Ukazały się już jakiś czas temu nowe „Opcje”, a w nich m.in. mój tekst o „Życiu i losie” Grossmana, który prezentuję poniżej. A poza tym np. felieton Krzysztofa Łęckiego, z bardzo fajnym post-scriptum. Polecam.
Powieść o ludziach radzieckich. „Życie i los” Wassilija Grossmana.
Opcje nr 3/2009
Cóż to za dziwny świat: aby przydać wagi powieści Grossmana, przywołuje się często w recenzjach to, że inspirował się nią Littell, autor „Łaskawych”. A przecież nie jest to sytuacja jak z zależnością między „Siedmioma samurajami” Kurosawy a westernem „Siedmiu wspaniałych”, gdzie porównujemy zależność dwóch dzieł wybitnych. Tutaj jest inaczej: książka Littella to dobre, wakacyjne czytadło, taki historyczny Stephen King dla amatorów jatek i historii. Sprawnie napisana, obszerna tak, aby wystarczyła nawet na długi, leniwy urlop na plaży. Epatująca krwią, horrorem w sposób mocny a jednocześnie taki, w jaki sposób śmiercią epatuje horror typu gore – hałdy trupów u Littella trzeba wziąć w nawias konwencji, podobnie jak sceny erotycznych wybryków głównego bohatera. Zapewnia czytelnikowi Littell rozkoszne poczucie totalnej imersji, czujemy się jak nastolatek przy lekturze przygód Tomka Wilmowskiego, od książki nie można się oderwać, podążamy za losami doktora Aue z wypiekami na twarzy, ale przecież wiemy, że to wszystko nie jest na serio, że to taki nazistowski Indiana Jones dla nieco starszych dzieci – zamiast archeologii doktor Aue dowodzi nam swego wyrafinowania w zamiłowaniu do sztuki. Kiedy zamkniemy ostatnią stronę – nie pozostaje nic. Nie ma u Littella wielkiej literatury – jest świetne czytadło, które nie mówi nam o człowieku, o jego kondycji niczego, czego byśmy wcześniej nie słyszeli już tysiąc razy. Nie dotyka najważniejszych problemów ludzkiej egzystencji – zaledwie udaje, tak, jak film akcji udaje czasem, że boryka się z trudną tematyką np. rasizmu, po to tylko, by aktorzy mieli o czym mówić w wywiadach.
Oczywiście, nie każda powieść musi się zajmować najpoważniejszymi pytaniami, nie można przecież czytać wyłącznie dialogów Naphty i Settembriniego z „Czarodziejskiej góry” – rzecz w tym, że „Życie i los” Grossmana właśnie te pytania zadaje, . O człowieka tytułowe życie i o człowieczy tytułowy los, o człowiecze bycie grudką błota, która przykleja się do gąsienic czołgów, robiących historię, o to, jak niewiele znaczy człowiek, kiedy staje przed kolektywnymi ludźmi.
Oczywiście, słyszeliśmy już wiele razy te pytania i słyszeliśmy już wiele odpowiedzi – rzecz w tym, że Grossman zadaje je prawdziwie, prawdziwie w sensie literackiej uczciwości, rzetelności, zgodnie z surowym etosem rosyjskiego narodnika, eserowca, każdego z tych inteligentów sprzed stu lat, którzy nawet sobie nie wyobrażali gdzie doprowadzić mogłaby ich tołstojowska szlachetność, uczciwość i mądrość, gdyby tylko zerwano ciążące im carskie okowy. Porównywać tę książkę do „Łaskawych” – można, ale można też, zachowując proporcję, porównać ją do „Czterech pancernych i psa” Przymanowskiego. Nic z takich porównań nie wynika, nie wystawia się do wyścigów żaby i wróbla.
Rzecz nie w czynieniu rankingów – ale gdyby ktoś chciał, to bez wątpienia można Grossmana wymieniać jednym tchem z Sołżenicynem, Bułhakowem, Wieniediktem Jerofiejewem, z tymi, którzy rosyjską literaturę XX wieku uczynili wielką. I pamiętać można przy tym, że XX-to wieczna rosyjska literatura wcale nie zmalała od czasów Dostojewskiego i Tołstoja.
