Zainspirowany zapewne Andrzeja Fiderkiewicza obroną kołowej koncepcji czasu i moim własnym powrotem do Eliadego, myślę wiele o tym, że raczej nic się nie zmienia, że żyjemy w świecie tak samo wypełnionym sacrum, jak pełen tych pęknięć przestrzeni (miejsca sakralne) i czasu (święta) był świat naszych przodków. Mit jest osnową naszej rzeczywistości tak samo, jak był tysiąc i pięć tysięcy lat temu. To, co bierzemy za świeckość jest tylko inną, nową świętością, nierozpoznaną jeszcze, bo żywą. Więc tak samo, lecz inaczej, oczywiście; może ów kołowy, powracający czas nie jest okręgiem, lecz spiralą, rozszerzającą się z każdym cyklem? Lub zwężającą się ku zapaści, kto wie.
Jednak świeckim wydaje się nam nasz świat tylko dlatego, że świętość jako osobną od świata zauważamy tylko wtedy, kiedy jest już świętością minioną, świętość żywa jest osnową naszych konceptualizacji rzeczywistości, więc jej transcendencję dostrzec trudno, bo jest ona dla nas raczej narzędziem, niż przedmiotem poznania.
Pisałem już w ten sposób o demokratycznych wyborach; teraz zastanawiam się nad turystyką.
Wydaje mi się, że turystyka to pielgrzymka. Święta podróż i podróż ku świętości. Sakralny charakter mają krajobrazy z folderów: pejzaż z wieżą Eiffela jest pęknięciem przestrzeni świeckiej, codziennej. Pęknięciem jest biała plaża z palmami nad turkusową laguną, skyline Manhattanu. Potrzeba „zobaczenia na własne oczy” jest sakralna. Obcowanie z obrazem Kaaby w Mecce czy Czarnej Madonny w Częstochowie nie jest równoważne z osobistymi odwiedzinami tamże. Nie jest hadżi ten, kto tylko oglądał zdjęcia z Mekki. Ktoś, kto obejrzałby krajobraz dookoła wieży Eiffela w najdoskonalszym kinie trójwymiarowym i Bóg jeden jeszcze wie jakim, ze względu na sakralny charakter turystyki wciąż nie mógłby powiedzieć „widziałem wieżę Eiffela”, chociażby miał nawet przekonanie, że w tym kinie widział ją lepiej, dokładniej, niż mógłby ją zobaczyć osobiście. Osobiste uczestnictwo jest kluczowe. Wieżę Eiffela się nawiedza, tak jak muzułmanin nawiedza Mekkę. Aby być kimś, kto był pod wieżą Eiffela trzeba złożyć ofiarę z pieniędzy i zmęczenia, inaczej pielgrzymka nie jest ważna. Wieża Eiffela jest święta, tak jak święte są Wawel, Ground Zero i Strawberry Fields, Bazylika św. Piotra, Plac Czerwony, kanały Wenecji i napis „Hollywood” w Los Angeles. Znaczenia ich świętości nie potrafimy precyzyjnie opisać, ponieważ przeżywamy ją autentycznie, żyjemy nią.
Podróże do białych, słonecznych plaż pod palmami są zaś powrotem do mitycznego „złotego wieku”, do czasów rajskich sprzed skażonej grzechem doczesności, do czasów sprzed trosk i kłopotów. Jak grecki teatr, są misterium, przeżyciem i odegraniem mitu, które ma jego współczesne znaczenie wzmocnić i utrzymać jego aktualność i trwanie.
Wzmacniają to jeszcze obrazy różnych luksusów all inclusive, sugerujące darmową, rajską obfitość. Darmową oczywiście tylko w granicach samego święta, ale darmową, bo płacić za nią przychodzi w czasie zwykłym, przed lub po święcie. Uczta eschatologiczna również jest za darmo.
Chrześcijanie idąc Drogą Krzyżową uczestniczą w dziejącej się poza czasem Męce Pańskiej. Ci sami chrześcijanie, jadąc na all inclusive do Egiptu uczestniczą w podróży do rajskiego ogrodu sprzed historii i czasu, do ogrodu wszelkiej obfitości, w którym do woli można jeść i pić, uciekając na chwilę spod strasznego cienia śmierci i śmiertelności w ogóle. Pod palmami wyzwalamy się na chwilę z niewoli przemijania. Towarzysząca takim wyjazdom atmosfera seksualnej swobody również wydaje mi się być właściwa czasowi świętemu – święto zawiesza normy i zasady czasu zwykłego. Właściwa już seksturystyka to zaś spotkanie z hierodulami, świątynnymi niewolnicami i niewolnikami, kontakt z nimi to zjednoczenie z nieosobowym, nieokreślonym, tym niemniej autentycznie istniejącym i potężnym bóstwem młodości i miłości, którego w zwykłym czasie, poza świętem spotkać nie sposób.
