Der Erlkönig

Szedłem parę dni temu z synkiem do domu. Po całym dniu słoty, popołudniem niebo się przetarło, zaświeciło nawet słońce, tym ciepłym w kolorze światłem, którym świeci letnimi, późnymi wieczorami. Więc szliśmy, oglądając błękit w kałużach, lecz za plecami mieliśmy zmierzch i sunący wał czarnych chmur i kiedy odwracałem głowę, widziałem, jak urywają sie spod nich przejrzyste kurtyny deszczu. Jeszcze daleko, ale szedł spod tej ciemnych obłoków wiatr, znam dobrze takie chmury i taki wiatr, wiem, kiedy i jak szybko potrafi dogonić uciekający przed nim baksztagiem jacht.

A mój synek nie ma o tym pojęcia. Pokazuję mu straszny front chmur, a on wyciąga mały paluszek i krzyczy, po swojemu: jaaaaaaaaaa! Wiatr odrywa od ziemi zeszłoroczną trawę i liście, a w nagich gałęziach brzozy gwiżdże kos, gwiżdże jak oszalały, bardzo głośno. Jakby się bał. I przypominam sobie pierwszą zwrotkę wiersza, którego uczyłem się na pamięć na niemieckim w liceum:


Wer reitet so spät durch Nacht und Wind?
Es ist der Vater mit seinem Kind;
Er hat den Knaben wohl in dem Arm,
Er faßt ihn sicher, er hält ihn warm
.

Tylko tyle znam na pamięć, ale wiem co następuje dalej.

Dem Vater grauset’s; er reitet geschwind,
Er hält in Armen das ächzende Kind,
Erreicht den Hof mit Mühe und Not;
In seinen Armen das Kind war tot.

Stoimy już na ganku, tulę syna, otwieram drzwi do domu. Uczę się bać.

Od słowa do słowa w Jedynce

Od najbliższej niedzieli, 15 marca, co tydzień w niedzielne popołudnie (17:05) w radiowej Jedynce zapraszam do zabawy literackiej pod tytułem „Od słowa do słowa” – gdzie razem ze Słuchaczami pisać będziemy powieść sensacyjną, której pierwszy rozdział, mojego autorstwa, wysłuchać będzie można właśnie w niedzielę – a i potem rzecz dostępna będzie w podcastach na stronach Jedynki.

Na stronach Jedynki dostępny jest już pierwszy rozdział powieści – również w plikach mp3, odczytany przez Macieja Gudowskiego
.

Moc słów

Konferencja Episkopatu Polski oświadczyła, ustami swego rzecznika zapewne, że sprawa lustracji biskupów jest w Polsce zamknięta.

Są słowa, które – w połączeniu z intencją – mają wielką moc. Na przykład ego te absolvo a peccatis tuis. Wyrażenie „sprawa zamknięta” żadnej mocy sprawczej jednakowoż nie posiada.

Są sprawy których kościelną nowomową zaklajstrować się nie da, ile razy nie przemiędliłoby się formułek o zwiększaniu wrażliwości na człowieka, wsłuchiwaniu się w znaki czasu i nauki Papieża-Polaka, ubogacaniu się, pochylaniu i co tam jeszcze Pasterze nasi wygłaszają standardowo przy takich okazjach.

Sprawa jest więc otwarta, a raczej ledwie drzwi do niej uchylono. W tej sytuacji, jeśli jakieś słowa mają moc, to raczej te, które paru Żydów usłyszało dwa tysiące lat temu: J 8, 32.

Konkurs sześciu słów – wyniki

Głosowanie zakończone. W cuglach wygrywa kanibalistyczna makabreska, troszkę w stylu Topora,uzyskując 22 punkty:

„Syci wyli z rozpaczy, tuląc kadłubki”

Autora bądź autorkę o pseudonimie MJ  proszę o kontakt mailowy ze mną, celem wyboru rodzaju nagrody i ustalenia sposobu jej przekazania.

Miejsce drugie, ex aequo, z jedenastoma punktami dwa flashe znanego skądinąd Negatora. Gangstersko-sensacyjne „Głębiej! Bo cię potem psy wygrzebią”, oraz z czytelnym nawiązaniem do „recenzji wewnętrznych ” z „Diariusza najmniejszego” Umberto Eco: „TUKIDYDES – nie skorzystamy. Przyślij jakąś prozę”.

