Hierofanie: dlaczego chodzę na wybory?

Głosowanie w wyborach nie wydaje mi się być aktem politycznym. Demokratyczna narracja o „obywatelskim obowiązku”, sięgająca ku obrazom agory, ku republikańskim wizjom polityki jako powszechnej dbałości o „dobro wspólne” to tylko mit założycielski, opowieść fundacyjna. Przez to oczywiście jest prawdziwa i ważna: jest to jednak ważność mitu, ważność opowieści o Romulusie i Remulusie, nie zaś opis faktycznej rzeczywistości społecznej.

Wybory demokratyczne to misterium organizujące symboliczne struktury życia społecznego. Wartość jednego głosu jest tak mała, że spokojnie można uznać ją za pomijalną. Wbrew temu, co głoszą kampanie zachęcające do głosowania, jeden głos wcale się nie liczy. Liczy się milion głosów, ale milion głosów nie istnieje jako podmiot. Podmiotem polityki jest „wola ludu”, ale ta z kolei jest tutaj niepotrzebną hipostazą: naprawdę istnieją tylko pojedyncze krzyżyki w kratkach, pojawia się również wynik wyborów, którego znaczenie jest fundamentalne, jak wynik auspicjów przeprowadzanych przez augura, albo jak chińskie wróżby z pękającej w ogniu skorupy żółwia. Z jednym głosem, który związany jest z podmiotowością głosującego, wynik ten nie ma jednak żadnego związku.

Co za tym idzie, głos jednego wyborcy ma znaczenie wyłącznie osobiste, dla tegoż wyborcy. Akt głosowania to misterium udziału we władzy. Prawdziwy, bo symboliczny. Jak na spektaklu „Ifigenia w A…” Gardzienic: uczestnicząc w misterium teatru jesteśmy nie tylko widzami, lecz w pewien sposób stajemy się greckimi żeglarzami, którzy żądają od Agamemnona ofiary z jego córki, Ifigenii – bo nie wieje. Stajemy się nimi prawdziwie, bo symbolicznie. Uczestniczymy w dramacie.

Głosowanie to jednocześnie apogeum karnawału kampanii wyborczej. Oto władcy upokarzają się przed władanymi, łaszą się do władanych, zalecają się do nich, kuszą, próbują się władanym przypodobać, aby potem spokojnie pogardzać nimi przez cztery lata, aż cykl się zamknie. Takie karnawałowe odwrócenie ról jest jednym z klasycznych archetypów naszej cywilizacji, ma wielkie znaczenie dla antropologii władzy. Chłop królem; król chłopem. Książę na moment zamieniony w sługę (i w Chrystusa jednocześnie) umywa nogi żebrakom. Żacy na czas juwenaliów otrzymują klucze do bram miasta. Średniowieczne Święto Głupców.

Służy te misterium precyzyjnemu rozgraniczeniu władających od władanych, jak również ich integracji, służy podtrzymaniu symbolicznej definicji ról społecznych, przez ich chwilową zamianę rozjaśnia ich granicę, definiuje je ściślej. Jest sakramentalium demokracji, aktem odnowienia transcendentej legitymacji władzy. Cyklicznym odnowieniem mitu.

Apogeum karnawału jest więc akt głosowania: po festiwalu pokornych zalotów, władani dokonują symbolicznego aktu rządzenia; a jednocześnie władcy są poddawani rzeczywistemu skrutynium. Niczym germański kuning poddający swoją władzę ślepemu losowi, ordaliom sądu bożego (np. w walce na miecze) a więc odwołujący się do transcendentalnej sankcji swojej władzy. Jak rzymski konsul, który przed bitwą pyta bogów, mówiących lotem drapieżnych ptaków, o to, czy dziś na stoczenie tej bitwy pozwalają.

Władający w demokracji odwołują się do losu, do transcendencji, która sankcjonuje ich władzę, do ślepej i głuchej woli ludu, a więc do woli wszystkich i nikogo, do woli bezosobowej jak panteistyczne bóstwo, które jednocześnie jest, bo jest we wszystkim i go nie ma, bo nie ma go osobno. Jest to więc transcendentna sankcja władzy, przez swoją masowość ponadludzka i pozaludzka. Funkcjonalnie jest to sankcja boska, tak samo jak funkcjonalnie boską sankcję miała władza średniowiecznego monarchy.

