Pisałem jakiś czas temu na łamach „BiA” o szerokim spektrum bronioznawczej kompetencji pisarzy. Podzieliłem wtedy literatów na dwie grupy, na tych, którzy się znają na rzeczy, i na tych, którzy o broni palnej piszą bzdury. Siebie oczywiście , jako zarozumialec, zaliczam do grupy pierwszej, ale nie o sobie będę tutaj pisał, gdyż felieton ten będzie poświęcony tym, którzy piszą o broni, ponieważ jej używali.
Rzecz może być myląca. Uczęszczam przecież na strzelnicę, gdzie przepuszczam autorskie honoraria przez lufę. Słowem, strzelam często i regularnie, w ciągu roku odpalam być może więcej nabojów, niż Ernst Jünger miał okazję wystrzelić bojowo w czasie całej I Wojny Światowej, jako żołnierz linowy i potem oficer, dowodzący doborowymi oddziałami szturmowymi. A jednak, to on używał broni, ja jedynie się nią bawię. I niczego nie zmienia tutaj fakt, że mógłbym szczegółowo opisać mechanizm ryglowania nulachty, jak nazywano P08 na Śląsku. Mój pradziadek nie miał zapewne pojęcia o tym, że jakieś tam ryglowanie w ogóle w parabelce występuje, a jednak to on bronił tym pistoletem swojego domu i swojej rodziny. Jünger i miliony innych, w tym moi przodkowie i krewni na wszystkich frontach wojen środkowej Europy broni używali. Ja, dzięki Bogu, mogę się bronią bawić i pisać o tych zabawach felietony.
Bohaterem tego tekstu będzie więc pisarz, taki, o którym na łamach „BiA” jeszcze nie pisałem. Więź, łącząca pióro i broń zdaje się być tematem niewyczerpanym, rozpiętym gdzieś między biegunami Hemingwaya i Baczyńskiego. Pisarz, który wystąpi w tym felietonie miał jednak cechę, która odróżniała go od innych, którzy łączyli maszyny do pisania z maszynami do strzelania.
Jünger o spluwach pisze beznamiętnie i rzadko. Ot, upycha w kieszeni kurtki parabellum, z tyłu, w spodniach małego mausera, a na piersiach kiście granatów. Gdybym szukał bliskiej analogii, Jünger traktuje broń tak, jak myślimy dziś o komputerach, na których pracujemy. Są nam potrzebne, wybieramy je starannie, bo wolimy, aby nie zawiodły przez dwa czy trzy lata, ale przecież pozostają tylko narzędziem, przedmiotem – można swojego laptopa lubić, ale nie wiążą się z nim gorące emocje. Tak Książę Piechoty traktował pistolet. Vladimir Volkoff z kolei o broni pisze z pasją i emocjami, ale pistolety pojawiają się u niego w kontekście bardzo bezpiecznym. Strzelnica, wydzielane ostrożnie przez emerytowanego sierżanta naboje. Samo wyniesienie rewolweru ze strzelnicy jest aktem transgresji, aż czujemy, jak autorowi trzęsły się ręce, kiedy opisywał swojego bohatera, który zabiera nielegalnie broń. Dla Vokloffa broń jest czymś otoczonym nimbem niesamowitości, czymś tajemniczym, groźnym i pociągającym zarazem.
Sergiusz Piasecki, zaś, bo o nim opowiada ten felieton, nosił broń na co dzień, jako narzędzie swojej mrocznej pracy, a jednak nie traktował jej chłodno. Pistolet w garści dla Piaseckiego był nie tylko gwarantem najgłębszej, osobistej wolności, był też tej wolności symbolem.
Nie będę tutaj pisał kiedy i gdzie się urodził, bo zainteresowany P.T. Czytelnik sam to sobie łacno sprawdzi. Ważne, że był synem zruszczałego, polskiego szlachcica i Białorusinki. Wychowywał się zanurzony w sferze kontinuum dialektalnego, obejmującego swymi krańcami, z jednej strony, język rosyjski, z drugiej zaś polski, a wypełnionego szeregiem dialektów białoruskich. Rosyjski traktował jako język ojczysty. Rewolucję widział w Moskwie, tam nabawił się wstrętu do bolszewizmu, walczył potem z bolszewikami w szeregach białoruskiej partyzantki. Był związany z światem przestępczym Mińska. Później walczył z komunistami w Dywizji Litewsko-Białoruskiej u boku wojsk polskich, bronił Warszawy, i w efekcie, jak kiedyś pisał o nim Potocki na łamach „Życia” – „antybolszewizm zbliżył go do polskości”. Bo wojnie, zdemobilizowany, tułał się, ulegając swojej obsesji – poszukiwaniu mocnego życia. Fałszował czeki, otarł się o studio, w którym produkowano pornograficzne zdjęcia, aż w końcu wstąpił do wywiadu wojskowego, zwanego wtedy zakordonowym. Jego muttersprache był rosyjski, znał jednak również dialekty ruszczyzny i białoruszczyny od Mińska po Moskwę, miał ojca w sowieckim Mińsku, znał ludzi, obyczaje i drogi, a był przy tym szaleńczo, straceńczo odważny – idealny kandydat na szpiega. Chodził do Rosji Sowieckiej przez kilka lat, wracał, wszystko piechotą, przez granicę, z pistoletem i latarką w kieszeni. Lubił żyć szeroko, przepuszczał ogromne sumy pieniędzy, którymi gardził, a że wywiad płacił źle, to w końcu zaczął imać się przemytu, który kwitł wtedy na granicy. Został podporucznikiem i kokainistą. I za kokainę z wywiadu wyleciał i kokaina popchnęła go do jakichś szalonych napadów z bronią w ręku. Nikt nie zginął, ale Piasecki trafił do więzienia z wyrokiem piętnastu lat.
