Zdjęcie z 1929 roku

Widziałem dzisiaj zdjęcie: sprzed osiemdziesięciu jeden lat. Z całego zdjęcia żyją już tylko dwie osoby, a wypalona światłem emulsja ciągle trwa, jakby ich dusze nie zdołały zupełnie odejść. Zdjęcie jest ze ślubu jakiegoś ujka: przed ceglanym murem stoją mężczyźni w białych krawatach i muszkach, i we frakach, bo to w końcu ślub, stoją jak to Ślązacy na starych zdjęciach: wpatrzeni w obiektyw, zamarli, jakby pozowali do pomnika. Niektórzy noszą wąsy, sumiaste albo podkręcone tak, że nawoskowanymi czubkami sięgają oczu i razem ze stojącymi, sztywnymi kołnierzykami są te wąsy znakiem, że ich właściciele są cokolwiek staroświeccy, bo na zdjęciu jest rok 1929 i takich wąsów i kołnierzyków się już nie nosi, od dwudziestu z górą lat. Niektórym w kącikach ust drga jakiś ślad uśmiechu, ale ściągają go mocno, prawie nie widać.

Kobiety są już ubrane „po pańsku”, to znaczy w miejskie stroje i tylko jedna, starsza nosi ten poważny, ciemny, tradycyjny śląski strój kobiecy, surowy w swojej purytańskiej estetyce, z surowych obyczajów tego dziwnego kawałka świata. Siedzi wiec w zopasce i specjalnie zawiązanej chustce na głowie. Jej twarz również jest surowa, poważna, ale też pewna siebie, i pełna siły. Nie wiem: czy jest poważna, bo sądzi, że należy być poważną, kiedy jest się fotografowanym, czy może chodzi o to, że życie wymaga od kobiet powagi. Czasem sądzę, że tylko mężczyźni mają powody, aby się weselić i tylko mężczyznom dane jest odczuwać tragedię. Kobiety mają za to powagę, wieczną powagę, bo nawet kobieca radość jest poważna. I mają jeszcze te samicze ziarno strachu, te same, które rozkwita w strasznym miauczeniu kotki, której kocięta utopiono.
U stóp tej poważnej kobiety siedzi mój dziadek, nie wygląda na zadowolonego, może oderwali go od jakiejś zabawy: ma dziewięć lat, a chwilę później ma już lat dziewięćdziesiąt i całuje swoje prawnuki.

A obok, na zdjęciu, kuzyn R.: i czternaście albo piętnaście lat później poważnej kobiecie w zopasce przyśni się ten R., który wygląda już na tym zdjęciu całkiem dorośle. Przyśni się jej R., że dzieje się z nim coś złego. A potem kobieta w zopasce dostanie list, trzy tygodnie później i z listu kobieta dowiaduje się, że w R. jest dziura: dziura ta nie zabrała w końcu R. życia, dała mu za to odznakę za rany a może i Żelazny Krzyż i Sturmabzeichen, nie pytałem, za co dostał poszczególne blaszki, co zdobią jego mundur na innej jeszcze fotografii, nie pytałem też o rangę podoficerską, ani o sznur naramienny, którego znaczenia nie znam, ale wydaje mi się, że to sznur strzelecki podoficerów. Z dziurą w sobie R. trafia do szpitalu w Nysie, z Nysy do Cieszyna, do kompanii ozdrowieńców: a kompanią zawiadują młodzi, rośli chłopcy.