Wspominam o tym zaś dlatego, że się z książką Grossmana fundamentalnie nie zgadzam i chciałbym, aby ta niezgoda miała właściwą proporcję. Nie zgadzam się z tezą, która w oczach wielu przydała tej powieści zasadniczej wielkości – z tezą o symetrii państw Stalina i Hitlera (chociaż zgadzam się, że wielkiej potęgi charakteru i intelektu wymagało sformułowanie takiej tezy piętnaście lat po wojnie), nie zgadzam się w pewnym sensie w ogóle z Grossmana perspektywą, odrzucam jego odpowiedzi na wspomniane już pytania najważniejsze.
A jednocześnie, literacka wielkość tej książki – i nie mówię tutaj o sprawności formalnej, artystycznej – każe mi zgadzać się z czymś, czego nie umiem nazwać inaczej, niż człowieczeństwem autora, z jego głębokim przeżyciem człowieczeństwa własnego i innych ludzi, znajdujących swoje odbicie w bohaterach „Życia i losu”.
I z tym, czego można się dowiedzieć ze dobrej przedmowy pióra Adama Pomorskiego – z prawdą tej powieści. Z prawdą zdarzeń, faktów, czynów, ludzi, postaw, charakterów, z prawdą szlachetności i podłości, odwagi i tchórzostwa, okrucieństwa i miłosierdzia. Prawdą nieświadomą istnienia prawicowo-lewicowego spektrum światopoglądowego. Jest to prawda w swym charakterze dla polskiego czytelnika bardzo mackiewiczowska – i tak jak o prawdzie „Nie trzeba głośno mówić” można się o tym dowiedzieć od teoretyków i krytyków, można z deklaracji autora, ale można też tę prawdę poznać po niepodrabialnej sile tej prozy, zbyt potężnej, aby nie była prawdy destylacją, prawdy o czasach i ludziach ejdetyczną redukcją, do tego co ludzi i czasy naprawdę określa, a więc bez pomijania niezgodnego z „prawdą obiektywną” szczegółu, odchylenia, zmienności.
Konstytuuje się więc wielkość powieści Grossmana na głębi człowieczeństwa, na prawdzie – ale też na czysto już literackim „mięsie”, to jest na epickiej narracji, przedstawiającej losy bohaterów w różnych miejscach wojny – żołnierzy, oficerów i telefonistek w okopach Stalingradu, fizyków teoretycznych i laborantek w instytucie w Kazaniu a potem w Moskwie, więźniów łagrów, obozów koncentracyjnych i jenieckich po obu stronach frontu, intelektualistów i ludzi prostych w miastach i gettach, Rosjan, Ukraińców, Tatarów – a wszyscy są jakoś spokrewnieni, spowinowaceni, zaprzyjaźnieni lub skonfliktowani, ale połączyło i rozdzieliło ich życie i los właśnie. Bohaterowie Grossmana często odwołują się do własnych doświadczeń z lektury „Wojny i pokoju” Tołstoja, autor mruga do nas zza tych porównań, troszkę kpi sobie nawet z Tołstoja, kiedy niezbyt bystry sowiecki generał chwali klasyka, mówiąc, że „Wojna i pokój” to taka zacna książka, bo Lew Tołstoj walczył z Napoleonem i opisał tylko to, co widział na własne oczy i dlatego jest i będzie powieść ta czytana jeszcze za dwieście lat. Ktoś prostuje potem to sowieckie nieuctwo, ale przecież nie o drwiny z sowieckiej generalicji chodzi, tylko o to, że Tołstoj klęsce napoleońskiej Wielkiej Armii nie mógł się przyglądać, bo urodził się nieco za późno, a Grossman właśnie był po Stalingradem jako korespondent wojenny.
Są jednak rozdziały literacko słabsze. I nie chodzi mi tutaj wcale o wplecione w narrację powieści dyskursywne wywody – o istocie wojny, historii czy antysemityzmu – których autor, zapewne z uczciwości właśnie, nie wkłada w usta swoim bohaterom, lecz po prostu przerywa na moment narrację i wykłada swoje tezy wprost. Czytelnika przyzwyczajonego do powieści-rozrywki taki zabieg może szokować, albo odrzucać bardziej, niż współczesne zabiegi formalne, bo jakże to tak – łamać w pewnym sensie decorum, mówić wprost, zamiast posługiwać się parabolą, symbolem… Ale sądzę, że tak jest właściwie. Uczciwie. Wiemy, że autor nie przygina bohaterów do samego siebie, tam gdzie do tego nie pasują, nie wkłada im w usta anachronicznych mądrości.
