Nowe Arcana

Ukazały się nowe „Arcana”, nr 92, a w nich, obok ostatniego wywiadu z ś.p. prezydentem Lechem Kaczyńskim, znajdą P.T. Czytelnicy nowe wypisy z moich dzienników, oraz dwa teksty poświęcone moim książkom – czy pochlebne, czy krytyczne, tego nie wiem, bom sam jeszcze nie czytał.

Polecam życzliwej uwadze.

Mała Rosja w krainie ostrych gór. Zapiski spitsbergeńskie.

Warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję. Nie dla zasady „know your enemy”, chociaż oczywiście polskiej racji stanu nie obciążona idiosynkrazjami znajomość Rosji przysłuży się lepiej niż zbiór kompleksów, uprzedzeń, pogardy i prostej, uzasadnionej historycznie nienawiści. Ale warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję, bo rosyjskie paradoksy są pasjonujące same przez się, bez względu na potrzeby bieżącej polityki.
Naturalnymi sposobami znalezienia odpowiedzi na te pytania są podróże. Nie z wszystkich podróży coś wynika, z większości nie wynika nic, bo też nie każdy może być markizem de Custine, tak jak nie każdy korespondent z Waszyngtonu jest Tocquevillem.

Pytanie więc, jak należy podróżować? Bronisław Malinowski rozpoczynając „Argonautów zachodniego Pacyfiku” informuje nas, że są dwa rodzaje poznania obcego kulturowo świata, jeden możliwy jeśli pobyt w danym kraju nie jest zbyt długi, kiedy nadmiar szczegółów nie zasłania nam ogółu, drugi dopiero po tym, jak wsiąknie się w kulturę na dobre i kiedy z na zebranych obserwacjach można dokonać wiarygodnej syntezy.

Przyjmując tę zasadę, zrozumiałem jakiś czas temu, że mimo niegasnącej fascynacji, lektur i wizyt, niewiele mam do powiedzenia na temat Rosji jako takiej. Łatwo mogę falsyfikować głupawe, a częste u polskich dziennikarzy, mętne banialuki o „strasznym imperium” tudzież o „wiecznie pijanych Rosjanach z harmoszkami”, mogę śmiać się z leczenia polskich kompleksów przez budowanie poczucia cywilizacyjnej wyższości nad „ruskimi kałmukami”, o czym dobry tekst opublikował kiedyś w Rzeczpospolitej Piotr Skwieciński. Ale kiedy miałbym spróbować Rosję wyjaśnić, nie mam nic do powiedzenia. Mógłbym zsyntetyzować wspomnienia z podróży, z tego jednak czytelnik mógłby się czegoś dowiedzieć o mnie, ale o Rosji nic zgoła, bo byłem tam, wracając do Malinowskiego, jednocześnie zbyt długo i zbyt krótko. Bo jaką odpowiedzią jest Rosja z okien transsybu?

Kawiarenka internetowa pod pomnikiem Lenina w Irkucku. Rozkosz opalanej drewnem bani po trzech z okładem dobach w pociągu, z wodą z syberyjskiego strumienia, pachnącej brzozowym dymem i tanim mydłem. Luksusowe, japońskie samochody z kierownicą po prawej stronie, których nad Bajkałem jest więcej, niż dostosowanych do prawostronnego ruchu ład, wołg i uazów. Kreml, kawiarnia na Arbacie, pomnik Puszkina, Żukowa na Placu Czerwonym. Zakutane w chusty i kabaty babuleńki sprzedające gorące kartoszki w foliowych torebkach na syberyjskich stacyjkach, gdzie transsyb zatrzymuje się na parę minut tylko, wrzątek w samowarze w każdym wagonie, prowadnica, reprezentująca w tymże wagonie powagę władzy. To tylko klisze, to Rosja odzwierciedlona, nie prawdziwa, to Rosja jaką chciałby widzieć polski czytelnik, niemal jak z zabawnych reklam telefonii komórkowej.
I kiedy szukałem odpowiedzi na to prywatne, własne pytanie o Rosję, znalazłem tylko jedną odpowiedź. Niedoskonałą, nie wyczerpującą tematu i trudną do oddania w tekście, bo zasadzającą się na osobistym i ulotnym doświadczeniu – ale sądzę, że nawet taka odpowiedź jest lepsza, niż powtarzanie banałów. Odpowiedź bez syntezy, impresję zaledwie – ale to i tak więcej, niż zrozumiałem podczas wszystkich moich podróży po Rosji.

Znalazłem ją daleko za kołem podbiegunowym, na siedemdziesiątym ósmym równoleżniku, na dodatek na terytorium norweskim, z norweską suwerennością ograniczoną traktatem paryskim – czyli na Spitsbergenie, zwanym przez Norwegów Svalbardem. Traktat, podpisany w latach dwudziestych, przyznał ten polarny, acz ogrzewany Golfsztromem i dlatego do pewnego stopnia wolny od lodu archipelag Norwegii, z zastrzeżeniem, że wszystkie inne państwa-sygnatariusze traktatu, mają prawo prowadzić na Svalbardzie dowolną działalność gospodarczą. Z prawa tego korzystają w zasadzie tylko Rosjanie, utrzymując górniczą osadę Barentsburg – i to w Barenstburgu znalazłem jakiś okruch prawdy o Rosji.

Nie historia tej polarnej osady jest tutaj ważna, bo zupełnie nie odpowiada historii Rosji – Barentsburg zakładali Amerykanie i Holendrzy, w latach dwudziestych zręby osady wykupił sowiecki Trust Arktikugol, w latach trzydziestych rozpoczęto wydobycie węgla, potem na ewakuowaną osadę spadły pociski z dział pancernika Tirpitz a po wojnie odbudowano ją w takiej postaci, w jakiej można ją dziś oglądać. W apogeum sowieckiej obecności na Spitsbergenie w Barentsburgu była wielka szklarnia, służąca z jednej strony jako źródło świeżych warzyw, z drugiej jako miejsce, w którym sowieccy górnicy – Rosjanie i Ukraińcy z Doniecka – mogli odpocząć od surowego krajobrazu tundry. Były obory, chlewy i kurniki, piekarnia, duży ośrodek sportowy z boiskiem i basenem. Bloki mieszkalne z żółtawej, dziwnej cegły. Ten stary Barentsburg oglądam przez obiektyw sowieckiego fotografika, który w 1979 roku wydał Moskwie album pod tytułem „Szpicbergen: strana ostrich gor”. Jeszcze sprzed apogeum świetności, jeszcze na wznoszącej fali – widać rozpoczęte budowy, najbardziej spektakularne budynki dopiero wyrastają, po odśnieżonych uliczkach przechadzają się szczupli, weseli mężczyźni w jaskrawych kurtkach lub szarych płaszczach, w kosmatych czapkach z syberyjskiego psa na głowie. Mój ojciec miał kiedyś taką samą czapkę, pamiętam, zdjęcia z albumu robiono jeszcze przed moimi narodzinami, chociaż niedługo przed, rok może. Dziś już jej nie nosi. A mężczyźni na zdjęciach noszą polarnicze brody lub wąsy, włosy mają przydługie, dzieci zaś wszystkie, naprawdę wszystkie, są pyzate, rumiane i zdrowe. I tutaj trudno doszukać się propagandowego fałszerstwa, bo jest tych dzieci na zdjęciach mnóstwo, tak wiele, że ze szczupłej, barentsburskiej dziecięcej populacji nie mógł fotograf po prostu wybrać dzieci najładniejszych. Może to polarny klimat tak służył tym płowowłosym chłopcom i dziewczynkom z warkoczykami ujętymi w wielkie, czarne kokardy.

