Jak mam mu jeszcze kiedyś zaufać? Skoro porzucił mnie tak łatwo, po tych wszystkich espresso które dla niego wycisnąłem! Po tych litrach spienionego lubieżnie mleka! Po tym, jak ubijał we mnie kawę, rozgrzewał mnie i wciskał we mnie arabiki świeżo mielone, dokręcał i w końcu włączał, ja drżałem, a czarny, oleisty napar spływał ze mnie i pokrywał się brązową cremą…
I wystarczyła jedna paczka egzotycznej kawy i znowu czuję tylko ten oszałamiający zapach kardamonu, cały dom nią pachnie, zapachem serajów Konstantynopola i Aleksandrii, ja pachnę tak prosto, zwyczajnie – chociaż przecież schludnie – ale jednak powszednio, tylko kawą, niczym więcej… Moja kawa nie ma tej fałszywej słodyczy, tnącej słodyczy wschodnich chałw i rachatłukum. I widzę go z nią, z dżezwą, znowu! Widzę go, jak sypie do niej ten wyuzdany cukier, tę kawę tak nieprzyzwoicie drobno zmieloną, widzę jak ogrzewa jej krągłości, schładza ją, znowu podgrzewa, mnie nigdy tak nie pieści, we mnie nie tych łatwych namiętności i podniet, nie spieniam się tak łatwo, nie ma otwartego płomienia, ja nie wykipię przecież, jak ona…
Dlaczego zdradzić mnie przychodzi mu tak łatwo? Czy to dlatego, że kupił mnie z przeceny? Czy to przez tę skazę na moim czerwonym lakierze, która sprawiła, że wyceniono mnie tak tanio? Ale w końcu nazywam się DeLonghi! Żadna arystokracja, ale jednak… Dlaczego nie widzi mojej prawdziwej wartości?
I wróci do mnie, przecież wiem, że wróci, wracał już tak wiele razy, znudzi się szybko tą tanią egzotyką, po obiedzie zapragnie znowu zwykłej espresso, któż inny wie, że rano do caffé latte życzy sobie podwójny napar, żeby było mlecznie, cieliście, a jednak mocno i kawowo. Wróci. A ja nic nie powiem, cicho będę dalej dla niego parzył tę kawę, aż w końcu kiedyś pęknie mi serce, a on wtedy wystawi mnie za drzwi, tak jak zrobił z moim poprzednikiem i znajdzie kogoś nowego, na moje miejsce, przecież dżezwa mu nie wystarczy…
I dogorywając na śmietnisku o czym będę myślał? O jego niewdzięczności? Czy o tych wielu dobrych chwilach, które spędziliśmy razem, o tych porankach, kiedy stawał przede mną zaspany, na kacu, zmęczony, półprzytomnie mnie rozgrzewał, a ja dawałem mu z siebie wszystko, dla tego jednego spojrzenia wdzięczności, kiedy kawa spływała mu w tętnice i udawało mu się w końcu otworzyć oczy.