Dziatwa, Nussknacker i terror

Studyta zamieścił na swoim blogu zabawny wpis o swoich córeczkach, który przypomniał mi pewną historię, w kontekście dziecięcego upodobania do makabry.

Otóż, usypialiśmy się dość późnym już wieczorem i Fran, jak to Fran, przewalał się na łóżku, machał nogami, śpiewo-piszczał po swojemu, tulił się, aż w końcu powoli ruchliwość jego zamierała i zaczął równomiernie oddychać, sądziłem więc, że już zasnął. Jąłem się więc dyskretnie wymykać z łóżka, aby wyjść z sypialni i oddać się wszystkim tym miłym czynnościom, którym mogą oddawać się rodzice, kiedy dzieci śpią.

A była wtedy pełnia i pół sypialnianego okna wypełniała wielka tarcza księżyca, przecinana bezlistnymi koronami brzóz.

Kiedy więc wyciągnąłem ramię spod główki mojego synka, ten usiadł nagle na łóżku, otworzył oczy najszerzej, jak się da i przez chwilę patrzył na mnie, oświetlony sinym światłem zza okna. Zapytałem go, co się dzieje, na co mój syn odpowiedział kłapiąc szczęką. Patrzył na mnie, nie reagując w ogóle na mój głos i kłapał na mnie swoją małą żuchwą z czterema wyrastającymi z niej zębami, bez śladu uśmiechu, otwierając usta najszerzej jak potrafił, z oczami wielkimi jak spodki i wydawały te kłapnięcia dźwięk, który skojarzył mi się natychmiast z najbardziej przerażającą bajką mojego dzieciństwa, z „Dziadkiem do orzechów” E.T.A. Hoffmanna z ilustracjami Szancera, bo kłapał tą szczęką mój pierworodny jak hoffmannowski dziadek do orzechów właśnie – po czym przypomniała mi się zaraz Pirlipata, przemieniona w odrażające, wielkogłowe stworzenie przez Mysibabę.

I dziadek do orzechów i potworna Pirlipata ze wspomnień prawie zapomnianych i mój księżycem oświetlony synek w tym dziwnym, lunatycznym kłapaniu wywołali we mnie przerażenie dziecięce, pierwotne, przejmujące. Miałem ogromną ochotę uciec z sypialni, ale w końcu jestem tatą, chwyciłem więc Franka za ramiona, przytuliłem go delikatnie, a on zamknął zaraz oczy i padł na pościel zupełnie bezwładnie i spał, jakby wcale przed chwilą nie wysłał ojca w krótką podróż w krainę burkowskiego sublime, a dokładnie w krainę terroru, jak Ann Radcliffe w swoim eseju On the Supernatural in Poetry (który można sobie przeczytać tutaj) określała stan niepewnego wyczekiwania na możliwe nadejście tego, co nieznane i straszliwe, w odróżnieniu od horroru, który jest już tylko na to co straszliwe reakcją, reakcję na to, co znane – bo oczom objawione.

Pisze o tym Ann Radcliffe:
Terror and horror are so far opposite, that the first expands the soul, and awakens the faculties to a high degree of life; the other contracts and freezes and nearly annihilates them.

Dobra literatura i film grozy niemal uniwersalnie zachowują proporcję zdecydowanej, jak 9 do 1, przewagi terroru nad horrorem właśnie – bo tylko terror należy do świata wzniosłości, horror to tylko, jak mawiał na swoich wspaniałych wykładach z literatury angielskiej prof. Sławek ( przy tej okazji jeszcze raz – dzięki, B.!), zwykłe „bu zza węgła”.

A czasem, jak widać w powyższej historyjce, terrorem jako środkiem literackim, posługuje się życie, szczególnie w sytuacjach najintymniejszego spokoju i bezpieczeństwa, jak usypianie dziecka we własnej, ciepłej sypialni, na zasadzie kontrastu właśnie. Radcliffe pisze o tym kontraście na używając przykładu sceny z „Makbeta”, kiedy na uczcie, czyli w scenerii wesołej i jasnej, objawia się duch Banka. Bo przecież życie jest literaturą.

Comments are closed.