Literacko słabsze są zaś fragmenty, w których akcja przenosi się na stronę niemiecką – opowieści o młodym poruczniku z socjaldemokratycznej rodziny, który zaczął wierzyć w Hitlera brakuje naocznego autentyzmu, który jest tak charakterystyczny dla reszty książki. Nie są to fragmenty tak kabotyńskie i głupie jak „Niemcy” Kruczkowskiego, nie stanowią jakiegoś straszliwego kontrastu dla reszty powieści, ale jednak w tle, cichutko, brzmi tam jakiś nieszczery, nieprawdziwy ton. Potęga prawdy jakoś tu nie działa.
Po co więc autor tej klasy, do tak wielkiej powieści wplótł te krótkie, acz wyraźnie słabsze fragmenty? Ano dlatego, że potrzebował ich do literackiej prezentacji wielkiej tezy swojej książki – o symetrii państw Hitlera i Stalina. Tezę taką samą, w zwulgaryzowanej, pop-kulturowej formie powtarza potem Littell – i to chyba jedyne, co tutaj zachodnioeuropejskiego, nienawykłego do tej symetrii czytelnika może szokować.
Pisze Grossman: W czym taka przyczyna naszej wrogości, tego nie mogę zrozumieć… Adolf Hitler nie jest führerem, tylko lokajem Stinnesów i Kruppów? Nie ma u was prywatnej własności ziemskiej? Fabryki i banki należą do ludu? Wy jesteście internacjonalistami, a my wyznajemy nienawiść rasową? My podpalamy, a wy staracie się ugasić pożar? Nas nienawidzą, a na wasz Stalingrad ludzkość patrzy z nadzieją? Tak mówią u was? To bzdura. Nie ma między nami żadnej przepaści! Wymyślono ją. Jesteśmy formami tego samego bytu – państwa partyjnego. Nasi kapitaliści nie są właścicielami. Państwo narzuca im plan i program. Państwo zabiera produkcję i zysk. Dla siebie biorą sześć procent zysku – to jest ich zapłata. Wasze partyjne państwo też ustala plan, program, zabiera produkcję. Ci, których nazywacie właścicielami, robotnicy – tak samo otrzymują zapłatę od waszego państwa (…). Nad naszym ludowym państwem też powiewa czerwony sztandar robotniczy, my też wzywamy do narodowego czynu, do pracy, do jedności, my też mówimy: „Partia wyrazicielem marzeń niemieckiego robotnika”. To wy przecież mówicie: „Lud, praca”.
Aby wygłosić taką tezę na początku lat sześćdziesiątych, potrzeba było niebywałej intelektualnej odwagi – i nie chodzi mi tutaj tylko o zagrożenie represjami, chodzi mi o odwagę myślenia i formułowania sądów samemu. O siłę charakteru potrzebną na poświęcenie dwunastu lat życia powieści, której w ojczystym kraju (bo Związek Radziecki był bez wątpienia Ojczyzną Grossmana – o tym za chwilę) wydać mogą, jak pisze Adam Pomorski w przedmowie, „za dwieście lat”.
Nie zmienia to jednak tego, że jest to teza fałszywa. Porównując biografie osobiste i polityczne Stalina i Hitlera, sądzę. że Hitler mieścił się w ramach, w których historia zwykła rysować europejskich dyktatorów. Oczywiście wtedy, kiedy rozpatrywać będziemy Adolfa Hitlera jako postać historyczną, polityka, który rządził Niemcami przez 12 lat. Nie ma on wiele wspólnego z Diabłohitlerem (termin skopiowałem od Edwarda Radzińskiego, który pisze o stalinowskim kulcie Bogolenina), mitologiczną postacią występującą jako przywódca Sił Ciemności w II Wojnie Światowej – micie założycielskim teologii politycznej nowoczesnej Europy. Cała niewątpliwa zbrodniczość systemu III Rzeszy nie ma tutaj nic do rzeczy – mieściła się ona w europejskiej tradycji tak samo jak mieściły się angielskie obozy koncentracyjne dla Burów w Afryce Południowej albo trzysta tysięcy martwych Japończyków w Nagasaki czy Hiroszimie.