I to oni decydują, który z rekonwalescentów jest już gotów, aby trafić na front. R., jeśli dobrze pamiętam, nigdy nikomu nie opowiada o wojnie, a ojcu mojej matki, który siedzi z nim na tym zdjęciu z 1929 roku, potem podobno tylko raz mówi – „na tyj wojnie to idźe yno o to, coby dożyć aż śe skůńczy”. Więc ten R., który bez wątpienia nie kocha wojny i bez wątpienia jest w tej wojnie biegły, bo za nic blaszek do munduru nie dają, ten R. pyta gnojka: a więc dlaczego to ty wysyłasz nas na front, Arschloch? Byku jeden – nas, podziurawionych? Sam idź. I zaczyna się otwarta konfrontacja, broń jest już w rękach, ale nikt nie naciska na spust, boją tych chudych chłopaków, którzy chyba przywykli do zabijania i potem pewnie pojawiają się żołnierze z błyszczącymi ryngrafami na bluzach, ale to nie są polowi żandarmi. Polowi żandarmi niejedną wstążkę Żelaznego Krzyża podziurawili kulami. Ale ci boją się frontowców, sumienie ich targa, boją się blaszek przypiętych do znoszonych mundurów.

Więc sprawa jakoś sama się rozpływa, pewnie nikt nie informuje oficerów i R. wraca na front, i na froncie sowiecka kula robi w nim nową dziurę: i ta powstaje w samą porę, bo dzięki niej R. trafia do szpitala do Francji i dostaje się do niewoli na zachodzie: tylko dlatego spotkałem go potem, jako niemy i głuchy świadek rozmów, które toczył on i jego żona z moim dziadkiem, taką mieszaną ze śląskim niemczyzną stłumioną, tym kreolskim językiem, w którym przyciszonym głosem opowiadało się o przeszłości, której posiadanie było zabronione, o nielegalnej przeszłości. Mimo tego, że wtedy, kiedy ja tam bywałem, nie pamiętam – dwa razy? – mówić można już było głośno, ale tak się przyzwyczaili, do takiego życia za drzwiami starannie zamkniętymi, do życia polnych saren, całe życie na grubie, pylica i starość tak cicha jak życie.

10 thoughts on “Zdjęcie z 1929 roku

  1. Kurcze jakos takie niefajne skojarzenia z Dehnelowskim „Fotoplastykonem” sie nasuwaja…

  2. A cóż ja na to poradzę, co się komu z czym kojarzy i czy fajnie, czy niefajnie? Dehnela nic nie czytałem, bo mię kiedyś zraził do siebie na wieki wieków amen na pięć ekranów długą twórczością internetową, ale słyszałem, że „Lala”, czy jak to się tam nazywało – podobno fajne. Ale nie spróbuję.

  3. chlopczyku, jeśli kojarzy Ci się z Dehnelowskim „Fotoplastykonem” to zapewne możesz zauważyć, że pan Szczepan potrafi o wiele więcej wyczytać ze zdjęcia niż autor „Lali”; od Dehnela przecież aż bije wyrahowaniem i rozkoszowaniem się własnym konceptem, podczas gdy Twardoch w tym przepięknym (mimo kilku błędów językowych) i wzruszającym fragmencie jest bardzo empatyczny, a także przenikliwy w odcyfrowywaniu jakże pokrętnej historii. A może to tylko stosunek współproporcjonalności wrażliwości do masy ciała…

  4. Błędy językowe proszę mi wybaczyć: od tego mam redaktorów, a nie zawracam im głowy tekstami, które publikuję na blogasku. I w ogóle nie przywiązuję jakiejś szczególnej wagi do poprawności językowej, zadekretowanej przez paru profesorów.

  5. W porządku, nie jesteśmy przecież purystami, poza tym mam wrażenie, w którym z każdym – nawet drobynym jak ten powyżej – nowym Pana tekstem się utwierdzam, że należy Pan do grona nielicznych aktualnie pisarzy, u których słowo jest bezwzględnie podporządkowane idei. Choć prawda, że przywilej panowania nad językiem posiada każdy myślący, to nie wszyscy piszący zdają sobie sprawę, że wartość literacką język zyskuje tylko wtedy, gdy potrafi w piękny sposób opowiadać o rzeczywistości, a nie wyrażać sam siebie. Za tę świadomość najbardziej Pana prozę cenię. P.s. Co do tego nieszczęsnego porównania z „Fotoplastykonem”: zdałem sobie dopiero sprawę, że zasadne byłoby dopiero wówczas, gdyby autor umieścił fotografię obok tekstu, tak jak to uczynił Dehnel. Pozdrawiam serdecznie i wyrażam wielką radość, że sezon na blogowanie powrócił.

