Codzienności

Tępa praca nad końcówką powieści. Jeszcze sto, może sto pięćdziesiąt, może dwieście tysięcy znaków do napisania. Kto wie. Może więcej. Ale już blisko. Wiem, że blisko, bo w końcu wszedłem w ten tryb całkowitego zanurzenia w książkę. Niczym innym nie jestem się w stanie w zasadzie zająć, o niczym innym za bardzo nie wychodzi mi myślenie. Staję się tą powieścią. Potem skończę i wszystko ze mnie zejdzie i może nawet uda mi się od tego nie oszaleć, ale z każdą ukończoną książką rekonwalescencja po skończeniu pisania jest trudniejsza. A tę piszę już tak długo, zacząłem latem 2010, że Bóg jeden raczy wiedzieć co się stanie, jak skończę.

Siedzę więc w domu, prawie nie wychodzę. Zimno jest jak w piekle, więc nawet się wychodzić na ten eschatologiczny mróz nie chce. Moje własne uporządkowanie czasu odkleiło się od zewnętrznego porządku czasu zwykłego i świątecznego, przed Bożym Narodzeniem przez dwa miesiące okres intensywny, burzliwy, biesiady apokaliptyczne, nocne eskapady ulicami miast nie moich, całe baterie butelek zdobyte, nowe twarze i stare twarze, miejsca w których nigdy wcześniej nie byłem i do których pewnie już nigdy nie wrócę, nowe kluby i knajpy oglądane zza rauszu właściwego trzeciej i piątej nad ranem, mieszkania przyjaciół, Wieża w Krakowie, wszystko.

A teraz siedzę w domu, bawię się z synami, rzadko wychynę w ogóle na dwór. Do kawiarni raczej pisać nie chodzę, bo nawet zaciszne i oswojone Kafo nie pasuje mi do okresu ascetycznego, poza tym na mróz nie chce mi się wychodzić. Wino rzadziej i raczej niedużo, nawet kiedy jednak w końcu wyjdę gdzieś wieczorem z przyjaciółmi to raczej apollińskie, nie bachiczne, są te kolacje i spotkania. Bezsenność też odeszła i spałbym jak dziecko – gdyby nie dzieci, które nie zawsze spać pozwalają, odsypiam więc długo rankami i jeszcze kładę się na poobiednią albo wieczorną drzemkę, jak pan w średnim wieku (jestem już nim czy nie jestem jeszcze, tym panem w średnim wieku?) i nawet piszę nocami, co od dziesięciu lat prawie mi się nie zdarzało.

I od tego życia, które nagle zwolniło, a jednocześnie stało się intensywniejszym, przyszło mi też na właściwe okresowi ascetycznemu lektury, ale nie bardzo chcę czytać książki nowe, więc teraz znowu dzienniki Pepysa celowo bardzo powoli, jednego dnia notka z jednego dnia z odpowiednią datą i zacząłem zupełnie od początku. 30 stycznia 2012 roku czytam, że Pepys 30 stycznia 1660 roku wbił w ścianę swojej sypialni gwoździe, aby wieszać na nich płaszcz i kapelusz. Najpierw czytałem polski przekład Marii Dąbrowskiej, ze względu na świetną polszczyznę tegoż, ale potem przypomniałem sobie, że to przecież wybór, a ja jakoś nie ufam wyborom tego „trochę zezowatego karzełka z grzywką przyciętą na pacholę”, albowiem Dąbrowska, nieodłączne dziecko swojej epoki i inteligenckiej formacji, nie potrafi powstrzymać się przed pouczaniem tępego czytelnika w przypisach, iż Pepys był cynicznym łajdakiem. Żeby upewnić się, iż czytelnik diarystę skrupulatnie potępi. Co mnie brzydzi i odstręcza, jak całe to tzw. „przedwojenne wychowanie” i „etos inteligenta polskiego”, z fundamentalną dlań skłonnością do nieustannego moralizowania i moralizatorskiego konceptualizowania świata.

