Sen o literaturze

Śnił mi się dziś pewien utalentowany pisarz z Krakowa, z którym, jak mi się wydaje, mam zaszczyt się przyjaźnić, a który wyda w czasie bliższym lub dalszym powieść, którą czytam właśnie, a która z kolei zdaje mi się być bardzo dobra. Ale o powieści innym razem, dziś o śnie, który pojawił się pewnie w efekcie wczorajszych krakowskich popołudnia i wieczoru, które bardzo miło spędziłem w jego towarzystwie – między innymi, bynajmniej nie mniej ważnymi, bo siedzieliśmy w towarzystwie nieco szerszym, w zaprzyjaźnionych ludzi pióra obfitującym, ale tylko jeden z nich się w moim śnie pojawił.

I we śnie spacerowaliśmy razem, odziani bardzo elegancko, sportową elegancją przedwojenną – pamiętam, że towarzysz mojego spaceru, prócz sportowej marynarki, nosił kaszkiet, pumpy, podkolankówki w kratkę argyle (bardzo ich zazdrościłem), ja byłem w tweedowym garniturze myśliwskim i prowadziłem staroświecki, przedwojenny rower na białych oponach (który dziwnie przypominał rower pewnej krakowskiej pani redaktor, która swoją uroczą obecnością przełamała męski charakter wczorajszego spotkania).

Więc spacerowaliśmy: jesienią, po jakimś mieście słowackim lub węgierskim, dużym, ale zabudowanym jak małe miasteczko o bardzo stromych ulicach i w knajpach siadaliśmy i jesienne, czerwone winośmy pili i jedli pieczone kaszty z papierowych torebek, potem ucztowaliśmy jesiennie, jedząc pieczeń z kaczki, a potem paliliśmy cygara, rozmawiając niezobowiązująco, życzliwie, w takim przyjemnym, niespiesznym rytmie – aleśmy jednocześnie wiedzieli obaj i ubolewali nad tym, jak nad nieuchronnym nadejściem zimy, że sielanka ta nie potrwa długo, że skończy się źle: albowiem konkurujemy o względy jednej dziewczyny – właśnie dziewczyny, nie kobiety.

Dziewczyna ta nie pojawiła się w moim śnie, który był zresztą snem całkowicie nieerotycznym i nie było o niej mowy między nami, bo wszystko było jasne a dziewczyna nie miała twarzy, ciała ani imienia. Obaj świadomiśmy byli konfliktu i tego przede wszystkim, jaka rzeczona dziewczyna jest: inteligentna, obojętna, wyniosła, skłonna do szyderstw. I tego, jak nami manipuluje: przez uśmiechy, gesty, półsłówka doprowadzić chce do tego, aby się od nas obu jednocześnie wyzwolić, aby się nas pozbyć przez jakiś straszny wybuch naszego tajonego gniewu, który w moim śnie wydawał się nieunikniony i krążył, jak kruk, nad naszym miłym ucztowaniem.

Ale wybuchu nie było, gniew się nie rozlał, siedzieliśmy sobie spokojnie, ciesząc się każdą chwilą w której ciągle jeszcze nie okładamy się po gębach i rozstaliśmy się potem w sposób charakterystyczny dla snów: zaprzyjaźniony literat płynnie stracił parę lat i długie włosy i zamienił się stopniowo w zupełnie innego mojego przyjaciela, z którym jeździliśmy na rowerach poszukując zaginionej walizki z pieniędzmi, z kwotą może nie totolotkową, ale dużą, była to kwestia saaba 9-3 cabrio, przyjechaliśmy do miasta kupić ten piękny samochód, miał jasną, skórzaną tapicerkę, walizkę jednak zgubiliśmy w nocy, dzień wcześniej, pijąc i dokazując na mieście, a potem nie mogłem się zalogować do mojego konta e-mailowego i szedłem schylony, z nosem przy bruku, pomiędzy kostkami szukając hasła do tego konta, zapisanego jakoby na skrawku papierowej chusteczki do nosa.

„Krwawy biały Baron”. O książce Jamesa Palmera na onet.pl

Barona Romana Fiodorowicza von Ungern-Sternberg zawdzięczamy Ferdynandowi Ossendowskiemu. Nie jego istnienie jako takie, które złożyć należy na karb działalności rodziców barona, ale jego ciągłe, po prawie stu latach, istnienie w sferze kultury. Ossendowski oczywiście zasługuje na osobny tekst, ale o nim innym razem. Teraz powiedzmy tylko, że zapewne mało kto słyszałby o jednym z wielu walczących z bolszewikami watażków, gdyby Ossendowski w latach dwudziestych nie napisał i nie wydał swojej powieści „Przez kraj zwierząt, bogów i ludzi”, w której mieszając prawdę z fikcją (złośliwi powiedzieliby: z konfabulacją) opowiedział historię swojej burzliwej podróży z opanowanego przez bolszewików Irkucka, do Mongolii i potem, dalej, do Tybetu (gdzie, jak się zdaje, nigdy nie dotarł). Rzecz stała się światowym bestsellerem i do dziś wcale się nie zestarzała, dalej przyjemnie czyta się o konnych pościgach, strzelaninach z bolszewikami i „dzikimi” Buriatami, o posiadających tajemne moce lamach-wojownikach i rozbójnikach tybetańskich.

I wreszcie o samym Krwawym Baronie, w książce Ossendowskiego postaci szalonej, na swój sposób wzniosłej, tajemniczej – i, owszem, krwawej.

A zatem, kim był Krwawy Baron?

Cały tekst na onet.pl.