Deszcz pada, jakby padał od zawsze: z uporem, to narastając, to gasnąc, ale nie przestaje, od soboty wieczorem. Bierawka wylała się już do starorzecza i zapewne dzisiaj rozleje się na poldery i może nawet podtopić parę domów. Mam nadzieję, że jednak nie podtopi, ale cóż deszczowi po moich nadziejach? Okna domów wielu moich przodków wychodziły bezpośrednio na Odrę i oni również, tak wiele razy mieli nadzieję: i czasem deszcz gasł, a czasem to oni pakowali dobytek i szli na wzgórza, patrząc jak szarobrunatna woda zabiera wszystko, co tylko może zabrać.
Do nas woda nie dojdzie: mieszkamy wyżej. Ale patrząc wczoraj na wezbraną rzekę przypominałem sobie inną wysoką wodę, powódź z lipca 1997 roku. Miałem wtedy osiemnaście lat: moją okolicę, tę którą mogę objąć poczuciem bycia „moją”, a więc ciche, zielone wsie na obrzeżach górnośląskiej konurbacji, te wsie tak różne od popularnego obrazu czarnego Górnego Śląska dotknęła tamta powódź potężnie, mocno, ale nie tragicznie: nie było ofiar, ale ulicami płynęły rzeki. A dla mnie tamta powódź jest szczególnie ważna, bo stała się dla mnie pierwszym, małym rytuałem przejścia. Z chłopięctwa do dorosłości. Oczywiście: nie uczyniła mnie dorosłym, jak nie stałem się mężczyzną, kiedy po raz pierwszy pocałowałem dziewczynę. Ale coś we mnie zmieniła: bo raz pierwszy w życiu byłem za coś odpowiedzialny. Tak jak ten pocałunek pierwszy nieodwołalnie zamknął okres dziecięcej niewinności i wprowadził mnie w świat płci, planetę wcześniej odległą jak Saturn.