Skończyłem pisać powieść, która ciągle nie ma ostatecznego tytułu, ale do tej pory była znana jako „Paszko”, a jaki tytuł będzie widniał na okładce, tego ciągle nie wiem: i nagle zdałem sobie sprawę, że nigdy żadna książka nie kosztowała mnie tak wiele, jakbym się wyżął na kartki. Jakbym przeciekł przez klawiaturę, do pliku i jakby zostały we mnie straszne, puste dziury.
(Owszem, postanowiłem na moment zamienić mój dzienniczek w kącik emocjonalnego ekshibicjonisty, raz na parę lat wolno.)
I skończyłem, w tempie dla mnie strasznym, zabójczym, i nagle zostałem z dziurawym samym sobą, z dziurawym mózgiem, z euforycznym poczuciem, jakbym był obok siebie, nie umiem się od tej książki oderwać myślami, prześladują mnie nocą koszmary: te, które sam napisałem. Może to sprawiedliwie, przeżyć najpierw to małe piekło, do jakiego zapraszam czytelnika. I pewnie inaczej, mniej intensywnie nie dało się tej książki napisać, nie mógłbym napisać tej powieści powolnym rytmem starego literata, pracującego od ósmej rano do dziesiątej, a potem na tenisa, musiałem ją z siebie wypluć, wylać. I musiały zostać dziury. Gdyby nie zostały, to znaczyłoby, że nie dałem z siebie tego, co się w tej książce, strasznej książce o strasznym świecie znaleźć musiało, tego, co się jej ode mnie należało. Zresztą pewnie zabliźnią się szybko.
Lubię mówić, że pisanie to po prostu zawód, jak każdy inny: ale może jednak nie. Nie wiem zresztą, nie znam się na innych zawodach, inne rzeczy, jakimi się zajmowałem w życiu dla pieniędzy przyprawiały mnie, owszem, o różne poważne frustracje, żadna jednak nie sprawiła, że przestałem sam siebie poznawać.
Próbuję więc to psychosomatyczne rozedrganie zagłuszyć jakoś: w nocy nie śpię, w dzień nie do końca jestem na jawie, bom zbyt niewyspany, więc wypruwam sobie płuca marszem, hantlami, aż mdleją ramiona, euforycznym pisaniem innych rzeczy wątpliwej chyba jakości i żeby spać potrzeba mi rauszu od wina, a wino działa na mnie jakoś inaczej, niż zwykle, może być też rausz od 10 kilometrów pokonanych najszybciej jak umiem, z Rammsteinem w słuchawkach, do wyplucia płuc, synchronizuję krok z rytmem „Rosenrot” i rytm mnie hipnotyzuje, wracam do domu mokry, odurzony, wreszcie mogę spać.
Albo stoję, moknę i z jakąś perwersyjną, przewrotną ciekawością patrzę na rzekę, która oswobodziła się ze swojego koryta, tak jak moja książka wyrwała mi się spod palców – a rzeka ominęła most, przelała się przez ulicą i zlewa się stalowa woda, siny asfalt i sine niebo w jedną drogę, w jedną opalizującą skorupę.
I odwracam się ciągle, patrzę za siebie, kto stoi za mną, kto za mną idzie?
Ale i w tym strasznym, drżącym stanie, w jakim jestem, znajduję prostą, podstawową radość: oto skończyłem powieść, skończyłem ją prawdziwie, nie tylko napisałem „KONIEC”, ale dałem jej z siebie tyle, ile dać jej należało, ile dać mogłem. I to jest tego małego szaleństwa warte, bo ono pozostawi ślady, ale minie, a książka zostanie.
lubi to
Paszko?
CO ZROBI PESZKO?
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/34283
Tytuł już ustalony – „Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów”
Mam nadzieje że wyjdzie przed 600 tną rocznicą bitwy!
Jakie wydawnictwo to wyda?
I kiedy?…
„Wieczny Grunwald” wyda Narodowe Centrum Kultury na tegoroczną rocznicę. Fragmenty książki są do poczytania na moim profilu facebookowym: http://www.facebook.com/szczepan.twardoch.oficjalna.strona.