Barbarzyństwo chrześcijaństwa

Sądzę, Filipie, że mylisz się fundamentalnie, gdy piszesz na swoim blogu, że „kiedy bowiem staje się ono [chrześcijaństwo] kulturą, cywilizacją – nieważne czy średniowieczną „teokracją” czy nowoczesną „antropokracją” – traci swój smak, przemienia się w kolejny system wychowawczy, w system nakazów i zakazów, w obrębie którego żywa relacja z Panem Bogiem – w tym i wadzenie się z Nim – zostaje zastąpione przez nieznośne moralizatorstwo„.

Nie po raz pierwszy słyszę taką koncepcję chrześcijaństwa, i poniekąd zgadzam się – tym na pewno chrześcijaństwo nie jest, nie jest chrześcijaństwo systemem moralnościowym, którego jedynym celem jest regulacja ludzkiego życia. Nie zgadzam się, kiedy słyszę czasem, że ktoś wzbrania się nazwać chrześcijaństwo religią, rezerwując ten termin dla religijności naturalnej, dla oddawania czci bogom, aby ci zechcieli spuścić deszcz w suszę, albo pokarać wrogów pomorem, acz rozumiem powody tego wzbraniania – nie o tym chcę jednak pisać.

Odrzucasz, Filipie, siedemnaście wieków chrześcijańskiej historii, a ja, nie z przekory, ale z głębokiego przekonania, odpowiem: chrześcijaństwo swoją eschatologiczną rolę odegrać może tylko poprzez trwanie jako cywilizacja. Chrystus przyszedł w określony czas i miejsce nie przez przypadek i nie przez przypadek apostołowie pojechali do Rzymu. Aby chrześcijaństwo trwało, potrzebny był Most Mulwijski, „in hoc signo vinces” i edykt mediolański, potrzebna była cywilizacja Antyku i potrzebne były miecze frankijskiej kawalerii pod Poitiers i równoległa obrona Konstyntanopola, potrzebny był germański, pogański etos wojownika, który po kilku wiekach obróbki stał się etosem rycerskim i przetrwał nieomalże do czasów nam współczesnych. Ci krwawi barbarzyńcy, ledwie przecież dotknięci chrześcijaństwem, bez wątpienia Chrystusa traktowali jako nowego, ekscentrycznego nieco boga i bez wątpienia prosili go, tak jak swoich bogów starych, o obfite łupy, o branki i o to był dał im pewną rękę, aby te łupy i branki zdobyć – ale to ich miecze obroniły Kościół.

A jak wygląda chrześcijaństwo bez państwa i bez cywilizacji, łatwo się przekonać, bo Historia pozwoliła sobie na taki eksperyment w Japonii, gdzie kakure kirishitan trwali w głębokim ukryciu, bez państwa i bez cywilizacji przez trzy wieki – i gdzie przez te trzy wieki chrześcijaństwo zdegenerowało się do mętnego kultu przodków, do paru zapamiętanych fonetycznie modlitw, niezrozumiałych dla tych, którzy je odmawiali, bez żadnej duchowej zawartości. Po Meiji niektórzy z tych „ukrytych chrześcijan” przyłączyli się do Kościoła, ale wielu nie dostrzegło niczego, co miałoby ich łączyć z nowoczesnymi katolikami i pozostali w swych ukryciach, czcząc dalej figurki Chrystusa upozowanego na Buddę, nieświadomi Dobrej Nowiny.

Przekonany jestem więc, Filipie, że chrześcijaństwo musi być cywilizacją, by trwać. W germańskim etosie wojowniczym, w antycznej cywilizacji, w które chrześcijaństwo wsiąkło zrealizował się transcendentalny plan trwania Mistycznego Ciała Chrystusa. Chrześcijaństwo mogło trwać, bo chłopi czcili Maryję tak, jak wcześniej czcili Demeter, bo wojownicy malowali sobie krzyż na pancerzach tam, gdzie wcześniej malowali młot Thora.

Bez pogańskiej wojowniczości Europejczyków nie rozniosłaby chrześcijaństwa po świecie żądza złota konkwistadorów. Bez dziedzictwa Antyku, bez filozofii i nauki, nie byłoby w chrześcijaństwie niczego atrakcyjnego, bo ci, którzy się na chrześcijaństwo nawracali, przynajmniej w równym, jeśli nie w większym stopniu nawracali się na Europę. Dotyczy to tak samo dzikich Polan Mieszka, jak i innych dzikusów na całym świecie.

Bez cywilizacji chrześcijaństwo pozostałoby tylko ekscentryczną sektą semickich pastuchów.
O wielu takich sektach nie pamiętają już nawet badacze starożytności.

