Ankieta Studyty

W odpowiedzi na ankietę Studyty:

strange days1. The Doors, Strange Days

Wahałem się, który album Doorsów jest dla mnie najważniejszy, najbardziej, jak to napisał Studyta, formacyjny – o ile muzyka może być formacyjna. Muzycznie najmocniej przemawiają do mnie dwa ostatnie (licząc te z Morrisonem) – „Morrison Hotel” i „L.A. Woman”, bo najbardziej bluesowe, głos Morrisona dojrzalszy i teksty najlepsze. Ale jednak to nie te wpłynęły na mnie najbardziej. A więc zostaje „Strange Days”, chociażby dlatego, że na „Strange Days” jest najmocniejsza piosenka w całym doorsów repertuarze, „When the music’s over”. Z hipnotyczną linią basu na syntezatorze fendera, z młodym jeszcze głosem Morrisona. A ja mam piętnaście lat, życie powoli rozkwita zmysłowością. Słucham tylko Doorsów, ma to oczywiście funkcję przybranej tożsamości. Nawet dzisiaj, po następnych piętnastu latach ciągle jestem zażenowany, że nosiłęm wtedy na plecaku naszywkę „the doors”. Porzuciłem ich zresztą po kilku latach, powoli odpływali ode mnie, i wróciłem dopiero gdzieś w środku moich lat dwudziestych, odkrywając na nowo wszystko to, czego wtedy dostrzec nie potrafiłem. Podobnie zresztą było z Nietzschem, którego czytałem mając lat szesnaście czy siedemnaście i nic, oczywiście, nie rozumiałem. Jedyne co mi z tamtej lektury Starego Kanoniera zostało, to umiejętność naśladowania młodopolskiego stylu. Przez pięć lat studiowania filozofii Nietzschego tknąłem tylko raz, w koniecznym do jakiegoś egzaminu minimum, aby powrócić doń i wracać dalej, powoli i ostrożnie, jako człowiek dorosły.

I jeszcze „People are strange”, którą Marcin grał na gitarze, a ja śpiewałem, bo szybko się połapaliśmy, że to wyjątkowo naszym koleżankom do gustu przypada. Jedna z tych koleżanek jest dzisiaj moją żoną.

200px-joy_division-substance_album_cover2. Joy Division, Substance

Kasetę z singlami Joyów dostałem w prezencie. Od dziewczyny. Generalnie, za najlepszą płytę tego zespołou uważam drugą, „Closer”, ale to „Substance” dostałem od dziewczyny, „Closer” kupiłem sobie sam. Więc jasna sprawa, że „Substance” ważniejsze. A był to rok 1996 chyba.

Tamten okres pamiętam dziwacznie, jakby nie miał dni. Pamiętam tylko mgliste wieczory w Gliwicach, w których wtedy były tylko dwie knajpy, w których spotykali się licealiści z jedynki i piątki, Orientalna i Nova. Nova pod ratuszem, dzisiaj jest tam pretensjonalny, niby designerski bar 3M. Orientalna przy Dworcowej, teraz zamiast tej brzydkiej knajpy, która widziała początki i końce setek burzliwych, młodzieńczych romansów, w lokalu mieści się obrzydliwa, góralska restauracja, do której nigdy nie wejdę, chociażby z powodu obrzydliwych figur górali przed wejściem i obrzydliwych desek, przybitych do murów śląskiej kamienicy i udających jodłowe belki.

Kiedy tylko słyszę gdzieś pierwsze takty „Warsaw” -3, 5, 0, 1, 2, 5, go! – wszystko wraca. Potem czytałem „Mechaniczną pomarańczę”, od innej dziewczyny dostałem „Sno-powiązałkę” Voo-voo w autorsko-pirackiej, ślicznie ołówkiem opisanej kasecie. Były potem wakacje, pisaliśmy wtedy sobie długie listy z obrazkami, na papierze, bo nie miałem wtedy adresu e-mail, spaliśmy na plaży pod odwrócnym kutrem, zadawałem się trochę z jakimiś starymi trochę-punkami ze szkoły muzycznej z Wrocławia, ich imion już nie pamiętam, ale pamiętam morderczy trunek z taniego wina wymieszanego ze spirytusem w proporcjach 1:1, zagrzany na ognisku.

200px-nirvana_mtv_unplugged_in_new_york3. Nirvana, MTV Unplugged in New York

To w zasadzie nie jest ważna płyta. To znaczy: muzycznie, inna liga niż wymienione wcześniej. Nirvana to może i ważny zespół, ale bez przesady, miałem kolegów hojniej obdarzonych talentem wokalnym i instrumentalnym. Ale „Unplugged” łączy z innymi płytami z tej listy to, że nieodmiennie przenosi mnie do przeszłości. Wyróżnia ją z tej listy również to, że jest to jedyna płyta Nirvany, którą mógłbym to wpisać, podczas kiedy w przypadku Joyów, Doorsów, czy później Dead Can Dance, długo musiałem się zastanawiać, którą płytę wybrać, skoro o płytę, a nie o opera omnia chodzi.