Nasza trasa do Barentsburga dzisiejszego wiodła stokami Nordhallet, po dawnej drodze, którą pięćdziesiąt lat temu samochody gaz-69 jeździły aż do przystani promowej, skąd, przecinając promem Colesbuktę, można było dostać się do portu w tejże zatoce, który z kolei obsługiwał kopalnię w Grumantbyen. Nie używana od pół wieku droga jest już tylko śladem na tundrze, którego warto się trzymać, aby pewnie omijać najgłębsze, strumieniami żłobione wąwozy – ale żaden samochód nie mógłby już po niej przejechać, wieczna zmarzlina uczyniła swoje. Mosty, przeciągnięte nad spływającymi do fiordu strugami dawno się pozawalały. Tam, gdzie droga wiodła urwiskiem nad plażą – zniknęła, morze zabrało.

Szliśmy na lekko, tylko małe plecaki, w nich zapasowe kurtki, trochę prowiantu, mała butla z palnikiem, wodery do przekraczania rzek. Na plecach karabin i aparat fotograficzny, oba na wypadek spotkania z niedźwiedziem, w kieszeniach naboje, lornetka i czekolada. Jeszcze kijki, bez których trudno się obejść w tym wielkim, polarnym bagnie. Reszta naszych trzydziestokilogramowych plecaków została w obozie, szliśmy na jednodniową wycieczkę, trzydzieści parę kilometrów. Były to już ostatnie dni naszej wędrówki, przetykanej kilkudniowymi popasami, już za dwa dni przypłynie po nas półsztywna łódź marki Polarcirkel, zaokrętujemy się obok murszejącej kei w Colesbukta i pójdziemy po spokojnym fiordzie aż do Longyear, z prędkością czterdziestu węzłów, w godzinę pokonując trasę, po której powolutku maszerowaliśmy przez dwa tygodnie.

Zaś tego dnia, kiedy szliśmy do Barentsburga, była piękna pogoda, pod podeszwami bulgotała tundra podmokła i zbrązowiała na znak nadchodzącej jesieni, niebo było niebieskie, a na drugim brzegu Isfjordu do arktycznego oceanu spływały lodowce, żmudnie, wiek po wieku, żłobiąc swoje doliny. Wysokie na kilkadziesiąt metrów ich czoła z naszej brzegu widać jako wąskie, szaroniebieskie kreski. Szliśmy szybko, bo idzie się łatwo, to nie to, co powolne gramolenie się przez błotnistą morenę czołową, wspinanie się na rozsypujący się klif po żlebie, czy brodzenie w delcie rozlanej jak rozsypane warkocze rzeki, w końcu idziemy wspomnieniem drogi.

I w końcu doszliśmy, po sześciu chyba godzinach – najpierw budynki gospodarcze, radziecka plątanina rur i kabli, potem lądowisko dla helikopterów z hangarem, o które to helikoptery praktyczni Rosjanie spierają się z ekologicznie nastrojonymi Norwegami. Jeden śmigłowiec minął nas po drodze, pochylony, wielki i niezgrabny Mi-8. Dalej droga już bita, cmentarz, ale nie tak malowniczy jak poletko białych krzyży w norweskim Longyearbyen, stolicy Svalbardu, ani nie tak dramatyczny jak ten w Colesbukta, z lat pięćdziesiątych, z grobem rocznej dziewczynki, rówieśniczki mojej mamy. Narodziła się w maju 1951 roku, miała tatarskie patronimik i nazwisko: Dora Minisłamowna Farizowa. Imię mogło brzmieć inaczej, na nagrobku jest prawie całkiem zatarte, ale na pewno zaczynało się na „de” i było krótkie. Przeżyła arktyczne lato, ciemności nocy polarnej, razem z odejściem śniegów nauczyła się chodzić po czym zmarła, a jej rodzice, ojciec Tatar i nieznana nam matka, kiedy już sporządzili nagrobną tabliczkę ze zdjęciem obleczonej w czepek małej, dziecięcej główki, musieli pogrążyć się w rozpaczy, bo na śmierć dziecka kojącej odpowiedzi przynajmniej na początku nie da ani Allach, ani chrześcijański Bóg, a już na pewno nie Marks z Leninem, o czym jestem przekonany, bo mój synek teraz właśnie ma tyle miesięcy, ile miała ta maleńka, polarna Tatarka, kiedy umarła.
Minęliśmy więc cmentarz, z nagrobkami seryjnie odlewanymi z betonu. Kiedy w końcu doszliśmy do tablicy z cyrylicą wypisaną nazwą osady, przez chwilę miasto wyglądałoby na opuszczone, gdyby nie wątła strużka dymu z komina odległej elektrociepłowni.

Można by pomyśleć, że i tutaj wydarzyła się taka historia jak w odległych o sto kilometrów Pyramiden, gdzie w 1998 roku rosyjscy i ukraińscy górnicy na próżno wyglądali statku z zaopatrzeniem, który miał przypłynąć do nich z Murmańska. Żaden nie przypłynął. W Rosji skończyły się pieniądze, urzędnicy nie dostawali pensji, ktoś uznał, że skoro trójbarwna Rosja mu nie płaci, to on nie będzie siedział przy biurku. Ktoś nie podpisał jakiejś bumagi, ktoś wzruszył ramionami, ktoś rozłożył bezradnie ręce. Z portu, w polarną noc nie wypłynął żaden statek – ani z zaopatrzeniem, ani taki, który mógłby mieszkańców osady pod górą Piramidą ewakuować. Był dziesiąty stycznia, trzy dni po prawosławnym Bożym Narodzeniu, i na Spitsbergenie panowały wtedy absolutne ciemności, przez całą dobę. Horyzontu nie rozświetlał nawet ślad brzasku, skończyło się jedzenie, był tylko węgiel, w końcu sami wydzierali go zmarzlinie, ale węgla nie da się zjeść. W piekarni nie było już mąki, a w szklarni dawno nie było już pomidorów i kapusty. Zjedli już świnie i kury, chlewy i kurniki stały puste. Mieli tylko prąd, elektrociepłownia działała doskonale, w barakach było ciepło, przyprószone śniegiem popiersie Lenina przed ciemnością chronił snop pomarańczowego światła z latarni, telewizory, podłączone do satelitarnych anten grały program z Moskwy, nieliczne dzieci były bardzo głodne i wszyscy mieszkańcy polarnej, górniczej osady rozumieli dobrze, czym jest smuta.