Tu kryje się pewien cudowny dowód na mistyczny wymiar Kościoła: w tym, że dziwaczna sekta obszarpanych pasterzy z zapadłej prowincji na skraju Imperium stała się po trzystu latach tegoż imperium religią państwową i nie dość tego: przetrwała tego imperium upadek, na jego gruzach pozwoliła zbudować pierwszą uniwersalną cywilizację w dziejach, pierwszą, która rozniosła swoje ziarna na całą ludzkość.

11 thoughts on “Barbarzyństwo chrześcijaństwa

  1. „Chrześcijaństwo w swej pierwotnej postaci groziło zagładą całemu dorobkowi cywilizacji. W ciągu wieku drugiego, już po czasach Tacyta i Swetoniusza, zaczęła dokonywać się w tym ruchu religijnym stopniowa przemiana. Koniec świata i królestwo Mesjasza nie nadchodziły. Płomienna wiara i nieustępliwość przekonań pierwszych pokoleń musiały ustąpić wymogom życia. Trzeba było pogodzić się ze społeczeństwem i kulturą, dostosować ideały królestwa niebios do warunków ziemskiego bytowania. Te przemiany, tak brzemienne w skutki, dokonywały się powoli. W pierwszym wieku, w czasach Nerona, nikt jeszcze nie mógł przewidzieć, że garstka prostaków i fanatyków da początek ruchowi, który kiedyś przekaże skarby antycznej myśli barbarzyńskim ludom nowej Europy.”
    Tak w „Neronie” pisał polski Petroniusz epoki Jaruzelskiego (określenie made by Lech Jęczmyk) prof. Aleksander Krawczuk.

  2. Szczepanie, dziekuje Ci za ten polemiczny oddzwiek. No coz, ogolnie w sensie historycznym masz slusznosc. Ale cywilizacja jest tylko srodkiem, a nie celem. Niestety, czesto mam wrazenie, ze obie strony sporu o role i misje Kosciola we wspolczesnym swiecie – zarowno „konserwatysci”, jak i „postepowcy” – traktuja jednak cywilizacje jako cel. I w takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak przyjac postawe barbarzyncy – „semickiego pastucha” (ktorym w sensie etnicznym czesciowo jestem). Pozdrawiam serdecznie

  3. Ja tu, Panowie, oczekiwałem jakiejś gigantomachii a tymczasem…

    No dobra, wrzucę swoje dwa, może trzy grosze. W Waszym sporze – choc to pewnie słowo na wyrost – odrobinkę bliżej mi do Filipa a dlaczego? Otóż Szczepan ma niewątpliwie rację pisząc o tym, że chrześcijaństwo nie istnieje bez umocowania w historii. Ale ten czas linearny, o czym pisał w 44 Rafał Tichy, ma sens o tyle, że spełnia się poza czasem, czyli w eschatologii. Problem w tym, że te dwie płaszczyzny nie bardzo lubią się ze sobą zazębiać. Potrzeba, moim zdaniem, jakiegoś elementu pośredniczącego, „metahistorii”, która z jednej strony w ogóle otwierałaby historię na rzeczywistość ostateczną, z drogiej pozwalałaby jakoś zaistnieć eschatologii w naszej codzienności. Teoretycznie taką metahistorią jest cykl liturgiczny roku kościelnego. Ale z tym różnie bywa, bo ludzie są z natury niechętni do zagłębiania się w to, co tam przy ołtarzu mówią i śpiewają. I ten mankament nadrabiają święci, czyli ludzie, którzy swoim życiem „w tym świecie ale nie z tego świata” przypominają nam, że „kultura”, „cywilizacja” i inne tego typu miłe rzeczy są jednak przejściowe a ich ostatecznym przeznaczeniem jest „posolenie ogniem”. To są ci kontrkulturowi barbarzyńcy, których, jak sądzę, ma na myśli Filip. Jest tu oczywiście ryzyko pewnego nihilizmu, negacji tego, co ziemskie i materialne, ale kto powiedział, że będzie łatwo?

  4. Wyjątkowość chrześcijaństwa (tego pierwotnego, bezkompromisowego) polegała na tym, że nie posiadała ono żadnych możnych popleczników. Żadnego państwa, które mieczem wcielało „ideały” (bo nawet Budda zadbał o wpływowych mocodawców). Przez prawie trzy wieki.

    Konstantyn tylko wykorzystał już potężną siłę, którą chrześcijanie już wtedy byli. I tak się zaczęło. Cywilizacja zachodnia na tym mariażu niewątpliwie zyskała.

