Aksolotl narodów

Z poniższego tekstu publikowałem już na moim dzienniczku fragment, dziś dla ewentualnej uciechy moich nielicznych P.T. Czytelników, zamieszczam całość, namawiając jednocześnie do lektury Czasu Fantastyki nr 4/21.

Aksolotl narodów

Czas Fantastyki 4/21

Narodowe Centrum Kultury jakiś czas temu zaproponowało mi udział w zabawie historycznej, czy też literackiej, zatytułowanej„Zwrotnice czasu”, w której moim zadaniem było  rozpoczęcie pisania historii alternatywnej, scharakteryzowanie punktu rozszczepienia. Moja historia, oparta na założeniu, że Władysław Studnicki zostaje premierem i Polska przystępuje do paktu antykominternowskiego, ukazała się obok historii Lecha Jęczmyka, Macieja Parowskiego oraz Marcina Wolskiego.

Zaangażowałem się w ten projekt z radością, jednak nie dlatego, abym sądził, iż historia alternatywna jako taka niesie ze sobą jakieś nadzwyczajne zalety literackie. Jest dokładnie na odwrót: sądzę, że historia alternatywna jako taka jest gatunkiem literacko wyczerpanym. Te książki, w których historia alternatywna była całkowitą artystyczną wartością dodaną, przynajmniej od czasów „Człowieka z wysokiego zamku” Dicka, ponoszą literacką, artystyczną porażkę. Są oczywiście takie, których wartość literacka jest niepodważalna, mimo, że w jakiś tam sposób historią alternatywną są, jak np. „Lód” Jacka Dukaja – jednak tutaj to nie „alternatywna historyczność” stanowi o ich wartości, jest w nich jedynie cechą przygodną.

To również skłoniło mnie, aby tej historii alternatywnej nie ubierać w literacki, czy para-literacki, kostium, lecz by wyrazić ją w formie ściśle dyskursywnej.

Pisząc fantazję historyczną, w której Studnicki pozostaje premierem, w istocie spełniłem po prostu własną fantazję o Polsce, fantazję o Polsce, która zdołała przekroczyć próg politycznej dojrzałości. Fantazję o Polsce, będącej nie tylko przedmiotem, ale również podmiotem polityki międzynarodowej. Fantazję o akslotlu, który wbrew tradycjom swoich przodków, w końcu dojrzewa.

Dojrzałość Polska utraciła trzysta lat temu, zdziecinniała gdzieś w osiemnastym wieku i  nie odzyskała dojrzałości i będącej jej konsekwencją podmiotowości ani w krótkim interludium suwerenności 1918 – 1939, ani po roku 1989.

Fantazje, w których Polacy zwyciężają wbrew kalkulacji, wbrew rozsądkowi, a dzięki swojej moralnej przewadze mogą pokrzepiać serca, mnie jednak nie interesuje moralna przewaga, interesuje mnie jedynie przewaga polityczna i nie interesuje mnie również pokrzepianie serc. Polskie serca nie potrzebują pokrzepienia, dość są już pokrzepione i drzemią w rozkosznej drzemce własnej sielskości. Polskie serca potrzebują wbicia igły z zastrzykiem z adrenaliny, która poruszy je do biegu.

W istocie, moja fantazja jest reakcją na nieznośną dla mnie tożsamość Polski bezpodmiotowej. Tożsamości Polski – ofiary gwałtu, Polski rozstawianej, a nie rozstawiającej po kątach. Tożsamości Polski intelektualnie niezdolnej do prowadzenia prawdziwej polityki zagranicznej, bo nie rozumiejącej jej podstawowych, clausewitzowskich praw.

W samym centrum zaś tej polskiej tożsamości są niewinne polskie trupy – z dziurami w potylicach, spalone miotaczami płomieni, rozstrzelane, powieszone.

Nie mam nic przeciwko trupom, każda ludzka śmierć jest małym końcem świata i każda ma należna końcowi świata wagę; jednak zgadzam się Peterem Handke, którego postawę tak scharakteryzował Tomasz Gabiś: kiedy mu jakiś polemista trupami machał przed oczyma, skontrował go: czy Pan jest właścicielem tych trupów, czy pan jest właścicielem cierpienia, czy to cierpienie należy do pana, czy pan sobie to cierpienie wpisał do księgi wieczystej?, czasami to aż człowieka dziw bierze, co gazetę otworzę to jacyś właściciele trupów nad swoją własnością się trzęsą, reklamują swoje trupy, albo znowu inni swoje roszczenia do własności trupów zgłaszają .

Nie czuję się właścicielem żadnych trupów. Ani polskich, ani śląskich, ani w ogóle żadnych innych. Nie czuję się też właścicielem trupów ogólnoludzkich, na które niektórzy również wypisują sobie akt własności z tytułu jakieś wątpliwej wspólnoty ogólnoludzkiej. Trupy nie należą do nikogo.

Ale jeśli wymachiwanie swoimi trupami ma przynieść Polsce jakieś realne korzyści, to, jak mówią Anglicy, so be it. Ja się do tego zatykania na trzonek i wymachiwania nie przyłączę, ale jeśli inni chcą to robić – niechże robią. Jeśli miałoby wyniknąć z tego jakieś dobro. Jeśli naprawdę wierzymy, że możemy tymi cichymi, niewinnymi trupami poruszyć czyjeś sumienie. Chociaż zdaje się, że podaż historycznych trupów dawno prześcignęła już popyt sumienia.

