W praktyce postrzegamy fakt życia w prowizorycznej przestrzeni, którą charakteryzuje nie tyle rozwój sam w sobie, co rozwój ku wyraźnie określonym stanom. Nasz świat techniczny nie jest obszarem nieograniczonych możliwości, ma raczej charakter embrionalny i dąży ku bardzo określonej dojrzałości. Toteż nasza przestrzeń przypomina ogromną kuźnię. Nie sposób nie zauważyć, że nic tu nie powstaje z uwagi na trwałość, którą tak cenimy choćby w budowlach starożytnych, albo przynajmniej w takim sensie, w jakim sztuka próbuje stworzyć obowiązujący język form. Każdy zastosowany środek ma w sobie raczej coś prowizorycznego, ma charakter warsztatowy, przeznaczony jest do tymczasowego użytku.
Temu stanowi odpowiada nasz krajobraz jawiący się jako przejściowy. Brak tu jakiejkolwiek trwałości form; wszystkie formy modelowane są nieustannie przez dynamiczny niepokój. Brak trwałości środków; nic nie jest trwałe, z wyjątkiem wzrostu krzywej wydajności, która narzędzie wczoraj uznawane za znakomite dziś wyrzuca na złom. Stąd brak trwałości architektury, stylu życia, gospodarki, ściśle związanych z trwałością środków, znamienną choćby dla topora, łuku, żagla czy pługa.
Jednostkę otacza krajobraz warsztatu, od niej samej wymaga się ofiary w postaci pracy cząstkowej, której przemijalność i dla niej nie ulega wątpliwości. Zmienność środków zmusza do ciągłych inwestycji w kapitał i siłę roboczą, które, choć skrywane za ekonomiczną maską konkurencji, naruszają wszelkie prawa ekonomii. Tak oto przemijają całe pokolenia, nie zostawiając po sobie ani oszczędności, ani pomników, znacząc jedynie określone stadium, znak kolejnej fali mobilizacji.
Ernst Jünger, „Robotnik”.
Lud Mariny w powieści Jüngera „Na marmurowych skałach” głowę księcia Sunmyry dołączył do kamienia węgielnego odbudowywanej wielkiej katedry.
W kaplicy Sagrada Familia, blisko portu, ocalały organy, które potężnymi dźwiękami wiodły pieśń śpiewaną przez gminę:
Książęta to ludzie z kobiety zrodzeni
I także w proch się obracają;
W zamiarach swoich też są niespełnieni,
Gdy tylko grobu ofiarą się stają.
Wołamy do Ciebie o pomoc, Boże,
Gdyż człowiek już nam nie pomoże.
Francesco Sforza stał się z prywatnego człowieka księciem Mediolanu, bo był człowiekiem oręża, a jego synowie wskutek unikania trudów i niewygód oręża zeszli z książąt na ludzi prywatnych. Albowiem oprócz innych przyczyn zła, jakie ściąga na siebie twa bezbronność, jest i ta, że stajesz się lekceważonym, co jest jedną z tych infamii, jakich książę musi unikać, jak o tym powie się poniżej. Albowiem mąż zbrojny nie może się równać z bezbronnym, a nie zgadza się z rozumem, aby uzbrojony dobrowolnie słuchał bezbronnego i aby bezbronny przebywał bezpiecznie między uzbrojonymi sługami; albowiem gdy jedna strona ma tylko wzgardę, a druga podejrzenie, niepodobna, by razem zgodnie działały.
To z czternastego rozdziału „Księcia”. Podkreślenie moje. Zasada opisana przez Machiavellego jest aktualna na kilku poziomach. Po pierwsze, ciągle obowiązuje w polityce, ale to raczej oczywiste. Obowiązuje jednak również w życiu społecznym: możliwość lekceważenia bezbronnych jest, moim zdaniem, zasadniczym powodem, dla którego pogrobowcy Krwawego Feliksa nie dopuszczają myśli o odebraniu im (tj. poli-milicji) uprawnień w zakresie reglamentacji dostępu do broni palnej. Nie tylko dlatego, że nie chcą jej dawać tzw. „zwykłym obywatelom”, których lekceważą – również po to, by mogli, niczym feudalny władca przywilejem, obdarować bronią palną tych, których nie lekceważą – gangsterów.
