Znowu o broni

W nowej „Broni i Amunicji” nr 04/2009 nie znajdą P.T. Czytelnicy mojego felietonu, bom się pisaniem felietonów o broni palnej zmęczył – od dwóch czy trzech numerów w mojej starej kolumnie ukazują się felietony Tomasza Z. Majkowskiego, które czytam z prawdziwą przyjemnością.
Nie o tym jednak chciałem pisać. Jest w nowym numerze „BiA” świetny tekst Zbigniewa Świerczka o nowym, bardzo sensownym projekcie ustawy o broni i amunicji autorstwa Fundacji Rozwoju Strzelectwa, (który szczegółowo scharakteryzowali koledzy ze „Strzału” w którymś z ostatnich numerów). Tekst rozsądny, mądry i rzeczowy, trudno się zresztą innego po koledze Świerczku spodziewać.

W każdym razie projekt ów trafił do Komisji Sejmowej Przyjazne Państwo i został tam, jak wieść gminna niesie, przyjęty bardzo życzliwie przez jej przewodniczącego Mirosława Sekułę. Teraz nadzieję pokładać należy w naszych Czcigodnych Prawodawcach. To znaczy, że nie należy z tą nadzieją przesadzać.
O szczegółach można poczytać tutaj i tutaj. Skrócony zarys projektu znaleźć można na stronach www.ba-bach.pl.

Jakie zaś są szanse na powodzenie naszej beznadziejnej sprawy? W każdym razie, największe jak do tej pory. Co nie znaczy bynajmniej, że duże. Ale rzecz jest o wiele lepiej przemyślana, przygotowana i prowadzona, niż świętej pamięci projekt Andrzeja Czumy. Więc cień nadziei posiadać wolno.

Drgawki

Coś się w końcu ruszyło. No, nie przesadzajmy: drgnęło zaledwie. I zamarło. Nie dalej jak trzy numery temu, w felietonie Sztuka możliwego pisałem o możliwych i nadchodzących zmianach w nieszczęsnej ustawie o broni i amunicji. Nie będę udawał proroka, ani najbardziej przenikliwego analityka sceny politycznej – powiedzmy, że wieść gminna niosła, iż są w Platformie Obywatelskiej siły zainteresowane zmianą status quo, a ja tę wieść gminną pchnąłem dalej, ku P.T. Czytelnikom.

No i siły się pojawiły. 26 marca Andrzej Czuma, poseł PO, człowiek bez wątpienia godzien szacunku chociażby za piękną kartę z biografii, zapisaną działalnością opozycyjną w ROPCiO, zaproponował zmiany w ustawie o broni i amunicji.

Start nie był jednak najszczęśliwszy. Po pierwsze, odebranie poli-milicji prawa do reglamentowania broni i przeniesienie tego prawa na administrację cywilną to pomysł jak najbardziej godzien pochwały. Ale po co mówić o powszechnym dostępie do broni? To przerazi ludzi, zaś inni posłowie PO zostaną przerażeni ludzkim przerażeniem i sprawa ugotowana. Należy mówić o jasnych kryteriach dostępu do broni, mówić o bandytach, którzy wbrew prawu dostawali od poli-milicji pozwolenia na broń, mówić ewentualnie o ułatwionym dostępie do broni palnej dla uczciwych obywateli.

Po drugie, Czuma powołał się na przykład USA, co nie jest najlepszym chwytem retorycznym. Ameryka kojarzy się Polakom ze strugami ołowiu, przemierzającymi ekran kinowy w filmach sensacyjnych, ze strzelaninami w szkołach i tym, że broń można kupić w sklepie jak gazetę. Wszystko to oczywiście jest bzdurą, Stany to inny świat, amerykańska rzeczywistość nijak w powszechnej świadomości nie przekłada się na polską. Zresztą – zdanie broń dostępna jak w USA nic nie znaczy, bowiem kwestia dostępności broni i prawa do jej noszenia w Ameryce zależy od lokalnych regulacji. Zupełnie inaczej sprawy mają się w stanach gun-friendly, jak Vermont czy Alaska, a zupełnie inaczej chociażby w Washington D.C, gdzie lokalni prawodawcy postawili sobie chyba za punkt honoru przegonić Wielką Brytanię.

Jeśli poseł Czuma chciał powołać na przykład zagraniczny, to trzeba było się odwołać do Czech. Tamtejsze regulacje dotyczące broni palnej są rozsądne i sensowne (moim zdaniem, można je wręcz skopiować), a występują w bardzo podobnym kontekście kulturowym do naszego. A przede wszystkim – nikogo nie odstraszą, bowiem niewielu odwiedziło Stany Zjednoczone, natomiast w Czechach był chyba każdy i jeszcze chyba nikogo tam szalony Czech ze strzelbą nie zastrzelił. Zdaje się zresztą, że podczas krótkiego, medialnego zainteresowania całą sprawą, poseł Czuma zweryfikował swoją retorykę i podczas wystąpień w telewizji powoływał się już na przykład czeski.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Koledzy z klubu PO ustami posła Zbigniewa Chlebowskiego oświadczyli, iż klub PO nie popiera pomysłu posła Czumy. A dlaczego? Tego dokładnie nie wiadomo, ale jako uzasadnienie swojego niepopierania poseł Chlebowski wyrecytował następujące rewelacje: obowiązująca ustawa o broni i amunicji jasno określa, jakie warunki musi spełnić osoba ubiegająca się o zezwolenie na broń. Komendanci wojewódzcy mają po pierwsze cały system ewidencji, po drugie cały system kontroli tych, którzy mają broń i w jaki sposób jest ona wykorzystywana. I po trzecie dzisiaj jest bardzo rygorystyczna procedura uzyskania zezwolenia na broń, łącznie z badaniami psychotechnicznymi, które ubiegający się o broń musi przejść.

O co chodzi – dokładnie nie wiadomo. W jaki sposób argumentem przeciwko liberalizacji prawa o broni miałoby być opisanie stanu faktycznego – to jest ścisłego tej broni reglamentowania – pojąć może chyba tylko dialektyczny umysł posła Chlebowskiego, tudzież innego sejmowego intelektualisty. Grunt, że Czuma dostał po uszach i pokazano mu, gdzie jego miejsce. Natychmiast w mediach pojawił się też nieśmiertelny ekspert od wszystkiego co strzela (czy jakiś inny ekspert własnoręcznie przestrzelił sobie kolano?) i z miną człowieka, który ma coś do powiedzenia wypowiedział się – mniej więcej –
że absolutnie obywatele nie mogą mieć broni, albowiem tylko w ręku ludzi resortu broń znajduje się na swoim miejscu. Troszkę koloryzuję, ale tylko troszkę. Zresztą, co będzie miał ów łysy bóg polskiego antyterroryzmu do powiedzenia łatwo było przewidzieć, natomiast przykrym zaskoczeniem okazał się Roman Polko, który z wysokości swoich generalskich gwiazdek uznał, iż broń palna posiada czarodziejskie właściwości tłumienia superego i wzmacniania destrudo u każdego, kto nie posiada stopnia służbowego. A policja powinna zachować swoje uprawnienia, bo zna się na broni. Stężenie (bez)sensu podobne jak u posła Chlebowskiego.