Jeśli tych mitologicznych struktur nie dostrzegamy, albo uważamy je za istniejące w sposób odmienny od mitologicznych struktur przeszłej władzy, to dlatego, że są to mity żywe – tak samo jak żywi byli Mars z Jowiszem, wzbraniający zebrać się Senatowi i jak żywą figurą Chrystusa był średniowieczny król, w całym jego królewskim kapłaństwie.

Akt głosowania nie jest dla mnie więc działaniem politycznym. Dokonanie wyboru, na podstawie przesłanek tak przecież skąpych i wątpliwych, nie jest aktem racjonalnym, lecz czymś w rodzaju duchowego ćwiczenia. Zagłosowałem jakbym wiwatował na placu przed Luwrem, wołając „umarł król, niech żyje król”. Mój okrzyk nie ma znaczenia, lecz gdyby nikt nie krzyczał, nowy król nie stałby się królem.

Nie pozwalam sobie na pełne obrzydzenia zdystansowanie się od polityki, aby nie pozwolić sobie na zapomnienie, że przed Lewiatanem nie ma ucieczki. Jestem politikon zoon, jak każdy. Wewnętrzna emigracja, wewnętrzna pustelnia to ułudy, to oszukiwanie samego siebie, a, jak wiemy od La Rochefoucauld, nikomu tak łatwo nie pozwolamy się oszukać, jak sobie samym – na własne kłamstwa trzeba więc uważać szczególnie.

Z pewnym smutkiem stwierdzam, że de Maistre ma rację: człowiek był, jest i będzie rządzony. Wolałbym, aby było inaczej, chciałbym móc wierzyć, że możliwe jest objęcie zakresem człowieczej wolności również sfery politycznej, ale, niestety, tutaj akurat nie potrafię sam siebie okłamać. Nie wierzę zatem Thoreau i całemu łańcuchowi myślicieli po nim, dla których demokracja liberalna jest ostatecznym wyzwoleniem człowieka spod rządów, rozrzedzeniem władzy i zespoleniem rządzących i rządzonych w jedno. Podobnie zakładają chyba konserwatyści i reakcjoniści, z tą jedynie różnicą, że się im to nie podoba – jednak razem z miłośnikami demokracji wierzą w jej całkowicie odmienny od uprzednich form rządu charakter i znaczenie, uznając ją za „anty-porządek” i „anty-władzę” i „anty-państwo”.

Mnie zaś dziś demokracja liberalna wydaje się po prostu kolejnym ze wcieleń podstawowego archetypu, zakorzenionego w ludzkiej naturze, w samej istocie człowieka. Ma swoje mity i bóstwa, ciągle jeszcze żywe. Jest Lewiatanem, przed którym nie ma ucieczki.

Ludzie na Plantach

Bardzo ciepłe, wrześniowe popołudnie. Ubogi człowiek śpi na ławce na Plantach, przykryty wzorem z liściastych cieni. Trochę jeszcze punk: kolorowe sznurówki w glanach, pod ławką schludnie spakowany plecak na aluminiowym stelażu, podwinięte dżinsy ze spłowiałą naszywką. Ale bardziej już kloszard: brudna kurtka, cztery warstwy ubrań mimo upału, ta tajemnicza mądrość bezdomnych. Straszne strupy na twarzy i szyi. Śpi z szeroko otwartymi ustami: brak mu górnych jedynek i dwójek, nagie, miękkie dziąsło, a w nim wampirze kły. Śpi, podłożywszy pod policzek obie dłonie w geście niewinnej, sennej modlitwy, w geście tak dziecięcym, że przechodząc obok niego przełykam ślinę raz za razem, aby się nie rozpłakać – mój syn sypia w ten sposób. Potem brzydzę się sobą, za tę czułostkowość, która w rzeczywistości jest przecież pancerzem, od którego odbija się nieszczęście obcego człowieka.