    Ale czy Kościół, który przestał być Kościołem świętych? A stał się organizacją masową, do której po prostu opłacało się należeć?

  5. Ale czy my czasem nie idealizujemy tego pierwotnego chrześcijaństwa, niczym „złotego wieku”?

  6. To sympatyczne, że Gospodarz bloga objawił się jako pokrewna mi pogańska dusza :) Sam co prawda formułuję szczegóły inaczej, bardziej w stylu: „Europa przetrwała, mimo że chłopi zaczęli czcić Wielką Boginię pod postacią Przenajświętszej Panienki, a wojownicy na pancerzach zamiast młota Thora malowali sobie narzędzie kaźni charyzmatycznego reformatora religijnego z Palestyny”, ale z ogólnym wydźwiękiem się oczywiście zgadzam.

  7. Nie wiem, być może czegoś nie zrozumiałem, ale w takim uzależnianiu istnienia religii od struktur państwowych czuję swąd marksizmu. Dlatego trudno mi zgodzić się z tezą, że chrześcijaństwo musi być cywilizacją żeby trwać.

  8. Ależ drogi zer00, to żadne pogaństwo, jeno dowód na to, że Chrystus był wypełnieniem nie tylko proroctw Starego Przymierza ale i tego, co w pogaństwie najlepsze .

  9. Przyznam, Szczepanie, że z wielką ciekawością przeczytałem ten pogląd na ekspansję chrześcijańskiej misji przez zgoła niechrześcijański „nośnik” słowa Bożego. Brzmi to jak swoista forma teodycei…

    Przyjmując Twój tok rozumowania, zmuszony jestem dostrzec nie tylko historyczny sens krucjat, państwa wyznaniowego i panowania scholastyki, ale też głęboko przyjrzeć się samej tezie ewangelizacji świata, dokonanej niejako równolegle do jej przeciwieństwa, noszącego pozorne znamiona żywej wiary.

    Pochylam się nad tym tematem i czuję rozdarcie, bo z jednej strony mam na uwadze historyczną słuszność Twej tezy, z drugiej jednak czuję wewnętrzny bunt przeciw uznaniu pełnoprawności takiej formy ewangelizowania.

    Czyż Bóg nie jest tak wielki, aby z ludzkiej małości rozlać Słowo na cały świat bez stosowania przymusu i przemocy? Czy tak rozumiane sacrum nie przypomina pogańskich religii? (dopiero co myśl tę wyraziłem na swoim blogu – http://www.beszad.onet.pl ).

    Cieszę się, że znalazłem Twoją stronę. Na marginesie muszę jeszcze dorzucić – już z zupełnie innej beczki – że podoba mi się wiele Twoich metafor. Przeczytałem np. coś na temat Śląska (pisane jeszcze w 2005 r.), który – jak piszesz – wciąż stoi rozdarty między żyjącymi w nienawiści rodzicami i który nieustannie stawiany jest wobec konieczności wyboru jednego z nich. Jest w tym tyle prawdy… i ta prawda, jak sądzę, stoi wciąż na przeszkodzie do uznania nas, Ślązaków, za pełnoprawny podmiot – zarówno przez polską, jak i niemiecjką stronę.

    Gryfnie Cie pozdrawiom!
    Beszad (Ślónzok z Bieszczadów) :)

  10. Pingback: Barbaria | postTradycja

  11. Znakomita polemika, znakomita dyskusja. A temat chyba najciekawszy – przynajmniej dla mnie.
    Tekst Szczepana uzupełniłbym tylko uwagą, że bez barbarzyńskich, wojowniczych pogan, chrześcijaństwo nie tylko nie zdołałoby przetrwać, ale i nigdy nie zdołałoby się narodzić. Bo to pogańscy jeźdźcy zaszczepili lewantyńskim pasterzom nadzieję na trwanie ich życia po śmierci i tęsknotę za mającym się narodzić Zbawicielem – synem najwyższego boskiego ojca. Filip oczywiście też ma dużo racji. Cywilizacja, by trwać, musi nieustannie samą siebie korygować, też negować, „wystawiać na próbę”, sprawdzać wytrzymałość własnych fundamentów. Chwila, gdy wszelkie fundamentalne spory ustają jest chwilą, gdy możemy wystawiać cywilizacji „świadectwo zgonu”.
    Postawię jednak prowokacyjne (a może nawet obrazoburcze) pytanie, które dręczy mnie od wielu lat. Czy religie (w tym chrześcijaństwo) są czymś więcej, niż tylko (aż) receptą na zbudowanie cywilizacji? Czy w indywidualnym wymierza nie są po prostu sposobem na dostrojenie jednostki do przeznaczonej jej roli społecznego budulca?