I wtedy właśnie do portu wpłynął statek. To Norwegowie z odległego o kilkadziesiąt kilometrów Longyearbyen uznali, że nie mogą przecież pozwolić aby pod koniec dwudziestego wieku, na ich oczach prawie, a już na pewno w zasięgu ich radiostacji, tysiąc Rosjan zmarło z głodu w dobrze ogrzanych i oświetlonych barakach.

Statek opuścił motorową szalupę – wszystko w świetle rozcinających polarny mrok reflektorów, w huku kry, trącej o pancerny kadłub, z szalupy wysiedli spitsbergeńscy oficjele, może nawet sama pani sysselmann, Ann-Kristin Olsen, siwowłosa, czterdziestoletnia, szczupła i nordycka, w granatowym mundurze, lub raczej w ciepłej kurtce z kapturem obszytym futrem. Sysselmann to stary, nordycki tytuł, trochę jak nasz wojewoda, albo angielski sheriff czy bailiff, tyle, że stylistycznie bardziej archaiczny, w czasach festiwalu norweskiego odrodzenia narodowego odkopany w jakiejś zakurzonej księdze. Dobiła więc szalupa z panią sysselmann lub bez niej do nabrzeża, uścisnęli Norwegowie dłonie dyrektorom z bankrutującego Arktikugola, zawyła syrena i tysiąc Rosjan i Ukraińców porzuciło swoje zajęcia, matki otuliły głodne dzieci kurtkami i szalikami, a potem, stłoczeni w kabinach statku, jedli proste i ciepłe jedzenie, upokorzone, lecz szczęśliwe sługi imperium niegdyś potężnego.

I tak Pyramiden zostało przez Norwegów ewakuowane, tysiąc rosyjskich i ukraińskich górników, kobiet z obsługi, inżynierów, dyrektorów i dzieci zostało zawiezione do Murmańska, tam wysiedli na nabrzeżu wielkiego kraju, który istniał wtedy tylko na mapie i nikt zapewne się nimi nie zainteresował, bo jeszcze dwa lata musiały minąć, zanim Włodzimierz Włodzimierzowicz Putin przywrócił Rosji państwo – tak przynajmniej pisze profesor Stürmer w swojej biografii prezydenta-kagiebisty. A w Pyramiden zostały książki na stołach w czytelni, z zakładkami wetkniętymi między strony. Szklanki w barze, niewyprane skarpetki obok łóżka, list niedokończony i szachownica z partią szachów, która zatrzymała się na czwartym posunięciu otwarcia.

I to jest akurat prawda – opuszczone miasto, te szklanki, listy i szachownica. Ale cała reszta jednak niekoniecznie. Historia jest dobra, taką od pewnego polarnego wiarusa słyszałem, dwa lata temu w Longyearbyen – tyle, że wszystko wskazuje na to, że jest fałszywa. Może były jakieś niedobory w zaopatrzeniu, owszem – ale głodnych dzieci jednak nie było, i nie było raczej norweskich statków, bo Rosjanie – chociaż w wielkim pośpiechu – ewakuowali się sami. Została mała grupka, mieli buldożery, materiały wybuchowe i rozwalali, co im się akurat w tym świeżym trupie miasta rozwalić podobało.

To jak w „Nie trzeba głośno mówić” Józefa Mackiewicza, kiedy główny bohater, wzruszony, opowiada historię, której był świadkiem – widział, jak niemiecki kierowca czołgu zatrzymał swoją maszynę, ze zgrzytem gąsienic na bruku, aby nie przejechać wiewiórki, która wbiegła na jezdnię. I słuchacze tej historii, polscy patrioci, upominają, że tak opowiadać nie wypada, niechże to będzie czołg polski, amerykański lub w ostateczności sowiecki, ale to nie może przecie być czołg niemiecki. Główny bohater, dziwi się swoim rozmówcom jak Pers Monteskiusza i nieśmiało zauważa, że był tego zdarzenia naocznym świadkiem i nic nie poradzi na to, że czołg był niemiecki. I zostaje skarcony: taka jest może prawda jednostkowa, wycinkowa, subiektywna, prawda obiektywna jest jednak inna.

I taką właśnie, po heglowsku obiektywnie zgodną z duchem czasu jest prawda historii z głodującymi dziećmi i norweską ewakuacją. Taka właśnie historia powinna się wydarzyć w czasach jelcynowskiej smuty, aby ducha czasów dobrze wyrażać – tyle, że ktoś, zdaje się, o tym zapomniał, i naprawdę wydarzyła się historia również dramatyczna, czego dowodem był widoczny pośpiech, z jakim Pyramiden opuszczano, lecz jednak nie tak spektakularna.
A jednak, wchodząc do Barentsburga, nie sposób o tych opuszczonych Pyramiden nie myśleć, zwłaszcza jeśli w ciągu ostatnich kilku dni regularnie mijało się ruiny rosyjskich zabudowań porzuconych jeszcze wcześniej – acz bez tego pośpiechu czasów smuty. Tam, w Zatoce Colesa, w Grumantbyen, Rosjanie, czy raczej Sowieci, swoje zabudowania porzucili w wyniku ekonomicznego rachunku – wyczerpały się łatwo dostępne złoża węgla, zdemontowali więc to, co można było zdemontować, część budynków wysadzili w powietrze i przenieśli się dalej, gdzie węgiel kopało się łatwiej, pozostawiając po sobie strumienie czerwonawe od rdzewiejącego w wysokim ich biegu złomu.