Potem dwoje flamandzkich Belgów, znowu z plecakami, dziewczyna i chłopak, pytają mnie o drogę: nie znam ulicy, o którą pytają, ale rozmowa z nimi sprawia mi dziwną przyjemność, może dlatego, że cały dzień milczałem, nie rozmawiałem z nikim o niczym, więc bardzo staram się im pomóc, szukam ulicy na mapie w komórce. Oboje bardzo ładni, chociaż bynajmniej nie piękni, bardzo odlegli od piękna: zdrowi, zamożni, dobrze zbudowani, ostre linie szczęk, jasne oczy i włosy. Chłopiec jest mojego wzrostu, lecz bardzo szczupły, dziewczyna jest rosła, ma duże piersi i szerokie biodra. Podobają mi się razem. W końcu znalazłem tę ulicę: dziękują mi wylewnie i idą w swoją stronę, ulotna, płytka i intensywna serdeczność backpackerskich zażyłości. A może teraz już nikt nie używa tego słowa? Nie wiem. Nie sądzę, bym mógł jeszcze kiedyś zanocować w hostelu z „prawdziwą, backpacerską atmosferą”: nie zniósłbym chyba tego modelu relacji dłużej niż przez kilka minut. Nie chcę już poznawać ludzi.

Varia o Máraim i Cioranie, dla odmiany

Chciałbym już ich nie czytać tak dużo, nawet się wstydzę, że ciągle ci dwaj i jeszcze Subtelny Łowca na dokładkę, więc ostatnio czytam co innego, dużo, ale żadnych powieści, tylko biografie, dzienniki, wspomnienia i trochę popularnej historii. Ale na stoliku nocnym leżą i wypełniają mi nierzadką bezsenność i o nich głównie mi się myśli.

***

Będąc absolutnym ekstrawertykiem z bezsilną zazdrością podziwiam milczenie introwertyków, wydaje mi się szlachetniejsze, mam zawsze w konfrontacji z introwertyzmem poczucie własnej niezręczności, hałaśliwości, niestosownego obnażania się w każdym słowie i geście, jakbym nie potrafiąc jeść nożem i widelcem zasiadał do wytwornej kolacji w eleganckim towarzystwie.

***

Minęło pięć lat, jak znam się z Máraim. Wcześniej coś czytałem, ale intymność tej relacji zrodziła się latem 2006 roku, na Spitsbergenie, targałem ze sobą „Dziennik” w plecaku, jakby nie dość mi było trzydziestu kilogramów. Od tego czasu nie było miesiąca, żebym po tę książkę nie sięgnął.

Byłem wtedy, pięć lat temu, kimś zupełnie innym, niż jestem dziś: byłem młodszy, bezdzietny, lepszy, nieco głupszy, dużo weselszy i grubszy, chociaż tak samo skłonny do melancholii jak dziś. Piłem mniej, paliłem więcej, miałem światopogląd, lepsze zdanie o ludziach, mniej pieniędzy i więcej czasu. Gotowałem i pisałem gorzej, piłem gorsze wina i sądzę, że byłem też raczej przyjemniejszy towarzysko.

Przestrzenie głupoty przebyte w ciągu tych pięciu lat uświadamiają mi ile jeszcze głupoty do przebycia przede mną, całe życie idioty w świecie złudzeń; jak bardzo głupi jestem teraz, tego oczywiście dziś nie dostrzegam, ipso facto.

„Dziennik” mnie zmienił. I nie chodzi tutaj o jakieś gwałtowne przewartościowania, które mi się owszem przydarzyły, ale później i od Máraiego raczej niezależnie. Zmiana wydarzyła się gdzieś pomiędzy mną o światem, moje smutki i gorycze wcześniej nienazwane nagle znalazły swój – nieswój język.

***

Im więcej czytam Ciorana, tym bardziej mnie ten nadęty kabotyn złości. Melancholia Máraiego jest surowa i elegancka, jest melancholią człowieka słusznie dumnego, człowieka klęski i pogardy dla zwycięzców. Cioranowskie rozpacze to poetyka artykułu z plotkarskiej gazety, w której aktoreczka opowiada o tym, jak pokonała depresję. Cioran wdzięczy się do tych, którymi chciałby pogardzać. Irytuje mnie tym bardziej, im bardziej podobny wydaje mi się do mnie samego. Dlatego chyba ciągle go czytam – bo to, co jest w nim autentycznie wartościowe, okrutna antropologia, mizantropiczna wiwisekcja natury ludzkiej – to i tak przepisał w całości od La Rochefoucauld. Przeglądam się w „Zeszytach…” jak w krzywym zwierciadle. Albo i nie krzywym.