Oraz miejsce trzecie, również ex aequo, zajmują melancholijne „Lecą żurawie, cień krat na podłodze”, autora ukrywającego się pod pseudonimem eR, oraz „Gruchnął piach o drewno. Wierzgnąłem. Boże…” , czyli horrorek kolegi po fachu, autora świetnych „Błędów” – Jakuba Małeckiego.

Za miejsca drugie i trzecie nagród nie przewidziano.

Teraz kolej na trzy moje prywatne, równorzędne wyróżnienia.

Pierwsze, za elegancki, rymowany erotyk Kurasia, miniaturę raczej poetycką, niż prozatorską, tym niemniej, opowiadającą piękną historię:

„Las. Silnik zgasł. Noc. Wspólny koc.”

Drugie, za space operę dla Esthela:

„Chrestos nika! – myśliwce „Hodegetrii” przecięły kosmos”

Trzecie, dla Małeckiego, za wstrząsające, straszne:

Nie krzycz. Chciałam urodzić Ci żywe.”

Wszystkim dziękuję za udział, głosy i cierpliwość.

Ankieta Studyty

W odpowiedzi na ankietę Studyty:

strange days1. The Doors, Strange Days

Wahałem się, który album Doorsów jest dla mnie najważniejszy, najbardziej, jak to napisał Studyta, formacyjny – o ile muzyka może być formacyjna. Muzycznie najmocniej przemawiają do mnie dwa ostatnie (licząc te z Morrisonem) – „Morrison Hotel” i „L.A. Woman”, bo najbardziej bluesowe, głos Morrisona dojrzalszy i teksty najlepsze. Ale jednak to nie te wpłynęły na mnie najbardziej. A więc zostaje „Strange Days”, chociażby dlatego, że na „Strange Days” jest najmocniejsza piosenka w całym doorsów repertuarze, „When the music’s over”. Z hipnotyczną linią basu na syntezatorze fendera, z młodym jeszcze głosem Morrisona. A ja mam piętnaście lat, życie powoli rozkwita zmysłowością. Słucham tylko Doorsów, ma to oczywiście funkcję przybranej tożsamości. Nawet dzisiaj, po następnych piętnastu latach ciągle jestem zażenowany, że nosiłęm wtedy na plecaku naszywkę „the doors”. Porzuciłem ich zresztą po kilku latach, powoli odpływali ode mnie, i wróciłem dopiero gdzieś w środku moich lat dwudziestych, odkrywając na nowo wszystko to, czego wtedy dostrzec nie potrafiłem. Podobnie zresztą było z Nietzschem, którego czytałem mając lat szesnaście czy siedemnaście i nic, oczywiście, nie rozumiałem. Jedyne co mi z tamtej lektury Starego Kanoniera zostało, to umiejętność naśladowania młodopolskiego stylu. Przez pięć lat studiowania filozofii Nietzschego tknąłem tylko raz, w koniecznym do jakiegoś egzaminu minimum, aby powrócić doń i wracać dalej, powoli i ostrożnie, jako człowiek dorosły.

I jeszcze „People are strange”, którą Marcin grał na gitarze, a ja śpiewałem, bo szybko się połapaliśmy, że to wyjątkowo naszym koleżankom do gustu przypada. Jedna z tych koleżanek jest dzisiaj moją żoną.

200px-joy_division-substance_album_cover2. Joy Division, Substance

Kasetę z singlami Joyów dostałem w prezencie. Od dziewczyny. Generalnie, za najlepszą płytę tego zespołou uważam drugą, „Closer”, ale to „Substance” dostałem od dziewczyny, „Closer” kupiłem sobie sam. Więc jasna sprawa, że „Substance” ważniejsze. A był to rok 1996 chyba.

Tamten okres pamiętam dziwacznie, jakby nie miał dni. Pamiętam tylko mgliste wieczory w Gliwicach, w których wtedy były tylko dwie knajpy, w których spotykali się licealiści z jedynki i piątki, Orientalna i Nova. Nova pod ratuszem, dzisiaj jest tam pretensjonalny, niby designerski bar 3M. Orientalna przy Dworcowej, teraz zamiast tej brzydkiej knajpy, która widziała początki i końce setek burzliwych, młodzieńczych romansów, w lokalu mieści się obrzydliwa, góralska restauracja, do której nigdy nie wejdę, chociażby z powodu obrzydliwych figur górali przed wejściem i obrzydliwych desek, przybitych do murów śląskiej kamienicy i udających jodłowe belki.