Oczywiście, najpierw słuchałem „Nevermind”, ale to jedyny album Nirvany, którego mógłbym słuchać nawet dziś. Nie wiem, z sentymentu, po starej znajomości? Po prostu podobają mi się te piosenki, i tyle. Jest to wreszcie jedyny album Nirvany, który przy pierwszych akordach „Lake of fire” , „The Man Who Sold the World” , „Where did you sleep last night” działa jak wehikuł czasu.

I o ile wcześniejsza muzyka przenosi mnie na ulice, do knajp, na plaże, to Nirvana przenosi mnie do pokoju, w którym wtedy mieszkałem. Przypomina mi o grach komputerowych, o książkach, o leżeniu na kanapie i patrzeniu w sufit. O kumplach, którzy przychodzili posiedzieć, pogadać, pograć w rpg, albo wyciągnąć mnie z domu.

A sama płyta oczywiście stoi coverami, czy to Davidem Bowie, czy tradycyjnym, ludowym „Where did you sleep last night”. I jest to bardzo smutna płyta, lecz smutkiem innym, niż cioranowska rozpacz Joyów, smutkiem kojącym, spokojnym, pogodnym nawet, pogodnym jak pasaż z „The man who sold the world”.

I tak naprawdę, miejsce Nirvany powinien tutaj zająć albo Cave, albo Waits, albo, pewniej jeszcze, Radiohead, albo PJ Harvey, bo słuchałem ich wszystkich z osobna częściej i dłużej, i dalce bardziej ich od Nirvany wolę i dalej słucham, nawet właśnie w tej chwili puściłem sobie „Nocturamę”. Ale postanowiłem zaufać instynktowi.

200px-surferrosa4. Pixies, Surfer Rosa/Come on Pilgrim

Podwójne wydanie, płyta i EP. Muzycznie wspaniała, podobno Cobain był fanem Pixies – jeśli był, to mógł pozostać, bo muzycznie, energetycznie Nirvana pozostaje za Pixies daleko w tyle. „Surfer Rosa” jest przy tym tak pięknie, chropowato nagrana…

A ciągnie za sobą,  przede wszystkim – imprezy, na których wrzeszczeliśmy hiszpańskie teksty nie rozumiejąc z nich ani słowa. I jeszcze całkiem niedawno,  zanim Franek się urodził, skakaliśmy jak nastolatki do „Isla de encanta”

Marek grał na gitarze „Where is my mind”, obok różnych riffów z Radiohead i autorskiego „Śledzia”, kiedy tysiąc lat temu pływaliśmy po Mazurach na berylach z wietierokami. I usiłowaliśmy to śpiewać, to i „Caribou” jeszcze, nie bardzo się udawało.

A swoją drogą, ciągnie się za moim Pixiesami jeszcze wspaniała, scena z ekranizacji „Fight clubu”, prawie tak mocna, jak You’ll hunt elk through the damp canyon forests around the ruins of Rockefeller Center z książki. Mimo, że „Where is my mind” bynajmniej nie jest moją ulubioną piosenką tego radosnego zespołu, to jednak ta asocjacja z Palahniukiem i Fincherem dodaje mu bez wątpienia ważności.

200px-portisheaddummy5. Portishead, Dummy

No jakoś tak mi wychodzi, że depresyjna muzyka działa na mnie najlepiej. Portishead to już dużo późniejszy rozdział mojego życia, cichy soundtrack do „przyjmowania pewnej formacji intelektualnej” na studiach i później. Mroczny finisz imprez, mieszany ze smutnymi kawałkami Shemekii Copeland i co mroczniejszym Waitsem, Beth Gibbons śpiewała naszym przyjaciołom powoli spływającym w fotele, dopalającej się sziszy, wstęgom papierosowego dymu i okrągłym plamom po alkoholu, kiedy wżerały się w fornir na meblach. Gosia K. nie znosiła Portishead, bo pogłębiali jej depresje: dla mnie depresyjna to jest Patrycja Markowska, Beth Gibbons jest po prostu cudownie, rozkosznie smutna.

Być może jestem po prostu mizantropem, któremu jest przyjemnie słuchać muzyki smutnej jak pogrzeb złego starca, nie wiem. Swoją drogą, Portishead, obok „Silent treatment” Pati Yang i – tak, wiem, że to dziwne – „X&Y” Coldplaya to moja ulubiona muzyka na długie podróże samochodem.