To tak na marginesie wypowiedzi Grzegorza Schetyny i Donalda Tuska, które ucinają płonne nadzieje środowisk strzeleckich, że projekt ustawy złożony w komisji Palikota może coś zmienić. Charakterystyczna jest zwłaszcza postawa Grzegorza Schetyny, pozwolę sobie tutaj zacytować za onet.pl:
Zdaniem b. szefa MSWiA ułatwienie dostępu do broni to zły kierunek. Schetyna nazwał absurdem pomysł, by zezwolenia na broń nie były już wydawane przez policję, lecz przez samorządy. – Nie będzie akceptacji dla takich zapisów – zapewnił.
Co, u Schetyny szczególnie, nie dziwi ani trochę. Także: żadnych marzeń, panowie.
Wstęp Zadie Smith do zbioru opowiadań pod jej redakcją, a pod tytułem „Księga innych ludzi”:
Wydawcy ujednolicają czcionkę, żeby odpowiadała standardom stosowanym przez wydawnictwo, jednak kiedy pisarze przesyłają swoje opowiadania pocztą elektroniczną, każdy z użytych typów czcionki opowiada swoją własną historię. Dość znaczna liczba pisarzy z tego zbioru używa różnych odmian nostalgicznej czcionki American Typewriter (wszyscy z nich to Amerykanie), jak gdyby atrament wciąż nie wysechł, a prasa wciąż była rozgrzana. Mamy tu też dwóch użytkowników eleganckiej, melancholijnej czcionki Didot (oboje są Brytyjczykami) oraz pisarza, który wyśrodkowuje tekst na stronie w jeden długi pas, niczym kolumnę w gazecie (i używa Georgii, czcionki z akademickim posmakiem). Niektórzy pisarze tworzą tekst w gigantycznym rozmiarze 18. Inni czują się lepiej, używając maleńkiej dziesiątki. Istnieje wiele dziwnych, precyzyjnych i pozornie intymnych tików, które znikają w trakcie publikacji: akapity oddzielone graficznymi symbolami, szczegółowo zaprojektowane tytuły, przerośnięte znaki interpunkcyjne, wyśrodkowane dialogi, niewyśrodkowane akapity, brak akapitów.
To w ogóle ciekawa sprawa. Kiedyś, na początku, pisałem zawsze w Garamondzie, w blokach wyjustowanego tekstu. Potem dokonałem przewartościowania w stronę modernizmu i długo pisałem tylko czcionkami bezszeryfowymi, aby następnie nihilistycznie porzucić wszelką estetykę i pisać jak leci, bez zmieniania czcionek, czyli wyrównanym do lewej Timesem rozmiar 12. W końcu jednak jakaś forma szacunku dla oczu zwyciężyła i dziś do pisania używam fonta Book Antiqua w rozmiarze 12, z podwójną interlinią i marginesami ustawionymi tak, aby na stronie mieściło się ok. 1800 znaków, czyli standardowa strona maszynopisu. Oprócz tego wracam do prostej przyjemności pisania atramentem na papierze. I tylko czarny przedwojenny Wanderer Continental po dziadku A. czeka na konserwację i nową taśmę. I nie wykluczam nawet, że popiszę sobie na nim krótsze formy, chociażby dla dyscypliny myślenia, którą się traci, pisząc w edytorze tekstu.