Kiedy tylko słyszę gdzieś pierwsze takty „Warsaw” -3, 5, 0, 1, 2, 5, go! – wszystko wraca. Potem czytałem „Mechaniczną pomarańczę”, od innej dziewczyny dostałem „Sno-powiązałkę” Voo-voo w autorsko-pirackiej, ślicznie ołówkiem opisanej kasecie. Były potem wakacje, pisaliśmy wtedy sobie długie listy z obrazkami, na papierze, bo nie miałem wtedy adresu e-mail, spaliśmy na plaży pod odwrócnym kutrem, zadawałem się trochę z jakimiś starymi trochę-punkami ze szkoły muzycznej z Wrocławia, ich imion już nie pamiętam, ale pamiętam morderczy trunek z taniego wina wymieszanego ze spirytusem w proporcjach 1:1, zagrzany na ognisku.

200px-nirvana_mtv_unplugged_in_new_york3. Nirvana, MTV Unplugged in New York

To w zasadzie nie jest ważna płyta. To znaczy: muzycznie, inna liga niż wymienione wcześniej. Nirvana to może i ważny zespół, ale bez przesady, miałem kolegów hojniej obdarzonych talentem wokalnym i instrumentalnym. Ale „Unplugged” łączy z innymi płytami z tej listy to, że nieodmiennie przenosi mnie do przeszłości. Wyróżnia ją z tej listy również to, że jest to jedyna płyta Nirvany, którą mógłbym to wpisać, podczas kiedy w przypadku Joyów, Doorsów, czy później Dead Can Dance, długo musiałem się zastanawiać, którą płytę wybrać, skoro o płytę, a nie o opera omnia chodzi.

Oczywiście, najpierw słuchałem „Nevermind”, ale to jedyny album Nirvany, którego mógłbym słuchać nawet dziś. Nie wiem, z sentymentu, po starej znajomości? Po prostu podobają mi się te piosenki, i tyle. Jest to wreszcie jedyny album Nirvany, który przy pierwszych akordach „Lake of fire” , „The Man Who Sold the World” , „Where did you sleep last night” działa jak wehikuł czasu.

I o ile wcześniejsza muzyka przenosi mnie na ulice, do knajp, na plaże, to Nirvana przenosi mnie do pokoju, w którym wtedy mieszkałem. Przypomina mi o grach komputerowych, o książkach, o leżeniu na kanapie i patrzeniu w sufit. O kumplach, którzy przychodzili posiedzieć, pogadać, pograć w rpg, albo wyciągnąć mnie z domu.

A sama płyta oczywiście stoi coverami, czy to Davidem Bowie, czy tradycyjnym, ludowym „Where did you sleep last night”. I jest to bardzo smutna płyta, lecz smutkiem innym, niż cioranowska rozpacz Joyów, smutkiem kojącym, spokojnym, pogodnym nawet, pogodnym jak pasaż z „The man who sold the world”.

I tak naprawdę, miejsce Nirvany powinien tutaj zająć albo Cave, albo Waits, albo, pewniej jeszcze, Radiohead, albo PJ Harvey, bo słuchałem ich wszystkich z osobna częściej i dłużej, i dalce bardziej ich od Nirvany wolę i dalej słucham, nawet właśnie w tej chwili puściłem sobie „Nocturamę”. Ale postanowiłem zaufać instynktowi.

200px-surferrosa4. Pixies, Surfer Rosa/Come on Pilgrim

Podwójne wydanie, płyta i EP. Muzycznie wspaniała, podobno Cobain był fanem Pixies – jeśli był, to mógł pozostać, bo muzycznie, energetycznie Nirvana pozostaje za Pixies daleko w tyle. „Surfer Rosa” jest przy tym tak pięknie, chropowato nagrana…

A ciągnie za sobą,  przede wszystkim – imprezy, na których wrzeszczeliśmy hiszpańskie teksty nie rozumiejąc z nich ani słowa. I jeszcze całkiem niedawno,  zanim Franek się urodził, skakaliśmy jak nastolatki do „Isla de encanta”

Marek grał na gitarze „Where is my mind”, obok różnych riffów z Radiohead i autorskiego „Śledzia”, kiedy tysiąc lat temu pływaliśmy po Mazurach na berylach z wietierokami. I usiłowaliśmy to śpiewać, to i „Caribou” jeszcze, nie bardzo się udawało.

