Zimne wybrzeża już w księgarniach

„Zimne wybrzeża” już w księgarniach.


Było zimno, wiało mocno, żeglarską czwórką, mewy zawisały na wietrze jak latawce, w miejscu, szeroko rozłożywszy wygięte skrzydła, jakby niewidzialna żyłka mocowała je do nabrzeżnych kamieni. Węglowy pył, dym, portowe żurawie i pozdrowienia spieszących na szychtę górników zostały za nim. Tutaj był tylko fiord w stalowym kolorze, upstrzony podskakującymi na krótkiej fali plackami kry. Lodowe czapy na odległym drugim brzegu, rudo-zielono-bura tundra, szarobrązowe zbocza. Wyciągnął mapę i kompas – stał na Vestpynten przy zbiegu małego fiordu Advent i wielkiego Isfjorden. Przed nim jeszcze dobre dziesięć kilometrów marszu wąskim pasem równiny, który ciągnął się między brzegiem fiordu a wysokimi na kilkaset metrów klifami. Ruszył dalej.


Na plaży leżały śmieci wyrzucone przez morze i porzucone przez ludzi: beczki, wielkie pnie dryftowego drewna, które prądy morskie przygnały tu aż z Syberii, kawały blach, połamane szkielety łodzi i wielorybów, oblepione glonami pomarańczowe koło ratunkowe. Pancerzyki małych krabów, puste w środku, pękały pod nabijanymi żelaznymi ćwiekami podeszwami górskich butów. Co jakiś czas spośród kamieni zrywała się mała biało-szara rybitwa z czarną plamką na łebku, wzbijała się w powietrze, zastygała w miejscu, bijąc skrzydłami, wykląskiwała swoje donośne bojowe zawołanie, serię krótkich trzasków, po czym spadała na Smitha, a od kilku ptaków oberwało mu się nawet maleńkim dziobkiem w głowę. Uderzenia nie były bolesne, czapka skutecznie je amortyzowała. Niestety, chociaż nie każdy atak nurkowy kończył się uderzeniem, prawie każda rybitwa zrzucała ładunek białego guana, które za trzecim razem trafiło Smitha w twarz.


Zaklął i obmył twarz lodowatą morską wodą, po czym między kamieniami znalazł bambusowy pręt długi na półtora metra. Nie miał pojęcia, skąd wziął się na svalbardzkim brzegu bambus, ale skądkolwiek był, doskonale nada się na broń „przeciwlotniczą”. Ruszył dalej, oganiając się kijem od nachalnych ptaków. Odpuszczały, kiedy oddalał się od gniazda, tyle że wychodząc z terytorium jednej rybitwy, wkraczał na terytorium następnej i już nowy lotnik wzbijał się spomiędzy kamieni, gotów bohatersko bronić gniazda przed dwunogiem, który się zanadto zbliżył. Na szczęście natura zakodowała ptakom zasadę, że mają atakować najwyższy punkt – kiedy więc Smith szedł z kijkiem wzniesionym nad głową, rybitwy atakowały bambus, nie trafiając w piechura ani dziobami, ani guanem.


Zastanawiał się, kiedy ostatni raz maszerował. Tak na serio było to na kursie spadochroniarskim: w szkockich górach czterdzieści, pięćdziesiąt kilometrów bez przerwy, bez snu, z enfieldem na ramieniu, pełną jednostką amunicji i ciężkim plecakiem. I dyscyplina wodna do tego, idiotyczny pomysł brytyjskich oficerów, ścisły zakaz picia wody poza zapasem w manierce, chyba mniej niż pół litra. Pół litra na dobę wypełnioną wysiłkiem! Oczywiście próbowali oszukiwać, pić wodę ze strumieni bez względu na kary, ale instruktorzy pilnowali ich z zajadłą czujnością. Kilkanaście mieli tych zabójczych marszy. Nawet tamten bezdrzewny krajobraz był podobny do svalbardzkiego.


Potem już tylko raz, po pierwszym bojowym skoku, kilkanaście kilometrów lasem, z punktu zrzutu do lokalu kontaktowego, z palcem na spuście waltera w kieszeni marynarki. Trzy lata temu. I od tego czasu – nic. Tylko spacery, najpierw na spacerniaku w pierdlu, potem w Londynie, w Zurychu i znowu w Londynie, kawiarniany ogródek, gazeta, wystawianie twarzy do słońca, jasny garnitur, oglądanie się za ładnymi dziewczynami. Wdychanie świata i ta głupia radość – żyję, żyję, jednak żyję!… Jakby się było z czego cieszyć. Trzy lata… Pasek karabinu boleśnie uciskał mu ramię, odzwyczaił się od chodzenia z bronią.