Z zawodowego obowiązku zajrzałem również na internetowe forum poli-milicyjniaków i dzielni pogrobowcy towarzysza Dzierżyńskiego jak zwykle mnie nie zawiedli: mówiąc w skrócie, im broń należy się jako przywilej (nie jako narzędzie do pracy – właśnie jako przywilej!), bowiem źle zarabiają, a obywatel niech sobie znajdzie inne hobby. Głównym zaś argumentem towarzyszy poli-milicjantów jest fakt nieodpowiedzialności i głupoty Polaków. Czesi niechże sobie broń mają, ale niedorozwinięci Polacy natychmiast by się wszyscy pozabijali. Podobną retorykę o głupocie Polaków, których trzeba krótko trzymać za pysk, znalazłem kiedyś w wypowiedziach generalnego gubernatora Hansa Franka, nasi poli-milicjanci zapewne znaleźliby z Parteigenossen z NSDAP płaszczyznę porozumienia.

Trochę sam jest sobie winien poseł Czuma, przez zawalony z PR-owego punktu widzenia debiut – a z drugiej strony, trudno mieć doń pretensje, w końcu przynajmniej spróbował, licząc może przynajmniej na solidarność swoich kolegów klubowych. I zapewne jakieś poparcie ma, chociażby posła Niesiołowskiego, ten jednak jest kimś, komu raczej się w PO zleca różne zadania, niż kimś, kto mógłby mieć wpływ na kształt polityki rządzącej w Polsce partii. Trudno zresztą, z oczywistych przyczyn, posła Niesiołowskiego traktować poważnie, skoro jeszcze kilka lat temu o swojej aktualnej partii wyraził się, iż jest ona ugrupowaniem dającym popisy hipokryzji i cynizmu, żerującym na znanych fobiach, ignorancji i naiwnej wierze wyborców. Tutaj się akurat z posłem entomologiem zgadzam, ale chociażby ze względu na powyższe jego pomoc nie zda na wiele się posłowi Czumie i nam, strzelcom.

Zupełnie inna byłaby medialna waga poparcia, udzielonego dzielnemu posłowi przez marszałka Komorowskiego, który – co przyznaję chętnie bez względu na polityczne sympatie – dla strzeleckich środowisk ma zasługi większe, niż wszyscy inni politycy razem wzięci. Jednak marszałek Komorowski tym razem milczy. Prezydium PO zdecydowało zaś, iż projektem Czumy zajmie się dwóch posłów (których nazwisk nikt absolutnie nie chce zdradzić) i kiedy ci posłowie już się nad projektem popracują, zwrócą się do prezydium PO z sugestią, co dalej należy z projektem zrobić. Na przykład złożyć w sejmie, albo wyrzucić do kosza. W każdym razie, podobno wola polityczna zmiany ustawy o broni i amunicji w PO jest. I rozbieżność zdań w temacie broni również jest.

A poseł Andrzej Czuma, człowiek, który na serio angażując się w działalność opozycyjną w PRL bardzo wiele wycierpiał ze strony wiadomych, komunistycznych służb, właśnie dowiedział się, że w komisji śledczej ds. zbadania rzekomych nacisków na organa ścigania, której Czuma jest przewodniczącym, ekspertem został zarekomendowany przez posła Partii Demokratycznej Widackiego były funkcjonariusz SB, wielce zasłużony na polu zwalczania krakowskiej opozycji, nazwiskiem Jerzy Stachowicz, w III RP dzielnie służący w szeregach UOP i ABW, przez prezydenta Kwaśniewskiego odznaczony nawet Srebrnym Krzyżem Zasługi. Podejrzewam, że czeka jeszcze posła Czumę wiele zdziwień. A w kwestii wiadomej ustawy życzę posłowi powodzenia i za Tomaszem Gabisiem wznoszę konserwatywny toast: Wypijmy za niebywałe powodzenie naszej beznadziejnej sprawy!

Tekst napisany w początkach maja br.

Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 03/2008

Napoleon i innowatorzy

W jednej ze moich książek, w której fabuła wiąże się z nieco innym przebiegiem historii, niż ten, który znamy z podręczników, pozwoliłem sobie, z rozmysłem, na pewien anachronizm, wprowadzając na przełomie XVIII i XIX wieku do masowej produkcji w Austrii karabiny szwajcarskiego wynalazcy Samuela Pauly’ego. Masowo produkowana broń odtylcowa musiałaby zmienić oblicze wielkich wojen z początków XIX wieku – gwintowany karabin, z którego można strzelać celniej, dalej i osiem razy szybciej, a na dodatek na leżąco natychmiast zdezaktualizowałby wszelkie regulaminy polowe piechoty, zmieniłby ekwipunek i mundury – bo skoro strzela się na leżąco, to trzeba mieć ze sobą narzędzie, za pomocą którego można przygotować sobie stanowisko strzeleckie. Tym sposobem łopatka stałaby się standardowym wyposażeniem żołnierza już w początku XIX wieku. Razem z nadejściem łopatki, w niepamięć odejść musiałyby białe rajtuzy francuskiej czy austriackiej piechoty, wraz z białymi kurtkami, bo najlepszy nawet pułk piechoty po jednym dniu kopania okopów zdecydowanie nie cieszyłby więcej oczu swojego Inhabera. Zmian takich potrzebowałem ze względów fabularnych, stąd pomysł.
Continue reading

Broń i nie-broń

Adolf Hitler wierzył, że uda mu się wygrać wojnę dzięki Wunderwaffe. Wierzenia te rzutowały na całą niemiecką filozofię przemysłu zbrojeniowego podczas drugiej wojny światowej, której główną zasadą był nacisk na technologiczną przewagę i jakość uzbrojenia – masowa produkcja miała znaczenie drugorzędne. Stąd wynikały takie absurdy jak angażowanie wielkich sił i środków w produkcję np. Jagdtigerów – osiemdziesiąt wyprodukowanych pojazdów nie mogło mieć żadnego wpływu na losy frontów, po których toczyły się czołgi liczone w dziesiątkach tysięcy. Zgodnie z prawem Lanchestera, podwajając siłę ognia jednego żołnierza w jednostce osiągniemy mniejszy wzrost siły jednostki, niż podwajając jej liczebność przy zachowaniu dotychczasowej siły ognia każdego żołnierza– nawet nie odwołując się do upraszczających rzeczywistość matematycznych modeli, większość badaczy tematu zgadza się co do tego, że zamiast inwestować potencjał intelektualny i produkcyjny w nowe czołgi, III Rzesza lepiej by wyszła na ciągłym udoskonalaniu i masowej produkcji swojego podstawowego czołgu, PzKpfw IV, który – przynajmniej w wersji G i H – był przecież równorzędnym przeciwnikiem dla sowieckich T-34 i amerykańskich Shermanów.

