Trzy miesiące roku bieżącego – zapiski

Lipiec

Zanurzam się w życie dziwnie spokojnie, jak pływak na środku oceanu – wiem, że w końcu przyjdzie utonąć, ale teraz, ciągle jeszcze tyle sił, mogę jeszcze płynąć bardzo długo. Nigdy nie opuszczają mnie myśli o świecie, w którym wszystko się skończyło – ale na co dzień panuje spokój: męczący, duszny, ale jednak spokój. Wstaję, kawa, pracuję, znowu, W. nauczył mnie zaparzania kawy po arabsku, w dżezwie,  z kardamonem, potem bawię się z synem, wieczorem jemy z A. kolację, pijemy wino (carmenere, sangiovese, pinot noir), czytamy, albo oglądamy filmy, spać.

I tak co dzień: do tego, żebym przypadkiem nie zrósł się z fotelem, czasem droga do Warszawy, albo do Krakowa, jakbym wypływał z bezpiecznego portu na łowiska, gdzie ocean pełen tłustych ryb. Wtedy pociąg, albo samochód, hotel, albo z wizytą u przyjaciół, trochę czasu z oczami przy szybie i proste, dech w piersiach zapierające szczęście, kiedy na dworcu mój Franek krzyczy „tutuś!” i biegnie do mnie z rozpostartymi rączkami i obejmują mnie te małe rączki za szyję.

Szczęście, gęsto przeszyte najstraszliwszym przerażeniem, obawą, która chciałaby to maleńkie, żabie ciałko otoczyć ramionami jak murami twierdzy.

Raz, dwa razy w tygodniu squash, który zdaje mi się być sportem dziwnie podobnym szermierce, takiej szermierce, jaką kiedyś uprawiałem, czyli po prostu sztuce walki z rapierem, nie skonwencjonalizowanemu sportowi polegającemu na dotykaniu przeciwnika drucikiem wyposażonym w elektryczny przycisk na końcu. Praca nóg podobna, w podobny sposób trzeba sobie wyznaczyć menzurę, czyli zasięg do zrobienia w jednym wypadzie przestawnym. W szermierce, wbrew temu co wydawać by się mogło tym, którzy znają tylko ten interesujący być może sport, uprawiany w białych strojach przy użyciu giętkich drucików – w szermierce, pozbawionej zwyczajowych konwencji (jak te, które np. w szermierce sportowej zabraniają przylać przeciwnikowi w zęby wolną ręką, kopnąć w krocze, w udo, pod kolano), kontakt bezpośredni był bardzo częsty, większość pojedynków kończyła się zapasami, co potwierdza zresztą nasza praktyka sparringowa z dawnych lat, kiedy tak często puścić trzeba było rękojeść rapiera i użyć pięści, łokcia, kolana, wreszcie masy ciała.

Do szermierki, nabijania sobie siniaków, do pękniętej skóry, obolałych żeber i walenia przyjaciół pięścią w ucho czy kolanem w brzuch trzeba było mieć dwadzieścia lat. Squash to dobry analog, kiedy ma się lat trzydzieści. Szkoda tylko, że to co było pewnym atutem w walce (masa – kiedy się przechodziło do zwarcia), w squashu tylko przeszkadza.

Sierpień

Dalej dobre dni. Ciepło, lato miłe, niezbyt upalne, dobre. Przeniosłem się z pracą do altany w ogrodzie rodziców, nasiąkam spokojnym, botanicznym pięknem flory ujarzmionej. Śmieszne rozmowy z synem, dużo dobrego czasu z żoną. Wino, jak zwykle latem, smakuje o wiele lepiej. Dobre jedzenie: świeże, pyszne pomidory z mozzarellą, aż napuchłe od słońca, bazylia, rukola, oliwa, krewetki z czosnkiem i pietruszką i chenin blanc. W Gliwicach pojawiło się niepasteryzowane piwo z browaru Amber. Z przyjaciółmi na długie posiedzenia do restauracji, nad kolacją, piwem, kawą. Znaleźliśmy miejsce, w którym ogródek restauracji połączony jest z placem zabaw dla dzieci – Franek bawi się w piasku.

Dużo książek – Márai, Grossman, „W oficynie Elerta” Zambrzyckiego, Krúdy, Veblen, nowelki Bobkowskiego. Krótkie powtórki: Chamfort, Jünger. Inspirująca wspólna praca z W. i Ł., mimo wyników poniżej oczekiwań, same spotkania – wspaniałe: papierosy, wino, dobre jedzenie i coś najdziwniejszego pod słońcem: kolektywna praca literacka.

Wrzos kwitnie, drżą fioletowe słupki, liżą je pszczoły. Szorstki len na opalonej skórze. Lato, cholera.
I tylko wczesne poranki ciężkie, jak zawsze, pobudki jak na kacu, ciężka głowa, sucho w gardle, katar, dopiero kawa, dwa albo trzy kwadranse otumanionego obijania się od ścian, prysznic i wraca życie. Praca, odpoczynek, czasem, rzadko, trochę lenistwa.

Praca w ogródku kawiarni na gliwickim rynku. Ciepłe od lata miasto, rozgrzane płyty bruku, paradują ładne i brzydkie dziewczyny, muzykanci i gołębie. Dużo muzyki: Joy Division do pisania, Beth Gibbons, , Gaba Kulka ostatnio (zapętlona Lady Celeste do pisania) – ukradziona siostrze, ale siostra ma Zuzię, która jest mniejsza niż duży kot, więc nie ma kiedy słuchać muzyki. Stare Jamiroquai do samochodu.

