Spitsbergen, którego nie ma

Nie będzie Spitsbergenu w tym roku. Przez kilka miesięcy bawiłem się myślą, że może jednak jakoś uda się skompresować czas i nadąć saldo, ale przyszedł czas, aby jasno powiedzieć, że udać się nie może.

Teraz szukam wspomnień, ale już spokojniej niż po pierwszym razie, kiedy bałem się, że już nigdy na Zimne Wybrzeża nie wrócę, tak jak mimo składanych sobie obietnic i przysiąg – że w Ułan Bator kupimy konie i pojedziemy na parę tygodni w step, tylko konno, już bez samochodu, że pojedziemy na północny zachód, w stronę Kosogołu, samotni i niewidzialni – nie wróciłem do Mongolii, chociaż minęło już siedem lat. A na Spitsbergen wróciłem i kiedy po raz drugi wyszedłem z lotniska i po mokrej tundrze schodzić zacząłem ku brzegom laguny, pełnym rybitw, fulmarów i mew, tam, gdzie przy czerwonej mesie stoją namioty – byłem spokojny, bo już wiedziałem, że nic mnie nie powstrzyma , aby wracać. Pewien Norweg, który pomógł mi przy researchu do „Zimnych wybrzeży”, po raz pierwszy na Svalbard pojechał w 1957, do pracy, spędził potem zimę w polskiej bazie w Hornsundzie – i kiedy korespondowałem z nim w zeszłym roku, na parę tygodni przerwać musiał wymianę maili – bo poleciał na Spitsbergen. Znowu, po z górą pięćdziesięciu latach – bo czarne, bazaltowe plaże, ostre szczyty, zwietrzałe piargi, lodowce, podmokła tundra i ciężkie chmury tego surowego archipelagu wiążą ludzi, chociaż nie wszystkich.

W tej chwili więc spokojnie szukam wspomnień strasznych, niskich chmur, huraganowego wiatru, zmęczenia, zapachu morza, mokrej skóry, liofilizatów i oleju do czyszczenia broni, mętnego smaku wody wytopionej ze śniegu – spokojnie, bo wiem, że już za rok, najdalej za dwa, znowu wysiądę z samolotu na lotnisku w Longyear tak, jakbym wysiadał z życia, ze świata, na dwa albo trzy tygodnie brał urlop od wszystkiego, wstępował w miejsce prostych czynności, prostych powinności i prostych odpowiedzialności.

A w tym roku, jeśli znajdzie się jednak chociaż trochę czasu i środków płatniczych, będzie dobry moment, aby przypomnieć sobie dawne, trochę juz zakurzone, proste przyjemności: czterdzieści metrów kwadratowych żagli nad głową albo węgierskie winiarnie, wykute w wulkanicznym tufie.

Ziemkiewicz i Dmowski

W dzisiejszej „Rzepie” niezła analiza pióra Rafała Ziemkiewicza. Zgadzam się zasadniczo z zawartymi w niej tezami, zgadzam się również z argumentacją: nie pisze zresztą Ziemkiewicz nic nowego, czego by wcześniej nie powiedziano. Nie o to zresztą tym razem chodziło. Nie mogę jednak zgodzić się z jednym zdaniem, następującym:

Na tej podstawie twierdzę od kilkunastu lat uparcie, że współczesne polskie społeczeństwo nie ma praktycznie nic wspólnego z tym przedwojennym, w odniesieniu do którego nadal tworzy się rozmaite mity. Nic o nim nie dowiemy się od Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa ani Daszyńskiego.

Czy na pewno w „Myślach nowoczesnego Polaka” nie ma nic, co opisywałoby Polaków współczesnych? Sprawdźmy.

(naród polski) Niedołęstwo nazwał szlachetnością, tchórzliwość – rozwagą, służbę u wrogów – działalnością obywatelską, zaprzaństwo – prawdziwym patriotyzmem. Wszelkie niemal pojęcia polityczne wywrócił, zaczął żyć w świecie moralnych urojeń, a przystosowując się do tego bytu, zaczął nawet tępić w sobie wszelkie zdrowe skłonności, wszelkie przejawy instynktu samozachowawczego.