Ale owszem, udało się to Żydom. Żydowskie trupy z Oświęcimia czy Babiego Jaru – o których tak wstrząsająco pisze Grossman, a tak atrakcyjnie i niemądrze Littell – stały się potężną bronią Żydów w ogóle i Izraela w szczególe. Ale nie sądzę, aby tę sztuczkę dało się powtórzyć po raz drugi.

Każdy inny naród, który wymachuje swoimi trupami, czy robią to Rosjanie czy od niedawna Niemcy, tych biednych trupów używa jedynie jako dodatkowej broni, służącej do moralnego paraliżowania tych, którzy w jakąkolwiek moralność w polityce międzynarodowej niesłusznie wierzą. Czyli, najczęściej, Polaków.

Polskie trupy zaś są Polski jedyną tarczą i mieczem. I to już jest przerażające, że Polska nie może, jak Izrael, zagrozić jakiemuś krnąbrnemu sąsiadowi tym, że wyśle dziesięć myśliwców i rozwali mu jakąś niezbyt Polsce miłą fabrykę. Tudzież, jak Rosja, po prostu wysłać czołgi do małego, ościennego kraju, który prowadziłby politykę zagraniczną sprzeczną z interesami Polski. Polska zaś tam, gdzie inni mają narzędzia polityki – czy to wojsko, czy pieniądze, czy zasoby naturalna – Polska ma tylko polskie niewinne trupy.

Ale nie to jest jeszcze najstraszniejsze. Najstraszniejsze jest to, że te polskie niewinne trupy zdają się wypierać pamięć o całej reszcie polskiej historii. Tak jakby historia Polski składała się tylko z ofiar. Jakby polski oficer musiał być oficerem ze związanymi drutem rękami i z dziurą w potylicy. Polski żołnierz powstańcem z patykiem zamiast karabinu szturmującym niemieckie pozycje, z pięcioma karabinami na kompanię. Jakby nie było polskiej kawalerii, wjeżdżającej do Moskwy w 1612 i 1812, jakby nie było lisowczyków, siejących terror przez pół Europy. Jakby nie było nigdy całego szeregu pięknych, zwycięskich, imperialnych wojen, toczonych z dala od metropolii, na rubieżach tego pięknego imperium, jakim była Polska przez bez mała dwieście lat. Pisał o tym Dmowski: Do wad, uważanych przez nas za nadzwyczajne zalety, należy właśnie ta nasza tradycyjna bierność, którą się w ostatnich czasach przy każdej sposobności szczycimy. Nie nazywamy jej po imieniu, bo to brzmi brzydko, ale produkujemy ją publicznie pod gładkimi imionami wspaniałomyślności, bezinteresowności, tolerancji, humanitaryzmu itd. Wbiliśmy sobie w głowę fikcję, że te właśnie piękne przymioty były najdodatniejszymi czynnikami naszej historii i to nam przede wszystkim przeszkadza historię własną rozumieć. To, co świadczyło o naszej słabości, najczęściej podajemy za główną naszą siłę, tak dziś, jak dawniej.

A póki Polacy będą samych siebie definiować przez pryzmat ofiar, ofiarami historii pozostaną. Czyżbyśmy, obywatele Rzeczpospolitej,  na wieki wieków mieli być skazani na bierną, bezsilną i w istocie głupią pretensję wobec imperiów: rozebraliście nas, zaborcy, napadłaś na nas, Rosjo, zdradziłaś nas, Anglio, Francjo, zdradziłeś, pokalałeś nas, świecie, zdradziłaś nas, Ameryko, bo nie chcesz dać nam tarczy? A przecież, jak śpiewał Jacek Kaczmarski, czemu winna lawina, kiedy lasy przegina i domostwa do ziemi przydusza? Czyżby Polacy zawsze już mieli żywić pretensję do żywiołów – do rzek, że wylewają, do ognia, że spala i do historii, że rządzi nią siła? Czy ta głupia pretensja miałaby być tym, co określa Polaków?

To niewykluczone. Ale taka polska tożsamość, taka Polska w ogóle, budzi wyłącznie moje obrzydzenie. Taka Polska mnie mierzi, tej Polski nie znoszę. Nie interesują mnie polskie porażki. Wstydzę się haniebnej klęski w kampanii wrześniowej. Nie znajduję w niej żadnych powodów do dumy, wolałbym o niej nie pamiętać, wolałbym, aby polską narodową pamięć zamiast pomordowanych oficerów i pokonanych żołnierzy wypełnili ci, którzy zabłoconymi butami deptali posadzki Kremla, ci którzy upokorzyli Turków, Szwedów i bolszewików. Ci, którzy nabijali na pal Kozaków, spalili i złupili Prusy i Siedmiogród, za nic mieli dążenia i pragnienia sąsiadujących z Polską narodów.