Minęliśmy więc tablicę z napisem „Баренцбург”, rozładowałem karabin i otwarłem zamek, zgodnie ze zwyczajem, aby każdy z mieszkańców widział, że broń jest bezpieczna. Nie było jednak nikogo, szliśmy długo czymś, co przypominało industrialne przedmieścia – pomiędzy otwartymi, niszczejącymi hangarami, w których zmieściłaby się eskadra helikopterów, między opuszczonymi barakami niewiadomego przeznaczenia i między stertami śmieci, tak małych jak pogięte gwoździe i wielkich jak pół domu, zardzewiałych, lub betonowych, ze sterczącymi prętami zbrojenia. Minęliśmy opuszczoną szklarnię. Na drzwiach wiele lat temu ktoś przykleił kartkę w języku angielskim, informującą turystów, że in the greenhouse nikt nie mówi po angielsku ani norwesku, więc jeśli ktoś chce greenhouse zwiedzać, to powinien udać się do hotelu i poprosić o przewodnika. Dziś te drzwi zabite są deskami, okna i szklany dach są porozbijane, a przez nie widać, że w środku, na nietkniętych palikach skręcają się zeschnięte na wiór resztki pomidorowych krzaków, a na rozpiętych między szklanym dachem sznurkach wiszą przemrożone trupy pnącz, jak szarobrązowe liny. Dalej puste kurniki i chlewy. Nawet piekarnia już nie działa, całą żywność, tak samo jak w norweskim Longyearbyen, przywozi się z kontynentu – bo po co się starać, skoro codziennie, albo i częściej, ląduje w Longyearbyen samolot. Dalej łuszczące się murale z łaciatą krową, inne z łanami zbóż gdzieś na wielkorosyjskich równinach, jeszcze inne z pniami brzozowego lasu. I wszystko puste, opuszczone – lecz w pewnym miejscu, na opatulonym wełną mineralną i deskami przewodzie ciepłowniczym dostrzegamy kota. Norwegowie zakazali posiadania kotów na całym Svalbardzie, bo podobno wyżerają ptakom pisklęta. Ten kocur, szary i gruby, na pewno zeżarł wiele piskląt i nie wydaje się przejmować ukazem, wydanym przez samego sysselmanna. Bez ludzi nie przeżyłby zimy, więc zapewne również opiekujący się nim Rosjanie lub Ukraińcy również wzruszają z pogardą ramionami na myśl o urzędniku, któremu wydaje się, że opublikowanym w jakimś dzienniku ustaw zakazem może odebrać kocie towarzystwo skazanym na polarną noc ludziom – i to dla czegoś tak trywialnego, jak ptasie pisklęta. A dla mew, rybitw, fulmarów, alek i alczyków, których w sezonie setki tysięcy krążą nad klifami robiąc rejwach niepodobny do niczego innego na świecie, na pewno spistbergeńscy górnicy nie żywią uczuć cieplejszych niż do tego szarego kocura, który lubi się nocą polarną wygrzewać na czyichś kolanach.

I wreszcie spotykamy dwie Rosjanki. Dziwnie wyglądają, idą pod rękę w swoich czółenkach i wykończonych futerkiem eleganckich kurteczkach – a my, w ciężkich, zabłoconych butach, w goretexach i softshellach, z kijkami w rękach i bronią na plecach. I śmieją się panie, jedna starsza, druga młodsza, z tych kijków, którymi podpieramy się idąc. Kto wam ukradł narty? – pytają. Śmiejemy się z nimi, idziemy dalej.

W hotelu ceny norweskie, obsługa rosyjska, pijemy colę i piwo, jemy niezbyt smaczne pielmieni, bez borszczu nawet, w wielkim telewizorze dziewczęta półnagie, a na pewno noszące więcej biżuterii niż ubrań, śpiewają i wypinają tyłki w srebrnych porsche, ferrari i lamborghini, toczących się dostojnie ulicami Moskwy. Ciepło.

A niedaleko hotelu, stoi dawny, radziecki konsulat. Na zdjęciu w moim starym albumie jest zielony, wypieszczony, socrealistycznie klasyczny, w oknach firaneczki, wygląda tak, że gdyby miał chociaż odrobinę wdzięku więcej i gdyby na dachu nie powiewała czerwona flaga z sierpem i młotem, to mógłby być niepozorną ambasadą małego państwa, gdzieś w cichej dzielnicy Wiednia lub Warszawy. Teraz jednak wszystko się zmieniło – budynek jest opuszczony, rozwalone są schody prowadzące do reprezentacyjnego miejsca. Straszą puste szkielety okien, okiennice wiszą na zerwanych zawiasach, drzwi zabito deskami.

Lecz za opuszczonym konsulatem sowieckim, stoi nowy konsulat rosyjski. Zdaje się, że to jedyny budynek zbudowany tutaj po upadku Związku Sowieckiego. Z wyjątkiem cerkiewki, o której za chwilę, bo też stoi kawałek dalej. Płot z zaostrzonymi prętami, jakby stawać pod nim miały dorożki, na płocie złote orły dwugłowe, a sam budynek nowoczesny. Moja żona-architekt twierdzi, że to całkiem przyzwoita architektura, jeśli chodzi o formę, podobnie jak kilka innych, podobnych budynków o zaokrąglonych narożnikach, budowanych zapewne gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ale na jeden budynek użytkowany przypadają trzy opuszczone, straszą powybijanymi szybami – bo też zbudowano to miasto dla trzech tysięcy ludzi, a mieszka w nim teraz zaledwie sześćset.

To przetrwalnik, ich jedynym zadaniem jest utrzymać ciągłość rosyjskiej obecności na Spitsbergenie. Kopalnia podobno nie działa, zadaniem górników jest jedynie konserwować urządzenia, budynki i maszyny. Cerkiewka jest ośmioboczna jak molenny Pomorców-staroobrzędowców, którzy na Grumant – jak nazywali Svalbard – pływali już w XVII wieku, polować na morsy, niedźwiedzie i lisy. Ten maleńki kościółek w rzeczywistości nie jest jednak budynkiem sakralnym, tylko pomnikiem dla ofiar wypadku lotniczego z 1996 roku. Prawosławny ksiądz przyjeżdża czasem do Barentsburga, ale nabożeństwa odprawia gdzie indziej, nie w tej niby-cerkwi.

I tyle. Wychodzimy z hotelu – to śmieszne, bo chociaż minęło tylko kilkanaście dni, to już tęskni się do takich cywilizacyjnych osiągnięć jak sedes w toalecie, cola w puszce i piwo. Zabieram parę puszek dla przyjaciół, którzy zostali, chorzy, w obozie, płacimy straszny rachunek, Ukrainka w barze patrzy na nas z rozbawieniem i pogardą. Uzasadnione są jej uczucia, jej płacą, aby mieszkała w tym strasznym miejscu, my zapłaciliśmy, aby tu przyjechać i jeszcze przyszliśmy całą drogę z Longyear na piechotę, marzli w namiotach, białą nocą wartowali przy ognisku ze strachu przez niedźwiedziem, coś, co się pani za barem słusznie nie mieści w głowie, bo w istocie jest to rodzajem dekadenckiej perwersji, co piszę tutaj całkiem na serio, wcale się nie krygując. Bo to przecież nie asceza, za drogo to wszystko kosztuje, aby było ascezą.