Máraiego zaś czytam z perspektywy przeciwnej, jakby powoli stawał się dla mnie dobrym przykładem tego, co może być szlachetne w człowieczeństwie. Mała wyspa na oceanie mizantropii.

Cytat na dziś XVIII

Pisarz, który nie potrafi się zmobilizować do napisania powieści (tłumaczenie Valéry’ego, że nie był w stanie napisać zdania typu: „o piątej po południu hrabina opuściła pałac i udała się do miasta”, a bez takiego zdania nie ma powieści!), jest podejrzany, jak zalotnik, któremu wystarczają pocałunki i nie chce niczego więcej. Może dlatego nie chce więcej, bo nie może? Goethe słusznie sądził, że „od całowania się nikt jeszcze nie miał dziecka”. Esej, monografia, te wszystkie stylizowane na literaturę hybrydy gatunkowe to ociąganie się przed podjęciem wysiłku związanego z napisaniem powieści, bo to już nie zaloty, lecz Akt.

Sándor Márai, „Dzienniki”, 1965.

Powieść w jednym zdaniu

Początkowo Güczülük był nestorianinem, jednak po zdobyciu władzy porzucił swoją żonę, chrześcijankę i zakochał się w kara-kitajskiej dziewczynie, która nawróciła go na „wiarę dziwnych bogów”.

I dalej, w przypisach:

Raszyd ad-Din podaje, że zdaniem Najmanów, Güczülük posiadał taką władzę nad duchami, że doił z nich mleko i sporządał z niego kumys.

Lew Gumilow, „Śladami cywilizacji wielkiego stepu”.

Rozmowy nocne

- Tatu, a gdzie jest dusa?
- W środku, w człowieku. Ale nie jak serce czy żołądek, tylko jakoś inaczej.
- Jak inacej?
- Nie wiem. Inaczej. Dusza jest niewidzialna.
- Aha.
- No.
- A ja mam taką ksiąskę „Jak ulecyć dusę”.
- Co?!
- No taką ksiąskę mam.
- Wcale nie masz.
- Noooo… nie mam, ale mogła by być taka ksiąska.
- No, mogłaby.
- Bo wies, tatu, dusa moze być chora.
- Wiem.
- A co jest jak dusa jest chora?
- Człowiek jest wtedy bardzo smutny.
- A wies, tato, kiedy jesce cłowiek jest smutny?
- Kiedy?
- Jak ktoś umiera. Wtedy się smucimy.
- Wiem. Po to jest dusza: żeby się smucić mniej, jak ktoś umiera. Bo dusza nie umiera.
- No, wiem, ze nie umiera. Psecies. Ale moze chorować, nie, tato?
- Może. Jak dusza jest chora, to cały świat dookoła jest jakby chory.
- No. Ale wies, tato, dusy nie mozna ulecyć.
- Nie można?
- Nie mozna. Dusa musi sie ulecyć sama. Ona ma tam takie spsęty w środku i sie musi ulecyć sama.
- No, pewnie masz rację.
- Nooooo… Tymi spsętami. Tato?
- Uhm?
- A Jasiu ma dusę?
- Ma.
- Ale tylko taką malutką, tyciutką, prawda?
- No, może i malutką.
- Tatu?
- Uhm?
- Bo wsyscy umrą, prawda?
- Prawda.
- I my tez?
- My też.
- I mama i dziadek i babcia i Zuzia i mała Marta i wsyscy?
- No, tak, wszyscy. Kiedyś tam.
- I wsyscy, wsyscy ludzie na całej, całej planecie?
- Tak.
- I tak naraz wsyscy umrą, prawda?
- Jak to – naraz?
- No tak naraz. W jednej sekundzie. Naraz wsyscy umrą, prawda, tatu?

Co słychać?

Wiele słychać w sprawach takich, jakimi nie chcę się dzielić nawet z gronem tak elitarnym jak nieliczni P.T. Czytelnicy mojego bloga, więc o nich tutaj zmilczę, wystarczy, że zamęczam nimi bliskich.