Dlatego w mojej fantazji o Polsce, Polska jakimś cudownym zrządzeniem losu, staje się krajem jak inne kraje. Krajem, który w polityce zagranicznej kieruje się kalkulacją i własnym interesem. Krajem, w którym nawet głupcy u władzy – bo wszędzie na świecie zdarzają się głupcy u władzy – potrafią przekroczyć swoją głupotę na tyle, żeby zrozumieć dobrze pojęcie racji stanu.

Moja fantazja o Polsce dojrzałej jest fantazją zbudowaną na rachunku zysków i strat. Wygląda ten rachunek następująco: Polska dla swych władców stanowiła wartość tak małą, tak znikomą, że można było postawić ją na szali, w imię fantazmatów, będących w istocie nieuprawnioną ekstrapolacją cnót osobistych na wartości polityczne – bo czymże innym jest honor, w imię którego Józef Beck i marszałek Rydz przegrali Polskę – jakby była folwarkiem, który można przegrać w pokera dla elegancji odważnego blefu.  I bez wątpienia, w drugiej wojnie światowej Polska przegrała wszystko, co było do przegrania. Trudno sobie nawet wyobrazić jaka klęska mogłaby być większa od tej, jaka była: od straty trzeciego i czwartego w ważności (po Warszawie i Krakowie) ośrodka polskiej kultury, czyli Wilna i Lwowa, po straty gospodarcze, ludzkie, po pięćdziesięcioletnią prawie, moralnie rozkładającą wasalną zależność od Związku Radzieckiego.

Spróbowałem więc wyfantazjować sobie niemożliwą zapewne Polskę, która po raz pierwszy od trzystu lat zrywa z tradycją polityki nawet nie tyle nieracjonalnej, co raczej irracjonalnej i zaczyna zachowywać się jak dojrzały europejski kraj.

A to znaczy: mając dwóch potężnych i potencjalnie wrogich sąsiadów, musi zawrzeć sojusz z jednym z nich. Sojusz ze Związkiem Radzieckim był nie możliwy, ponieważ Związek Radziecki nie był zainteresowany sojuszami z krajami o potencjale kilkakrotnie mniejszym niż radziecki.

Stąd wynika, iż należało zawrzeć sojusz z Niemcami. Innej bowiem możliwości, jak dowiodła historia, nie było. Jak pisał Cat-Mackiewicz, irracjonalna polityka „równego dystanstu wobec Moskwy i Berlina” w sposób idealny została zrealizowana 17 września 1939 roku.

A czy sojusz z Niemcami byłby niemoralny? W zasadzie w ogóle mnie to nie interesuje. Salus rei publicae suprema lex. Zwłaszcza, że w historii faktycznej od czasu układu Sikorski – Majski Polska była związana sojuszem ze Związkiem Radzieckim, który, jeśli już znowu musimy wymachiwać niewinnymi trupami, ma ich na koncie o wiele więcej niż III Rzesza. I nie mam tu na myśli tylko Berlinga i Wandy Wasilewskiej. W sojuszu ze Stalinem znajdował się również Sikorski. Układ Sikorski – Majski został wypowiedziany – ale wyłącznie przez stronę sowiecką, przez Polskę nigdy wypowiedziany nie został.

A więc nie bardzo interesuje mnie moralny wymiar kolaboracji z Niemcami. Moje zarzuty przeciwko kolaboracji ze Stalinem również nie są natury moralnej, nie odwołuję się do milionów pomordowanych podczas Hołodomoru czy w łagrach – po prostu uważam, że sojusz z Hitlerem byłby dla Polski korzystniejszy. A jeśli w polityce zagranicznej w ogóle istnieje brud innego rodzaju niż brud szkodzenia własnej wspólnocie, własnemu krajowi – to bez wątpienia sojusz z Moskwą brudził tak samo jak sojusz z Berlinem.

Ktoś mógłby powiedzieć jednak, że na froncie wschodnim, na którym Polacy występowaliby w szeregach wielonarodowej, antybolszewickiej koalicji, nie można byłoby nie utracić historycznej niewinności.

To zapewne prawda. O tyle oczywiście, o ile wierzy się w pogląd całkowicie sprzeczny z chrześcijańską, ale też prawdopodobnie każdą inną antropologią, jeśli wierzy się w pogląd, głoszący, że wbrew uniwersalnym prawom, rządzącym ludzką naturą, jakaś wspólnota może w ogóle pozostać niewinna. Osobiście uważam, że piętno grzechu pierworodnego nie ominęło ani Polaków, ani Żydów, ani żadnego innego z tych narodów, które do historycznej niewinności zgłaszają pretensje.

Ale załóżmy na chwilę, roboczo, że w historii dwudziestego wieku Polacy zdołali zachować tę hipotetyczną niewinność. Czy stanowi ona wartość, którą należałoby przedłożyć na perspektywę tejże hipotetycznej niewinności skalania na froncie wschodnim?

Wątpię. Jeśli w alternatywnym XXI wieku historyk odkopałby masowe groby, gdzieś na terenach Socjalnej Republiki Dalekiego Wschodu, i niewinne trupy w tych grobach okazałyby się trupami, które padły z polskiej ręki, jaki oręż przeciwko alternatywnej – a więc dojrzałej i suwerennej Polsce, mogliby wykuć z nich tej alternatywnej Polski wrogowie?