I tyle. Nie wyciągnę wniosków, wniosków nie ma. Konceptualizacja rzeczywistości społecznej, czy ludzkiej w ogóle, jest zawsze tej rzeczywistości wymyślaniem, a ja wymyślać nie chcę. Za tym co widziałem, nic się nie kryje, nie ma znaków czasu, jest tylko rozległe uniwersum niepoznawalnego.

I tyle. Wracamy. W spitsbergeńskiej gazecie – Svalbard Posten, redagowany na miejscu, ale drukowany w Tromsø i przywożony na miejsce samolotem – piszą dużo o Rosjanach z Barentsburga. A to, że helikoptery wynajmują do komercyjnych przedsięwzięć, co jest ściśle zakazane, bo się ptaki płoszy. A to, że zbiory barentsburskiego Muzeum Pomorców zawieziono do Longyearbyen aby wyeksponować na czas jakiś w muzeum norweskim. A wcześniej w Barentsburgu odbył się festiwal filmowy, puszczali norweskiego „Ellinga”, strasznie to zabawne.

I tyle. Myślę o rosyjsko-tatarskiej dziewczynce, która żyła trzynaście miesięcy na Svalbardzie i leży teraz w wiecznej zmarzlinie jej maleńkie, smutne ciało.

Arcana, nr 86-87, kwiecień 2009


Galeria:  Spistbergen 2006

Galeria:  Spistbergen 2008

Отличный русский перевод Вы можете найти здесь.

Na marginesie „Ostatnich dni Europy” Waltera Laqueura

Historia ludzkości jest historią rozkwitów, zmierzchów i upadków cywilizacji. Dostrzegali to najwięksi z historiozofów, jak Toynbee, czy Spengler. Książka „Ostatnie dni Europy” Waltera Laquerera, ma nieco odmienny charakter i mniejszy ciężar gatunkowy niż wielkie syntezy klasyków, Laqueur nie pretenduje do historiozoficznej syntezy, oddając się jedynie trafnej analizie teraźniejszości i wskazaniu kierunku, w którym europejska teraźniejszość niechybnie zmierza.

Niewątpliwą i wielką zaletą wykładu Laqueura jest otwarcie na rzeczywistość. Polscy intelektualiści, zarówno prawicowi jak i lewicowi, żyją w świecie ideologicznych konstruktów, przykładając do rzeczywistości społecznej swoje konceptualizacje, często dawno przeterminowane, nie dostrzegając zupełnie istotnych zmian, jakie zaszły w politycznej i społecznej rzeczywistości Europy w ciągu ostatniego półwiecza. Nie chodzi tutaj o fałszywy „koniec historii” europejskiej integracji – lecz o faktyczne, istotne zmiany w europejskiej mentalności, charakterze, wreszcie również w biologicznej substancji, stanowiącej bazę dla naszej kultury (czy raczej, za Spenglerem, już nie kultury, lecz cywilizacji).
Intelektualiści lewicowi w nieskończoność bronią Polski przed krążącym widmem strasznego antysemityzmu, jakby na uniwersytetach ciągle obowiązywały getta ławkowe, zaś intelektualiści prawicowi w swoich filipikach przeciwko niemieckiemu imperializmowi w nieskończoność międlą temat Odwiecznego Planu Zniszczenia Narodu Polskiego, nie zauważając zupełnie, że równie dobrze mogliby ostrzegać przed nowym potopem szwedzkim, bo kulturowo wykastrowani, obezwładnieni poczuciem winy i wymierający Niemcy XXI wieku akurat tyle mają wspólnego z ekspansywnym duchem pruskim, co współczesne szwedzkie lesbijki z Karolem Gustawem i szwedzką rajtarią. Nieliczni intelektualiści środka popełniają zaś błąd największy z możliwych – pogrążają się w dobrotliwej apatii, twierdząc, że za sprawą żółtych gwiazdek na niebieskim tle historia już się skończyła.

Zainteresowanie rzeczywistością, faktycznym jej stanem, występuje wyłącznie na tyle, na ile jakiegoś wydarzenia (wystąpienia Eriki Steinbach, przyprawienia rabina Schudricha sprayem pieprzowym, etc.) można użyć jako pouczającego exemplum. Mamy najczęściej do czynienia z absolutnym prymatem ideologicznego konstruktu, nie doczekały się jeszcze nasze czasy swojego Tocquevilla, który potrafiłby tak opisać post-nowoczesność, jak Tocqueville opisał demokrację w Ameryce.

Laqueur nie daje nam może tak przenikliwej, socjologicznej analizy jak Tocqueville, lecz, co ważne, koncentruje się wyłącznie na rzeczywistości. W bardzo jasnym i klarownym wykładzie opisuje kondycję współczesnej Europy, koncentrując się na trzech elementach: muzułmańskiej diasporze, demograficznym krachu i, w nieco mniejszym stopniu, na trudnościach gospodarczych. Część poświęcona gospodarce jest stosunkowo najmniej interesująca, wynika zresztą przede wszystkim z przesłanek, zawartych w analizach demograficznych perspektyw Europy, nie będę się nią więc tutaj więcej zajmował.

Wizje problemów demograficznych Europy u Laqueura opierają się oczywiście na prostej ekstrapolacji aktualnie panujących trendów w przyszłość i podzielają słabość każdej w zasadzie futurologii, która prawie zawsze opiera się na przesłankach, że w przyszłości będzie tak, jak teraz, tyle, że bardziej. Laqueur zdaje się dostrzegać tę wewnętrzną słabość pisania o przyszłości i w wielu miejscach zastrzega się, iż jego przewidywania mają sens tylko jeśli w nie wydarzy się coś, co mogłoby w sposób nagły odwrócić panujące dziś trendy.

Trudno się jednak z Laqueurem nie zgodzić, kiedy pisze, że nic zgoła nie zapowiada nadejścia takiego zwracającego nagle koleje historii wydarzenia. Trudno wręcz w gęstej substancji społecznej znaleźć miejsce, w którym taki katalizator zwrotu mógłby się pojawić – chociaż, oczywiście, historyczne zwroty zawsze zaskakiwały swoich świadków.