Kiedy więc pozostaniemy w ramach historii, nie mitologii, to celnie określili narodowy socjalizm Aleksander Kopiński z Michałem Dylewskim – jako “radykalne centrum”, skonfliktowane zarówno z radykalną lewicą, jak i z radykalną prawicą (w tym przypadku – środowiska rewolucji konserwatywnej) i z naturalnym między radykalnymi ruchami przepływem kadr. Centrum zradykalizowane nie w prawo i nie w lewo – lecz niejako wsobnie.
O jego faktycznym znaczeniu dla politycznej historii Niemiec zdecydował fakt, iż Hitler swoim charakterem politycznym odpowiadał swoim czasom – miał przy tym szereg cech, które wyniosły go ku wodzostwu, wielką, magnetyczną charyzmę, pracowitość, odwagę i determinację, miał też szereg cech, które poprowadziły go wprost do klęski – wąskie horyzonty polityczne, kapralskie obyczaje w dowodzeniu armiami, kapralski brak wdzięku w snuciu intryg politycznych i przede wszystkim, bardzo europejskie zaślepienie ideologią, dzięki któremu przegrał front wschodni, a za frontem wschodnim – całą wojnę.
Józef Stalin zaś nie tylko nie mieścił się w europejskich ramach “dyktatorskości”, lokował się również zupełnie poza podziałem na prawicę i lewicę, nie w środku, jak Hitler, lecz poza. Najmądrzejszy z bolszewików, Lenin, od którego Stalin nauczył się wszystkiego, jeśli chodzi o praktyczny warsztat sprawowania władzy, był jednak człowiekiem lewicy – tak samo cała reszta lewicowców, od Trockiego po tych wszystkich “starych rewolucjonistów”, którzy od samego początku szczerze sławili krwawy terror, aby – być może, tego się już nie dowiemy – w ostatniej chwili zmienić zdanie.
Trudno, swoją drogą, nie czuć wobec Stalina wdzięczności – takiej, jaką czuł wobec niego Bułhakow, co widać w postaci Wolanda, ale i wprost, w listach pisarza – za to, że architektów rewolucji, terroru i łagrów zaznajomił bezpośrednio z ich własnymi wynalazkami. Było w tym coś biblijnego – kiedy zanurzeni w krwi po łokcie członkowie “trójek” stawali przed innymi trójkami i kończyli jak ich dawne ofiary, i dalej, na szafot szli również kaci katów, da capo senza al fine. Ten motyw zresztą pojawia się ciągle również u Grossmana i zdaje mi się, że Grossman nie potrafi się tutaj zdecydować, czy bardziej jest zdegustowany tym, że „starych bolszewików” sadza się do łagrów – bo dla Grossmana „stary bolszewik” to archetyp jednoznacznie pozytywny, należący do tego samego gatunku ludzkiego co ukochana przezeń narodowolska inteligencja – czy raczej czuje podziw dla quasi-boskiego charakteru tej straszliwej, stalinowskiej sprawiedliwości, gdy twórcy i piewcy łagrów sami trafiają do łagrów.
W przeciwieństwie więc do Hitlera, Stalin nie mieścił się w prawicowo-lewicowym spektrum. Nie wszedł w buty Bonapartego, co bez wątpienia uczyniłby chociażby Tuchaczewski, gdyby np. w swoim czasie wygrali Kamieniew z Zinowiewem. Tuchaczewski byłby znakomitą kopią Napoleona, lepszą bez wątpienia niż chociażby Napoleon III – z drobnej szlachty (być może o odległych, polskich korzeniach, co naśladowałoby etniczną odrębność Bonapartego), zdolny oficer, rewolucjonista, lecz trzymający się jednak dalej od polityki, wchodzący nagle na szczyt po grzbietach Kamieniewa i Zinowiewa, tak jak Bonaparte wspiął sie po Barrasie i Sieyèsie. Wszystko w duchu “Osiemnasty brumaire’a Ludwika Bonaparte” Marksa.