Sądzę, że taki, jaki w historii faktycznej z polskich trupów oręż potrafimy wykuć przeciw Rosji.

Czyli oręż całkowicie bezużyteczny. Miecz z truchła.

Oczywiście, dla wyjaśnienia należy dodać, że klasyfikacja moralna czynów, które stoją za masowymi grobami, jest dla mnie całkowicie jednoznaczna. Nie ma dobra wyższego rzędu, nie ma wartości na świecie, dla której można by z czystym sumieniem postawić nad dołem dziecko i zabić go na oczach matki. Nie ma dobra, dla którego można by z czystym sumieniem to dziecko, czy też jego matkę spalić w krematorium, miotaczem płomieni, bombą zapalającą czy atomową. Zgadzam się z bohaterem „Życia i losu” Wasilija Grossmana – nie wierzę w dobro, wierzę w dobroć. Bo w imię dobra można to wszystko zrobić – w imię dobra można urządzić Babi Jar, Katyń, Oświęcim, Drezno czy Hiroszimę, a w imię dobroci nigdy.

Ale to jest porządek osobistej eschatologii każdego człowieka. Nie jest to poziom losów narodów, czy wspólnot. Nikt nie ma prawa do bezsensownego okrucieństwa, nawet władca. Ale skoro ma władca prawo, aby poświęcać życie swoich ludzi – ludzi wspólnoty, która powierzyła mu swoją suwerenność – dla tej wspólnoty powodzenia, to tym bardziej zobowiązany jest przedłożyć życie swoich, nad życie obcych. Salus rei publicae suprema lex. Jeśli ktoś nie jest gotów, aby przyjąć to brzemię, niech pozostanie szewcem, artystą albo rolnikiem, bo brzemię to jest istotą władzy. To ta sama zasada, która karze nam wierzyć, że np. szantaż, złamanie tajemnicy korespondencji, zdrada, skrytobójstwo  – są czynami moralnie obrzydliwymi, a jednocześnie wiemy przecież, że nie może istnieć nowoczesne państwo nie posiadającego jakiegoś rodzaju służb wywiadowczych, które z kolei nie są w stanie funkcjonować bez odwoływania się do wszystkiego, co wcześniej tutaj zostało wymienione.

Zgadzając się na istnienie państwa zgadzamy się niejako, aby ktoś się do tych środków, do szantażu czy zdrady, odwoływał w naszym imieniu. A głupotą byłoby w reakcji uznać, że to państwo jest źródłem zła, bo jak wygląda życie bez państwa, można, jeśli ktoś chce, zobaczyć w Somalii. Dokładnie tak, jak opisywał je Hobbes: the life of man, solitary, poor, nasty, brutish, and short.

Czymże więc byłoby dla Polski utracić tę hipotetyczną niewinność, która jak widać żadnej wspólnocie nie jest potrzebna, gdyby miała to być cena za polityczną dojrzałość? Za trwanie nie z łaski innych, trwanie nie zrządzeniem losu, lecz trwanie podmiotowe, trwanie wspólnoty zakorzenione w woli tej wspólnoty, trwanie, które się same do trwania powołuje i same w trwaniu podtrzymuje.

O takiej Polsce marzę. Być może jest to funkcją mojego etnicznego dystansu wobec polskości, tego, że trochę na złość Dmowskiemu, nie jestem Polakiem, lecz i tak mam obowiązki polskie -  chociaż jest to relacja intelektualna, nie emocjonalna. Być może.

Ale być może również, że marzę o takiej Polsce, bo albo Polska dojrzeje, albo zginie. Bo nie może być wiecznie aksolotlem narodów.

19 thoughts on “Aksolotl narodów

  1. A może jednak to państwa są źródłem zła? A przynajmniej takie państwa jakie się ukształtowały po upadku dawnej Rzeczpospolitej? Czyli totalitarne i socjalistyczne.

    Moim zdaniem to uzasadnienie tego, że państwo nie może być źródłem zła nie wystarczy:

    „A głupotą byłoby w reakcji uznać, że to państwo jest źródłem zła, bo jak wygląda życie bez państwa, można, jeśli ktoś chce, zobaczyć w Somalii. Dokładnie tak, jak opisywał je Hobbes: the life of man, solitary, poor, nasty, brutish, and short.”

    To w Kongo jest lepiej? W Somalii jest najgorzej w Afryce?

    Mieliśmy w Europie państwa w XX wieku. I co? Nie było okresów i miejsc, gdzie nawet przez kilkadziesiąt lat było gorzej niż w Somalii?

    Somalijscy piraci zachowują się wielokroć bardziej moralnie niż wiele armii wielu państw. Ja w każdym razie wolałbym, by polscy oficerowie zamiast w zabłoconych butach mordować niewinne dzieci i gwałcić kobiety na posadzkach Kremla, by porywali obiekty sterowane przez dorosłych mężczyzn i by nikogo nie zabijając wymuszali na głupich rządach państw, w których ci mężczyźni mieszkają, płacenie sobie ogromnych okupów.

    Proszę o lepsze uzasadnienie tego, że to nie współczesne państwa są źródłem zła politycznego.