A swoją drogą, ciągnie się za moim Pixiesami jeszcze wspaniała, scena z ekranizacji „Fight clubu”, prawie tak mocna, jak You’ll hunt elk through the damp canyon forests around the ruins of Rockefeller Center z książki. Mimo, że „Where is my mind” bynajmniej nie jest moją ulubioną piosenką tego radosnego zespołu, to jednak ta asocjacja z Palahniukiem i Fincherem dodaje mu bez wątpienia ważności.

200px-portisheaddummy5. Portishead, Dummy

No jakoś tak mi wychodzi, że depresyjna muzyka działa na mnie najlepiej. Portishead to już dużo późniejszy rozdział mojego życia, cichy soundtrack do „przyjmowania pewnej formacji intelektualnej” na studiach i później. Mroczny finisz imprez, mieszany ze smutnymi kawałkami Shemekii Copeland i co mroczniejszym Waitsem, Beth Gibbons śpiewała naszym przyjaciołom powoli spływającym w fotele, dopalającej się sziszy, wstęgom papierosowego dymu i okrągłym plamom po alkoholu, kiedy wżerały się w fornir na meblach. Gosia K. nie znosiła Portishead, bo pogłębiali jej depresje: dla mnie depresyjna to jest Patrycja Markowska, Beth Gibbons jest po prostu cudownie, rozkosznie smutna.

Być może jestem po prostu mizantropem, któremu jest przyjemnie słuchać muzyki smutnej jak pogrzeb złego starca, nie wiem. Swoją drogą, Portishead, obok „Silent treatment” Pati Yang i – tak, wiem, że to dziwne – „X&Y” Coldplaya to moja ulubiona muzyka na długie podróże samochodem.

200px-within_the_realm_of_a_dying_sun 6. Dead Can Dance, Within the Realm of a Dying Sun

Co trzeba było o DCD napisać, napisał już Studyta u siebie. Ja dodam tylko, że dla mnie to „Cantara” jest chyba najważniejszym utworem na tej wspaniałej płycie.

A dlaczego nie mogłem wybrać innej płyty? Ano, po pierwsze i najważniejsze, z DCD to ta sama historia co Joy Division.

Potem trochę mi zbrzydli, bo często lecieli u nas jako muzyczny podkład do sesji rpg, ale raczej Into the Labyrinth, póżniej jeszcze pani Lisa przez jakiś czas pojawiała się w soundtracku co drugiego filmu, na jakim byłem w kinie. Być może na fali tego znużenia napisałem jakieś dwa lata temu, że mam DCD dosyć, bo brzmią mi już fałszywie.

Ale znużyłem się w końcu jednym, zapętlonym kawałkiem z soundtracku „28 tygodni później”, który puszczałem sobie do pisania, jako ścianę dźwięku odgradzającą mnie od świata i hipnotyczny stymulant do mózgu, do emocji i stylu, i zacząłem pisać, przepraszam za wyrażenie, „pod” Dead Can Dance. Musiałem szybko zmienić muzykę do pisania na coś innego (Rammstein ostatnio), bo DCD angażowało mnie za bardzo, bo to jednak zbyt dobra muzyka.

kult_-_posluchaj_to_do_ciebie7. Kult, Posłuchaj to do ciebie

To po prostu ogromny kawałek moich lat młodzieńczych. „Piosenka młodych wioślarzy”, „Elektryczne nożyce z gór”, które śpiewaliśmy z najbliższymi mi wtedy przyjaciółmi z pogardą dla ciszy nocnej (jakże dziś nie znoszę takich hałaśliwych gówniarzy), „Do Ani”, które wzrusza mnie do dzisiaj…

Teraz, jeśli włączam jeszcze coś Kultu, to pierwszego albo drugiego „Tatę Kazika”, albumy przecież genialne, bo ojciec jednak lepszym tekściarzem był od syna, nie mówiąc już o Gałczyńskim. Lubię też „Ostateczny krach systemu korporacji”, następnych płyt nie byłem już w stanie odsłuchać nawet do połowy, znudziły mnie po prostu na śmierć.