W przypadku czołgów z drugiej wojny światowej przewaga technologiczna jest sprawą relatywnie prostą do obliczenia, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wystarczy przypisać odpowiednią wartość skuteczności działa i odporności pancerza, potem oszacować jeszcze właściwości trakcyjne, niezawodność i wizualną wykrywalność.

W praktyce, znaczenie miały jeszcze drobniejsze sprawy techniczne, typu szybkość obrotu wieży, jakość przyrządów celowniczych, przenoszony zapas amunicji – etc., ale znaczenia miały również kwestie, które określę sobie na potrzeby tego felietonu, kwestiami kulturowymi.

Nie chodzi mi tutaj tylko o gęby mitologicznych zwierząt, jakie Amerykanie wymalowywali na swoich czołgach podczas wojny koreańskiej, wierząc, że bez wątpienia przestraszą zabobonnych Koreańczyków – co jest, swoją drogą, klasycznym przykładem splotu amerykańskiej etnograficznej naiwności i arogancji – bo czymże innym może być założenie, że Koreańczyk mógłby się nie przestraszyć działa i karabinów maszynowych zwykłego czołgu, ale ten sam czołg z wymalowanym zębatym pyskiem tygrysa miałby u tego samego Koreańczyka wywołać atak paniki.

Kwestią kulturową jest więc absolutna nadreprezentacja Panter i Tygrysów w wielu osobistych relacjach z wojny – można odnieść wrażenie, że polscy, brytyjscy czy sowieccy żołnierze prawie nie spotykali innych niemieckich czołgów, co oczywiście jest zupełnie niemożliwe. Swój udział miała też w tym niemiecka propaganda – „tygrysów królewskich” było pół tysiąca, ale na niemieckich zdjęciach pojawiają się częściej niż dziesiątki razy liczniejsze „czwórki”.

Czołg jest jednak zjawiskiem świeżym, nie ma jeszcze stu lat. Kulturowa percepcja zaś obejmuje każdą broń, determinując nie tylko jej skuteczność, ale również to, czy dana rzecz w ogóle jako broń będzie postrzegana. Nikt nie ma wątpliwości, że nóż kuchenny nie ma kulturowego znaczenia broni, chociaż oczywiście może być użyty jako narzędzie do walki, tak samo jak nożyk do tapet, noga od krzesła, butelka, latarka czy cokolwiek innego, czym da się wygodnie bliźniego zdzielić w łeb, dźgnąć lub ciachnąć. W kwestii różnych „tactical folderów” sprawa jest bardziej rozmyta – sama nazwa sugeruje zastosowanie taktyczne (ale chyba nie w skali batalionu?), ale człowieka niezbyt zorientowanego w temacie łatwo przekonamy, że ma do czynienia ze scyzorykiem – użytkowym nożem noszonym w kieszeni celem obierania jabłek i otwierania listów. Co, swoją drogą, może zasadniczo zwiększyć nasze szanse w sądzie, gdybyśmy się, nie daj Bóg, tym „tactical folderem” kiedyś obronili. Natomiast, nóż sprężynowy jest jako broń identyfikowany jednoznacznie.

Nóż sprężynowy jest bronią, natomiast – zdaje się – jako broń nie są już postrzegane różnego rodzaju szable, miecze i rapiery, które nabrały raczej kulturowego znaczenia artefaktu – przedmiotu kolekcjonerskiego lub hobbystycznego, zabytku, kuriozum. Identyfikację jako broń zachowała w większym stopniu stara broń palna – karabin skałkowy jest postrzegany jako broń, pochodząca z tego samego okresu szabla kawaleryjska już nie. Jest to prawdopodobnie funkcja zatarcia pamięci o faktycznej funkcji mieczy i szabel – jeszcze w 1940 roku, w okupowanym przez Sowietów Wilnie za posiadanie szabli groziły takie same sankcje karne (czyli kara śmierci) jak za posiadanie broni palnej, co zobrazował Józef Mackiewicz w symbolicznej scenie w powieści „Droga donikąd” – kiedy główny bohater, biedując, usiłuje sprzedać starą, rodzinną karabelę – i jeden z ludzi, do których zwraca się z ofertą sprzedaży, reaguje paniką, krzycząc, że Sowieci nie będą pytać ile ta szabla ma lat, dwieście czy dwa, broń to broń.

W polskim prawie bronią wymagająca pozwoleń lub rejestracji są pałki imitujące kije bejsbolowe, kastety, nunczaka i ostrza ukryte w laskach – z wyjątkiem tej ostatniej, prawo postępuje tutaj za kulturowym rozróżnieniem na broń i nie-broń. W Wielkiej Brytanii na listę broni zabronionej (nomen omen) wciągnięto ostatnio japońskie miecze, katany – podobno dlatego, że tanich, chińskich imitacji katan chętnie używają różnego rodzaju przestępcy. Nie chce mi się jakoś w to wierzyć, sądzę, że jest to raczej pochodna tego, że miecz japoński jest jedyną długą bronią białą, która często pojawia się w kinie w roli broni we współczesnym kontekście. Bohaterka „Kill Bill” macha kataną właśnie – a nie szablą kawaleryjską czy długim mieczem, co spowodowane jest zapewne rozrośniętą do groteskowych rozmiarów legendą japońskiej broni – vide opowieści o katanach tnących lufy czołgowych dział. Posiadania rapiera lub topora nikt jeszcze w Albionie nie zabrania – i nie ma tutaj co ironizować, czy brytyjski przestępca, któremu odebrano prawo posiadania katany, jest na tyle głupi, że celem zrealizowania swych morderczych instynktów nie zastąpi katany szablą po dziadku-kawalerzyście – bo jeśli uliczny bandzior rzeczywiście nosił katanę (w co, jak mówiłem, niespecjalnie wierzę) to nie robił tego dla zaspokojenia swojego destrudo, ale po to, by groźnie się prezentować, tak groźnie jak bohaterowie kina akcji. Zaś z szablą po dziadku nie prezentowałby się groźnie, lecz groteskowo.