  2. Wątpię czy z Niemcami bylibyśmy podmiotowi. Do bandytów się strzela i tyle, trzeba wreszcie zrobić własną bąbę atomową i to powinno na razie wystarczyć!

  3. Szczepanie, jestem pod wrazeniem, musze ochlonac. Serdecznosci, Filip

  4. a, jeszcze jedno, takiej Polski o jakiej marzysz nie ma, i to powinien byc wazny punkt odniesienia, jesli zrywasz z romantyzmem, to zrywasz rowniez z mrzonkami na temat naszego kraju

  5. Z jednym trudno się zgodzić: z niechby tylko hipotetycznością owej mniemanej polskiej niewinności. Toż to najzwyczajniejsze wmówienie, fałszerstwo i obłuda. Żebyż to był mit polityczny, którym można by innych skutecznie szantażować, a kiedy trzeba, to i brutalnie walić po łbie. Ale tu mamy do czynienia li tylko z wykwitem tego narodowego zdziecinnienia, z jakimś pozorowaniem cnoty w wykonaniu niewiaty mocno już, by tak rzec, przechodzonej. Mniej więcej co drugi Piastowicz; Prusowie, Jaćwingowie i Kozacy; dyzunici, dysydenci i arianie; Szwedzi, Rosjanie, Niemcy, Czesi i Żydzi. Wszystkich ich trzeba by wymazać z naszej historii, żeby wiarę w to własne anielskie niepokalanie zachować…

    A co do marzeń Autora, to myślę, że chodzi o taką wymarzoną przezeń Polskę, która byłaby godna – nie dzięki moralnym cnotom, lecz tak po pańsku, po męsku, politycznie godna porzucenia etniczno-regionalnych niuansów i opowiedzenia się całą duszą po jej stronie…

  6. Olku, tę hipotetyczną niewinność zakładam tutaj roboczo – powiedzmy, że to taka metoda sokratejska . To, że jest pozorem, fantazmatem, to oczywiście jasne – wynika to z empirii, tzn. z historii Polski, ale również z antropologii filozoficznej.

  7. Myślę, że to nie jest tylko nasz problem. Wróciłem właśnie z tygodniowej konferencji, gdzie pracowałem i mieszkałem wraz z 17 innymi młodymi osobami (18-21 lat) z 15 Europejskich państw. Myślę, że przez ten tydzień miałem nieco okazji do poznania tych ludzi – więc mogę powiedzieć wszyscy byli świetnie wykształceni, znali dobrą literaturę, języki, wykazywali się dużą pomysłowością i pracowitością. Uczestnicy byli wyselekcjonowani spośród nagrodzonych uczestników konkursów historycznych w swoich krajach. Można więc powiedzieć, że są pewnych obrazem przyszłej europejskiej elity.

    Jako, że tematem konferencji były min. ruchy społeczne oraz próby wpływania na rzeczywistość polityczną (na przykładzie min. Strajku w Stoczni gdańskiej w 1980) rozmawialiśmy sporo o formach protestu/bojkotu/okazywania solidarności. Co najciekawsze: wszyscy uczestnicy zajęć, poza mną i pewnym młodym Serbem, odrzucali wszystkie formy związane z przemocą. Młodzi europejczycy gotowi są popisywać petycje, urządzać pokojowe manifestacje, zakładać koszulki z ideowymi nadrukami, nosić wstążki, wspierać/bojkotować inicjatywy poprzez zapisanie się do grupy na Facebooku i tak dalej (Wszystkie powyższe odpowiedzi uzyskały sporą aprobatę), jednak prawie nikt nie byłby gotowy na wzięcie udziału w zamieszkach ulicznych czy aktach przemocy.

    Gdy dokonywaliśmy pewnej gradacji form protestu poprzez przyznawanie im dodatnich i ujemnych punktów przez każde z nas, najsłabszą lokatę otrzymały właśnie formy protestu związane z przemocą – np. rzucanie butelkami z benzyną. Wyżej oceniono nawet ogolenie głowy na znak protestu czy strajk głodowy.

  8. Stąd mam wrażenie, że Europejczycy coraz bardziej przypominają Elojów. Jesteśmy piękni, delikatni i subtelni.

    Jesteśmy w stanie stworzyć rozległe i olśniewające konstrukcje myślowe, wielkie poematy, koncepcje prawno-filozoficzne pochylające się nad każdą istotą. Rozwijamy naszą technologię, udoskonalamy ciała praktykując najwymyślniejsze sporty i ćwiczenia fizyczne, nie znamy głodu. Jednak całe nasze społeczeństwo, jak i konstrukcja każdej osobnej jednostki, przypomina koralowiec, rozległy, piękny i kruchy.

    Bowiem wyrzekając się przemocy stajemy się tak naprawdę bezbronni. Nasze śmieszne akty sprzeciwu – bojkotowanie chińskich podkoszulek, organizowanie koncertów protestacyjnych (jednak niezbyt ostrych, by, broń Boże, rozochocony muzyką tłum nie spróbował zaatakować np. ambasady krytykowanego państwa), pokojowe manifestacje i cała reszta – wszystko to może co najwyżej wzbudzić śmieszność, choć raczej zostanie po prostu zignorowane.