Stalin był władcą odrębnym. Nie wyznaję bynajmniej suworowskiego kultu rzekomego strategicznego geniuszu Stalina – wojskowość Stalin słusznie oddawał lepszym od siebie (Hitler nie miał może Żukowa, miał za to wielkiego Guderiana, którego jednak pod koniec 1941 na półtorej roku przeniósł do rezerwy, zastępując miernotami), geopolityczny nos również często Stalina zawodził, jednak jego droga do władzy i utrzymanie jej, rozmach planu, skuteczność, były zupełnie nieeuropejskie. Nie mam wątpliwości, że Trocki, gdyby tylko wygrał ze Stalinem (a przegrał bo był – jak Hitler – po europejsku ograniczony własnym fanatyzmem), spokojnie prześcignąłby swojego gruzińskiego adwersarza w masowym mordowaniu ludzi, tak samo Lenin, gdyby nie syfilis.
Łagry, czystka, rozstrzelania bez wyroku, kule w łeb, krew stanowiły centralne pojęcia rosyjskiego komunizmu i krwawa rozprawa z przeciwnikami to jeden z elementów lewicowego dziedzictwa Stalina, który pewnie zresztą sam się za lewicowca uważał. To nie krew na rękach lokuje go poza europejskimi ramami polityki – to raczej swobodne przekraczanie wszelkich ideologicznych uwarunkowań, władza w formie czystej, chłód i bezwzględność w formie czystej.
Bez wątpienia Hitler marzył o takim zakresie władzy, jaką posiadał Stalin, jednak został dyktatorem w państwie, którego instytucjonalna tkanka bez względu na zawirowania lat 1848, 1870 i 1914 zachowała ciągłość, miała kadrę urzędników, wyznających kult instytucji, miała doświadczony w Wielkiej Wojnie korpus oficerskim – i w efekcie do końca wojny Hitler nie objął w Niemczech władzy absolutnej.
Rozkazy Hitlera, szczególnie te dotyczące detali, były czasem ignorowane, a czasem wręcz sabotowane – III Rzesza nie miała nawet jednej polityki wschodniej, Hitler nie kontrolował do końca polityki zewnętrznej, swoją grę grała Abwehra, swoją grę grało OKH, etc. Władza Hitlera była absolutna tylko w tradycyjnym, historycznym tego słowa znaczeniu, nie w sensie ścisłym – Hitler musiał się liczyć z innymi siłami w państwie, musiał się liczyć z Wehrmachtem, który był oczywiście wdzięczny Wodzowi za zrzucenie pęt haniebnego traktatu i chętnie na życzenie Wodza prowadził błyskotliwe kampanie, ale trudno mówić tutaj o absolutnym podporządkowaniu – co Hitler dostrzegał i w długoterminownych planach zapewne marzyło mu się zastąpienie Wehrmachtu zawodowym Waffen-SS i pospolitym ruszeniem Volkssturmu
Stalin zaś, przynajmniej od 1937 roku, nie musiał się liczyć z nikim i z niczym. Jego władza była absolutna ściśle. Wolę Stalina w ZSRR ograniczała tylko fizyka. Mógł zrobić cokolwiek – przebrać całą Armię Czerwoną w czerkieskie mundury, mianować się carem Wszechrusi i przywrócić szlachtę, obwołać się biologicznym synem Lenina, albo ogłosić, że Lenin nigdy nie istniał.
Grossman, dzięki bystrości swojego wzroku, dostrzega tę cechę stalinizmu, rysując bardzo piękne apogeum wątku prześladowań fizyka Sztruma, zajmującego się energią atomową – które to prześladowania w sposób cudowny kończy telefon Stalina – co oparte jest na znanych skądinąd, ale również przywołanych w książce Grossmana, telefonach Stalina do sowieckich reżyserów i poetów. Nieuprawniona jest jednak analogia, której dokonuje, rozciągając tę absolutną samowładzę na lustrzane odbicie Ojczulka – na Adolfa Hitlera.