Kulturowe rozróżnienie na bron i nie-broń nie koresponduje więc w jakiś szczególny sposób z autentyczną wartością bojową broni. Zgodnie ze wspomianym prawem Lanchestera, cztery czołgi PzKpfw IV przwyższały siłę bojową jednego Tigera II, kosztując niemieckiego podatnika tyle samo, lub mniej – nie towarzyszy im jednak żadna legenda. Szablą można chlasnąć równie dobrze jak kataną. Noga od krzesła w roli pały sprawdzi się tak samo jak tzw. „bejzbol”, jednak to „bejzbol” trafił na billboardy i dorobił się czarnej legendy. Swoją drogą, a propos billboardów, to „bejzbol” rzeczywiście nie służy do zabijania, tylko do bicia – gdyby celem bandziorów było zabijanie, użyliby siekiery albo noża, równie dostępnnych, a bardziej zabójczych. Sensu tamtej kampanii społecznej nie zrozumiałem do dziś.

Chciałoby się więc zaryzykować tezę, iż o tym, co jest kulturowo identyfikowane jako broń, a co nie, decyduje powszechność zbrojnego użycia danego przedmiotu – szable i miecze już nie są bronią, bo nikt nikogo nimi nie siecze, zaś bejzbol owszem, bo ktoś kogoś nim tłucze – jednak przypadek siekiery, która wśród ludu polskiego jest częstym narzędziem zbrodni i groźby, a jednak postrzegana jest jako narzędzie i nie trzeba jej rejestrować w powiatowej komendzie policji, obala taką koncepcję.

Nie ulega jednak wątpliwości – obiektywnie istnieją jedynie kawałki metalu i drewna, połączone ze sobą w skomplikowany sposób. To, czy dany stalowy odważnik na patyku jest młotkiem, narzędziem do wbijania gwoździ, czy bronią, narzędziem do rozbijania głów, jest już tylko interpretacją tego obiektywnego faktu.

Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 01/2008

Sztuka możliwego

Jeden z moich ulubionych mężów stanu, Otto von Bismarck, powiedział, iż polityka jest sztuką możliwego. Na polityce Żelazny Kanclerz znał się jak mało kto, więc możemy mu w tej kwestii zaufać. Przywołałem tutaj tę maksymę nie bez powodu, gdyż w tym felietonie zajmę się kwestią polityczną, bo kwestią polityki jest sprawa reglamentacji broni w Polsce.

Temat ten zdecydowałem się poruszyć ze względu na zmianę konfiguracji politycznej po ostatnich wyborach. Wygrana PO sprawiła, że szansa na zmianę dotychczasowej polityki względem strzelców i strzelectwa wzrosła z poziomu minimalnego do, powiedzmy, niewielkiego. A to już coś, chociaż tylko troszeczkę.

W świecie szerokim, zwolenników łatwego dostępu do broni palnej najczęściej łączy się z prawicą, przeciwników zaś – z lewicą. Warto pamiętać, iż postawa taka nie jest odwieczna i pochodzi z USA, gdzie prawicowość – czy konserwatyzm – zawsze, z oczywistych powodów, miał demokratyczny charakter. W Europie bywało różnie. W Polsce zaś jest jeszcze bardziej różnie.
Najważniejszą sprawą, jaką należy sobie uzmysłowić, jest społeczna trzeciorzędność całego problemu. O ile right to bear arms jest jednym z centralnych tematów polityki amerykańskiej i w zasadzie każdy w USA ma jakieś zdanie na ten temat, to dostęp do broni w Polsce jest problemem społecznie nierozpoznanym. Mieliśmy do czynienia z narodowymi dyskusjami w kwestiach aborcji czy wejścia do UE. W tej ostatniej dyskusji, za pieniądze z podatków, przekonywano podatników, na którą opcję mają zagłosować. Słowem – niezależnie od poglądów, każdy, kupując benzynę czy wypełniając PIT dołożył się do euroentuzjastycznej propagandy. Przypominam o tej sprawie, ponieważ jest symptomatyczna dla modelu polskiej demokracji. Gdyby do społecznej debaty na temat dostępu do broni kiedykolwiek doszło (w co nie wierzę, nawet jeśli reglamentacja broni zelżeje, to wszystko odbędzie się chyłkiem i pies z kulawą nogą się kwestią nie zainteresuje), to można się spodziewać, że z budżetu sfinansowana zostanie kampania na rzecz słuszniejszej opcji.

Chociaż nie znam żadnych badań, które zajmowałyby się recepcją kwestii posiadania broni palnej przez obywateli w Polsce, to socjologiczna intuicja mówi mi, że zasadnicza część polskiego społeczeństwa, zupełnie niezainteresowana problemem, jeśli zostanie zmuszona do zajęcia stanowiska, to opowie się raczej przeciwko postawie, reprezentowanej zapewne przez większość czytelników BiA. Dlaczego? Przyczyn polskiej hoplofobii jest kilka, ale najistotniejszą jest nieobecność broni palnej w życiu przeciętnego Polaka. Typowy mężczyzna strzela dziesięć razy z kabekaesu w szkole średniej, zaś później, nieliczni, którzy załapią się na pobór, oddają może dwadzieścia strzałów podczas rocznej służby. W obu przypadkach samo wzięcie broni do ręki otoczone jest wielkim i podniosłym ceremoniałem, na końcu którego trudno bez drżenia chwycić kałasza. Wśród moich rówieśników zasadnicza większość nie miała nigdy broni palnej w rękach i całą wiedzę na jej temat kształtuje na podstawie filmów. Nic więc dziwnego, że pistolet czy karabin jawi się Kowalskiemu jako magiczny artefakt, obdarzony własną wolą i kapryśną naturą, objawiającą się tym, że raz do roku, nienabity, sam strzela. Dodać należy, że nie wszystkie środowiska strzeleckie popierają liberalizację dostępu do broni. Często można spotkać się z postpeerelowską mentalnością, podług której strzelba w domu to nieomal feudalny przywilej, którego, ma się rozumieć, należy zazdrośnie strzec.

