Wszystko jest literaturą, bo literatura może być z wszystkiego. Może być introspekcyjna, a może być behawioralna, może nigdy nie odwołać się do tego co rzekomo miałoby się dziać wewnątrz bohaterów.
Ale ja chciałbym zobaczyć literaturę na ulicy. Nie wiem dlaczego, ani po co, to nie manifest, to po prostu ulotne pragnienie. Więc chciałbym zobaczyć literaturę, cokolwiek oznacza to słowo, nie w języku, nie w narracji lub jej braku, lecz w twarzach ludzi, w światłach ulicznych, w dziurach w asfalcie, w drzewach, domach, komisach samochodowych i sklepach ogrodniczych. Ale przede wszystkim w ludziach. Widzieć ich – po prostu, bez tła, bez niczego więcej.
Więc jadę i patrzę. Wracam samochodem z zakupów, bagażnik pełen mam jedzenia i wina bo odwiedzają nas przyjaciele i będziemy siedzieć w ogrodzie razem, i pić to wino i jeść to jedzenie.
Jadę powoli przez miasto, które nagle odżyło, bo to pierwszy dzień zupełnie letni, po zimie, od której nie chciało się żyć, po ponurej wiośnie i po powodzi.
Więc jadę i patrzę na ludzi.
Hamuję przed światłami. Obok na chodniku zatrzymuje się piękna dziewczyna na rowerze, o bardzo białej skórze, o rudych włosach spiętych i w czerwonych okularach. Jest rozgrzana jazdą na rowerze, na jej czole błyszczy pot i jest też wzburzona. Stoi, mówi coś podniesionym głosem, gestykuluje, mówi do starszej kobiety, również na rowerze, jechały razem. Nie słyszę słów, bo bardzo głośno gra Jamiroquai w samochodowym odtwarzaczu. Ta druga kobieta: czy to jej matka, znajoma z pracy?
A ruda rowerzystka nagle odwraca się, jakby poczuła moje spojrzenie, patrzy na mnie, robi mi się głupio że się tak gapię, więc odwracam wzrok, ale zaraz potem zerkam na nią znowu i a ona już nie mówi podniesionym głosem, tylko patrzy w asfalt pod nogami, jakby wstydziła się, że zza pancerza samochodu stałem się świadkiem czegoś, sam nie wiem czego – kłótni?
A potem: bardzo gruby mężczyzna z nagim torsem, z drżącym, bladym brzuchem i z wielką, okrągłą głową. Stoi na podwórzu swojego domu, w wysokiej trawie i ostrzy kosę, wodząc osełką jakby grał na skrzypcach. Ma opasły kark i bardzo chude nogi w obcisłych dresach.
A potem: stara kobieta w odświętnej, letniej sukni stara się iść po chodniku, pomaga sobie balkonikiem, stawia przed sobą ten balkonik, i albo chodnik jest krzywy, albo staruszka traci równowagę, bo balkonik się chwieje, ale znowu, następny krok, znowu pozornie chwiejny, ale idzie, idzie, idzie.
I chciałbym w tej trójce dostrzec jakiś porządek, jakiś sens, jakiś kosmos. Ale nie znajduję. Ale w przypadek też nie wierzę. Bo ci ludzie, dziewczyna, grubas, staruszka, to po prostu życie i literatura, w tym nie ma ładu, sensu ani przypadku, bo życie i literatura są większe niż wszelki sens i wszelki przypadek.
Ten fragment: „A potem: bardzo gruby mężczyzna z nagim torsem, z drżącym, bladym brzuchem i z wielką, okrągłą głową. Stoi na podwórzu swojego domu, w wysokiej trawie i ostrzy kosę, wodząc osełką jakby grał na skrzypcach. Ma opasły kark i bardzo chude nogi w obcisłych dresach.” Bardzo grubu mężczyzna i bardzo chude nogi? a widać te nogi w wysokiej trawie? tak się czepiam, bo długo czekałem na Literaturę… Ukłony :)