A jak inni? Pewien kolega pisze wyłącznie Courierem i wydaje mi się, że ta czcionka o stałej szerokości, konkretna i uporządkowana, odpowiada jakoś jego charakterowi i intelektowi. Inny kolega ma to gdzieś i pisze jak leci, pisze dobrze, pisze pięknie, a jednocześnie ten brak zainteresowania wyglądem tekstu (skądinąd racjonalny) dobrze komponuje się z jego wstrętem do form wszelkiego rodzaju.
Ukazał się w pewnej gazecie, której nie szanuję bardzo ładny wywiad z Andrzejem Stasiukiem, do którego z kolei, z różnych powodów czuję instynktowną sympatię – a dziś znalazłem tych powodów jeszcze parę, nowych. Ładnie pisze Stasiuk o gatunku rzadkim, o dobrych żonach pisarzy, które mniej lub bardziej entuzjastycznie, ale godzą się na puste konto i mówią po prostu – pisz, masz pisać. Taką żonę miał Sindbad z powieści Máraiego, taką miał sam Márai i ja też taką mam (jak w tym starym kawale, który słyszałem z ust pewnego malarza, przyjaciela mojego Taty – „Rembrandt umarł, Velasquez umarł, Van Gogh umarł – i ja się niezbyt dobrze czuję”).
Ale jeszcze bardziej spodobał mi się następujący fragment:
A jakie kobiety są ładne?
- Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu przytulić się do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?
Bo pan się naprawdę denerwuje.
- Bo to nie jest anegdota. To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, że będą nieśmiertelni! Że śmierć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć tego ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, kupimy nerkę od rozstrzelanego Chińczyka i wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane. Brniemy w totalne zafałszowanie.
A ja dodać do tego mogę tylko tyle, że chude, androgyniczne kobiety-dziewczynki, podobają się najczęściej tym facetom, z którymi nie mam ochoty się zaprzyjaźniać. Nie jest to oczywiście jakaś żelazna zasada, raczej niezbyt mocna prawidłowość; ale jednak jakaś prawidłowość. Niechęć do kobiecych kobiet nie jest oczywiście fundamentem ani powodem mojej niechęci do zaprzyjaźniania się, jest po prostu często skorelowana z typem osobowości, który jest dla mnie w pewien sposób odpychający. Żeby ująć to najkrócej: są to w moich oczach mężczyźni najczęściej nie posiadający nawet śladu arystotelesowskiej słusznej dumy, i łatający dziurę po niej na różne sposoby – nienawiścią do samych siebie, szaloną arogancją (często idą w parze), perwersyjną mieszaniną tchórzostwa leczonego zuchwalstwem. I pędem jakimś szalonym do tego, by mieć perfekcyjne życie, i – to już banał, owszem – ta perfekcja perwersyjnie pożądana jest źródłem nieskończonych cierpień, dla nich samych i dla tych biednych, głodzących się kobiet, poszukujących innych samych siebie. Ale o tym to już dawno i mądrzej niż ja potrafię pisał Andrzej Fiderkiewicz.
Andrzej Czuma:
Mariusz Kamiński zachowuje się ostatnio dość osobliwie. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno przyszedł do mnie i kazał aresztować Jolantę Kwaśniewską.
No i wszystko jasne. Bo czy można w kwestii Chlebowskiego zaufać wariatowi, dla którego nie ma już żadnych świętości? W jakiej chorej głowie mogła w ogóle powstać myśl tak zbrodnicza, tak straszliwa, tak bezecna, tak przewrotna: aresztować naszą dobrą Panią?
To jakaś straszliwa, antyludzka nienawiść do wszystkiego, co w naszym smutnym kraju dobre, piękne i święte. Tak – święte, nie boję się tego słowa!
