Jadę znów do Warszawy, tym razem, wyjątkowo, pociągiem i po raz pierwszy od dawna, całej drodze towarzyszy zimowy pejzaż, pejzaż monochromatyczny, z płótna śniegu i czarnych, przejrzystych haftów bezlistnych drzew polnych i z gnących się pod śnieżnymi czapami sosen.
Prawdziwa zima jest oczyszczeniem świata, jest świata niewinnością i samotnością. Na polach samotny chłop przepychający koła swojego roweru przez doskonałą biel, poza którą nie ma niczego. Jest człowiekiem wyjętym z kontekstu: nie ma drogi, nie ma pól, przed które prowadziła droga, kiedy była, nie ma nawet nieba i nie ma horyzontu, bo zlały się w jedno niebo z ziemią i tylko ten samotny człowiek balansuje na siodełku i brnie przez śnieg na cienkich oponach, wyciskając pedały z całych sił, których tak brakuje w mroźne dni, kiedy lodowaty wiatr przewierca się przez czaszkę, jakby pęknąć miała jak rozsadzane mrozem syberyjskie modrzewie.
Depresyjna rozpacz polskich równin, na których każda gałąź wygląda jak samobójcza szubienica, szpetota wymurowanych z nieotynkowanych pustaków wsi centralnej Polski z ich przybudówkami, dachami z eternitu, stertami rzeczy nieokreślonych w nieokreślonym celu zgromadzonych, wreszcie brzydkie i nowe domki ciężko pracującej klasy średniej, która potrafi już zarabiać pieniądze, ale potrzeba jeszcze dwóch pokoleń, zanim dorobi się smaku, wszystko to pod śniegiem znika, zostaje tylko krajobraz zredukowany, pozbawiony faktur, zostają tylko najprostsze formy, rozmyty horyzont, domy, drzewa, nic.
Gdzie indziej jednak jest zima prawdziwsza, zima doskonała, w której nieskalanego płótna śniegu nie zakłócają drzewa, i nie przebijają się przez to płótno wątłe, tundrowe trawy. Zima polarna do bieli tła dolepia jeszcze czerń polarnej nocy, w tak niewielu miejscach rozcinany tylko pomarańczowymi światłami latarń w zimą oblężonych ludzkich osiedlach. Jeszcze tej zimy nie widziałem z bliska, chodziłem tylko po jej truchle: po lodowcach, ulepionych ze śniegów tysięcy polarnych zim i po wielkich, mokrych polach śniegowych, które nie zdołały stopnieć do czerwca i sierpnia i może nie stopnieją wcale, aż w październiku przykryje je śnieg nowy. I patrzyłem jak nadchodzi: kiedy słońce po raz pierwszy wsiąka w horyzont, ale mrok nie przykrywa jeszcze ziemi, tylko czerwienie zachodu płynnie zmieniają się w fiolety wschodu słońca. I jak znikają ptaki, klifów nie wypełniają już stutysięczne kolonie alczyków, rybitwy ruszyły już w swoje coroczne podróże z jednego koła polarnego na drugie, a stada wielkich, ciemnoszarych gęsi kręcą się nerwowo po fiordzie, zrywając się z morza z wielkim hałasem, kiedy zaniepokoi je przechodzący człowiek lub lis.
A czytałeś „Oberki do końca świata” Szostaka?
U nas, na pograniczu Pomorza i Kujaw zima ni w pięć, ni w dziewięć. Trochę poprószyło, ale zaraz słońce zjadło większość śniegu, temperatura ciągle buja się koło zera. Jak już raz porządnie dmuchnie, to zaraz się ucisza jakby się bało dmuchać dalej. Taka zima to nie zima, panie.