Nie bez powodu rozpocząłem ten felieton od cytatu z Bismarcka. Polityka jest sztuką możliwego. Dlatego powyższej diagnozy nie należy odczytywać jako żalów na – jak pisze Rafał Ziemkiewicz – polactwo, że głupie. Sytuacja społeczna jest, jaka jest i skuteczna działalność polityczna w rzeczywistości demokratycznej wymaga jej świadomego rozeznania.

Konsekwencją społecznego klimatu są stanowiska partii politycznych w Polsce, które zdania na temat broni po prostu nie mają. Prawicowo-lewicowa dychotomia w tej kwestii nie istnieje, ponieważ nie jest to problem istotny. Próba doklejenia broni do zestawu tego, co w Polsce uważa się za prawicowe jest z góry skazana na niepowodzenie, gdyż rozróżnienie prawica-lewica nie jest wcale takie fundamentalne, jak się niektórym wydaje i w różnych krajach opiera się na różnych wyznacznikach. W Ameryce liczy się stosunek do broni i wolnego rynku, ale w Izraelu jedynie stosunek do Arabów, z którymi lewica chce się dogadywać, a prawica nie.

W Polsce kryteria są jeszcze inne. Nielicznych zwolenników zliberalizowania dostępu do broni można znaleźć w szeregach wszystkich liczących się partii, ale mało kto chce o tym mówić głośno, gdyż mało kogo rzecz obchodzi, a czas w telewizji wśród polityków jest dobrem pożądanym, które należy rozsądnie wykorzystać. Należy więc nastawiać się na współpracę nielicznych sprawiedliwych, bowiem próba uczynienia z broni postulatu walki politycznej – przy całej niepopularności tematu wśród społeczeństwa – może doprowadzić jedynie do tego, że nie chcąc zrazić wyborców, politycy wszystkich opcji łatwo zgodzą się, że trzeba tego zabronić. Ostatnie wybory pozwalają mieć pewną nadzieję, że coś się w Polsce zmieni nie dlatego, że wygrała akurat PO. W definicji cudu nie zawiera się broń dla ludu, chociaż w szeregach PO jest Bronisław Komorowski, któremu strzelcy czarnoprochowi zawdzięczają uwolnienie replik broni historycznej.

Niemożliwa jest więc nagła, raptowna zmiana charakteru narodowego Polaków. Polska nie stanie się drugą Szwajcarią, krajem, w którym rezerwiści przechowują swoją wojskową broń w szafie koło łóżka. Praca organiczna, u podstaw, na rzecz popularyzacji strzelectwa jako sportu lub rekreacji ma sens, jednak tylko wtedy kiedy obliczona jest na kilka dekad, bo trzeba pokoleń, aby charakter narodowy zmienić.

Jeśli zależy nam na zmianach jeszcze w ciągu naszego życia, to tym nadzieje należy wiązać z typowym dla pierwszych miesięcy każdego rządu pewnym chaosem decyzyjnym i ulatniająca się wraz z czasem chęć dokonania jakiejś zmiany. Rząd Tuska nie pójdzie na wojnę z establishmentem, nie będzie więc narażony na zmasowany atak ze strony mediów – w takim sprzyjającym klimacie, w ciągu najbliższych paru miesięcy coś może się udać. Szansa na to jest niewielka, bo zdecydować o całej sprawie mogą zupełne drobiazgi – ot, ważny polityk PO wstanie w złym humorze, spojrzy na projekt nowej ustawy i uzna, że notowania partii mogłyby spaść za sprawą tabloidowego nagłówka ostrzegającego przed nadchodzącymi czasami strzelanin na ulicach – i szlus, sprawa padła.

Z tego powodu, całą nadzieję należy pokładać w delikatnych, zakulisowych działaniach lobbingowych. Takie działania umożliwiły Polakom dostęp do broni czarnoprochowej – przecież gdyby ogłosić w narodzie referendum, to pasjonaci coltów navy swoje cacka mogliby sobie pooglądać przez szybkę w Muzeum Wojska Polskiego. Wszelkie akcje przekonywania społeczeństwa, że broń to narzędzie jak każde inne, nie mają większego sensu, może poza informacyjnym, obliczonym na dekady. Nie mamy swojego NRA, które mogłoby takie działania koordynować i finansować, a PZSS, jeśli reprezentuje kogokolwiek – poza działaczami, to na pewno nie strzelców, którym potrafi jedynie uprzykrzać życie. Poza tym, musiałby się jeszcze znaleźć ktoś, kto chciałby takiego przekazu słuchać, a kogo w Polsce obchodzą jakieś tam pistolety?

Dlatego nie należy się spodziewać, że broń w polskim sklepie będzie się nabywało równie łatwo jak w szwajcarskim. Wszystko na co możemy liczyć, to odebranie policji prawa do reglamentowania dostępu do broni (co jest kwestią najważniejszą!) i przeniesienie tego prawa na administrację cywilną (gdzieś w okolice urzędów wojewódzkich) oraz zniesienie urzędniczej uznaniowości w decyzji, czyli oparcie jej na łatwiejszych lub trudniejszych, acz jasnych kryteriach. Gdyby się jednak udało – na co, powtarzam, szanse są niewielkie – to byłoby to już i tak bardzo wiele. Bo polityka jest sztuką możliwego.

Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 06/2008

PS. Felieton sprzed trzech miesięcy. Do marca 2008 żadnych ruchów politycznych w sprawie zmiany ustawy nie zauważyłem.

Z dłonią zaciśniętą na kolbie

Pisałem jakiś czas temu na łamach „BiA” o szerokim spektrum bronioznawczej kompetencji pisarzy. Podzieliłem wtedy literatów na dwie grupy, na tych, którzy się znają na rzeczy, i na tych, którzy o broni palnej piszą bzdury. Siebie oczywiście , jako zarozumialec, zaliczam do grupy pierwszej, ale nie o sobie będę tutaj pisał, gdyż felieton ten będzie poświęcony tym, którzy piszą o broni, ponieważ jej używali.

Rzecz może być myląca. Uczęszczam przecież na strzelnicę, gdzie przepuszczam autorskie honoraria przez lufę. Słowem, strzelam często i regularnie, w ciągu roku odpalam być może więcej nabojów, niż Ernst Jünger miał okazję wystrzelić bojowo w czasie całej I Wojny Światowej, jako żołnierz linowy i potem oficer, dowodzący doborowymi oddziałami szturmowymi. A jednak, to on używał broni, ja jedynie się nią bawię. I niczego nie zmienia tutaj fakt, że mógłbym szczegółowo opisać mechanizm ryglowania nulachty, jak nazywano P08 na Śląsku. Mój pradziadek nie miał zapewne pojęcia o tym, że jakieś tam ryglowanie w ogóle w parabelce występuje, a jednak to on bronił tym pistoletem swojego domu i swojej rodziny. Jünger i miliony innych, w tym moi przodkowie i krewni na wszystkich frontach wojen środkowej Europy broni używali. Ja, dzięki Bogu, mogę się bronią bawić i pisać o tych zabawach felietony.