Czy to na przykład:

Przez porównanie swego narodu z obcymi przekonałem się, że wiele z tych kłamstw naszą tylko myśl zatruwa, że niedorzeczności, które gdzie indziej powtarzane są tylko przez stare panny i w ogóle przez jednostki żyjące poza społeczeństwem, odgrodzone od realnego życia,  u nas stanowią podstawę myślenia ludzi poważnych, kierowników opinii i przodowników pracy publicznej, którzy na nich budują sądy dziekowe i nadzieje polityczne.

O trwającej wśród polskiej inteligencji do dziś najdziwaczniejszej samoświadomości, łączącej w jedno nadmierną pogardę do samych siebie z przekonaniem o własnej wyjątkowości:

Nie ma chyba wśród inteligencji żadnego kraju tak wielkiej stosunkowo liczby ludzi, posiadających wielostronne a powierzchowne wiadomości, połapane z książek i artykułów, a jednocześnie tak głupich w najelementarniejszych sprawach życia, zwłaszcza zbiorowego.(…) Ta nieumiejętność myślenia o sprawach własnego narodu w taki sam sposób, w jaki się myśli o narodach innych, z konieczności doprowadza nas do traktowania swej społeczności, jako narodu wyjątkowego, istniejącego poza wszelkimi prawami społecznymi.

O kobiecym charakterze polskim, o czym jakiś już czas temu mądrze pisała Bielik-Robson:

W żadnym kraju tak jak u nas żony nie rządzą mężami, dzieci rodzicami, a młodzież społeczeństwem.

I dalej, o tym samym:

Jeżeli się głębiej zastanowimy nad istotą pojęć politycznych, najbardziej rozpowszechnionych w naszym społeczeństwo, to dojdziemy do przekonania, że w nich najlepiej bodaj wyraża się ta bierność naszego charakteru. Najpopularniejsze u nas hasło: nie drażnić wrogów – jest hasłem narodu pragnącego sobie zapewnić spokojną wegetację, nie życie, bo wszelkie przejawy naszego życia, naszej energii czynnej z natury rzeczy najsilniej tych wrogów drażnią. (…) Naszym ideałem jest, żeby narody nawzajem szanowały swoje terytoria, żeby sobie wkraczały na nie nawzajem, żeby każdy mógł spokojnie spać na swoim. Wymyśliliśmy sobie nawet teorię, że rola pobitych jest piękniejszą od roli zwycięzców. Tak to monstrualność naszego rozwoju dziejowego po dzis dzień mści się na nas, wypaczając nasz charakter i nasze poglądy na życie.

I jeszcze o tym samym:

Do wad, uważanych przez nas za nadzwyczajne zalety, należy właśnie ta nasza tradycyjna bierność, którą się w ostatnich właśnie czasach przy każdej sposobnośc szczycimy. Nie nazywy jej po imieniu, bo to brzmi brzydko, ale produkujemy ją publicznie pod gładkimi imionami wspaniałomyślności, bezinteresowności, tolerancji, humanitaryzmu. Wbiliśmy sobei w głowę fikcję, że te właśnie piękne przymioty były najdodatniejszymi czynnikami naszej historii i to nam przede wszystkim przeszkadza historię własną rozumieć. To, co świadczyło o naszej słabości, najcześciej podajemy za główną naszą siłę, tak dziś, jak dawniej.

O ile więc recepty, podawane przez Dmowskiego w „Myślach…”, są już dawno przeterminowane, to jednak diagnozy są ciągle aktualne. Wiele pisze Ziemkiewicz w „Michnikowszczyźnie” czy w „Czasie wrzeszczących staruszków” o degeneracji, jaka dotknęła Polaków po 1945 roku. Czy jednak diagnozy Dmowskiego ale także żenujący i wstydliwy koniec II RP, tak wybitnie opisany przez Cata, żenująca polityka prowadzona przez polskie rządy emigracyjne, etc. -nie nakazywałyby się zastanowić, czy to co Ziemkiewicz i wielu innych uznają za dziedzictwo komunizmu, nie jest przypadkiem o wiele starsze? W końcu „Wieszanie” mógł Rymkiewicz napisać o tym, co wydarzyło się dwieście lat temu.