Aby pozostać na gruncie literatury – wystarczy zapytać, czy w Związku Radzieckim w 1939 roku mógłby ukazać się analog „Na marmurowych skałach” Ernsta Jüngera? Wystarczy wspomnieć tę jedyną w miarę swobodną, prywatną rozmowę o polityce w kazańskim mieszkaniu, która wyzwala umysł fizyka Sztruma, pozwalając mu na rozwiązanie problemu z dziedziny fizyki teoretycznej – była to rozmowa jedna, o poważnych konsekwencjach osobistych (donosy), wszyscy jej uczestnicy przeżyli niesłychanie sam fakt rozmawiania w taki sposób, a przecież nie była to rozmowa w żadnej mierze antyradziecka, zaś szczytem antystalinizmu Sztruma jest stwierdzenie, że być może Planck i Einstein lepiej znają się na fizyce niż Ojczulek. A teraz przypomnijmy sobie swobodny charakter rozmów, jakie relacjonuje Ernst Jünger na kartach swych dzienników, rozmów, które – według Grossmana – miałyby toczyć się w systemie równie absolutnym jak stalinizm. Porucznik Bach u Grossmana przerażony jest tym, że odnosząc się do wojny, wypowiedział w szpitalu zdanie: Tak, sanitariuszu; nikt na razie nie wie, jak to się skończy. Trudno w to przerażenie, będące analogiem przerażenia Sztruma po swobodnej rozmowie, uwierzyć.
Nie chodzi tutaj o proporcję zbrodni, bodycount, chociaż i tutaj Związek Radziecki wyprzedza III Rzeszę – chodzi o codzienność, bo przecież codzienności radzieckiej poświęcona jest książka Grossmana. A w tejże codzienności partyjność codziennego życia w Niemczech Hitlera w Rosji Stalina mają zupełnie inne proporcje. W stalinowskim Związku Radzieckim, o czym świadczą na równi wspomnienia, książki naukowe jak i powieści, w tym powieści Grossmana czy Bułhakowa, udało się całkowicie potargać sieć międzyludzkiego zaufania – w III Rzeszy wyrwano z tej sieci społecznej od dawna wrosłych w nią, najbardziej chyba na świecie zeuropeizowanych Żydów, poprzecinano ją w jednych miejscach, nadwyrężono w innych, ale jednak jakoś tam istniała. Gestapo kolekcjonowało dowcipy polityczne, śledziło jak krążą, starło się na ich podstawie odcyfrować społeczne nastroje – a jakaż mogła być cyrkulacja politycznego dowcipu w latach trzydziestych i czterdziestych w ZSRR, zanim dowcipniś trafiłby między tryby Gułagu?
I dlatego chyba te fragmenty „Życia i losu”, w których Grossman buduje tę symetrię, brzmią nie tak czysto jak reszta tej wielkiej powieści. Brzmią fałszywie, jak fałszywie brzmią głosy polskich oficerów w „Nie trzeba głośno mówić” Mackiewicza. Grossman pisze: Niekiedy pytał samego siebie, dlaczego tak nienawidzi własowców. Własow powoływał się na to samo, o czym opowiadał jego ojciec. A Jerszow dobrze wiedział, że to prawda. Ale wiedział też, że w ustach Niemców i własowców taka prawda jest kłamstwem – i zdaje się, że sam wierzy w te słowa. U Mackiewicza zaś, oficerowie-jeńcy oburzają się na opowiedzianą przez głównego bohatera historyjkę o niemieckim czołgiście, zatrzymującym czołg ze zgrzytem gąsienic aby nie przejechać kotka czy wiewiórki. Niech to będzie czołgista polski, angielski albo w ostateczności sowiecki – proszą. Niemiecki – nie może być, głusi są na tłumaczenia, że narrator historii widział to wydarzenie na własne oczy i nic nie poradzi na to, że czołg był niemiecki. Niemiecki być nie może, bo to niezgodne jest z prawdą obiektywną – podobne uzasadnienie innej sprawy usłyszał główny bohater powieści Mackiewicza od sowieckiego komisarza w roku czterdziestym w Wilnie.
Grossman potrzebował tutaj swojej „prawdy obiektywnej” – a że nie znał zapewne zbyt dobrze rzeczywistości społecznej III Rzeszy, to zdecydował się napisać tak, żeby do prawdy obiektywnej pasowało. Nie jest to nieuczciwość, ale jest to skaza i to skaza poważna. Powtarza poniekąd nawet Grossman, bez wątpienia nieświadomie, scenę z Mackiewicza, kiedy w scenie w obozie koncentracyjnym jeden z bohaterów twierdzi, że prawdziwe skądinąd oskarżenia stalinizmu o straszne zbrodnie, w ustach Własowa i jego żołnierzy stają się w tajemniczy sposób kłamstwami.