Wniosek z „Ostatnich dni Europy” jest, w każdym razie, bardzo prosty – o końcu Europy zdecydują dwa zasadnicze czynniki: muzułmańska imigracja i ujemny przyrost naturalny wśród białych.

Analizując napływ muzułmańskich imigrantów do Europy, Laqueur zwraca uwagę na szereg faktów istotnych do zrozumienia jej specyfiki. Po pierwsze, porównuje muzułmanów do niemuzułmańskich imigrantów z Indii czy z Dalekiego Wschodu, zauważając zasadnicze różnice w w stosunku do europejskości między wyznawcami islamu, a innymi emigrantami z odległych krajów. Obserwacje Laqueura potwierdzi zresztą każdy, kto przespacerował się ulicami Londynu albo Warszawy: Hindusi, Wietnamczycy lub Sikhowie są imigracją poniekąd „starego typu”, ich imigracja do Europy jest imigracją zarobkową, tak jak chociażby europejska imigracja do USA w XIX wieku, i inne, podobne. Po przyjeździe zajmują się ciężką pracą, ze wszystkich sił unikając konfliktów z gospodarzami, w pokornym konformizmie wobec panujących na miejscu norm. Uprzejmi Sikhowie w turbanach, prowadzący chyba większość sklepików spożywczych w Londynie, czy pracowici Wietnamczycy w Warszawie, nie podpalają samochodów.

Tymczasem, z imigracją muzułmańską jest inaczej. Laqueur podkreśla, że konstytuująca jej charakter cechą jest właśnie islam – geograficzna czy etniczna różnorodność ma znaczenie daleko mniejsze, niż odrębność religijna, łącząca wszystkich muzułmanów – Turków, Pakistańczyków, Arabów – we wspólnotę, ummę. I to właśnie dzięki islamowi imigracja ta ma raczej charakter pełzającego podboju. W szkolnych atlasach historycznych mapy epoki wielkiej wędrówki ludów upstrzone są różnobarwnymi strzałkami, obrazującymi ruchy barbarzyńskich plemion od dziczy do cywilizacji. Być może napływ Turków do Niemiec, północnoafrykańskich Arabów i Berberów do Francji i Pakistańczyków do Wielkiej Brytanii również powinien być zaznaczony taką zmieniającą układ sił strzałką, nie wiemy przecież na pewno jaki dokładnie miały charakter te historyczne migracje – czy były to zwarte masy ludzi płynące przez historię jak rzeka, czy raczej powoli cieknące strużki, przenikające do nowych krain.

Dziś, muzułmanie przybywają do Europy bez broni, lecz nie bezbronni, bo doskonale nauczeni wykorzystywać europejską, ideologiczną słabość i bez wątpienia nie w pokojowych zamiarach. Niczym Hitler w 1933 roku nie kryją, że używają wszystkich europejskich udogodnień, opieki społecznej i każącego promować „multietniczność”, historycznego kompleksu europejskich elit tylko po to, by w końcu zmieść europejską cywilizację z powierzchni ziemi, wcielając jej ziemie do uniwersalnego kalifatu.

To, że kalifat w Europie brzmi dziś jak temat filmu fantastycznego, oznacza jedynie, jak bardzo oszołomieni dobrobytem są Europejczycy początków XXI wieku. Klęskę bowiem Europa ponosi nie na polu bitwy, lecz w kołyskach.

Liczby, które przytacza Laqueur, są bezlitosne. W Europie przyrost naturalny nie zapewni nawet zwyczajnej wymiany pokoleń, w ciągu kilku dziesięcioleci dojdzie do tego, że większość Europejczyków stanowić będą starcy, na których nie będzie miał kto pracować. Nie będzie również miał kto walczyć. Jedynym lekarstwem na to będzie stymulowanie dalszej imigracji. Co sprawi, że gnuśna Europa zginie bez jednego wystrzału. This is the way the world ends. Not with a bang, but a whimper.

Największy dyskomfort przy lekturze rozdziałów poświęconych demograficznej śmierci Europy powoduje fakt, iż nie da się podjąć z nimi polemiki. O ile jeszcze Laqueura interpretacja postaw muzułmańskich imigrantów pozwalałaby komuś zdeterminowanemu oskarżyć tego wyjątkowo zdyscyplinowanego historyka o nierówne rozłożenie akcentów, podkreślanie zjawisk potwierdzających jego tezę i umniejszanie innych, to z prostymi wyliczeniami, ilu będzie za pięćdziesiąt lat Niemców, Francuzów lub Brytyjczyków, a ilu musiałoby być, aby Europa przetrwała, sensownie dyskutować się nie da, bo uderzają lakoniczną oczywistością: po prostu, wymieramy. A na miejsce, które opróżnimy, przyjdą inni.

I w tym momencie „Ostatnie dni Europy” są właśnie najdonioślejsze. Czytelnik uświadamia sobie nieuchronność końca i ta nieuchronność porusza najbardziej i najmocniej zmienia perspektywę. To jak wiadomość o złośliwym raku z przerzutami – nic już nie można zrobić, tylko odliczać dni do końca. Albo modlić się o cud.

Ma oczywiście książka Laqueura swoje braki. Przede wszystkim, drażnić może pewna jej doraźność, będąca może prawem eseju, w przeciwieństwie do syntetycznej monografii – Laqueur zbyt mocno i zbyt często angażuje się w spory z thinkthankowymi myślicielami, piszącymi bieżące książki na potrzeby bieżącej polityki, co nie przydaje, niestety, „Ostatnim dniom Europy” ważności, zwłaszcza przez wzgląd na ostateczną doniosłość tematyki. Kiedy pisze się o końcu liczącej dwa i pół tysiąca lat cywilizacji, można porzucić polemiki z niezbyt znaczącymi pracownikami „intelektualnych zapleczy polityki”, zajmującymi się wyłącznie najbardziej bieżącą tematyką. Temat prosi się wręcz o dzieło i obszerniejsze i, poniekąd, poważniejsze w przyjętej metodologii.

Brakuje też książce Laqueura refleksji nad tym, co doprowadziło Europę do progu jej dni ostatnich. A to wydaje się chyba najważniejszym w tej chwili pytaniem naszej cywilizacji: dlaczego giniemy? Prosta odpowiedź, że taka jest kolej rzeczy lub logika historii – nie wystarcza, czyżbyśmy więc musieli czekać tysiąc trzysta lat na swojego Edwarda Gibbona? Być może to właśnie nienawiść to tego, co przychodzi po upadku – Gibbon nie znosił przecież chrześcijaństwa, które obarczał winą za decline and fall of the roman empire – warunkuje jasne widzenie upadku przyczyn.