Swoją drogą – jakże straszliwie smutna jest historia polskiej endecji: zaczęła się od wybitnej inteligencji i świetnego pióra Romana Dmowskiego, a skończyła na Wojciechu Wierzejskim. Dziś, za to, co Dmowski pisał o Polakach, wyleciałby pewnie z lokalnego koła LPR – za to właśnie, a nie za antysemityzm, za który do LPR podobno Dmowskiego nie przyjąłby Giertych. Nie mówiąc już o poetyce polskości rodem z Radia Maryja, tego egzotycznego melanżu endeckości, romantyzmu i posoborowego, nowoczesnego katolicyzmu – świetny przykład tego, co tak zajadle Dmowski w polskim charakterze narodowym zwalczał.

To zresztą typowe: tylu prawicowych dziarskich chłopców co drugie zdanie odwołuje się do Józefa Mackiewicza, co możliwe jest tylko dlatego, że go nie czytali: gdyby przeczytać im co fajniejsze kawałki z „Lewej wolnej” albo „Nie trzeba głośno mówić” bez podawania autorstwa, bez wątpienia podnieśliby rwetes, że oto znowu mamy do czynienia z antypolską propagandą, zapewne za pieniądze niemieckie i żydowskie.

Podłość?

Kiedyś Polacy udowodnili, iż nie dorośli do demokracji, ponieważ Tadeusz Mazowiecki nie został prezydentem. Certyfikat niedojrzałości wydał wtedy profesor Geremek.

Dziś o niedojrzałości Polaków orzekł Cezary Michalski - Polacy nie dorośli do wolności, bo nie potrafią zrozumieć, że należy raczej z nabożną czcią czytać teksty Michalskiego, zamiast coś tam kłapać paszczą w internecie. W końcu nie każdy potrafi tak dobrze jak Michalski pisać o rzeczach, o których pojęcie ma żadne lub prawie żadne, nie każdy potrafi wykazać się taką szlachetnością, aby wyręczać swoich przeciwników w polemice i układać samemu ich wypowiedzi.

Cała ta żałosna afera – mówiąc już poważnie – jest chyba najbardziej malowniczą kompromitacją , ze wszystkich, jakie Michalski w ciągu ostatnich paru lat zdążył zaliczyć. Jeśli ktokolwiek jest przerażony, to nie blogerzy, tylko dziennikarze właśnie, którym dziennikarstwo obywatelskie udowodniło, że takich, którzy potrafią pisać z grubsza po polsku i na temat jest na pęczki: a takich, którzy potrafią pisać dobrze i mądrze, również da się paru znaleźć, ale akurat nie w redakcjach. „Dziennik” nie miał i nie ma ani jednego publicysty, który potrafiłby pisać poważne analizy o polityce tak dobrze i celnie jak Kataryna – jeden Zalewski wiosny nie czyni, nawet razem z Mazurkiem. To Michalski et consortes są przerażeni: bo dziennikarstwo obywatelskie, albo, aby wyrazić się dokładniej, publicystyka obywatelska godzi w ich żywotne interesy. Udowadnia, że naprawdę nie są nikomu potrzebni. Zwłaszcza, że bynajmniej status profesjonalistów nie uwalania ich od niekompetencji czy donosicielstwa (vide obrzydliwy artykuł o Michalkiewiczu).

Najśmieszniejsze jest to wyznanie: Michalski myślał, że internet da Polakom wolność, a okazało się, że Polacy są głupi i piszą brzydko o Michalskim. Czy naprawdę czytelnik Tocquevilla i de Maistre’a nie słyszał wcześniej malowniczych porównań, że ktoś lub coś jest głupie jak komentarz na onecie? Jeśli nie słyszał, to gdyby de Maistre’a albo Chateaubrianda czytał pilniej, niż Brzozowskiego, to może wiedziałby, że natura ludzka zasadniczo pozostaje taka sama i pisząc dziś, ze smutnymi oczami zbitego pieska, o tym jak zawiódł się na internautach, wystawia własnej inteligencji fatalne świadectwo: czy naprawdę sądził, że ludzie, siadając do klawiatur, powszechnie zmądrzeją? A może wierzył, że człowiek jest z natury dobry i mądry i że Internet wreszcie pozwoli tej ludzkiej dobroci i mądrości rozkwitnąć?