Wrzesień

I wraca się z Mazur. Się było na Mazurach. Się żeglowało, dobrze wiało, nos się opalił i włosy pojaśniały, jak zwykle od słońca. Się siedziało na Mamerkach, się piło wino i się gapiło na jezioro, ze zdziwieniem konstatując, że to w pewnym sensie ten sam pejzaż, jak znad ogniska na Eriksonodden.

Ciągle nie umiem wydestylować tego, który element krajobrazu wywołuje we mnie to poczucie, to wrażenie spokoju; na pewno woda, wolny rytm fali, na pewno szeroka perspektywa. Ale to nie wszystko, jest w każdym razie w tych boleśnie wyeksploatowanych krajobrazach mazurskich jezior coś takiego, co czułem również siedząc białą nocą nad Zatoką Colesa, nad ogniem.

A pieprzony Spitsbergen nie chce mnie puścić: na przykład w zeszłym tygodniu spadł pierwszy śnieg. Co oczywiście wiem, bo do bukietu moich nałogów dorzuciłem codzienne sprawdzanie co tam słychać (svalbardposten.no) a co widać w Longyearbyen. W każdym razie, w tym roku spadł ten śnieg trochę później niż w zeszłym; kiedy ostatniego dnia wyszliśmy z namiotów, Svalbard był już oprószony bielą jak pączek cukrem-pudrem i to było przyjemne pożegnanie.
Mieszkańcy Longyearbyen początek lata wyznaczają w momencie, w którym przełamuje się nawis śnieżny na Operafjellet, doskonale widoczny z miasteczka – ma ów nawis kształt kieliszka do szampana i łamie się nóżka, widać go też w paru kamerkach internetowych. W tym roku przełamał się 21 lipca, a dziś już nie widać go spod nowego śniegu.

Nie chce mnie puścić również literacko: wydawało mi się, że temat wyczepię „Zimnymi wybrzeżami”, a tu nic z tego. Napisałem już opowiadanie pt. „Tak jest dobrze”, z którym nie wiem jeszcze co się wydarzy, a już piszę kolejne i oba, mimo, że w gruncie rzeczy obyczajowe, osadziły się jakoś same w Kraju Ostrych Gór.
No i w efekcie w 2010 to już pewnie się nie oprę i pojadę znowu. Może tym razem więcej od strony morza i dalej od Longyear, mam już parę pomysłów. A może w ogóle morzem?

A tutaj, teraz: mój Franek skończył dwa lata – i przez te dwa lata nauczył się chodzić, mówić, złościć, kaprysić, robić „mój, mój tatuś” i i w ogóle nauczył się być. Ja po raz pierwszy w życiu poczułem się naprawdę dorosły, ale to on dokonał większego kroku: z człowieczego niebycia, oto jest.

I z wrześniem przyszła cholerna jesień. Jest pięknie i smutno. A. w Leeds, ale tylko na dziesięć dni. M. w Singapurze, do Bożego Narodzenia, albo dłużej. A tutaj, jesteśmy sami z Frankiem, chociaż ja w sumie i tak więcej czasu z komputerem – z pracą, albo z otępiałym gapieniem się w monitor.

I znowu – do Warszawy, na łów, na łów, towarzyszu mój, do Krakowa, żeby potem wrócić do pilchowickiej jaskini z nadzianym na opalony w ogniu oszczep krwawym ochłapem. Zimno już, nienawidzę tych chwil, kiedy lato tak definitywnie odchodzi na tak długo i znowu przychodzą dni zimne, pochmurne i bezlistne.

Synecdoche, New York Charliego Kaufmana. Film, jeden z najlepszych widzianych w ciągu ostatnich paru lat. Tak dobry, że aż nie chce mi się o nim pisać. Nie chcę psuć tego ulotnego poczucia obcowanie z wielkością prostymi konceptualizacjami, że to było o tym i o tym, oraz wyrażało to czy tamto.

A. wraca z Leeds, przywozi mi w prezencie śliczny, kieszonkowy moleskine. Piszę w nim atramentem zielonym, zmieszanym pół na pół z czarnym, zmysłowa przyjemność wodzenia stalówką po gładkim, nasiąkliwym papierze.

7 thoughts on “Trzy miesiące roku bieżącego – zapiski

  1. „I tylko wczesne poranki ciężkie, jak zawsze, pobudki jak na kacu, ciężka głowa, sucho w gardle, katar, dopiero kawa, dwa albo trzy kwadranse otumanionego obijania się od ścian, prysznic i wraca życie”
    To jest właśnie ten moment kiedy powinieneś zacząć się martwić.

  2. Eeee, gdzie tam. Zawsze można skończyć jak Stasiuk- z kacem i nagrodą Nike.

  3. Trochę mi zabrakło komentarza do tego zabójstwa w Pilchowicach. Zginął stary człowiek, zabili podobno jacyś gówniarze.

    Chyba nie miał nulachty, nie obronił się.

    A może powód był inny?

  4. “do bukietu moich nałogów dorzuciłem codzienne sprawdzanie co tam słychać (svalbardposten.no)”

    Czyta Pan po norwesku? Zatem winszuję bogatego ogrodu umiejętności…

  5. Aha.

    “Lenin miał rację, postęp to jednak coś wielkiego” :D