Poza tym piszę powieść. A to znaczy, że tylko trochę należę teraz do świata tego. Jak chrześcijański pustelnik, jedną nogą na ziemi, a jedną już w Niebie, na wpół rozpuszczony w Bogu, tak ja: jedną, mocną, konkretną nogą na ziemi, a drugą – no właśnie, gdzie? W piekle własnej wyobraźni, w niebie własnej nadwrażliwości, w czyśćcach własnych neuroz, sam nie wiem gdzie. KN napisał na swoim blogu, że czytanie „Tak jest dobrze” to jak sól na rany. A pisanie – nie wiem, jak wrząca solanka w bebechy? A może jak z dobrych, kobiecych rąk zimny okład na skołataną, rozgorączkowaną głowę. Nie wiem. Niewiele wiem, w ogóle.

Gliwickie spotkanie z KN właśnie, odwirtualizowanie znajomości, dla mnie bardzo ciekawe. Jak dwa różne światy, bardzo odległe, a jednocześnie z nielicznymi punktami stycznymi. Żadnego sporu, chociaż byłoby się przecież o co spierać, ale nie kiedy zaczyna się spotkanie od miejsca, w którym się już dawno rozumie, że w pewnym sensie spór sensu nie ma. Dużo grzebania w rodzinnych historiach i w sumie – ku obustronnemu chyba zaskoczenia – zgoda na to, że byt kształtuje świadomość. W jakiś niemarksistowski sposób, ale z tego punktu widzenia właśnie jakaś wzajemna (chyba) zgoda na własne, całkowicie odmienne perspektywy spojrzenia na świat. Nie wiem – sybaryty-mizantropa i ascety-społecznika? Nie, jednak nie, to zbytnie uproszczenie, jednak jakoś zupełnie inaczej.

Sympatyczna rozmowa na gg z PJ, o dekadę z haczykiem młodszym kolegą, któremu na łamach tegoż blogaska wieszczyłem już kiedyś przyszłość świetlaną, a teraz tenże mówi mi, pisze mi, że w moich odkopanych u bukinistów tekstach sprzed dekady odnajduje samego siebie. Co mnie nie zaskakuje, bo również odczuwam to przesunięte w czasie pokrewieństwo. Jakbym rozmawiał ze sobą samym z przeszłości. W końcu te jedenaście, dwanaście lat temu również byłem żarliwym, długowłosym młodzieńcem z bardzo platonicznymi skłonnościami ku rewolucyjnej przemocy. O KN pisze PJ bardzo ładnie, że tenże jest lewicowy w rzadko spotykanym już typie „lewicy chrystusowej”.

Mantry i modlitwy: oby nie zamienić się kiedyś w człowieka tak nieskończenie śmiesznego jak dziennikowy Iwaszkiewicz, który np. nie czując się dość doceniony „Rodzinną Europą” wyrzuca „Czesiowi”: a kto do mnie pisał „Najdroższy Jarosławie”, a za czyjeś pieniądze pojechał do Francji, a kto cię przygarnął, etc.

Celebrowanie przyjaźni: picie i jedzenie, WS i ŁO potrzebni i kochani, różni jakby do różnych gatunków ludzkich należeli, pięknie komplementarni, ŁO dionizyjski i WS apolliński, a ja sam nie wiem jaki.

W Paryżu, którego ledwie liznąłem, którego nie rozumiem i nie potrzebuję rozumieć, nie mój świat, niewiele mnie interesuje. Nie to co Budapeszt, Wiedeń czy Warszawa, którego do mojego świata należą. Przy bulwarze Saint Germain piłem białe wino, jadłem sałatę i czytałem Eliota zakupionego wcześniej w kanadyjskiej księgarni (swoją drogą „kanadyjska księgarnia” brzmi jak „szwedzka winnica”, „śląska błyskotliwość”, „rosyjska riwiera” czy „polskie lato” – niby coś takiego jest, tudzież bywa, ale zawsze jakoś nie bardzo). Wino i jedzenie podawała mi bez pośpiechu bardzo smutna kelnerka o lewantyńskiej urodzie. Zawsze robiły na mnie wrażenie smutne piękności i ponieważ odchodziłem z ogródka restauracji z graniczącym z pewnością przekonaniem, iż nigdy więcej owej ciemnowłosej dziewczyny nie spotkam (samolot wczesnym świtem następnego dnia), to uznałem, że mogę sobie pozwolić na pewną poufałość: obok napiwku zostawiłem wydartą z notesu kartkę, na której nabazgrałem parę miłych słów bez podpisu, z nadzieją że ta bezinteresowna życzliwość jakoś rozjaśni jej dzień. Koniec historii, jedno z miliona spotkań, zapamiętane bez powodu, a może z kabotyńskiego nadęcia.