Irytuje mnie również dezywoluntura, z jaką Dąbrowska zmienia Pepysowi jego dni: chociażby kiedy ten w 1666 pisze o piersiach pięknej Mercer, które podobają mu się najbardziej z wszystkich jakie widział, Dąbrowska tłumaczy to tak, jakby Pepys się im jeno przyglądał, podczas kiedy sam diarysta sugeruje znacznie więcej. Niech już będzie, dla przyzwoitości: ale u Pepysa zachwyty nad piersiami Mercer kończą się tak charakterystyczną dlań zmianą diapazonu: So home and to supper with beans and bacon and to bed. A co u Dąbrowskiej? Nic, ani słowa o fasoli i boczku. Może uznała, że to niestosowne, tak przejść bezpośrednio od piersi pięknej Mercer do wzdymającej fasoli z boczkiem? A przecież właśnie takie zmiany poetyki – z przygód w parlamencie na picie poranne, z porannego drinka na zadumę nad polityką zagraniczną, z polityki do piersi Jane czy innej tam jeszcze, od piersi do kolacji, po kolacji graliśmy na flecie potem spać – czynią Pepysa tym, kim się dla europejskiej kultury stał, bo przecież nie tylko o dokument epoki chodzi, tylko o chaos, którym jest Życie, a który się w dziennikach pana Samuela w tajemny sposób objawia. A Dąbrowska uważa, że może go poprawiać, nie wiem, kompozycyjnie. I nie tylko dokonuje skreśleń; dokonuje również zmian. Ponieważ tak jej się lepiej komponowało, u niej „boczek z groszkiem” pojawiają się dzień później, 20 czerwca 1666 roku, podczas gdy w dzienniku nie ma o nich wtedy mowy.

A to przecież ważne, bardzo ważne, kiedy Pepys jadł te swoje beans and bacon. Bo co jeśli tajemnica Życia ukrywa się właśnie w tym, że jadł ten boczek z fasolą 19 czerwca, będąc ciągle zachwyconym piersiami pięknej Mercer, a nie 20, po śpiewaniu z ojcem i żoną w ogrodzie?

Hierofanie: turystyka jako pielgrzymka

Zainspirowany zapewne Andrzeja Fiderkiewicza obroną kołowej koncepcji czasu i moim własnym powrotem do Eliadego, myślę wiele o tym, że raczej nic się nie zmienia, że żyjemy w świecie tak samo wypełnionym sacrum, jak pełen tych pęknięć przestrzeni (miejsca sakralne) i czasu (święta) był świat naszych przodków. Mit jest osnową naszej rzeczywistości tak samo, jak był tysiąc i pięć tysięcy lat temu. To, co bierzemy za świeckość jest tylko inną, nową świętością, nierozpoznaną jeszcze, bo żywą. Więc tak samo, lecz inaczej, oczywiście; może ów kołowy, powracający czas nie jest okręgiem, lecz spiralą, rozszerzającą się z każdym cyklem? Lub zwężającą się ku zapaści, kto wie.

Jednak świeckim wydaje się nam nasz świat tylko dlatego, że świętość jako osobną od świata zauważamy tylko wtedy, kiedy jest już świętością minioną, świętość żywa jest osnową naszych konceptualizacji rzeczywistości, więc jej transcendencję dostrzec trudno, bo jest ona dla nas raczej narzędziem, niż przedmiotem poznania.

Pisałem już w ten sposób o demokratycznych wyborach; teraz zastanawiam się nad turystyką.