Wzburzenie odbiera mi mowę. Niechże przemówi Cyceron:
Kiedy wreszcie przestaniesz, Katylino, nadużywać naszej cierpliwości? Jak długo jeszcze będziesz drwił z nas, szaleńcze? Dokąd panoszyć się będzie ta nieokiełzana zuchwałość? Czy ani nocna straż na Palatynie, ani warty na mieście, ani przerażenie ludu, ani zgromadzenie najlepszych obywateli, ani to warowne miejsce posiedzeń senatu, ani twarze i wzrok tych ludzi żadnego na tobie nie wywarły wrażenia? Nie rozumiesz, że twoje plany odkryto, nie widzisz, że z chwilą uwiadomienia o tym całego senatu pokrzyżowany został twój spisek? Co ostatniej, co poprzedniej nocy robiłeś, gdzie byłeś, kogo zwoływałeś, jaki plan powziąłeś – kto z nas, myślisz, tego nie wie? Co za czasy, co za obyczaje! Wie o tym senat, konsul to widzi, a ten – żyje. Żyje? Ba, toż nawet do senatu przychodzi, bierze udział w publicznych naradach, wypatruje i każdego z nas wzrokiem na rzeź przeznacza. A my, ludzie odważni, uważamy, że dość robimy dla rzeczpospolitej, kiedy unikamy jego wściekłości i ciosów. Na śmierć cię, Katylino, należało z rozkazu konsula już dawno poprowadzić, na twoją głowę ściągnąć tę zgubę, którą nam wszystkim od dawna gotujesz.
Dziś wiersz, w całości.
And the days are not full enough
And the days are not full enough
And the nights are not full enough
And life slips by like a field mouse
Not shaking the grassEzra Pound
Dzięki uprzejmości F.Ł. – dziś Gustave Thibon, rzecz napisana w roku 1971:
Smutna epoka, w której jest się zmuszonym do obrony tego, co – przy
temperamencie takim jak nasz – z tak wielką przyjemnością by się
atakowało:faryzeizmu w Kościele, akademizmu w sztuce, hipokryzji w
moralności, porządku burżuazyjnego, przeciętności we wszystkich jej
formach – wszystkiego tego zła, które stało się mniejszym złem.
Tym razem, po przerwie, Chamfort po raz pierwszy:
Pani de… pojechała ze swym kochankiem do Anglii, żeby dowieść wielkiej czułości, której nie posiada wcale. Obecnie urządza się skandale przez szacunek dla ludzi.
Po raz drugi:
Zabawne, że wyrażenie: „znać kobietę” oznacza „spać z kobietą”, i to w wielu językach starożytnych, u ludów najprostszych i najbliższych naturze obyczajów, jak gdyby bez tego nie znało się kobiety wcale. Jeśli takie odkrycie zrobili patriarchowie, tedy byli bardziej postępowi, niż się przypuszcza.
Po raz trzeci:
„Uchylam się – mówił N… – od awansów pana de B…, ile że nisko cenię zalety, dla których on szuka mego towarzystwa; gdyby zaś on wiedział, które przymioty w sobie szanuję, wymówiłby mi dom.”
I po raz czwarty:
Powodzenie bardzo wielu dzieł należy przypisywać temu stosunkowi, jaki zachodzi między miernością idei autora i miernością idei publiczności.
Po południu jeszcze raz w dolinie Teberdy, chociaż trochę padało. (…) Przede wszystkim chciałem raz jeszcze nacieszyć się widokiem starych drzew; to, że one wymierają na ziemi, jest wśród wszystkich złych znaków najbardziej niepokojące. Są przecież nie tylko najpotężniejszymi symbolami nietkniętej siły Ziemi, lecz również ducha przodków, tkwiącego w drewnie kołysek, łóżek i trumien. W nich jak w relikwiarzach przebywa uświęcone życie, które z chwilą ich upadki człowiek traci. Tu jednak stały jeszcze prosto: potężne jodły, do których pni gałęzie tuliły się jak obcisła suknia, buki w srebrnym blasku, strupiaste puszczańskie dęby, szara grusza leśna. Żegnałem się z tymi olbrzymami jak Guliwer, zanim uda się do krainy Liliputów, u których ogrom powstaje dzięki konstrukcji, nie przez swobodne rośnięcie. Wszystko to ukazało mi się tak przelotnie jak we śnie, jak bożonarodzeniowe cuda oglądane w dzieciństwie przez dziurkę od klucza – ale w pamięci pozostaje miarą. Trzeba przecież wiedzieć, co świat ma do zaoferowania, żeby nie skapitulować zbyt tanio.