Więc co mogę napisać jeszcze o tej płycie?

Elektryczne nożyce z gór / W kosmosie nie ma większych / A oni zjednoczeni dalej lecą / Oni powracają tą samą drogą

Tyle.

Varia

Byliśmy w Jaworzynce, niedaleko od nas, ale na innym, obcym, cieszyńskim Śląsku. Byliśmy u M., w domu, z którego sam już nie wiem ile razy szliśmy do Hrčavy, niespiesznym krokiem na pražený syr z hranolkami i kuflem radegasta. Spacer był krótki, pół godziny w jedną stronę, nie więcej, ale piękny, bo do pachnących już wiosną Beskidów nagle postanowiła powrócić zima, z nieba leciał śnieg jak płaty popiołu z Krakatau, oblepiał drzewa, spływał mi po softshellu i rozbawiał mojego synka, który podróżował w nosiłkach na moich plecach. Potem, kiedy wracaliśmy, śnieg stał się śnieżycą, zniknął horyzont i kiedy wyszliśmy z lasu, zniknęliśmy w bieli, nie było nieba, ani ziemii, tylko ślad drogi pod nogami i biała ciemność dookoła. Franek łapał płatki i wystawiał do spadającego śniegu buzię, zachwycony i szczęśliwy.

Co do radegasta, niestety, w brzydkiej Hospodzie pod Javorem była tylko dziesiątka – do Hospůdki Na Vyhlídce, gdzie leją złotego bażanta, M. iść nie chciał, podobno często u nich ostatnio kuchnia nieczynna – za to zasugerował do piwa jakąś czeską nalewkę słodko-wiśniową, którą następnie sobie do tego piwa wlał. Ja nie wlałem, bo się brzydzę piwa z cukrem, ale jako piwa osobne towarzystwo smakowała wybornie. A raczej smakowałaby, bo tylko parę łyczków upiłem, zanim latorośl pierworodna nie wylała mi wiśniówki na spodnie. Dobrze, że spodnie czarne i takie, do których mało jestem przywiązany.

Wracając, pojechaliśmy przez Jasnowice, przez Czechy, bo drogi lepsze niż na Kubalonce dziurawej jak po bombardowaniu, a ja przy okazji zaopatrzyłem się w czesko-cieszyńskim tesco w kilka butelek wina z południowych Moraw, którego nieobecność w Polsce jest, moim zdaniem, absolutnym skandalem, bo morawski tramin červený jest rewelacyjny, ciekawszy nawet niż odmianą tramina będące gewürztraminery, w Polsce dostępne tylko za absurdalne zupełnie pieniądze, które tylko głupim snobom nie popsułyby przyjemności z wina. Bardzo przyjemny jest również ryzlink vlašský (który nic wspólnego nie ma z rieslingiem niemieckim, na Węgrzech znany jest jako olaszrizling i cudownie upijaliśmy się nim nieraz w piwnicach Budapesztu i Egeru, w pięknych czasach), warto spróbować morawskiego müller thurgau i – szczególnie – czerwonych frankovki i svatovavřineckiego. Nie potrafię pojąć, z jakiego tajemniczego powodu półki w polskich sklepach z winem wypełniają jakieś francuskie szato de szmato (albo, dla odmiany, w lepszych sklepach, dobre francuskie wina w głupich cenach – w głupich, bo wino ma być dionizyjskie, a picie wina za trzycyfrową cenę nie jest dionizyjskie, tylko dekadenckie i perwersyjne), jest sporo dobrych win włoskich, są moje ulubione wina z Chile i Argentyny, bywają nawet czasem wina węgierskie (chociaż akurat najczęściej najgorsze z tego, co węgierskie winnice mają do zaoferowania), a nie ma win morawskich. Win z krainy winiarskiej o starożytnej tradycji, win naprawdę ciekawych, win za sensowne pieniądze, nawet przy uwzględnieniu aktualnego kursu korony.

Miał to być tylko wstęp, ale trochę się rozrósł. Tak naprawdę chciałem napisać o „Sindbad powraca do domu” Máraiego i o „Przy śniadaniu” Rylskiego, które wydają mi się książkami do siebie podobnymi. Jednakowoż, włączając komputer otwarłem sobie butelkę tramina, więc o książkach napiszę następnym razem.