    Jeden agresywny prostak jest w stanie sterroryzować dziesiątki intelektualistów którzy wyrzekli się przemocy. I cóż z tego, że nie jest w stanie zrozumieć Platona ani nie zna łaciny?

    Obecnie Europa jest bezbronna, wykastrowana. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że zdąży się przebudzić, nim nadejdą Morlokowie.

  9. My Polacy to tylko k… mać pięknie umierać potrafim!!!
    I to według mnie panie Szczepanie wszystko w temacie Polski. Choć może teraz jako naród już pięknie nie umieramy – my obumieramy. Jakiś czas temu poszedłem z żoną na film „2012” i często teraz się łapię na tym, że może warto by naszą niebieską kulę oczyścił taki prysznic oczyścił z nas ludzi, bo my stajemy się tej planety brudem. Jest w tym filmie scena gdzieś na jakimś płaskowyżu oszukany hinduski uczony przytula do siebie swoich najbliższych i czeka na uderzenie monstrualnej fali. Tylko miłość nam została, mikroświaty naszych uczuć.
    Jeśli chodzi o Polskę i co pan tu o niej napisał to fajnie byłoby żyć w państwie, które skutecznie broni swoich obywateli przed biedą i upodleniem. Szkoda tylko, ze musimy żyć w państwie, które żyje mrzonkami. Karmi się coraz bardziej zmurszałymi kartami historii. Prostym przykładem na to, czym jest teraz „Solidarność” (chodzi o tę potężną siłę, która zmiotła w Polsce komunizm. Czym jest teraz?).
    Czym jest Europa? Zjednoczona Europa? Polska w Unii Europejskiej? Mimo, że jesteśmy w Unii gdzie wszystkie narody są równe to i tak Europa Wschodnia i Środkowa pozostanie Europą drugiej kategorii. Nikt i nic tego nie zmieni. Nowi członkowie Unii zawsze pozostaną tą drugą kategorią. Zastanawiam się czy Unia Europejska w swej unijności i poprawności zanim muzułmanie nas wymeczetują.
    Pozdrawiam
    Robert Więch

  10. Pingback: 44 :: Czterdzieści i Cztery » Blog Archive » Memches: Frustracja polskiej jaźni

  11. Panie Szczepanie,

    Zupełnie nie zgadzam się z Pańskim twierdzeniem, że Polska lepiej wyszłaby w II w.św. na sojuszu z Hitlerem.

    Po pierwsze, założenie, że Niemcy z pomocą Polaków pokonaliby ZSRR oraz wygrali II w. św. jest bardzo dyskusyjne.

    No, ale przyjmijmy, że po pokonaniu ZSRR i zawieszeniu broni z Wlk. Brytanią i Stanami Zjednoczonymi kończy się wojna. Do jakiej roli zostaje wtedy sprowadzona Polska? Naprawdę zakłada Pan, że Hitler dotrzyma słowa i po niewielkich zmianach terytorialnych (Pomorze, polski Górny Śląsk i może Wielkopolska wcielone do Rzeszy) Hitler pozwoli na ekspansję Polski na wschodzie? Dlaczego? W jakim celu miałby co robić? Polska jest już zwasalizowana i bezbronna. Moim zdaniem zakres suwerenności Polski i wolności Polaków pod zwierzchnictwem niemieckim byłby jeszcze mniejszy niż za czasów PRL-u.

    W przeciwnym wypadku, w wariancie moim zdaniem dużo bardziej prawdopodobnym, gdy Niemcy nawet przy wsparciu Polaków przegrywają II w. św., Polska na pewno utraciłaby ziemie wschodnie. Ale czy, w ramach rekompensaty, otrzymałaby Śląsk, Pomorze Zachodnie, Gdańsk i Południowe Prusy Wschodnie? Raczej nie. Mielibyśmy kadłubowy komunistyczny kraik, z milionami wojskowych i cywilnych ofiar, z przetrąconym kręgosłupem.

    Po drugie, nie zgadzam się z Pańskim twierdzeniem, że Polska w II w. św. przegrała wszystko co było do przegrania. Z perspektywy 60 lat uważam, że Polska na II w. św., biorąc pod uwagę ówczesne realia geopolityczne i przede wszystkim wynik wojny, przegrała najmniej. 60 lat po wojnie Polska jest jednym z największych krajów europejskich, mniejszości etniczne stanowią znikomy ułamek procenta mieszkańców (nie chodzi mi o Żydów, tylko o Niemców i Ukraińców, którzy w naturalny sposób byliby promotorami interesów swoich ojczystych krajów). Wyzbyliśmy się w końcu (za odpowiednią rekompensatą – Wrocław, Szczecin, Gdańsk) mrzonek o polskim Wilnie i Lwowie, o polskiej Litwie i Ukrainie. Nie mamy żadnych sporów terytorialnych z naszymi sąsiadami. Polska jeszcze nigdy w swojej historii nie miała tak dobrej sytuacji na zbudowanie silnego, sprawiedliwego państwa. Tylko od nas to zależy.

    To tylko tak na marginesie, bo w pełni zgadzam się z Pańskim poglądem na temat niedojrzałości polskiej polityki. Sądzę jednak, że w tym konkretnym przypadku niedojrzałość wyszła nam paradoksalnie na dobre.