Tym niemniej, diament ze skazą ciągle pozostaje diamentem, skaza czyni go charakterystycznym.
Są też zresztą inne miejsca, w których z optyką Grossmana trudno mi się zgodzić: jak wtedy, kiedy za kolejny rys wiodący obu symetrycznych reżimów uznaje nacjonalizm – w ZSRR powoli zastępujący obumierający, kominternowski internacjonalizm. Trudno też zaakceptować Grossmana optykę patrzenia na kwestie żydowskie: ostatecznym oskarżeniem, rzuconym na stalinowski system, staje się oskarżenie o rodzący się tamże powoli antysemityzm i narodzona pod Stalingradem ideologia „nacjonalizmu państwowego” – tej ostatecznej śmierci ostatnich reliktów rosyjskiej socjaldemokracji. Odpowiadając na przypuszczenia swojej współpracowniczki, która podejrzewa, że skreślono ją z listy za żydowskie nazwisko, Sztrum odpowiada: No nie, kochana, pani chyba zwariowała! Przecież, chwalić Boga, nie żyjemy w carskiej Rosji. Cóż to za małomiasteczkowe kompleksy, proszę natychmiast o tym zapomnieć. Antysemityzm to ostania i największa z katalogu zbrodni – porównanie do carskiej Rosji – to ostatnia obelga.
Przypisuje antysemityzmowi Grossman nadzwyczajne znaczenie, o wiele większe, nieporównywalne do innych etnicznych nienawiści, poświęca mu, jak już pisałem, cały obszerny, dyskursywny, wyłamujący się z literackiej narracji ustęp – tutaj zgadza się bez wątpienia z teologią polityczną nowoczesnej Europy, w której zagrożenie nacjonalizmem i antysemityzmem, czyli przymiotami Diabłohitlera, to stale podsycane, transcendentne uzasadnienie systemu politycznego, który innych uzasadnień nie posiada – a bez wątpienia bez jakiegoś sacrum polityka istnieć nie może. Zgodnie z tą teologią, nie znajdziemy u Grossmana refleksji o roli Żydów w rewolucji październikowej – roli przecież ważnej, często tragicznej, a zawsze ludzkiej, jak najbardziej godnej tego, aby opisać ją na kartach epickiej powieści przynajmniej we wspomnieniach bohaterów – rewolucjonistów, „starych bolszewików”.
To jednak nie są skazy tak wyraźne jak poprzednia. Grossman zostawił matkę w gettcie, gdzie zginęła – dał tę cechę fizykowi Sztrumowi. List matki, która wie, że za parę dni umrze, do Sztruma, jest fragmentem wielkim. Grossman, w jakimś tajemniczym, platońskim noezis, dotyka w tym liście największych tajemnic bycia człowiekiem: śmierci, miłości, bezradności, odpowiedzialności. Napisał ten list przecież do samego siebie, w imieniu matki, która napisać go już nie mogła.
Straszne bez wątpienia w kontekście drugiej wojny światowej przeżycie własnej, odległej wcześniej i zapomnianej (znowu – jak u Sztruma) żydowskości zrodziło parę scen, które nawet bez epickiego kontekstu książki są arcydziełami: wspomniany list, lub scenę umierania Sofii Osipownej Lewinton, w komorze gazowej – możemy więc wybaczyć, że zrodziło przy tym również parę koncepcji i teorii dziś cokolwiek banalnych lub naiwnych. Matka Grossmana została w gettcie. Czy możemy dziwić się, że powody, dla których w tym getcie się znalazła, widzi Grossman w zaburzonej proporcji, zaburzonej nawet moralnie. Niechże zaburzona będzie ta proporcja, skoro rodzi takie sceny: Sofia Osipowna Lewinton poczuła, jak osłabło w jej rękach ciało chłopczyka. Znowu się rozdzielili. Wykrywacze trującego gazu w podziemnych wyrobiskach – ptaki i myszy – giną szybko, bo mają nieduże ciała, więc chłopczyk o maleńkim, ptasim ciele odszedł wcześniej niż ona. „Zostałam matką” – pomyślała. To była jej ostatnia myśl.