W nadmorskim klifie wyrosła szeroka na dobry kilometr brama, wlot do Bjørndalen, Doliny Niedźwiedzia. Niedźwiedzia żadnego nie było, były za to dwie zbite z poszarzałych desek chatki, wyglądały na opuszczone. Na wszystko z wysokości krawędzi klifu patrzyły posieczone wiatrem trolle, które słońce zmieniło w kamień dawno temu, a kamień rozsadził lód, tak że został już tylko zarys sylwetki. Znowu wyjął mapę. Najpierw zamierzał pójść dołem, plażą u stóp klifu, ale teraz zmienił zdanie. Pójdzie doliną, żlebem wespnie się na Fuglefjellet i do celu swojej wycieczki dotrze z góry, nie z dołu.


Ruszył w górę doliny. W miarę jak zbliżał się do zboczy Fuglefjellet, Ptasich Gór (które wbrew nazwie były raczej płaskowyżem niż górami), powoli, lecz miarowo narastał jazgot płynący z ptasich gardziołków. Kiedy dotarł do pierwszego żlebu wyciętego w stromych ścianach doliny i zaczął się wspinać po kamiennym usypisku, spowodował maleńką lawinę, kilkadziesiąt ostrych kamieni przesunęło się parę metrów w dół. Hałas trących o siebie skał podziałał jak strzał na zawodach chartów – z gniazd, ukrytych w zakamarkach płaskowyżu, zerwało się ogromne stado alczyków, małych ptaków podobnych do pingwinów, tyle że w przeciwieństwie do swych braci z drugiej półkuli, latających. I to jak latających! Nad głową Smitha przeleciało stado wielkie, liczące może tysiąc, a może dziesięć tysięcy sztuk, nie umiał tego oszacować – furkot małych skrzydełek był ogłuszający, porównywalny tylko do dźwięku przelatującego nad głową samolotu, odrzutowca nawet. Nie spodziewał się takiego hałasu i aż przylgnął do zbocza. Stado przeleciało nad nim jeszcze kilka razy, zanim zapadło gdzieś między kamieniami.


Wspinaczka była nieprzyjemna, kamienie uciekały spod nóg. Pokonanie czterystumetrowego przewyższenia zajęło mu dwie i pół godziny, często musiał iść na czworakach, a kiedy wreszcie znalazł się na płaskim, lekko pochyłym szczycie Fuglefjella, musiał usiąść i odpocząć parę minut. Potem spojrzał na kompas i ruszył przed siebie. Na podmokłym gruncie marsz był powolny i męczący, ale Smith miał dużo czasu. Po kolejnej godzinie natknął się na resztki instalacji, której przeznaczenie zrozumiał, gdy w porzuconej skrzyni znalazł efekty geologicznych odwiertów: kamienne długie walce, różnokolorowe warstwy skał wyborowane z głębi ziemi. Usiadł na jednej ze skrzyń, wyciągnął termos z kawą i kanapki. Po tylu godzinach marszu zimny schab z czerstwym chlebem i śladem musztardy smakował lepiej niż foie gras we francuskiej restauracji. Prawie jak na pikniku. Niebo trochę się przejaśniło, błękit nie wyjrzał zza chmur, lecz ich warstwa jakby pocieniała, tak że w oddali widział morze. I kry. Przełknął ostatni kęs, dolał sobie jeszcze kawy.

3 thoughts on “Zimne wybrzeża już w księgarniach

  1. Zamawiam!!!

    Ciesze sie tym bardziej, że cykl zaplanowany jest na 6 tomów.
    Z ciekawości spytam, skąd taki krok?? Żeby wydać w 6 tomach. Rozumiem, że okres historyczny jest tak interesujący, że nie da sie go zmieścić w jednym tomie.
    Z opisu głównego bohatera, to od razu mi sie skojarzył z Sergiuszem Piaseckim.

  2. Opis na onecie.pl jest raczej nieaktualny i pochodzi z innego etapu pracy nad koncepcją książki. Bohater się nawet nazywa inaczej.

    Na pewno powstanie druga powieść połączona jakoś z „Zimnymi wybrzeżami”, w dającym się przewidzieć czasie – i być może następne również, ale to nie jest jedna powieśc w sześciu tomach, tylko odrębne zupełnie, niezależne od siebie książki, połączone światem przedstawionym i niektórymi bohaterami.

  3. Przeczytałem z zainteresowaniem, i zacząłem się zastanawiać, dlaczego odebrałem ją z niepokojem, jakby trudno ją było zaszufladkować.
    Sensacja, ale nietypowa, wątki Śląskie, zupełnie nowe dla mnie, mieszkającego na Mazowszu i rodzinnie mającego raczej fobie wschodnie.
    Tajny wywiad Rządu Londyńskiego – pomysł ciekawy, jeśli to tylko pomysł?
    I zacząłem się zastanawiać, jak to jest z wyrokami podziemnych władz Rzeczypospolitej, wydawanymi po wojnie na pracowników UB?
    Dlaczego się ich nie wykonuje, kto i kiedy je odwołał?