Bohaterem tego tekstu będzie więc pisarz, taki, o którym na łamach „BiA” jeszcze nie pisałem. Więź, łącząca pióro i broń zdaje się być tematem niewyczerpanym, rozpiętym gdzieś między biegunami Hemingwaya i Baczyńskiego. Pisarz, który wystąpi w tym felietonie miał jednak cechę, która odróżniała go od innych, którzy łączyli maszyny do pisania z maszynami do strzelania.

Jünger o spluwach pisze beznamiętnie i rzadko. Ot, upycha w kieszeni kurtki parabellum, z tyłu, w spodniach małego mausera, a na piersiach kiście granatów. Gdybym szukał bliskiej analogii, Jünger traktuje broń tak, jak myślimy dziś o komputerach, na których pracujemy. Są nam potrzebne, wybieramy je starannie, bo wolimy, aby nie zawiodły przez dwa czy trzy lata, ale przecież pozostają tylko narzędziem, przedmiotem – można swojego laptopa lubić, ale nie wiążą się z nim gorące emocje. Tak Książę Piechoty traktował pistolet. Vladimir Volkoff z kolei o broni pisze z pasją i emocjami, ale pistolety pojawiają się u niego w kontekście bardzo bezpiecznym. Strzelnica, wydzielane ostrożnie przez emerytowanego sierżanta naboje. Samo wyniesienie rewolweru ze strzelnicy jest aktem transgresji, aż czujemy, jak autorowi trzęsły się ręce, kiedy opisywał swojego bohatera, który zabiera nielegalnie broń. Dla Vokloffa broń jest czymś otoczonym nimbem niesamowitości, czymś tajemniczym, groźnym i pociągającym zarazem.
Sergiusz Piasecki, zaś, bo o nim opowiada ten felieton, nosił broń na co dzień, jako narzędzie swojej mrocznej pracy, a jednak nie traktował jej chłodno. Pistolet w garści dla Piaseckiego był nie tylko gwarantem najgłębszej, osobistej wolności, był też tej wolności symbolem.

Nie będę tutaj pisał kiedy i gdzie się urodził, bo zainteresowany P.T. Czytelnik sam to sobie łacno sprawdzi. Ważne, że był synem zruszczałego, polskiego szlachcica i Białorusinki. Wychowywał się zanurzony w sferze kontinuum dialektalnego, obejmującego swymi krańcami, z jednej strony, język rosyjski, z drugiej zaś polski, a wypełnionego szeregiem dialektów białoruskich. Rosyjski traktował jako język ojczysty. Rewolucję widział w Moskwie, tam nabawił się wstrętu do bolszewizmu, walczył potem z bolszewikami w szeregach białoruskiej partyzantki. Był związany z światem przestępczym Mińska. Później walczył z komunistami w Dywizji Litewsko-Białoruskiej u boku wojsk polskich, bronił Warszawy, i w efekcie, jak kiedyś pisał o nim Potocki na łamach „Życia” – „antybolszewizm zbliżył go do polskości”. Bo wojnie, zdemobilizowany, tułał się, ulegając swojej obsesji – poszukiwaniu mocnego życia. Fałszował czeki, otarł się o studio, w którym produkowano pornograficzne zdjęcia, aż w końcu wstąpił do wywiadu wojskowego, zwanego wtedy zakordonowym. Jego muttersprache był rosyjski, znał jednak również dialekty ruszczyzny i białoruszczyny od Mińska po Moskwę, miał ojca w sowieckim Mińsku, znał ludzi, obyczaje i drogi, a był przy tym szaleńczo, straceńczo odważny – idealny kandydat na szpiega. Chodził do Rosji Sowieckiej przez kilka lat, wracał, wszystko piechotą, przez granicę, z pistoletem i latarką w kieszeni. Lubił żyć szeroko, przepuszczał ogromne sumy pieniędzy, którymi gardził, a że wywiad płacił źle, to w końcu zaczął imać się przemytu, który kwitł wtedy na granicy. Został podporucznikiem i kokainistą. I za kokainę z wywiadu wyleciał i kokaina popchnęła go do jakichś szalonych napadów z bronią w ręku. Nikt nie zginął, ale Piasecki trafił do więzienia z wyrokiem piętnastu lat.

Dopiero w Świętym Krzyżu, najcięższym więzieniu w przedwojennej Rzeczpospolitej, nauczył się literackiej polszczyzny i zaraz w tej polszczyźnie napisał książkę o życiu przemytników, pod tytułem „Kochanek wielkiej niedźwiedzicy”. Książkę przeczytał Wańkowicz i za jego sprawą, Piaseckiego uwolniono z więzienia po jedenastu latach, w 1937. Rzucił się w wir życia literackiego, w dedykacji dla Witkiewicza podpisał się „Król granicy, bóg nocy, który stoczył się do poziomu literata polskiego”. Pisał dalej, szybko i dużo, książki o życiu w wywiadzie („Piąty etap” i „Bogom nocy równi”) i o mińskim półświatku, wszystko autobiograficzne. ale tylko dwa lata dane mu było sycić się życiem literata, bo przyszła II Wojna Światowa, i znów cenniejsze stało się celne strzelanie z pistoletu, niż trafny dobór słów. Piasecki został dowódcą grupy egzekucyjnej wileńskiego ZWZ, a potem AK, wykonywał wyroki śmierci, wydane przez podziemny sąd, ale nigdy nie złożył przysięgi, bo był na to zbyt niezależny. Uratował życie Józefowi Mackiewiczowi, niesłusznie oskarżanemu o współpracę z Niemcami, włamał się do siedziby gestapo i wyniósł stamtąd dokumenty dotyczące Katynia. Słowem, żył szeroko, a umarł na emigracji, dwadzieścia lat później – z Polski uciekł przed bolszewikami w 1945, do Włoch, osiadł w Londynie.