    • Nie zamieściłem fotografii, bo nie byłoby wtedy sensu o niej pisać. Co do tego, co Pan napisał o roli języka i „idei” – którą jednak rozumiałbym raczej jako intelektualną lub emocjonalną zawartość tekstu, w jakiś sposób przekazującą koniecznie niebanalną prawdę o świecie, absolutnie nie jako tekstu zaangażowanie światopoglądowe – to uważam, że dyskusja co ważniejsze, nie ma zupełnie sensu: językowa maestria u kogoś, kto nie ma nic do powiedzenia pozostaje maestrią, ale pozbawioną zastosowania; z drugiej strony, książka, tekst składa się ze słów, jeśli ktoś nie potrafi posługiwać się językiem, nie słyszy jego melodii, to najmądrzejsza idea nie będzie literaturą, tylko mądrą grafomanią (albo, w najlepszym razie mądrą, marną literaturą), a grafomania, nawet najmądrzejsza, niespecjalnie mnie interesuje, tak jak nie interesują mnie źle namalowane obrazy albo źle nakręcone filmy, niezależnie od tego jak wiele chcieli przez nie powiedzieć ich twórcy. Jednak o tym, czy ma się coś światu do powiedzenia decydują sprawy, powiedzmy, pozaliterackie: charakter, formacja intelektualna i duchowa, dojrzałość lub jej brak, kąt pod jakim się patrzy na świat – są to w każdym razie cechy, które się ma, lub nie ma, trudno w sposób zupełnie świadomy przejąć nad nimi całkowitą kontrolę. Z drugiej strony, język, przy odrobinie koniecznego talentu, „słuchu do języka” – język można po prostu wypracować – i dla mnie to w tej chwili jest najważniejsze wyzwanie literackie, powolne zyskiwanie kontroli nad językiem. I o ile nie mam wątpliwości jak wiele dzieli mnie od takiego opanowania języka literackiego, jakie uważałbym za wystarczające do tego, żeby pisać wielką literaturę, to chyba nie będzie przesadną nieskromnością, jeśli powiem, że porównując język moich debiutanckich tekstów z lat, powiedzmy, 2001 – 2004, z językiem książek, które teraz piszę, udało mi się jednak jakąś pracę nad językiem wykonać, przejść z poziomu niezdarnej, kanciastej ledwie poprawności do czegoś co ma już jednak jakieś tam cechy języka artystycznego. Ale być może takie rozważania powinienem pozostawić krytykom.

  6. Czyli, język jest tylko platformą? Piękną platformą? Prawda. Są jednak tacy, którzy czasem maja większe oczekiwania. Ostatecznie nie tylko nie wystarcza im poprawność formalna, a nawet nie tylko chłoną treści jedynie dobrze nagłośnione, nie mówiąc już o alergii na grafomanię. Mam zbyt małą wiedzę, żeby stwierdzić, czy taka literatura jest możliwa, czy zaistniała, czy jest jeszcze literaturą, czy już Sakramentem? Ten z kolei w postaci właściwej traci z reguły piękno słowa na rzecz Słowa. Pragnienie pozostaje. Niekoniecznie skierowane pod adresem literatury popularnej (co nie znaczy kiczowatej).

  7. Szczepan, ja tylko w kwestii formalnej, wiedząc że cenisz pewną akuratność w detalach. Pisząc o żandarmach zapewne chodziło ci o ryngrafy a nie o pendenty.

  8. Oczywiście, że o ryngrafy, nie wiem co mi na mózg padło. Rapierów raczej nie nosili. :) Już poprawiłem.