200px-within_the_realm_of_a_dying_sun 6. Dead Can Dance, Within the Realm of a Dying Sun

Co trzeba było o DCD napisać, napisał już Studyta u siebie. Ja dodam tylko, że dla mnie to „Cantara” jest chyba najważniejszym utworem na tej wspaniałej płycie.

A dlaczego nie mogłem wybrać innej płyty? Ano, po pierwsze i najważniejsze, z DCD to ta sama historia co Joy Division.

Potem trochę mi zbrzydli, bo często lecieli u nas jako muzyczny podkład do sesji rpg, ale raczej Into the Labyrinth, póżniej jeszcze pani Lisa przez jakiś czas pojawiała się w soundtracku co drugiego filmu, na jakim byłem w kinie. Być może na fali tego znużenia napisałem jakieś dwa lata temu, że mam DCD dosyć, bo brzmią mi już fałszywie.

Ale znużyłem się w końcu jednym, zapętlonym kawałkiem z soundtracku „28 tygodni później”, który puszczałem sobie do pisania, jako ścianę dźwięku odgradzającą mnie od świata i hipnotyczny stymulant do mózgu, do emocji i stylu, i zacząłem pisać, przepraszam za wyrażenie, „pod” Dead Can Dance. Musiałem szybko zmienić muzykę do pisania na coś innego (Rammstein ostatnio), bo DCD angażowało mnie za bardzo, bo to jednak zbyt dobra muzyka.

kult_-_posluchaj_to_do_ciebie7. Kult, Posłuchaj to do ciebie

To po prostu ogromny kawałek moich lat młodzieńczych. „Piosenka młodych wioślarzy”, „Elektryczne nożyce z gór”, które śpiewaliśmy z najbliższymi mi wtedy przyjaciółmi z pogardą dla ciszy nocnej (jakże dziś nie znoszę takich hałaśliwych gówniarzy), „Do Ani”, które wzrusza mnie do dzisiaj…

Teraz, jeśli włączam jeszcze coś Kultu, to pierwszego albo drugiego „Tatę Kazika”, albumy przecież genialne, bo ojciec jednak lepszym tekściarzem był od syna, nie mówiąc już o Gałczyńskim. Lubię też „Ostateczny krach systemu korporacji”, następnych płyt nie byłem już w stanie odsłuchać nawet do połowy, znudziły mnie po prostu na śmierć.

Więc co mogę napisać jeszcze o tej płycie?

Elektryczne nożyce z gór / W kosmosie nie ma większych / A oni zjednoczeni dalej lecą / Oni powracają tą samą drogą

Tyle.

6 thoughts on “Ankieta Studyty

  1. Dzięki za odpowiedź na mój płomienny apel o siódemkę ;-)

    Z Doorsami miałem niezłe przejścia, rózne jazdy depresyjno-nihilistyczno-alkoholowe u mnie generowali i co ciekawe, oprócz koncertowego „Absolutely Live” największy wpływ miała pozornie spokojna, chwilami niemal popowa płyta „Waiting for the Sun”. I zgadzam się, muzycznie późne płyty bronią się najlepiej, szczególnie „L.A.Woman”. Zauważyłeś, że linia basu w pierwszym kawałku z tej płyty jest prawie taka sama jak w „Billie Jean” Michała Jackowskiego?

  2. Wpadłem akurat na Twoją stronę i przypomniałem sobie jak graliśmy „People are strange”… ostatnio wróciłem trochę do gitary na złość chince która mieszka nade mną (mam wrażenie, że kupiłem za duży piec…). Dodałbym jeszcze tutaj Rage Against The Machine, którzy może nie wnieśli za dużo w sferze tekstowej wykrzykując swoje komunistyczne frazesy ale muzycznie myśle, że przynjamniej mi osobiscie zmieniły podejeście do paru rzeczy… Oczywiście przegladając listę to w sumie zupełnie do niej nie pasują hihi
    pozdrawiam z płaskiej krainy

    • Marcin! Ale fajnie, nie myślałem, że starzy kumple tutaj wpadają. Co do RATM, to pełna zgoda. Pierwsza płyta ragów jest, co tu dużo gadać, zmiatająca, nawet się zastanawiałem, czy jej tu nie wrzucić. W sumie mogłem, zamiast nirvany chyba, bo to jest kawał wspaniałej muzyki. I sporo wspomnień, ale to już na inną rozmowę. Mam nadzieję, że przed Twoją habilitacją jeszcze.

  3. Dla mnie Joy Division to przede wszystkim „Love will tear us apart, again”. I żal, że gdy w 1980 byłem w UK, już było za późno…

  4. zawsze się czułem samotny jako prawicowy miłośnik alternatywnego rocka, a tu Twardoch słucha Pixies. masakra, ale fajnie, nie pójdę do piekła!!!