Byliśmy w Jaworzynce, niedaleko od nas, ale na innym, obcym, cieszyńskim Śląsku. Byliśmy u M., w domu, z którego sam już nie wiem ile razy szliśmy do Hrčavy, niespiesznym krokiem na pražený syr z hranolkami i kuflem radegasta. Spacer był krótki, pół godziny w jedną stronę, nie więcej, ale piękny, bo do pachnących już wiosną Beskidów nagle postanowiła powrócić zima, z nieba leciał śnieg jak płaty popiołu z Krakatau, oblepiał drzewa, spływał mi po softshellu i rozbawiał mojego synka, który podróżował w nosiłkach na moich plecach. Potem, kiedy wracaliśmy, śnieg stał się śnieżycą, zniknął horyzont i kiedy wyszliśmy z lasu, zniknęliśmy w bieli, nie było nieba, ani ziemii, tylko ślad drogi pod nogami i biała ciemność dookoła. Franek łapał płatki i wystawiał do spadającego śniegu buzię, zachwycony i szczęśliwy.
Co do radegasta, niestety, w brzydkiej Hospodzie pod Javorem była tylko dziesiątka – do Hospůdki Na Vyhlídce, gdzie leją złotego bażanta, M. iść nie chciał, podobno często u nich ostatnio kuchnia nieczynna – za to zasugerował do piwa jakąś czeską nalewkę słodko-wiśniową, którą następnie sobie do tego piwa wlał. Ja nie wlałem, bo się brzydzę piwa z cukrem, ale jako piwa osobne towarzystwo smakowała wybornie. A raczej smakowałaby, bo tylko parę łyczków upiłem, zanim latorośl pierworodna nie wylała mi wiśniówki na spodnie. Dobrze, że spodnie czarne i takie, do których mało jestem przywiązany.
Wracając, pojechaliśmy przez Jasnowice, przez Czechy, bo drogi lepsze niż na Kubalonce dziurawej jak po bombardowaniu, a ja przy okazji zaopatrzyłem się w czesko-cieszyńskim tesco w kilka butelek wina z południowych Moraw, którego nieobecność w Polsce jest, moim zdaniem, absolutnym skandalem, bo morawski tramin červený jest rewelacyjny, ciekawszy nawet niż odmianą tramina będące gewürztraminery, w Polsce dostępne tylko za absurdalne zupełnie pieniądze, które tylko głupim snobom nie popsułyby przyjemności z wina. Bardzo przyjemny jest również ryzlink vlašský (który nic wspólnego nie ma z rieslingiem niemieckim, na Węgrzech znany jest jako olaszrizling i cudownie upijaliśmy się nim nieraz w piwnicach Budapesztu i Egeru, w pięknych czasach), warto spróbować morawskiego müller thurgau i – szczególnie – czerwonych frankovki i svatovavřineckiego. Nie potrafię pojąć, z jakiego tajemniczego powodu półki w polskich sklepach z winem wypełniają jakieś francuskie szato de szmato (albo, dla odmiany, w lepszych sklepach, dobre francuskie wina w głupich cenach – w głupich, bo wino ma być dionizyjskie, a picie wina za trzycyfrową cenę nie jest dionizyjskie, tylko dekadenckie i perwersyjne), jest sporo dobrych win włoskich, są moje ulubione wina z Chile i Argentyny, bywają nawet czasem wina węgierskie (chociaż akurat najczęściej najgorsze z tego, co węgierskie winnice mają do zaoferowania), a nie ma win morawskich. Win z krainy winiarskiej o starożytnej tradycji, win naprawdę ciekawych, win za sensowne pieniądze, nawet przy uwzględnieniu aktualnego kursu korony.
Miał to być tylko wstęp, ale trochę się rozrósł. Tak naprawdę chciałem napisać o „Sindbad powraca do domu” Máraiego i o „Przy śniadaniu” Rylskiego, które wydają mi się książkami do siebie podobnymi. Jednakowoż, włączając komputer otwarłem sobie butelkę tramina, więc o książkach napiszę następnym razem.
Panie SzczePanie,ładnie. A może by tak kiedyś powędrować jeszcze smakiem na winnice mołdawskie ? Kilka win dobrych, a ceny wcale nie dekadenckie i perwersyjne hehe.
Pozdrawiam.
Szczególnie dobrze udaje im się w Mołdawii cabernet sauvignon (polecam najbardziej z winnicy Carlevana) oraz miejscowy szczep Rara Neagra, dający podobne do kaberneta potężne taniczne wina stworzone do walki z połciem wołowiny lub jagnięcia. No i ich brandy, naprawdę zasługujące na miano koniaków.
No prosze ponury jak chrześcijanin Szczepan przedzieżgnął się dionizyjskiego hedoniste.
Ja ze swej strony polecam z kolei wina z takiego kraiku co się zowie Malta.Troche w klimacie włoskich (to komplement) ale z rozsądną ilością garbników.No i w cenie barszczu.
Paradoksy handlu krajowego biorą się stąd, że dobra staropolska tradycja winna, zwłaszcza popijanych na co dzień zacnych węgrzynów, została w ostatnich dwóch wiekach wyparta przez germanizację piwną i rusyfikację wódczaną (w tym drugim przypadku nie do zlekceważenia jest też emancypacja stanu trzeciego, który zawsze, jak i dziś, chlał to, co najmniejszym kosztem najmocniej kopie). W efekcie lud, którego gusty w masie decydują o naszym zaopatrzeniu, uznaje wino za odpowiednik drogiej perfumy, co to się ją kupuje dwa razy w życiu: raz „narzeczonej”, żeby dała dowód miłości przed ślubem, a drugi na pierwszą okrągłą rocznicę ślubu. Więc widząc dziś na półce np. włoskie stołowe w cenie dwóch lepszych piw, bo tyle ono powinno kosztować, nikt po nie by nie sięgnął, więtrząc ściemnionego jabola. Wino w wyobrażeniu rodaków musi kosztować tak z trzy, cztery, pięć dychaczy, żeby bez obciachu wnieść je do cioci na imieniny. I kto za tę tępotę płaci? Pan płaci, ja płacę…
hmm postaram się pokosztować …za sugestię dziękuję…
Pan płaci…:-)