Dzięki uprzejmości F.Ł. – dziś Gustave Thibon, rzecz napisana w roku 1971:
Smutna epoka, w której jest się zmuszonym do obrony tego, co – przy
temperamencie takim jak nasz – z tak wielką przyjemnością by się
atakowało:faryzeizmu w Kościele, akademizmu w sztuce, hipokryzji w
moralności, porządku burżuazyjnego, przeciętności we wszystkich jej
formach – wszystkiego tego zła, które stało się mniejszym złem.
Piękne. Wykorzystam jako argument w dyskusjach z żoną o pewnych kierunkach art moderne.
Jasne. Ale jednak tylko jako jeden z etapów na drodze wiecznego dynamizmu światopoglądu, jako kolejną myśl, którą w końcu trzeba przewartościować, doceniając np. nowy modernizm w architekturze jako rodzaj nowego akademizmu. :)
Thibon powiedział jeszcze coś takiego:
„Bóg, jeśli nie jest światłem, które przemienia, staje się maską, która przebiera”.
Dlatego jakoś trudno mi uwierzyć, żeby skłonny był bronić „maski”, czyli tych wszystkich form skostnienia z Twojego cytatu… (a skąd on pochodzi?)
Ale czytając zacytowane przez Ciebie, Lelum, zdanie bez znajomości kontekstu, można je też rozumieć pozytywnie – że samo przyjęcie istnienia Boga, choćby w formie zakładu Pascala czy etyki tymczasowej Kartezjusza, zmienia zachowanie człowieka; że nie mając łaski wiary, można zachowywać się jak katolik; i że nie jest to pozbawione sensu, a może okazać się wartościowe i na tym świecie, i na tamtym, skoro tę metodę samowychowywania poprzez zachowywanie form moralnych, liturgicznych etc., nawet gdy jest się pogrążonym w ciemności, doradzało wielu świętych, choćby cała trójca karmelitańska (pięknie pokazał to kiedyś Lisicki w apokryficznej korespondencji niewierzącego wandejczyka z księdzem w jednej z bardzo starych „Frond”).
Lelum, dobrze jest założyć boską maskę (nie chodzi o hipokryzję, lecz o tę pobożność bez światła, o której pisze Obserwator), żeby przykryć mordę bydlęcia, bo wtedy w lustrze można ujrzeć człowieka. Ta maska w końcu zrasta się z bydlęcą skórą mord i tak powstają ludzkie twarze.
A co do cytatu – nie wiem skąd pochodzi, nie czytałem Thibona, przysłał mi go kolega. Jeśli to czyta, to może odpowie na Twoje pytanie. Skostnienie, o którym piszesz, dawno już zostało przełamane – i okazało się, że cały organizm kultury się załamał, bo pozbawiono go szkieletu. Na kośćcu poprawnego akademizmu mogła wyrastać prawdziwa sztuka, dalece ów akademizm przerastająca. Więc teraz może chodzić już tylko o obronę samej koncepcji, że dobrze, kiedy kultura posiada szkielet, nie o kurczową obronę jego dawno utraconej integralności.
Sę sprawdziłam: cytat pochodzi ze zbioru myśli pt. « Aux ailes de la lettre: pensées inédites, 1932-1982 », wyd. Rocher 2006, ale nadal nie wiem, jak go umieścić na tle szerokich wód myśli thibonowskiej ;-). Bo czyż myśliciel tak jasno odróżniający dobro od zła mogł założyć podobny (według mnie dosyć plugawy) kompromis ? Więc jeśli cytat nie ma ciągu dalszego, to spekuluję, że pochodzi od wczesnego, poszukującego Thibona…