Ale to przecież tylko zasłona dymna: prawdziwym problemem Michalskiego i kolegów nie jest ta powszechna – i niewątpliwa przecież – głupota zasadniczej większości internetowej treści. Ani głupota, ani nienawiść (o której Michalski pisze już z takim żarem, z jakim Adam Michnik tylko potrafi pisywać) – sam Michalski swoje prywatne frustracje nie raz i nie dwa załatwiał na łamach „Dziennika”  – problemem są wyrastające z tej powszechnej, netowej głupawki talenty. Problemem jest Forum Frondy, gdzie oczywiście obok całej rzeszy nudziarzy i frustratów pisują czasem ludzie, z których pióra dumna byłaby każda redakcja.  Problemem jest Kataryna, która na dodatek nie dała się do „Dziennika” zwerbować i to chyba musiało zadziałać jak obelga, która przelała czarę goryczy: otóż ktoś należący do gatunku niższego, jakiś tam bloger, nie chce awansować, odrzuca łaskawie oferowany mu zaszczyt, nie chce publikować na łamach. Problemem jest Stanisław Michalkiewicz, który na swojej stronie zarabia niezłe pieniądze, przy zachowaniu całkowitej dobrowolności opłat – tego dziennikarze Springera, którzy, umówmy się, takich pieniędzy raczej nie oglądają, nie mogli mu wybaczyć i za czasów redaktorowania Michalskiego „Dziennik”, piórem niejakiego Wójcika, wysmażył obrzydliwy artykuł-donosik.

Problemem jest jakiś tam smarkacz Łuczewski, który bezczelnie  dowiódł Michalskiemu, iż ten ma, powiedzmy, pewne braki w lekturze. A dokładnie, że pisze o rzeczach, o których nie ma zielonego pojęcia, zmyśla cytaty i swoje idiosynkrazje usiłuje przypisać samemu Brzozowskiemu, który jest tylko pretekstem do zareklamowania swojej działalności kulturalnej. Czy jeszcze gorszy Gabiś, który miał czelność udowodnić, że Michalski bredził odrobinkę w swoich „Ezoterycznych źródłach nazizmu” i brednie te były prawdopodobnie efektem zaniechania lektury na rzecz oglądania Indiany Jonesa?

A, przepraszam, to się nie ukazało w Internecie? Tylko na papierze, w Rzepie i w Arcanach? No tak czy inaczej to bez wątpienia jest ta sama internetowa mentalność: żadnego szacunku dla weterana walk o wolność i liberalizm. Chociaż akurat do tego tekstu Michała Łuczewskiego jakoś się Michalskiemu nie chciało odnieść. Chociaż może już nawet zaczął pisać? Może to tylko kolega jakiś życzliwy doradził mu, aby tej polemiki nie tytułować krótkim i mocnym słowem „Podłość”?

Wyścigi

Dwa cytaty z profesora Marcina Króla. Pierwszy, świeżutki:

Blogi są czymś wręcz idiotycznym – bo pozwalają każdemu wygłaszać opinie na każdy temat anonimowo. To psuje życie publiczne. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone.

Źródełko.

Oraz drugi, nieco starszy:

Nikt nie każe nam być zwolennikami modernizacji, ale nonsensem byłoby jej nie dostrzegać, a jeszcze większym nonsensem zajmować wobec niej taką postawę jak polska ciemna szlachta w pierwszej połowie XIX wieku, która sądziła, że przejazd pociągu tak przestraszy krowy, że przestaną dawać mleko i wobec tego była przeciwna rozwojowi kolei.

Źródełko.

Niestety,  w rywalizacji o to, kto najefektowniej zrobi z siebie kompletnego idiotę w sprawie strrraszliwej Katarrrryny na razie przegrywa Król z Robertem Krasowskim i Cezarym Michalskim, którzy dawno już oderwali się od peletonu, Michalski już wtedy, kiedy popisał się zbiorkiem cytatów, które miały obnażać nędzę prawicowej publicystyki w internecie, a które, aby obnażały bardziej wyraźnie, sam sobie wymyślił, co zresztą, od czasów sławnego wstępu do Brzozowskiego staje się cechą charakterystyczną jego publicystyki.