Książki Piaseckiego, tak jak jego życie, kręcą się dookoła broni. Pisze o niej ze znawstwem, ale jest to kompetencja praktyka. Nagan, parabellum, płaski brauning – „maszyny”, jak na rewolwery i pistolety mówi się na pograniczu. Nosi tych „maszyn” ze sobą imponującą liczbę, zawsze nagan jako „back-up”, ulubiona parabelka jako broń podstawowa, do niej dziesięć, dwanaście magazynków w kieszeniach. Często nosi trzy, cztery sztuki broni na raz. Do tego latarka do walk nocnych, w tym samym celu wiąże na lufach białe szmatki, aby widzieć je w ciemnościach, albo strzela, naciskając na spust środkowym palcem, ze wskazującym ułożonym wzdłuż lufy, bo, jak twierdzi, wtedy trafia się zupełnie instynktownie, bez celowania. Strzela się z pogranicznikami jako przemytnik, z czekistami jako szpieg, potem grozi bronią pasażerom kolejki podmiejskiej, aby w końcu pistoletem wykonywać wyroki na dziennikarzach gadzinowej prasy. Bóg nocy, na właściwym miejscu czuje się na bezdrożach, w ciemnościach, byle miał misję do wykonania, flaszkę z wódką, kokainę i kolbę w garści. Nie ma nocy zbyt czarnych, aby w nie pójść. O swojej P08 pisze jak o kobiecie. Wcale się nie zacina, nie wierzcie nieżyczliwym, wystarczy o nią dbać, a bije celnie, jak żadna. Na rewolwer i jego siedem pocisków, oficerski, z samowzwodem, zawsze można liczyć, ale to o parabelce i jej miękkich liniach pisze z miłością, bo to ona ratowała go z opresji, odbierała życie tym, którzy weszli mu w drogę i to ona była przy nim, blisko, w kieszeni.

Na najbardziej znanej fotografii, pisarz Piasecki to chudy brunet o pociągłej twarzy, opierający głowę na smukłych dłoniach. Żeby zobaczyć go naprawdę, trzeba wyobrazić go sobie w białoruskich zaroślach, nocą, z dłonią zaciśniętą na kolbie i z palcem na cynglu.
Był on bowiem człowiekiem zbrojnym.

Broń i Amunicja, nr 05/2007

Poli mili cyjniaki

W wersji „R” tłumaczenia „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgessa, Robert Stiller wkłada w ustach bohaterów powieści termin poli mili cyjniaki. Ostatnio stwierdziłem, że ta zabawna gra słów jest w pewnym sensie dobrym wyjaśnieniem pewnego aspektu rzeczywistości.
Zanim wyjaśnię, o co chodzi, nastąpią zastrzeżenia, które – co warto zauważyć – nie będą miały charakteru rytualnego, lecz oddadzą moje rzeczywiste przekonania.
Otóż, bardzo cenię pracę policji. W konfliktach między policją a upominającymi się o swoje prawa bandziorami, zawsze trzymam stronę policji – nie bawią mnie gówniarze w bluzach z napisem HWDP i nie miałbym nic przeciwko temu, aby każdy taki oferujący policjantom swoje homoerotyczne usługi kozak lądował „na dołku” – albo, jeszcze lepiej, w dyskretnym zaułku zbierał solidne manto.
Słowem, posłuchałem sławnego hasła z lat dziewięćdziesiątych i popieram swoją policję.
Nie popieram natomiast Milicji Obywatelskiej.

***

Przygotowując, jak to się teraz modnie mówi, research do nowej powieści, tkwię ostatnio po uszy w różnego rodzaju materiałach na temat chwalebnej historii Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, później, w latach 1953 – 1990 zwanego Ministerstwem Spraw Wewnętrznych– czyli, po prostu, resortu. Zwróciłem ostatnio uwagę na referaty, zamieszczone w tomie pod tytułem „Etyka zawodowa funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej” – wydanym nakładem Akademii Spraw Wewnętrznych w roku 1988, zawierającej dorobek konferencji naukowej, zorganizowanej 21 października 1987 roku przez Instytut Nauk Społeczno-Politycznych ASW. Jak stwierdza wstęp: „opublikowane referaty i komunikaty dotyczą społeczno-ideologicznych, klasowych funkcji etyki i moralności; wzajemnych relacji między teorią a praktyką społeczną, ze szczególnym uwzględnieniem zagadnień związanych z kształtowaniem indywidualnych postaw moralnych (…), wpływających na postawy funkcjonariuszy SB i MO” . Próby kształtowania postaw moralnych funkcjonariuszy przyjmowały różne formy – jedną z nich były działania na rzecz stworzenia swoistego esprit de corps (oczywiście, nikt nie używa takiego imperialistycznego wyrażenia) resortu, przez nawiązanie do heroicznej przeszłości MBP – w tym celu, w roku 1988 postuluje się szersze niż dotychczas tworzenie w powiatowych i wojewódzkich komendach Izb Pamięci, dokumentujących „walki z bandami z lat 1944-1956”.
Zainteresowało mnie to ubeckie spojrzenie na zwalczanie antykomunistycznej, niepodległościowej partyzantki i podziemia, przejrzałem więc szereg kombatanckich publikacji z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, dokumentujących – najczęściej lokalnie, na poziomie powiatu i województwa – wyczyny dzielnych milicjantów, kabewiaków funkcjonariuszy UB – które to dokonania, miały stanowić o moralnych postawach milicjantów z końca lat osiemdziesiątych.
Lektura ta wymaga opanowania, stłumienia wrażliwości językowej i dużego samozaparcia, ale nie o braku walorów literackich tych wspomnień chcę teraz mówić. Wśród paru charakterystycznych wzorów zachowań, jakie wyłaniają się z tych pamiętniczków, zauważyłem pewien wyraźny rys – jest nim obsesja na punkcie broni. Jest to obsesja poniekąd zrozumiała – w Polsce przełomu lat czterdziestych broni palnej, pozostałej po wojnie, jest mnóstwo i broni tej przeciwko komunistom używają ludzie, którzy mają dość honoru, aby walczyć za beznadziejną sprawę. Rekwirowanie broni było często głównym zajęciem milicjantów, zdanie broni stanowiło istotny punkt procedury amnestii (używanej jako przynęty do dekonspiracji), wyliczając ze zgrozą obfite arsenały zabitych „bandytów” zwiększano jednocześnie wagę zwycięstwa.
Jednocześnie dbano o to, by ludzie wierni stalinizmowi pozostawali uzbrojeni – i nie dotyczyło to jedynie funkcjonariuszy MBP, zbrojono również, np., stołecznych intelektualistów. Z bronią chadzał Jacek Kuroń, broń nosił na uniwersytet Leszek Kołakowski, na długo zanim napisał „Główne nurty marksizmu”, podobno nosili broń poeta Wiktor Woroszylski i kolejny – po Kołakowskim – filozof, stalinowski marksista, który później wyewoluował do rewizjonizmu i antykomunizmu, Bronisław Baczko. Nosząc broń – w swoim mniemaniu – zapewne nawiązywali wyżej wymienieni intelektualiści do przedwojennych tradycji rewolucyjnych. Pistolet w kieszeni był znakiem radykała – jak pisał Włodzimierz Majakowski:

