Dziś dwutakt. Najpierw, ponownie, Cioran:
Gdybym był posłuszny mojemu pierwszemu odruchowi, spędzałbym całe dni na pisaniu pożegnalnych i obraźliwych listów.
A następnie Tyrmand:
— Zaczynam nowe życie — rzekł lekko, lecz zaraz zatrzymał się nad powierzchnią słów, tyle razy już wypowiedzianych.
Weszli do parku od strony ulicy Pięknej. Mikołaj mówił: — Postanowiłem zerwać z kodeksem naszej codzienności. Odtąd białe będę nazywał publicznie białym, a czarne czarnym.
— Przecież zawsze tak postępowałeś. Nie wydawało mi się to zbyt mądre.
— Dotąd uprawiałem jedynie wolny komentarz do idej i wydarzeń. Od dziś rozciągam go na stoliki kawiarniane. Rozgraniczenia moralne wydawały mi się dotychczas przesądem. Nie dostrzegałem nic niestosownego w piciu wódki ze złodziejami cudzych pomysłów, z karierowiczami windującymi się na cudzych karkach w górę i liżącymi brudne ręce komunistycznych ministrów, z sutenerami żyjącymi z lansowania zgwałconych uprzednio przy pomocy alkoholu dziewcząt, z mężami, uprawiającymi tanią rozpustę w mieszkaniach swych żon, przebywających właśnie w przeciwgruźlicznych sanatoriach. Nic mi nie przeszkadzało w klepaniu ich po plecach w Spatifie, o ile tylko byli zabawni, mili, inteligentni. Koniec z tym! Postanowiłem podporządkować się obiektywnej skali wartości, aż do krańcowych konsekwencji nie podawania ręki kłamcom, łobuzom i sprzedajnym obłudnikom.
— Przeprowadź się do Puszczy Białowieskiej. W Warszawie zginiesz z głodu.