W dniu dzisiejszym zrezygnowałem z uczestnictwa w pracach redakcji “Christianitas“, moja rezygnacja została przyjęta.
P.T. Czytelnicy dalej znajdą na łamach “Christianitas” moje szkice z cyklu “Pole trafień”, jednak działem literackim zajmie się już ktoś inny.
Redakcji i Czytelnikom życzę wszystkiego najlepszego.
Ukazał się nowy numer “Christianitas”. W środku dziennik Marka Jurka, Lecha Jęczmyka “Nowe Średniowiecze” redivivus, oraz inne ciekawe artykuły, w tym trzy moje teksty, recenzja podwójna, szkic i opowiadanie. Jak zwykle polecam się życzliwej uwadze P.T. Czytelników.
Spis treści w pdf-ie: tutaj.
„Proces dekompozycji jest zawsze logiczny. W minionych latach kolejno traciłem pracę, dom, znikła warstwa społeczna dla której pisałem, potem utraciłem ojczyznę, język ojczysty, osobowość prawną. Teraz nie mam już niczego. Rozumiem, co czuł święty Franciszek, kiedy nagi spoczął na gołej ziemi”.
1949
Stary Sándor Márai kupuje pistolet, w sklepie w San Diego. Sprzedawca wręcza mu, gratis, paczkę pięćdziesięciu naboi – Márai odpowiada: „to więcej, niż będę potrzebował”. Starzec wraca do domu. Łeb jak u starego sępa, obwisłe policzki i podgardle, pod oczami worki. Trzęsą się ręce, ledwie chodzi – aby czytać, zakłada na głowę latarkę, na opasce na czoło, podsuwa lupę i czyta, tak, jak stara, sterana kobieta idzie na pielgrzymkę: krok za krokiem, a każdy z nich to wybuch bólu w panewkach biodrowych, w zdeformowanych stopach, w rwącym kręgosłupie. Lecz idzie, a Márai składa swoje litery, znów – po tylu dziesięcioleciach – jak dziecko, literujące w szkole, w Kassie, swoją pierwszą czytankę, Bóg sam wie, po niemiecku czy węgiersku. Kwadrans czytania dziennie, z latarką na czole i lupą przed oczami.
A wcześniej, dużo wcześniej, najpierw, do łóżka, sok ze świeżo wyciśniętych pomarańcz, potem śniadanie, lektura (przerwana wieczorem), potem dwie godziny pracy, potem wsiada do podstawionego, przygotowanego samochodu i jedzie na Wyspę Małgorzaty, na tenisa, potem łaźnia, masaż, obiad, wieczorem życie towarzyskie.
A w San Diego tylko martwa żona i sępi łeb, i drżące dłonie.
Ukazało się nowe “Christianitas”. W środku, między innymi, mój felieton pt. “Mackiewicz i Aragorn”.
W następnym numerze “Christianias” będę natomiast występował już nie tylko jako felietonista, ale również jako redaktor działu literackiego, który się w rzeczonym dwumiesięczniku pojawi.
.
.
.
W Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, wisi portret, za który Memling wyciągnął pieniądze od Tomasso Portinariego, florenckiego bankiera, reprezentującego filię banku Medyceuszy w Brugii. Associate manager Medici Bank Inc., używając współczesnej nomenklatury. Aksamitny, czarny dublet – zupełnie jak szary garnitur od Zegny, dyskretna obrączka.
Pan Portinari składa dłonie do modlitwy. Długie pociągnięcia pędzlem zakreśliły gotyckie jeszcze linie pociągłych palców, których opuszki delikatnie się stykają w tym akcie pobożności. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj pan Portinari z tym samym rozsądnym i układnym uśmiechem wkładałby pieniądze do puszki z serduszkiem, wygłaszał zaklęcia o tolerancji i praktykował jogę. Nie wykluczam, że to kwestia uprzedzenia, lub mylnej interpretacji chytrze wyciosanych rysów twarzy portretowanego – być może Portinari był rzeczywiście religijny. Coś jednak, w tym pokazowym geście, tkwi, co jednoznacznie kojarzy się z obrzędami i rytuałami, jakie odprawiają wielcy naszego świata, aby dowieść swego człowieczeństwa wobec maluczkich.