Dopiero w Świętym Krzyżu, najcięższym więzieniu w przedwojennej Rzeczpospolitej, nauczył się literackiej polszczyzny i zaraz w tej polszczyźnie napisał książkę o życiu przemytników, pod tytułem „Kochanek wielkiej niedźwiedzicy”. Książkę przeczytał Wańkowicz i za jego sprawą, Piaseckiego uwolniono z więzienia po jedenastu latach, w 1937. Rzucił się w wir życia literackiego, w dedykacji dla Witkiewicza podpisał się „Król granicy, bóg nocy, który stoczył się do poziomu literata polskiego”. Pisał dalej, szybko i dużo, książki o życiu w wywiadzie („Piąty etap” i „Bogom nocy równi”) i o mińskim półświatku, wszystko autobiograficzne. ale tylko dwa lata dane mu było sycić się życiem literata, bo przyszła II Wojna Światowa, i znów cenniejsze stało się celne strzelanie z pistoletu, niż trafny dobór słów. Piasecki został dowódcą grupy egzekucyjnej wileńskiego ZWZ, a potem AK, wykonywał wyroki śmierci, wydane przez podziemny sąd, ale nigdy nie złożył przysięgi, bo był na to zbyt niezależny. Uratował życie Józefowi Mackiewiczowi, niesłusznie oskarżanemu o współpracę z Niemcami, włamał się do siedziby gestapo i wyniósł stamtąd dokumenty dotyczące Katynia. Słowem, żył szeroko, a umarł na emigracji, dwadzieścia lat później – z Polski uciekł przed bolszewikami w 1945, do Włoch, osiadł w Londynie.
Książki Piaseckiego, tak jak jego życie, kręcą się dookoła broni. Pisze o niej ze znawstwem, ale jest to kompetencja praktyka. Nagan, parabellum, płaski brauning – „maszyny”, jak na rewolwery i pistolety mówi się na pograniczu. Nosi tych „maszyn” ze sobą imponującą liczbę, zawsze nagan jako „back-up”, ulubiona parabelka jako broń podstawowa, do niej dziesięć, dwanaście magazynków w kieszeniach. Często nosi trzy, cztery sztuki broni na raz. Do tego latarka do walk nocnych, w tym samym celu wiąże na lufach białe szmatki, aby widzieć je w ciemnościach, albo strzela, naciskając na spust środkowym palcem, ze wskazującym ułożonym wzdłuż lufy, bo, jak twierdzi, wtedy trafia się zupełnie instynktownie, bez celowania. Strzela się z pogranicznikami jako przemytnik, z czekistami jako szpieg, potem grozi bronią pasażerom kolejki podmiejskiej, aby w końcu pistoletem wykonywać wyroki na dziennikarzach gadzinowej prasy. Bóg nocy, na właściwym miejscu czuje się na bezdrożach, w ciemnościach, byle miał misję do wykonania, flaszkę z wódką, kokainę i kolbę w garści. Nie ma nocy zbyt czarnych, aby w nie pójść. O swojej P08 pisze jak o kobiecie. Wcale się nie zacina, nie wierzcie nieżyczliwym, wystarczy o nią dbać, a bije celnie, jak żadna. Na rewolwer i jego siedem pocisków, oficerski, z samowzwodem, zawsze można liczyć, ale to o parabelce i jej miękkich liniach pisze z miłością, bo to ona ratowała go z opresji, odbierała życie tym, którzy weszli mu w drogę i to ona była przy nim, blisko, w kieszeni.
Na najbardziej znanej fotografii, pisarz Piasecki to chudy brunet o pociągłej twarzy, opierający głowę na smukłych dłoniach. Żeby zobaczyć go naprawdę, trzeba wyobrazić go sobie w białoruskich zaroślach, nocą, z dłonią zaciśniętą na kolbie i z palcem na cynglu.
Był on bowiem człowiekiem zbrojnym.
Broń i Amunicja, nr 05/2007