Brakuje również Laqueurowi historiozoficznego namysłu nad samym procesem upadku cywilizacji, ten namysł znajdziemy jednak bez trudu gdzie indziej, chociażby u Zdziechowskiego, Spenglera lub nawet u Gibbona. Laqueur napisał zaś raczej książkę, która, chociaż zwięzła, dostarcza tak dużej ilości danych, że mogłaby stać się świetnym materiałem, do spenglerowskiej w stylu, historiozoficznej syntezy europejskiej tożsamości. Bo, warto zauważyć, rzeczona europejska tożsamość przełomu wieków XX i XXI nie doczekała się jeszcze rzeczowej analizy, przez swoich traktowana jako zwieńczający człowieczeństwo stan post-historyczny, niejako domyślny, oczywisty sam przez się, a więc analizy nie wymagający. Wrogowie Europy zaś, nawet jeśli swoich analiz dokonują, aby znaleźć europejskiej tożsamości najsłabsze punkty, to nie zwykli się nimi dzielić.

Potraktować zatem należy książkę Laqueura jako materiał do pracy dla historiozofów. Na dostarczonych przez Laqueura danych i analizach, potężną syntezę mógłby zbudować chociażby Lech Jęczmyk, jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych polskich myślicieli, którego „Trzy końce historii, czyli nowe średniowiecze”, chociaż jest zbiorem tekstów lekkich gatunkowo, felietonów, w mojej biblioteczce stoi zaraz obok „Nowego średniowiecza” Bierdiajewa czy „W obliczu końca” Zdziechowskiego – bo i Jęczmyk jest bez wątpienia autorem tej klasy.

Jakie więc wnioski możemy wysnuć z lektury „Ostatnich dni Europy” na potrzeby współczesnej polskiej publicystyki czy literatury?

Po pierwsze, uważne czytanie Laqueura kazałoby nam niestety odrzucić szereg wątków, obecnych bardzo wyraźnie w paradygmacie konserwatywnego oglądu rzeczywistości.
Pierwszym jest wątek demoliberalnej Unii Europejskiej jako lewicowego imperium, zmierzającego w stronę postępowego totalitaryzmu. Pojawia się ten wątek, trudno mi rozsądzić, czy na serio, czy tylko w roli retorycznej figury, zarówno w publicystyce, i to różnych autorów, jak i w literaturze, szczególnie fantastycznej, gdzie występuje często topos totalitarnej Europy, rządzonej przez lewicowych i liberalnych ideologów, nie wahających się przed użyciem przemocy do obrony postępowego credo – praw zwierząt, homoseksualistów, walki z globalnym ociepleniem, etc. Takie toposy, dobrze rozegrane, pojawiają się w powieściach Ziemkiewicza, czy Wolskiego, czy ostatnio w „Requiem dla Europy” Pawła Kempczyńskiego, w formie zdecydowanie zbyt już nachalnej, co słusznie – chociaż chyba nieco zbyt nerwowo – skrytykował Jacek Dukaj w swoim tekście pt. „Wyobraźnia po prawej stronie”.

Tymczasem, jak wskazuje nam przykład Europy Zachodniej, laicyzacja wcale nie prowadzi do totalitaryzmu. To przyjemne, pisać taką publicystykę pod pozorem literatury: poopowiadać sobie o batalionach feministek, wydzierających kobietom dzieci z łon i zmuszających mężczyzn do kopulowania z kolegami z pracy, ale to wszystko albo figura retoryczna, albo nadmierna bojaźliwość autorów czy publicystów – słowem, bzudry.

W rzeczywistości laicka Europa jest miękka, niezdolna do przemocy wewnętrznej (która jest przecież warunkiem totalitaryzmu), odurzona dostatkiem i rozpustą, zainteresowana głównie konsumpcją, seksem i pochodnymi, oraz skoncentrowana na pokonywaniu komplikacji – postrzeganych jako tragedie – splotu tych dwóch wątków. Tym komplikacjom poświęcona jest znakomita większość współczesnej europejskiej twórczości, literackiej, filmowej i innej, bo też niewiele innego w ogóle jeszcze Europejczyków obchodzi. Są więc Europejczycy społeczeństwem niezdolnym do wydania z siebie aparatu przemocy i władców, koniecznych do wprowadzenia totalitaryzmu, ale ta niemoc ma szersze granice i są Europejczycy również niezdolni nawet do przemocy w imię obrony własnego „stylu życia” – czego jasno dowodzi opisana przez Laqueura absolutna niemoc europejskich państw względem islamskiej imigracji i na co słusznie wskazywała Orianna Fallacci. Muzułmanie w Europie na równi zaś nienawidzą Europy tradycyjnej, chrześcijańskiej jak Europy post-nowoczesnej, rozpustnej i próżnej.

Prawda jest więc o wiele bardziej przerażająca od fikcyjnych orwellowskich feministek, być może zbyt przerażająca nawet dla konserwatywnej publiki, która wiedziona instynktem zgubnym woli skupiać się na – słusznej skądinąd – walce z wrogiem wewnętrznym. Jednakowoż, demoliberalizm zdolny do przemocy wobec ludzi już narodzonych i zdolnych do obrony, nie byłby już demoliberalizmem. Byłby wtedy, być może, zdolny do obrony jeśli nie wartości, to przynajmniej materialnej i biologicznej substancji Europy. Dlatego twierdzę, że „totalitarny demo-liberalizm” to optymistyczna wizja, bo prawdziwa, demoliberalna Europa jest nagą, odurzoną narkotykami kobietą klęczącą w pyle, na łasce niechętnych jej domowi żołdaków. A może już nawet kobietą przerzuconą przez łęk siodła, wiezioną w miejsce, w którym akt się dokona, z twardą ręką porywacza na karku.

Jako krwawe oblicze demoliberalizmu często przedstawia się aborcyjny holocaust, jaki na ołtarzu łatwego życia składany jest każdego dnia we wszystkich, nie wyłączając Polski, europejskich krajach. Prawda jest jednak straszniejsza: ta krwawa ofiara nie dowodzi skłonności Europejczyków do przemocy, lecz tylko tego, że na ołtarzu własnego lenistwa i własnej gnuśności są skłonni złożyć nawet własne dzieci, niczym zbiorowy, laicki Abraham. Ci sami Europejczycy, którzy wcześniej dla łatwiejszego życia wycięli własne dzieci z łon swych kobiet, biernie patrzą przez okna, jak hordy śniadych barbarzyńców podpalają im samochody – wobec kogoś, kto potrafi się bić nie są w stanie bronić nawet własnego lenistwa.