All inclusive to jednocześnie chrześcijański raj i pogańskie bachanalia. Na wakacjach w Egipcie czy w Turcji bogowie współczesności pozwalają swoim wyznawcom cieszyć się życiem bez winy i wstydu, bez przykrych konsekwencji, what happens in Vegas stays in Vegas. Na komputerach hadżi kolekcjonują pątnicze pamiątki, zdjęcia z cyfrówek jak muszle świętego Jakuba. Skoro byli już na słońcu i na plaży, skoro przeżyli Święto – życie się dopełnia i domyka, czas zwykły jest tylko wspominaniem świąt minionych i oczekiwaniem na te, które dopiero mają nadejść, bo to Święto jest życiem prawdziwym, a samo życie jest tylko Święta wigilią.
za Terencem Mckenna: spirala się zwęża i przyspiesza aż do momentu wyprodukowania transcendentalnego obiektu na jej końcu
Dlaczego jednocześnie pogańskie bachanalia? Bzykazjąc się z żonką to chrześcijański raj i nic poza tym.
A WieśMac Menu w Makdonaldzie to metafora Eucharystii???
Bynajmniej. Tu nie chodzi o metaforę; nie próbuję przedstawić turystyki jako metafory pielgrzymki (bo to bzdura), tylko wydaje mi się, że turystyka w istocie jest pielgrzymką.
Ciekawa1 perspektywa i nie da się zaprzeczyć, że coś w tym jest.
Sugeruję, ażebyś wziął na ten sam widelec sprawę kolosów w Bamian. Parę lat temu towarzysze talibowie ogłosili, że kolosy owe to pogańskie bóstwa, bodaj buddyjskie, i że porządny muzułmanin nie ścierpi ich na świętej afgańskiej ziemi. Po czym przykładnie wysadzili je w powietrze.
Cały cywilizowany świat wstrzymał oddech + podniósł rwetes. Ewidentnie została naruszona jakaś świętość cywilizowanego świata. Jaka?
* Buddyjskie bóstwo? Pewnie tak, w końcu buddyzm należy do świętości dzisiejszego panteonu.
* Zabytek kultury i sztuki? Na pewno. Ileż razy z różnych lektur i rozmów odnosi się wrażenie, że – powiedzmy – wymordowali Niemcy tylu Polaków, trudno! Ale że zrujnowali Stare Miasto i Zamek Królewski? Katedrę Świętojańską? Aż, barbarzyńcy!!!
* No i dzisiejszy Twój wkład – czyli że atak na owe posągi był zniszczeniem Atrakcji Turystycznej. I to nie byle jakiej, bo, powiedzmy sobie szczerze, Wieża Eiffla to jest sanktuarium dla turystycznych prostaczków, ba plebsu. Trve Turystą jest ten, kto dojedzie autostopem do Bamian, zje z koczownikiem potrawkę z barana i strzeli kolosom fotkę iPhonem.
O, iPhone i firma Apple, to też są świętości współczesne, otoczone kultem religijnym. Kolega Konduktor donosi, że w dalekim Kitaju kult dla iPhone jest tak głęboki, że odtąd obija każdego, kto śmie kwestionować religijność ludu Han.
Nie ma czegoś takiego jak „buddyjskie bóstwo”. Związek z notką też raczej średni.
taa, Twardochu Szczepanie
święte miejsce, lekarz, co niesie pomoc (wspólny mnianownik – cudowne uzdrowienie)
a nawet miejsce zakupu sukni ślubnej musi być dalekie i związane z ofiarą czasu, pieniędzy i trudu,
jak słusznie zauważyłeś,
nazwałeś, to co jusz długo w przeczuciach wzrastało
Ło, a tukej se podivejte, od 1:30, kult telefonu Srajfon w dalekim Kitaju. Nikt normalny by się tak nie zachowywał w celu kupienia normalnego telefonu.
@Kuba: „Nie ma czegoś takiego jak „buddyjskie bóstwo”.”
Skąd ten pogląd?
@Ignac
Jeden taki buddysta mi powiedział. A w kontekście posągów z Bamian to już w ogóle bzdura.
Jakie to ma znaczenie dla meritum sprawy?
A tego buddystę proponuję pociągnąć za język, czy referował nauczanie swojej szkoły czyli też odnosił się do nurtów poza nią występujących.
Świeckie pielgrzymki. Podobnie wyglądały podróże romantyków do Italii, może to wtedy rozpoczęło się uświęcanie aktu i celu podróży? Czego odpryskiem dzisiejsze pielgrzymki do grobu Jima Morrisona, czy plebanii sióstr Bronte. I wycieczki śladami bohaterów Jane Austen. Albo szukanie na siłę magii Pragi.
Z tego co piszesz wynika mi, że „zanurzenie fizyczne” w przestrzeni wyobrażonej jest niezależną od religii potrzebą człowieka, którą religia po prostu kierunkuje.
Pytanie do czytelników Marai, którzy jak przypuszczam znajdują się wśród czytelników dziennika.
Jaką książkę warto przeczytać po Żarze i Wyznaniach? Zdaję sobie sprawę, że niezbyt mądrze tak stawiać pytanie, lecz może ktoś doradzi coś.
Żar przeczytany jako pierwszy zrobił na mnie potężne wrażenie. Mało objętościowa książka, a ładunek potężny.