    Pozdrawiam,
    Jacek

  12. Patrząc na dzieje innych państw, których rządzący zdecydowali się na pójście z Hitlerem na wschód (kraje Beneluksu, Francja, Hiszpania, Włochy, Węgry, Rumunia itd.), fantasmagoria autora wcale nie jest bez sensu. Wniosek jest jeden: dobro współne, jakim jest organizacja narodu, nie jest dobrem rządzących a narodu! Z tego punktu widzenia tromtadancja Becka i Rydza- Śmigłego, dowódców Powstania Warszawskiego, czy- jak to się dzieje na naszych oczach- niszczenie polskiej gospodarki i utrata suwerenności, była i jest zabójcza dla Polaków.
    Jako Naród musimy to zrozumieć sens podmiotowości, wyborów rządzących i obowiązków jakie na siebie biorą rządzący w naszym imieniu.
    KAŻDY ROZUMNY POLAK WINIEN DOJRZEĆ DO ZROZUMENIA SŁOWA ZDRADA, SPRZEDAWCZYKI I JAKA KARA WINNA BYĆ WYMIERZANA ZA TE PRZEWINY!
    Inaczej zginiemy.

  13. Paweł A. Jędra: widac pochopnie oceniles ich jako elite. nowoczesne mieszczanstwo z calym swoim koniukturalizmem obyczajowym. protestowanie jest fajne dopoki ewidentnie widac ,ze nie ma to zadnych konsekwencji, ze nie wymaga zadnej odpowiedzialnosci pod ktora sie podpisuje. stad taka popularnosc na ‘zaangazowanie’ – gdyby widac bylo jakikolwiek efekt zmian pod ktorymi podpisuje sie tyle osob wszyscy odrazu by sie wycofali.

  14. no dobrze interes polski, zalozmy ze wyszlaby lepiej na sojuszu z hitlerem ,ale co z interesem innych ludzi? prosze wybacz ale uwazam ,ze z dwojga zlego faszyznie/komunisci wybieram to drugie i uwazam ,ze o ile o komunizmie da sie powiedziec sporo dobrego – chocby w jego zalozeniach. o tyle o faszyzmie nei da sie powiedziec niczego, nie ma tam nawet intelektualnie niczego co poszezaloby rozumienie swiata i czlowieka. drobnomieszczanska ideologia. czy w tej perspektywie sojusz z hitlerem nie jest poprostu przyzwoleniem na szerzenia bezwzglednego zla ? czy wiedzac o holocauscie mozna wogole rozpatrywac nazistow jako partnerow ???

  15. W pełni zgadzam się z Jeremiaszem. Nie uważam stosowania kryterium „korzyści” przy wchodzeniu w sojusze za postawę dojrzałą – bo „dojrzałość” nie oznacza konformizmu (dla mnie przynajmniej :). Czy polscy opozycjoniści antykomunistyczni (umęczeni, upokorzeni, pozbawieni pieniędzy, często tez zdrowia, wolności, czy nawet życia) byli mniej dojrzali, niż Ci, którzy komunizm oportunistycznie popierali (zdrowi, robiący kariery, zarabiający, do dziś często nie rozliczeni z przeszłości)? Czy lepiej być gwałcicielem niż ofiarą gwałtu? Zapomina Pan, że nie tylko doświadczenie krzywdy jest bolesne. Poczucie winy też jest bardzo niszczące i – moim zdaniem – zostawia ślady na dłużej. Niemcy do dziś zmagają się z traumą wojny. Przyjaciel mojego byłego chłopaka – Niemca (tez Niemiec) miewał sny, że jest Żydem i ukrywa się przed swoimi znajomymi. Mój były chłopak odmówił zwiedzenia muzeum powstania warszawskiego – powiedział, że chyba nie da rady (psychicznie). Że ciężko jest myśleć o całym pokoleniu dziadków, że to mordercy. Zresztą wystarczy poczytać np. Bolla.
    Dla mnie osobiście kierowanie się sumieniem zamiast korzyścią jest przejawem dojrzałości. Wizja, którą Pan Szczepan roztacza, byłaby niewątpliwie atrakcyjna dla bohatera jednej z jego powieści, Antka Szarzyńskiego – ale tak się składa, ze nie każdy jest psychopatą.

  16. @jeremiasz
    „o ile o komunizmie da sie powiedziec sporo dobrego – chocby w jego zalozeniach. o tyle o faszyzmie nei da sie powiedziec niczego”
    Z tymi założeniami to daj sobie spokój. A „cos dobrego” to można powiedzieć o wszystkim.

    @agnieszka
    „Nie uważam stosowania kryterium “korzyści” przy wchodzeniu w sojusze za postawę dojrzałą”
    W sojusze wchodzi się przede wszystkim dla korzyści. Na jakim świecie Ty żyjesz? Słyszałaś kiedyś o realpolitik?

    „Niemcy do dziś zmagają się z traumą wojny”
    Bo ją przegrali.

