Cytat na dziś IV

Dzisiaj bardzo obszernie, za to bez komentarza. Sándor Márai, poniekąd w imieniu Gyuli Krúdyego, bo poniższy monolog pochodzi z powieści „Sindbad powraca do domu” będącej dla Krúdyego hołdem – i jednocześnie pastiszem tegoż pisarza opowiadań, których bohaterem był Sinbad właśnie, alter-ego Krúdyego.

- Tajemnica przyczyniająca cierpień naszej ojczyźnie jest prosta: wszystkim porządnym ludziom na Węgrzech zawsze brakuje czterystu pięćdziesięciu pengő miesięcznie, które albo mają obowiązek zapłacić rozwiedzionej żonie tytułem środków na utrzymanie, albo chcieliby je wręczyć każdego pierwszego swej nowej kochance, bo miłość przypomina elektryczność: pojawia się tylko w pewnych warunkach atmosferycznych, albo muszą spłacać ratami długi w latach hulaszczej młodości. Długo to obliczałem zanim wreszcie doszedłem do prawdziwej sumy. Czterysta pięćdziesiąt, taka jest prawda.
Artur wysłuchał tej informacji zdumiony jak bóbr, który, mrugając oczkami, widzi, że znalazł się naprzeciw strzelby myśliwego.
- Czterysta pięćdziesiąt, ale posłuchaj mnie – ciągnął bardziej uroczyście Sindbad – i zapamiętaj sobie tę sumę. W ciągu długiego życia wiele na Węgrzech widziałem. Obserwowałem, notowałem, rozmyślałem, choć może wydawało się, ze odurzony winem drzemię nad czerwonym obrusem w którejś z knajp w dzielnicy Józefa. Ale ja miałem otwarte oczy i widziałem tych wszystkich samotnych mężczyzn, siedzących po północy przy stolikach węgierskich podmiejskich wyszynków, zanurzonych w męskiej, ponurej samotności, z dymiącym tanim papierosem w palcach, nad kieliszkiem wina, którego nie tykają przez długie godziny, bladych, ze szklanym spojrzeniem, niemo poruszających wargami, jakby się modlili lub szeptali przekleństwa. W rzeczywistości najczęściej wymawiają wówczas imiona kobiet czy lichwiarzy i jednocześnie liczą w myślach. To wielka tajemnica i w innym kraju może nawet by jej nie zrozumiano. W innych krajach poeci, gdy są wściekli albo w życiu rodzinnym prześladuje ich pech, wyjeżdżają na Czarny Ląd zbierać złoty proszek albo handlować narkotykami. Tak zrobił nawet Rimbaud. Ale przepraszam, czy Janos Vajda miał taką możliwość…? U nas pisarze, jak są bardzo wściekli, przechodzą z jednej knajpy do drugiej, i to wszystko. A i to mogą robić tylko dopóty, dopóki mają kredyt. To biedny świat, ten nasz, ja ci to mówię, na próżno obdarzył go Stwórca złotą pszenicą i zielonymi równinami. Nawet Rotschildowie nie chcieli budować kolei w tym kierunku. A to zły znak, bo szyny kolejowe to przyszłość. I dlatego wszystkim dżentelmenom brakuje co miesiąc tych czterystu pięćdziesięciu pengő, które wprost niepodobna zarobić uczciwą pracą.
Sindbad tak rzadko rozprawiał o kwestiach gospodarczych, że pod wpływem tych wywodów zanurzony w gorącej wodzie Artur aż się obudził. Podciągnął się, nadstawiał uszu, niepewnymi ruchami mokrych dłoni poprawił czuprynę i odparł zdezorientowany:
- Ale to duża suma, panie Sindbadzie. Ja nigdy nie miałem tylu pieniędzy, nawet na kapitał zakładowy do czegokolwiek.
- To wstyd – powiedział Sindbad i oburzony spojrzał na jakiegoś chrapiącego, siwawego, starszego mężczyznę, który leżał na sąsiednim stopniu, woda podchodziła mu już do brody i wyglądał jak wypadły z łask Rzymianin, który w czasach Nerona utracił majątek i dowiedziawszy się, że wieczorem przyjdą po niego liktorzy, w termach podciął sobie żyły – to wstyd, żeby artysta twojej rangi był zmuszony mówić o pieniądzach z takim nabożeństwem. Ciebie też nie docenił w tym kraju nikt poza nosorożcem w zoo, który zawsze gramolił się z wody, kiedy w pobliżu jego klatki zaczynałeś bajkę o Królewnie Śnieżce czy o królewiczu Argiriuszu. Ja też się