Wcześniej: ciekawy, miły wieczór w Księgarni Polskiej, wino i rozmowy, potem kolacja i więcej chyba słuchałem niż mówiłem (co zdarza mi się niezwykle rzadko, kto zna, ten wie) – dziwny, tajemniczy, obcy świat emigrantów. Zrozumiałem, że jestem antynomią emigranta, moje życie wrośnięte w hajmat jak grzybnia w glebę jest absolutną antynomią emigracji. Płynę, ślepy, podziemnymi strumieniami, one płyną we mnie, bez nich uschnąłbym.

Potem trochę pospiesznego zwiedzania Paryża, włóczenie się bez celu i mapy, jak nogi poniosą. Do Luwru kolejka za długa. Straszna wizyta w Notre-Dame, otoczony i potrącany przez Rosjan i Amerykanów, we wnętrzu martwego kościoła jakbym przeciskał się między żebrami wielorybiego truchła, jak spóźniony Jonasz. W opozycji do martwej katedry jasny, żywy Panteon, w nim wahadło Foucaulta, pod nim laicka krypta z brzydkimi grobami Woltera i Rousseau, a dookoła wahadła retorzy i generałowie pierwszej republiki i Restauracji, napoleońscy generałowie i nawet zamyślony Chateaubriand w roli raczej politycznej niż literackiej i augumented reality – ludzie chodzą z ipadami i oglądają Panteon okiem ipada, z nadzieją, że zobaczą coś więcej.

Sny

Sen pierwszy. W samym środku Gliwic, między kamienicami znajduje się góra, czy raczej wzgórze, takie na kilkaset metrów nad poziomem morza. W samym jego rdzeniu jest winda towarowa, którą można wjechać na szczyt, porośnięty dębami o srebrnej korze i bukowych liściach. Jednak bez wątpienia są to dęby, nie buki. Pracuję w kawiarni w centrum i co jakiś czas ze złością muszę oderwać się od pracy, aby wjechać windą na sam szczyt i załatwić tam jakieś nieokreślone interesy. Czasem do miasta wracam nie windą, lecz ostrożnym spacerem, po stromej, pełnej korzeni ścieżce.

Sen drugi. Wybieram się na zlot motocyklistów. Ponieważ – tak jak na jawie – nie posiadam motocykla, jadę tam samochodem. Jakiś dalszy znajomy w pożegnalnym prezencie wręcza mi wielki słój, w którym w formalinie pływa dziwny stwór, wielkości spaniela, niby antropomorficzny, ale z ogonem i pomarszczoną, gadzią skórą i z pazurami i o dziwnej, rybiej głowie. Wyciągam zwierzę (?) z formaliny i wrzucam do bagażnika, gdzie sobie spokojnie schnie, co w jakiś tajemniczy sposób śledzę na bieżąco, jadąc przez Polskę. Wraz z obsychaniem wracają mu funkcje życiowe, porusza powoli kończynami i ogonem, jak noworodek. Po jakimś czasie zaczyna porastać fluorescencyjnym, zielonym futrem i kiedy dojeżdżamy na miejsce, wygląda już jak mała, puszysta foka (tyle, że jaskrawo zielona) a zachowuje się jak udomowiona wydra, biega, skacze i płata figle, towarzysząc mi wesoło w realizacji trudnego, logistycznego zadania – muszę załatwić tylną oponę do pięknego harleya, który ma być główną nagrodą na zlocie i za którego przygotowanie jestem odpowiedzialny.

Sen trzeci. Jadę samochodem, nocą. Zasypiam za kierownicą i samochód powoli, powoli zjeżdża na lewy pas. Budzi mnie klakson, otwieram oczy – widzę już tylko wypełniającą całe pole widzenia ogromną maskę ciężarówki, światła, napis „MAN” i lew w prostokącie, wszystkie wnętrzności zwijają mi się w środku jak na ułamek sekundy przed wypadkiem na jawie. Wtedy budzę się naprawdę i z trudem łapię oddech.