestety ;-)
life is life.
Po powrocie z Katowic to Ty masz przeczytane pół komiksu kupionego w tamtejszym EMPIKu.
A wpis bardzo celny, wszystko jest literaturą.
Niedola łączy :)
To jest potwarz prosto między oczy. Komiksy kupuję tylko w Imago. Zazdrościsz rabatów za bycie stałym klientem i tyle :->
Miodek Szczepanie! Ale takich gości nie brakuje i w stolycy. Podłe zycie na dorobku.
Miasto moje, zycie moje.
Pieknie to jest z Niego wyjechac, ale zawsze gdy wracam to sie ciesze. Znajomy zarys miasta mnie uspokaja i daje jakies dziwne poczucie bezpieczenstwa. A nastepnego dnia juz o niczym nie pamietam.
pozdr.
M.
amen
Czemu pan tak dużo czasu spędza w Mcdonaldzie?
A któż jest mym bliźnim?