tak czasami czuję. Nie powiem, były chwile w mojej karierze, kiedy pomogły mi szybkonogie koniki czy joker lub walet do koloru, i mogłem schować gruby plik śliskich banknotów do lewej kieszeni surduta, jak to już miał w zwyczaju mój ojciec. Ale literatura nie pomogła mi nigdy i w niczym. Tolerowano mnie najwyżej, bo wiedziano, że skądinąd jestem dżentelmenem; wybaczono mi, można powiedzieć, jak krewniakowi z dobrej rodziny, który zszedł na złą drogę i jest podejrzewany o niejasne interesy. Ten nasz świat był zawsze pełen goryczy, bo wszystkim brakowało pieniędzy. Wiem, co wiem, i czas, bym o tym powiedział. Kiedy mnie już zabraknie, przekaż tę wiadomość naszym peszteńskim kolegom.
Czterysta pięćdziesiąt, całkiem osobno i niezależnie od wszystkiego, to jest zaklęcie i zadanie herkulesowe, któremu Węgrzy nie są w stanie podołać. Widziałem brodatych mężczyzn na beczce, którzy na całe gardło krzyczeli o szczęściu ojczyzny, i słuchając ich, mruczałem, bo wiedziałem, że tak naprawdę brakuje im tylko tych czterystu pięćdziesięciu pengő, a muszą je skądś zdobyć do pierwszego, by przekazać je opuszczonej małżonce, która ma drukarenkę płócien pod haft gobeliniarski przy ulicy Kaplony, czy wybrance, która trudzi się dzierżawą gruntów w komitacie Borsod. Widziałem pisarzy, którzy zanurzali pióra w szkaradnych jadach nienawiści i plotki zamiast atramentu i sprzedawali swój honor i duszę, żeby wydrapać na pierwszego tych czterysta pięćdziesiąt na czynsz za mieszkanie swojej kochanki, bo w podeszłym wieku nagle spadła na nich miłość, a potem na raty za fortepian zakupiony przez tę damę. Widywałem wyższych wojskowych, zamkniętych w dumie z powodu swej rangi i chwały, skrywających przez całe życie tajemnicę, o której nikt się nigdy nie dowiedział, a mianowicie, że przez dwadzieścia lat jadali na kolację serdelki z cebulą i popijali je wodą ze studni, bo w przeciwnym razie nie byliby w stanie sprostać odpowiadającym ich randze pańskim zobowiązaniom i nie mogliby każdego pierwszego zapewnić bytu swym bliskim, którzy potrzebowali tych czterystu pięćdziesięciu. Przez trzydzieści pięć lat liczyłem, obserwowałem i rozmyślałem, nim to zrozumiałem. To wielka tajemnica, o której należałoby uczyć w szkołach. Wszystko, co się dzieje w mieście, dzieje się z tego powodu. Dlatego spojrzenia mężczyzn są tu tak twarde i ostre, jakby na śniadanie połknęli nóż, dlatego tak wielu kręci się tu szubrawców, z tego powodu odbywa się tyle głupich pojedynków, sprzeczek, słyszy się tyle przysiąg i kłamstw, bo tych brakujących czterystu pięćdziesięciu pengő po prostu zupełnie niepodobna zdobyć uczciwą pracą. I nie są ich w stanie zdobyć nawet ci, którzy skądinąd zarabiają krocie: bo rodzina żyje z pieniędzy, które przynosi głowa rodziny, i tych pieniędzy nigdy nie dość, ponieważ rodzina jest głodna jak wilk. Dlatego poza potrzebami na rodzinę każdy mężczyzna musi zdobyć tych dodatkowych czterysta pięćdziesiąt. Ale ich nie ma w tym kraju, który wódz Arpad zajął siłą, orężem i fortelem. Już teraz wiesz. Jeśli kiedy usłyszysz, że zająłem się sprzedażą drewna, opowiedz to dzieciom w Ogrodzie Zoologicznym.
Wstał, przeciągnął krzepkie, dumne ciało, machnął ręką i zakończył smutno:
- Mnie też przez całe życie brakowało tych czterystu pięćdziesięciu pengő.
I poszedł do masażystów, którzy przyjęli go uroczyście.

Tytułem wyjaśnienia – czterysta pięćdziesiąt pengő w latach dwudziestych to niecałe sto ówczesnych dolarów, czyli według moich szacunków – około ośmiu tysięcy polskich złotych A.D. 2009. Cała powieść jest zaś zapisem jednego dnia z życia Sindbada, który potrzebuje sześćdziesiąt pengő na mundurek dla córki.

One thought on “Cytat na dziś IV