  17. Długo nie odpowiadałam, bo jakoś mało internetowa jestem. Poza tym postanowiłam przemyśleć, na jakim świecie ja żyję (zgodnie z sugestią przedmówcy), no i myślałam intensywnie, ale do żadnych sensownych wniosków nie doszłam, więc pozwolę sobie powrócić do wątku głównego.
    Rozumiem też, że mój wpis zabrzmiał egzaltowanie? Przepraszam w takim razie, nie taka była moja intencja. Ja naprawdę uważam, że fakt udziału w czymś niezgodnym z sumieniem jest bardzo realną, praktyczną szkodą.
    Faktem jest, że przegrana wojna wywołuje większą traumę (przez świadomość, że się złej sprawie służyło). Ale to wiąże się nie tylko z faktem dosłownego przegrania lub wygrania wojny, a również z np. społeczna lub historyczna ocena tych działań. Nie sądze, żebyśmy „wygrali” tę wojnę w tym aspekcie jako „sojusznicy nazizmu”.
    Poza tym mam nastepujace watpliwości:
    - realpolitik to tylko jedna z opcji politycznych (nie jedyna!) – tak jak konformizm jest jednym z możliwych motywów działania. Akurat definicja „realpolitik” w duzym stopniu odpowiada postawie konformistycznej. W czasach powojennych rzesze konformistów uprawiało taką „realpolitik” („…a co się będę stawiał partii, przecież nie wygram, a tak to życie będzie lepsze i łatwiejsze, zarówno dla mnie, jak i dla mojej rodziny”). Postawa opozycyjna była „szalona” (mało który opozycjonista wierzył, że zmiany zajdą za jego życia, nawet jeszcze na początku lat osiemdziesiątych).
    Poza tym mam następujące wątpliwości:
    - realpolitik z Hitlerem? Bo on był taki realistyczny i praktyczny? Wymordowanie narodu żydowskiego to raczej szalona wizja, niż realistyczna czy pragmatyczna;
    - co my mieliśmy do zaproponowania Hitlerowi w ramach tej realpolitik? Walkę z gigantem, który nawet nie graniczy z Niemcami, przy założeniu, że zachowamy swoje państwo? Co Hitler by na tym zyskał?
    - jakie było prawdopodobieństwo, że nawet po sojuszu z Hitlerem zachowamy swoją suwerenność? (tu, oczywiście, mogę się odwołać do fakty, że Hitler zerwał pakt ze Stalinem atakując go – choć radziecki potencjał militarny znacznie przewyższał polski).
    Niefajnie być ofiarą gwałtu, ale chyba nie mieliśmy wtedy innych opcji – nie w tej sytuacji geopolitycznej, pomiędzy dwoma totalitarnymi krajami. Przy okazji – o tyle nie zgadzam się z Jeremiaszem, że chyba ciężko było mieć jakiekolwiek złudzenia wobec komunizmu w tamtym okresie, przynajmniej żyjąc w Polsce. No, ale polityka Hitlera też chyba zbyt dużo miejsca na złudzenia nie pozostawiała.
    Ufff, kończę :), pzdr.

  18. a, jeszcze jedno:
    - jaka byłaby cena za sojusz a Hitlerem? Wydanie mu polskich Żydów? Czy jeszcze co innego? Pomoc w agresji na froncie zachodnim?
    Być może są argumenty wskazujące, że mieliśmy szansę uniknąć holokaustu – może za mało faktów znam z historii, ale póki co takich argumentów nie znajduję.
    jeszcze raz pzdr i sorry za literówki :)

  19. Oj, ja też niezbyt szybko odpowiadam, jak widać. Przeczytałem swój ostatni post i stwierdzam, że jest nieco zbyt napastliwy w formie. Przepraszam jeśli Cię obraziłem. A co do meritum to:

    „Faktem jest, że przegrana wojna wywołuje większą traumę (przez świadomość, że się złej sprawie służyło). Ale to wiąże się nie tylko z faktem dosłownego przegrania lub wygrania wojny, a również z np. społeczna lub historyczna ocena tych działań.”
    Ale mi właśnie o to chodzi, że wynik wojny ma dość duży wpływ na taką ocenę. Zauważ, że komunizm, który w II wojnie okazał się zwycięską ideologią, jest odbierany dużo lepiej niż nazizm, a obywatele b. ZSRR jakoś nie mają problemu z tym, że walczyli w imię zbrodniczej ideologii.

    „Akurat definicja “realpolitik” w duzym stopniu odpowiada postawie konformistycznej. W czasach powojennych rzesze konformistów uprawiało taką “realpolitik”
    No tak, ale Ty znowu mówisz o wyborach moralnych z perspektywy jednostki, a ja o polityce. Ale nawet jeśli, to i tak nie jest to dobra analogia. We wrześniu 39′ to nie był wybór z rodzaju „poddać się, czy zrobić karierę?”, tylko „poddać się czy przeżyć?”

    „jaka byłaby cena za sojusz a Hitlerem? Wydanie mu polskich Żydów? Czy jeszcze co innego? Pomoc w agresji na froncie zachodnim?”
    To już jest zbyt duża abstrakcja jak dla mnie, ale być może wtedy dałoby się uratować więcej Żydów. Ostatecznie jest różnica między administrowaniem Generalnym Gubernatorstwem a wywieraniem nacisków na państwo satelickie.

    Pozdrawiam i ja, mam nadzieję, że nie chowasz urazy.