I można by mieć do Grossmana pretensje, że jego obraz wojny nie jest kompletny. Wspomniany wcześniej Własow zostaje jedynie wspomniany w kontekście prawdy, która w ustach własowskiej propagandy staje się kłamstwem – jakiś czerwonoarmista rozważa wstąpienie do RONA, ale to nawet dla politycznych emigrantów z Rosji Radzieckiej wydaje się zdradą. Grossman potrafi pochylić się z całym swoim człowieczeństwem nad politycznymi wyborami i charakterem esesmanów, nie znajduje jednak w swojej obszernej powieści miejsca ani czasu, aby przynajmniej w takim stopniu, gdzieś na trzecim planie narysować sylwetki ludzi innej Rosji.
Bo przecież w czasach, w których dzieje się akcja książki, istniała jeszcze inna Rosja: nie tylko byłego generała Armii Czerwonej i bolszewika Własowa, ale również Rosja Kozaków, Rosja korpusu białych oficerów z Jugosławii Skorodumowa i Rogozina, którzy zdołali zachować pewną ciągłość instytucjonalną od rewolucji i ewakuacji z Krymu, będąc ostatnią pozostałością po dumnej niegdyś carskiej armii. W tym korpusie, prawie jak u innych białych emigrantów sto lat wcześniej, u których służył Chateaubriand, szeregowcami byli porucznicy, a generałowie mieli etaty majorów. Jest inna Rosja Kozaków Krasnowa i Szkuro, wreszcie nie odwołująca się już do carskiej przeszłości Rosja Kałmuków, Ukraińców czy Ormian i samych Rosjan, którzy przeciwko bolszewikom sprzymierzyliby się nawet z samym diabłem. Było ich wszystkich może i dwa miliony.
W obrazie Grossmana ludzi tych nie ma. Pisze Grossman o tych, którzy – nie będąc przecież bolszewikami – płakali z radości na wieść o okrążeniu armii Paulusa pod Stalingradem. Zapomina o tych, którzy – nie będąc przecież nazistami – płakali wtedy z rozpaczy, a z radości łzy ciekły im po policzkach w czterdziestym pierwszym. Dlaczego?
Prawdopodobnie dlatego, że Grossman jest w istocie pisarzem radzieckim, nie rosyjskim, o tyle, o ile radziecka byłaby Rosja żydowskich mienszewików i eserowców, o ile można sobie wyobrazić socjaldemokratyczny Związek Radziecki ufundowany na chrześcijańskim anarchizmie Tołstoja czy na obywatelskim nieposłuszeństwie Thoreau. Jeśli kto chce uzupełnić sobie ten grossmanowski obraz frontu wschodniego, może uczynić to lekturą „Kontry” Mackiewicza.
Socjaldemokratyczna republika, w jakiej swoją nadzieję pokłada Grossman, zapewne nie mogłaby istnieć w Rosji, a już na pewno nie w formie, w jakiej ją sobie Grossman wyobraża, chociażby na Placu Czerwonym stał – zamiast Żukowa – pomnik Tołstoja, zaś Akademia Frunzego nosiłaby imię Henry’ego Thoreau.
Być może jednak to marzenie właśnie pozwoliło mu zachować człowieczeństwo, dostrzegać człowieczeństwo i człowieczeństwo, w jego wszystkich aspektach, uwiecznić na kartach tej monumentalnej powieści.
Bardzo ciekawy tekst. A tak przy okazji, w 95 numerze Przeglądu Politycznego był pięćdziesięciostronicowy blok tekstów o Grossmanie i jego książce. Większość to przedruki ze źródeł rosyjskich, w tym niektóre o charakterze dokumentalnym, np. list Grossmana do Chruszczowa w sprawie skonfiskowanej powieści. Głosów polskich szczęśliwie dość mało. Piszę o tym dlatego, że Przegląd Polityczny to sztandarowy periodyk Platformy Obywatelskiej i podejrzewam, że mógł go Pan z tego względu obejść szerokim łukiem. Ale ten numer akurat warto przeczytać. Zatem jeśli Pan tego nie zrobił, to radzę się jednak złamać i kupić.
Jeszcze odnośnie „wplecionych w narrację powieści dyskursywnych wywodów o istocie wojny i historii”, cóż, pozwolę sobie zauważyć, że Tołstoj w „Wojnie i Pokoju” robił dokładnie to samo.
Pozdrawiam