Spitsbergen, którego nie ma

Nie będzie Spitsbergenu w tym roku. Przez kilka miesięcy bawiłem się myślą, że może jednak jakoś uda się skompresować czas i nadąć saldo, ale przyszedł czas, aby jasno powiedzieć, że udać się nie może.

Teraz szukam wspomnień, ale już spokojniej niż po pierwszym razie, kiedy bałem się, że już nigdy na Zimne Wybrzeża nie wrócę, tak jak mimo składanych sobie obietnic i przysiąg – że w Ułan Bator kupimy konie i pojedziemy na parę tygodni w step, tylko konno, już bez samochodu, że pojedziemy na północny zachód, w stronę Kosogołu, samotni i niewidzialni – nie wróciłem do Mongolii, chociaż minęło już siedem lat. A na Spitsbergen wróciłem i kiedy po raz drugi wyszedłem z lotniska i po mokrej tundrze schodzić zacząłem ku brzegom laguny, pełnym rybitw, fulmarów i mew, tam, gdzie przy czerwonej mesie stoją namioty – byłem spokojny, bo już wiedziałem, że nic mnie nie powstrzyma , aby wracać. Pewien Norweg, który pomógł mi przy researchu do „Zimnych wybrzeży”, po raz pierwszy na Svalbard pojechał w 1957, do pracy, spędził potem zimę w polskiej bazie w Hornsundzie – i kiedy korespondowałem z nim w zeszłym roku, na parę tygodni przerwać musiał wymianę maili – bo poleciał na Spitsbergen. Znowu, po z górą pięćdziesięciu latach – bo czarne, bazaltowe plaże, ostre szczyty, zwietrzałe piargi, lodowce, podmokła tundra i ciężkie chmury tego surowego archipelagu wiążą ludzi, chociaż nie wszystkich.

W tej chwili więc spokojnie szukam wspomnień strasznych, niskich chmur, huraganowego wiatru, zmęczenia, zapachu morza, mokrej skóry, liofilizatów i oleju do czyszczenia broni, mętnego smaku wody wytopionej ze śniegu – spokojnie, bo wiem, że już za rok, najdalej za dwa, znowu wysiądę z samolotu na lotnisku w Longyear tak, jakbym wysiadał z życia, ze świata, na dwa albo trzy tygodnie brał urlop od wszystkiego, wstępował w miejsce prostych czynności, prostych powinności i prostych odpowiedzialności.

A w tym roku, jeśli znajdzie się jednak chociaż trochę czasu i środków płatniczych, będzie dobry moment, aby przypomnieć sobie dawne, trochę juz zakurzone, proste przyjemności: czterdzieści metrów kwadratowych żagli nad głową albo węgierskie winiarnie, wykute w wulkanicznym tufie.