Rozwijajcie się w marszu
W gadaniach robimy pauzę
Ciszej tam mówcy
Dzisiaj
głos ma
towarzysz Mauser

Różnica jednak leżała w fakcie, że broń, noszona w Republice Weimarskiej albo w II Rzeczpospolitej, była rzeczywiście znakiem radykalizmu. Ten sam nawet pistolet, noszony przez tego samego człowieka w PRL, za pozwoleniem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, był znakiem zaufania władzy, przynależności – faktycznej, lub mentalnej – do szeregów ludzi resortu.
W latach pięćdziesiątych było to uzasadnione. Żołnierze wyklęci, ci, którzy żyli prawem wilka, mieli kły i pazury i zanim wybito je w ubeckich katowniach, używali ich z zaciekłością osaczonych drapieżników. Jednak, chociaż ostatni z wilków, Józef Franczak, zginął w walce, z bronią w ręku w 1963 roku, to kulturowy wzorzec broni palnej jak symbolu zaufania ze strony resortu okazał się być trwalszy. Podejrzenie o gromadzenie broni palnej należało do podstawowego zestawu zarzutów, jakie stawiano czy to opozycjonistom, czy niewygodnym księżom, gromadzenie broni zarzucano działaczom Solidarności (która przecież broni bała się bardziej niż komunistów) – broń również rozdzielano zaufanym działaczom w niespokojnych czasach, np. w roku 1981, o czym pisze w swoich wspomnieniach Jerzy Urban.
Kiedy w 1990 Milicja Obywatelska zamieniła się w Policję, zmieniło się bardzo wiele, ale niestety – nie zmieniła się hoplofobiczna mentalność policjantów. Broń w rękach obywateli postrzegana jest jako zagrożenie dla włądzy – jakby ciągle w lesie ukrywali się „bandyci” gotowi strzelać do każdego w szaro-niebieskim mundurze. Nie przekonuje stróżów prawa fakt, że przestępcy i tak broń mają, maszynową i każdą inną, nie proszą policji o pozwolenie – lub postrzegają bandytów jako naturalnych przeciwników, tak samo jak oni – policjanci – wyniesionych ponad „szarego obywatela”. W 1990 nowa władza nie odebrała policji uprawnień do reglamentowania dostępu do broni – chociaż naturalnym byłoby, gdyby zajęły się tym nowopowstałe, samorządowe władze cywilne. Mało tego – ustawa o broni i amunicji gwarantowała – i gwarantuje – policji pełną uznaniowość w kwestii decyzji, kto broń dostanie, a kto nie.
I dlatego właśnie policja dziś rękami i nogami broni elementu uznaniowości, zawartego w ustawie o broni i amunicji – bo wszystko inne to nieistotne szczegóły, pic na wodę i fotomontaż, ważny jest tylko ten jeden, mały zapis, który twierdzi, że ostateczna decyzja w kwestii udzielenia pozwolenia zawsze należy do policji. Broń może mieć leczący się psychiatrycznie Henryk Stokłosa, mogą legalną broń posiadać wielokrotnie karani bandyci (wiele takich przypadków przedostało się do mediów w ciągu ostatnich miesięcy) – nie może jej natomiast posiadać cała rzesza uczciwych, zdrowych na ciele i umyśle obywateli, którym policja pozwolenia odmawia – uzasadniając tę odmowę prostym „bo nie”.
I póki policja w tej kwestii nie uświadomi sobie, że jest służbą a nie władzą – lub póki ustawodawca nie odbierze jej reglamentacyjnych uprawnień i nie przekaże ich samorządom – to urzędujący w Wydziałach Postępowań Administracyjnych panowie policjanci i panie policjantki zasługują na stillerowskie określenie: poli mili cyjniaki.

Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 2/2007

—————————————————————
Powyższy felieton napisałem kilka miesięcy temu, do „Broni i Amunicji”, jak widać powyżej. Milicyjna mentalność polskiej policji wydała mi się konceptualizacją może nieco zbyt odważną, ale dopuszczalną w luźnej formie felietonu.
Rozmawialiśmy później o tekście z Rednaczem BiA i przypomniałem sobie, że czytałem kiedyś ociekające panicznym strachem przed bronią wątki na Internetowym Forum Policji. Postanowiłem je odnaleźć. Niestety, nie udało mi się, ale też nie szukałem zbyt intensywnie, bo szperając po rzeczonym forum, stwierdziłem, że moja teza o milicyjnej mentalności policji i policjantów była i tak zbyt delikatnie sformułowana.
Poniżej linki do co ciekawszych przykładów:
Link 1 – dyskusja o deubekizacji
Link 2 – dyskusja o zabitych górnikach z Wujka
Link 3 – ku pamięci poległych milicjantów

Zachęcam P.T. Czytelników do samodzielnego przeglądania rzeczonego forum, lektura to bardzo pouczająca.

Zwracam się również do Krwawych Siepaczy Panującego Kaczystowskiego Reżimu, bo mam szczerą (chociaż coraz słabszą) nadzieję, że takowi istnieją, a nie są jedynie symulakrą, ulepioną z pismackich fobii różnych światłych publicystów, wyznaczających (oczywiście!) standardy niezależnego dziennikarstwa.

A zatem, Drodzy Krwawi Siepacze! Bądźcie tak mili i wykażcie się odpowiednią krwawością i siepactwem. Może uda się wam wreszcie odebrać uczniom towarzysza Dzierżyńskiego pieczę nad przestrzeganiem prawa w Polsce.

Drukują, drukują…

1. W kioskach i empikach znajdą P.T. Czytelnicy nowy numer „Broni i Amunicji” w którym, zamiast zwykłego felietonu, opublikowałem duży tekst „Strzelectwo w czasach sanacji”, będący efektem lektury przedwojennej literatury strzeleckiej. Tekst jest zabawny i – jak mi się wydaje – interesujący.

2. Również w kioskach i empikach na półkach leży nowy numer „Opcji”, gdzie z kolei znajduje się mój mały szkic pt. „Rewolucja konserwatywna jako transgresja”. Również z tym tekstem się uwadze P.T. Czytelników polecam.