Polski, w której imigracja muzułmańska nie jest problemem, rzecz nie dotyczy tylko pozornie, bo i tak, geopolityczną bezwładnością Rzeczpospolita dołączy gdzieś do ogona tego odurzonego rozkoszą europejskiego peletonu. Będzie miała swój udział w końcu Europy, kiedy wszystko się skończy, za jakieś 40 lat, bo wtedy już w sposób zasadniczy zmienią się proporcje islamskiej mniejszości i białej większości w Europie. I jest ta zmiana nieunikniona, jeśli się weźmie pod uwagę nieubłaganą demografię i niezdolność Europejczyków do przemocy względem obcych. Wtedy nastąpi ostateczny koniec cywilizacji europejskiej, jaką znamy. Być może, oczywiście, Europa zdoła wchłonąć tych śniadych pasterzy razem z ich islamem, tak jak Antyk wchłonął chrześcijaństwo i hordy jasnowłosych barbarzyńców z północy, ale to, co nastąpi potem, to będzie to już inna cywilizacja, nie nasza.

Oczywiście, Laqueur nie jest pierwszą Kasandrą. Początek końca wyznaczyć można w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy Europejczycy ostatecznie z ulgą porzucili kiplingowskie The White Man’s Burden i wyzwoleni z jarzma cywilizacyjnej misji oddali się dolce vita – słowem, kiedy przestali swych najlepszych synów skazywać na wygnanie, aby służyli tym, którzy białego człowieka stali się jeńcami, jak pisał Kipling, półdzieciom i półdiabłom. I już wtedy, czterdzieści prawie lat temu Raspail w „Obozie świętych” nie rozpoznał chronologicznego modelu najazdu, który w rzeczywistości wydarza się poprzez osmozę, przenikanie przez błony granic raczej niż ich rozerwanie – ale poza tym, gnuśną niemoc Europy oddał znakomicie, zarówno bezpośrednio, w fabule powieści, jak i w alegorycznej postaci biskupa, zatopionego w erotycznym transie na pokładzie płynącego w kierunku Europy hinduskiego statku.

Również inne obsesje konserwatywnej publicystyki tracą nieco na ważności po lekturze Laqueura. W Niemczech żyją trzy miliony Turków, i to takich nietkniętych raczej twardą ręką Mustafy Kemala, ojca Turków, który, niczym turecki Piotr Wielki, stwierdził, że jest tylko jedna cywilizacja – europejska i nakazał swoim tureckim ziomkom przybrać europejskie stroje, zgolić brody i ustanowić świecką i nacjonalistyczną republikę. Ci niemieccy Turcy nie są – jak elita tureckiej republiki – tureckimi nacjonalistami, nie czują się też związani jakimiś szczególnymi powinnościami wobec republiki niemieckiej, jako swoją postrzegają przede wszystkim wspólnotę islamu, ummę i to jej pozostają lojalni. Niemieccy Turcy rozmnażają się szybko i ciągle przyjeżdżają nowi, Niemcy zaś wymierają. Czy w obliczu tak wielkiego problemu wewnętrznego Niemiec, zwiększonego jeszcze gigantycznym niemieckim kompleksem historycznym, który moralnie i psychologicznie wiąże Niemcom ręce, ktoś może poważnie obawiać się jakiejś niemieckiej nowej Drang nach Osten? Współczesnych, kulturowo wykastrowanych Niemców, pokornie chylących czoła przed coraz liczniejszymi imigrantami z Turcji bez wątpienia nie nazwałby Roman Dmowski narodem poważnym.

O tym, że książka Laqueura falsyfikuje idiosynkrazje intelektualistów związanych z lewicą pisać szczegółowo nie trzeba, bo rzecz jest oczywista nawet na pierwszy rzut oka. Lewicowe dogmaty multi-etniczności, zajadłe zwalczanie wszelkich objawów ksenofobii, etc. są tylko przyspieszaniem nadchodzącego końca. Końca, po którym – dodać warto – na lewicową serdeczność względem obcych nowi gospodarze Europy raczej miejsca nie znajdą.

Podobnie upaść muszą rojenia umiarkowanych o sympatycznym imperium – a więc o Europie posthistorycznej, wiodącej sobie poczciwy, konsumpcyjny żywot w liberalnym raju, społecznie i socjalnie zaspokojonej, gospodarczo kwitnącej, Europie liberalnego konsensusu. Sympatyczne imperium niezdolne do obrony samego siebie nie może być podmiotem historii, stanie się przedmiotem, atrakcyjnym łupem do zdobycia. I biada tym, którzy z tajemniczego powodu uwierzyli, że żyjemy w czasach, w których nic się już nie może wydarzyć.

Biada zresztą nam wszystkim.

A co się wydarzyć może? Najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju wypadków to Europejczycy z pokolenia na pokolenie wymierający ze starości i zastępowani przez nie przyjmujących europejskiej kultury wieloetnicznych muzułmanów. Wieloetniczność muzułmanów w Europie doprowadzi zapewne do stworzenia zupełnie nowej cywilizacji (czy – za Spenglerem, kultury) islamu wyabstrahowanego z kontekstów arabskich, berberskich, tureckich, pendżabskich czy pasztuńskich, przesiąkniętego pozostałościami europejskiej kultury materialnej. Na naszą cywilizację składają się trzy wątki przeszłości – antyk, chrześcijaństwo i wojenne, rycerskie dziedzictwo barbarzyńców. Islam sprawi, że to nasza cywilizacja stanie się wątkiem przeszłości w nowej kulturze, złożonej z islamu, etnicznych dziedzictw muzułmanów z Afryki i Azji oraz, właśnie, z resztek naszej europejskości. I na pewno nie będzie to już nasza kultura – tak jak nasza Europa nie jest Europą gockiego wojownika czy rzymskiego patrycjusza.
Czy jest więc coś, co pozwalałoby nam myśleć o innym scenariuszu?

Nawet jeśli trudno dziś wyobrazić sobie wizję przeszłości alternatywną do wizji Laqueura, a jednocześnie równie przekonywującą i dobrze umotywowaną, to dobrze przypomnieć sobie fragment pamiętników Winstona Churchilla, w których wspomina on swoje oficerskie, kawaleryjskie czasy u schyłku ery wiktoriańskiej – kiedy młodzi, brytyjscy oficerowie z niepokojem myśleli o swoich karierach, przekonani, iż cywilizowane, europejskie narody ostatecznie już wyrzekły się wojny – gdzież więc będą zdobywać swoje medale i szlify? Martwili się o to na kilkanaście lat przed rzezią Wielkiej Wojny.

Szczepan Twardoch
Arcana, nr 83