Pozostaje kibicować w tym wyścigu. Ja stawiam na Krasowskiego, z jego staropolskim: pocałujcie mnie w dupę. Chociaż Michalski, stymulowany zapewne przez wspomnienie akwizycji filtrów, również nie jest na straconej pozycji. Czy Król ma szanse?  Bez wątpienia to stary wyjadacz. Nieumiejętność oddzieleniacech przygodnych internetowej publicystyki od tejże publicystyki cech konstytutywnych zdaje się tutaj nieźle pracować na jego korzyść.

Wpis chaotyczny

Różne rzeczy ostatnio piszę, jednego pisać nie umiem: nie-prozy. Tzn, koresponduję obficie w sprawach przeróżnej wagi, piszę opowiadania, o których za chwilę, powieść piszę, a nawet dwie, nie potrafię napisać jednak przyzwoitego eseju, nie mówiąc już o wpisie w moim drogim dzienniczku. Pomogła mi jednak lektura, chenin blanc i coś w końcu jednak piszę, przynajmniej tutaj.

Może powinienem pisywać takie cotygodniowe relacje, jak Orbitowski? Bardzo zgrabnie mu to wychodzi. Ale ja mam inny tryb dziania się życia, niż Łukasz. Tzn, bardzo niewiele mi sie przydarza podczas zwykłych tygodni, a potem życie wybucha barwami, kiedy samolot ląduje gdzieś bardzo, bardzo daleko. Orbitowski nie ma wybuchów, ma za to wyższy poziom dziania się powszedniego.

Łukasz pisze u siebie o granicach literackiej kompetencji; zgadzam się z jego uwagami, zresztą wiele razy rozmawialiśmy na ten temat. Mówiąc w skrócie: granicę swojej własnej literackiej kompetencji znaleźć jest trudno, a przekraczać jej nie wolno, pod groźbą kary dla pisarza strasznej – śmieszności.
O tym jednak, jak trudno ją znaleźć niech zaświadczy taka dość banalna anegdotka: otóż, napisałem ostatnio dwa opowiadania, z jednym, pod tytułem „Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” P.T. Czytelnicy będą mieli okazję się zaprzyjaźnić w czerwcowej „Nowej Fantastyce”, o losie drugiego jeszcze nie zdecydowałem. Wysłałem oba opowiadania do trzech panów, których krytyczno-literacka kompetencja i dobry, literacki gust są niekwestionowane. Liczyłem, na krytyczne uwagi, których się doczekałem. Wszystkie recenzje zdradzały, że ci pierwsi czytelnicy – którym niniejszym dziękuję – poprawnie odkodowali przekaz, w opowiadaniach zawarty. Z wszystkimi uwagami – czytając je – mógłbym się zgodzić. Wszystkie były w jakimś stopniu dla moich tekstów pochlebne i wszystkie również wskazywały na pewne tych tekstów słabości – tyle, że uwagi moich zaprzyjaźnionych recenzentów były całkowicie sprzeczne. Tam, gdzie ktoś dostrzegał wyraźne inspiracje pewną książką, ktoś inny ujrzał wybitną oryginalność. Jednemu z moich przyjaciół jedno z opowiadań wydały się sprawnym, wyłącznie rozrywkowym horrorem, bez głębszego tła, jeszcze ktoś inny dostrzegł w tym samym tekście głęboką analizę kondycji współczesnego człowieka. I tak dalej.
To oczywiście banał, ale konstytutywny dla doli pisarza, bo ugruntowujący tę nieoznaczoność, która towarzyszy literatowi – i w ogóle całej branży – od pomysłu do księgarni. To chyba ostatnia branża w której pieniądze inwestuje się zupełnie według wyczucia redaktorów, prezesów i innych dysponentów, ale zawsze, ciągle – według subiektywnego wyczucia. Bez badań rynku, bez analiz. Oczywiście – u nas, w Polsce, to nie są w sumie żadne pieniądze, zważywszy nakłady, ale i tam, gdzie te pieniądze są już naprawdę poważne, sprawy mają się tak samo. Zadie Smith, wtedy zupełnie anonimowa, za swoją pierwszą powieść dostała zaliczkę, za którą mogłaby żyć przez dwadzieścia lat, gdyby żyła skromnie. W tym przypadku nos redaktora się nie mylił. W ilu przypadkach redaktorowi, wypłacającemu setki tysięcy funtów, nos się zapchał?