Wydaje mi się, że turystyka to pielgrzymka. Święta podróż i podróż ku świętości. Sakralny charakter mają krajobrazy z folderów: pejzaż z wieżą Eiffela jest pęknięciem przestrzeni świeckiej, codziennej. Pęknięciem jest biała plaża z palmami nad turkusową laguną, skyline Manhattanu. Potrzeba „zobaczenia na własne oczy” jest sakralna. Obcowanie z obrazem Kaaby w Mecce czy Czarnej Madonny w Częstochowie nie jest równoważne z osobistymi odwiedzinami tamże. Nie jest hadżi ten, kto tylko oglądał zdjęcia z Mekki. Ktoś, kto obejrzałby krajobraz dookoła wieży Eiffela w najdoskonalszym kinie trójwymiarowym i Bóg jeden jeszcze wie jakim, ze względu na sakralny charakter turystyki wciąż nie mógłby powiedzieć „widziałem wieżę Eiffela”, chociażby miał nawet przekonanie, że w tym kinie widział ją lepiej, dokładniej, niż mógłby ją zobaczyć osobiście. Osobiste uczestnictwo jest kluczowe. Wieżę Eiffela się nawiedza, tak jak muzułmanin nawiedza Mekkę. Aby być kimś, kto był pod wieżą Eiffela trzeba złożyć ofiarę z pieniędzy i zmęczenia, inaczej pielgrzymka nie jest ważna. Wieża Eiffela jest święta, tak jak święte są Wawel, Ground Zero i Strawberry Fields, Bazylika św. Piotra, Plac Czerwony, kanały Wenecji i napis „Hollywood” w Los Angeles. Znaczenia ich świętości nie potrafimy precyzyjnie opisać, ponieważ przeżywamy ją autentycznie, żyjemy nią.

Podróże do białych, słonecznych plaż pod palmami są zaś powrotem do mitycznego „złotego wieku”, do czasów rajskich sprzed skażonej grzechem doczesności, do czasów sprzed trosk i kłopotów. Jak grecki teatr, są misterium, przeżyciem i odegraniem mitu, które ma jego współczesne znaczenie wzmocnić i utrzymać jego aktualność i trwanie.

Wzmacniają to jeszcze obrazy różnych luksusów all inclusive, sugerujące darmową, rajską obfitość. Darmową oczywiście tylko w granicach samego święta, ale darmową, bo płacić za nią przychodzi w czasie zwykłym, przed lub po święcie. Uczta eschatologiczna również jest za darmo.

Chrześcijanie idąc Drogą Krzyżową uczestniczą w dziejącej się poza czasem Męce Pańskiej. Ci sami chrześcijanie, jadąc na all inclusive do Egiptu uczestniczą w podróży do rajskiego ogrodu sprzed historii i czasu, do ogrodu wszelkiej obfitości, w którym do woli można jeść i pić, uciekając na chwilę spod strasznego cienia śmierci i śmiertelności w ogóle. Pod palmami wyzwalamy się na chwilę z niewoli przemijania. Towarzysząca takim wyjazdom atmosfera seksualnej swobody również wydaje mi się być właściwa czasowi świętemu – święto zawiesza normy i zasady czasu zwykłego. Właściwa już seksturystyka to zaś spotkanie z hierodulami, świątynnymi niewolnicami i niewolnikami, kontakt z nimi to zjednoczenie z nieosobowym, nieokreślonym, tym niemniej autentycznie istniejącym i potężnym bóstwem młodości i miłości, którego w zwykłym czasie, poza świętem spotkać nie sposób.

All inclusive to jednocześnie chrześcijański raj i pogańskie bachanalia. Na wakacjach w Egipcie czy w Turcji bogowie współczesności pozwalają swoim wyznawcom cieszyć się życiem bez winy i wstydu, bez przykrych konsekwencji, what happens in Vegas stays in Vegas. Na komputerach hadżi kolekcjonują pątnicze pamiątki, zdjęcia z cyfrówek jak muszle świętego Jakuba. Skoro byli już na słońcu i na plaży, skoro przeżyli Święto – życie się dopełnia i domyka, czas zwykły jest tylko wspominaniem świąt minionych i oczekiwaniem na te, które dopiero mają nadejść, bo to Święto jest życiem prawdziwym, a samo życie jest tylko Święta wigilią.