Ale być może dzięki temu właśnie to wszystko ma jeszcze jakiś sens. Niechże wrócę znowu do powracającego w tym wpisie Orbitowskiego: napisał tenże Orbitowski piękną powieść pt. „Święty Wrocław”, do lektury której P.T. Czytelników zachęcam, bo to książka wcale nie o Wrocławiu, jak imaginuje się spragnionym lokalnych vratislavianów redaktorom tamtejszej prasy. W każdym razie, czytałem ową powieść, jak to się mówi, w szczotkach, tzn. dokładnie z pliku wyświetlanego na czytniku Sony Reader i efektem tejże lektury była obfita dosyć korespondencja z autorem, której fragment, ku uciesze P.T. Czytelników mojego dzienniczka, a za pozwoleniem adresata, pozwolę sobie zamieścić.

Piszę ja:

(…)I wreszcie ostateczna, końcowa uwaga.  Być może powinienem przeczytać książkę jeszcze raz, bo nie jestem pewien, czy ja wszystko zrozumiałem. Nie wiem, czy zrozumiałem czym naprawdę jest Święty Wrocław, czy dobrze odkodowałem.
Przemienieni świętowrocławianie piękni i krwiożerczy – OK. Cudownie przerażająca scena, tak w ogóle. Czy to jakaś wariacja na temat katolickiego pojęcia ciała chwalebnego?
I sam koniec świata – piękny. Naprawdę, okrutny i bezwzględny, smutny i piękny.
Ale: nie rozumiem, ogólnie, o co chodzi. Tzn, powiedzmy, próbuję: najpierw są znaki, mecenas Firgała jest świadkiem narodzin czarnego dziecka, jakby to była chwila, w której ŚW się rodzi, tak? Cegła maluje obrazy, ok. Ale o co chodzi, z tym zejściem w historię Tomasza, pod ŚW? Najpierw Niemcy i rycerze, potem nefilimy, smok, którego w ogóle nie rozumiem (Smok, w sensie Węża? Szatan?), a potem Palec. O co chodzi? Święty Wrocław to Bóg i koniec świata? Taki model Paruzji, gdzie Firgała to trzej królowie, Cegła to prorocy, a Adam to Jan Chrzciciel? Czy może coś co przedbosko-przeddiabelskie? W tym mieszczą się również ci przemienieni świętowrocławianie, jak karykatura Zbawienia, i trwanie Tomasza-narratora, jako karykatura Potępienia? 

Na co odpowiada Łukasz:

Cudowne, stary! Naprawdę. Jest coś takiego, że piszesz książkę z określoną intencją, a potem ktoś rozbiera to logicznie wedle innych założeń. Mi chodziło o zestawienie świat codzienny, realny, zwykły i skończony, a tutaj pojawia się rzeczywistość mityczna, archetpowa. całe zejście ma wiele z Junga, a przecież bohater, schodząc w dół, zagłębia się w świat archetypów. Kojarzonych z historią, ale tą opowiedzianą przez mity, stąd wojna, królowie, rycerze, potem giganci i smoki, a potem palec czegoś, zapewne jakiegoś starego boga, ale to już musi pozostać niepoznane, tak jak niepoznany pozostał święty Wrocław. Święty chyba w sensie przedchrześcijańskim.

Myślę, że Orbitowski się myli, niewiele ma przecież do gadania w sprawie interpretacji własnej powieści. Może więc Jacek Dukaj miał kiedyś rację, kiedy zignorował zupełnie wątki rewolucyjne, wątki tworzenia się nowoczesnego pojęcia narodu, wątki odgrywania tych samych rewolucji w różnych kostiumach – socjalistycznych, narodowo-socjalistycznych, bonapartystowskich, etc. – i uznał mojego „Sternberga” za powieść o mitologii IV RP, chociaż taka interpretacja była jak najdalsza od moich zamiarów. Ale może taki był Zeitgeist - podobnie jak w przypadku jednego z opowiadań, o których pisałem wcześniej, gdzie mój zaprzyjaźniony recenzent zauważył wyraźną inspiracją dość głośną książką, której jednak nie znałem, pisząc rzeczone opowiadanko. Przeczytałem ją później – i musiałem się zgodzić, wyraźna są te inspiracje, musiały przesiąknąć jakoś, osmotycznie.