Tyle Ernst Jünger. Do mnie nie mówią drzewa, mówi do mnie za to krajobraz dalekowschodnich stepów i polarnych pustyń. To inna rozmowa z krajobrazem – nie intymny szept, jak mantra miękkich obrazów hajmatu, które szepczą do mnie tak, jak ja sam szepczę kołysanki, modlitwy i zaklęcia do ucha mojego synka.
Wysokie góry o nagich, niezalesionych szczytach, stepy i tundra Zimnych Wybrzeży mówią inaczej: krzyczą dalekim horyzontem, śpiewają, kiedy ocean szlifuje czarne plaże. Nie nawiązuje się z nimi dialogu, surowość i sublime takich krajobrazów sprawia, że człowiek jest tylko niemym słuchaczem. I usłyszeć może prehistorie z dewonu, karbonu i permu ten, który potrafi czytać miękkie pismo zgniecionych w synkliny i antykliny węglowych skał, odnaleźć może dramat w zgrzycie lodowców, żłobiących powoli swe szerokie, chylące się ku oceanowi łoża.
Kto inny usłyszy tylko wrzask setek tysięcy ptaków nad fiordem, albo dojrzy tajemnicę w dziwacznym zgromadzeniu kilkunastu orłosępów – czy może sępów kasztanowatych, nie pamiętam już – na środku ledwie trawą porosłego stepu. Nie nad padliną, po prostu siedzą na ziemi, z głowami wtulonymi między ptasie ramiona i patrzą w jednym kierunku.
Jeszcze kto inny słyszał będzie jęk i trzask dębowych desek poszycia wielorybniczego żaglowca, wyrzuconego na przybrzeżne skały. Ciche umieranie rozbitków, polarną nocą: z głodu, na szkorbut lub z zatrucia niedźwiedzią wątrobą: jedna zawiera śmiertelną dla człowieka dawkę retinolu. Albo umieranie głośne, w szczelinach lodowców, w niedźwiedzich szczękach, w lodowatej wodzie, albo od noża lub kuli. Albo śmierć w huku końskich kopyt, kiedy na grzbietach niskich, grubych mori step przemierzają zbrojni, konni łucznicy tureccy, mongolscy i indo-europejscy, ludy Xiognu, Mongołowie, Kazachowie i Kozacy, zdobywcy Pekinu i Moskwy, komuniści, muzułmanie, buddyści, prawosławni i ci, którzy wierzą w dusze zwierząt i w szamańskie kamłanie. Czyngis Chan i Ferdynand Ossendowski, Attyla, Arpad i Fiodor Romanowicz Ungern baron von Sternberg, Suche Bator i Gieorgij Konstantynowicz Żukow, zdobywający tytuł Bohatera Związku Radzieckiego po raz pierwszy, za rozbicie Armie Kwantuńskiej pod Chałchin-Goł, wszyscy w jednej hordzie, ich pot i mocz zmieszany z moczem i potem koni i krew, wsiąkająca w suchą ziemię. I nawet kiedy patrzy się na step zupełnie pusty, na cichą taflę jeziora Chubsuguł, nawet wtedy słychać ich konie, tak jak słychać jeszcze na Spitsbergenie szum w słuchawkach niemieckich radiotelegrafistów, nadających w czasie II Wojny Światowej zaszyfrowane prognozy pogody z ukrytych między lodowcami stacji meteorologicznych, tej potężnej broni wojny powietrznej nad Europą.
W krajobrazie zobaczyć można też osobne, tajemnicze życie, osobne jak życie na innych planetach: życie zimujących na Svalbardzie reniferów, pardw i pieśców, życie pokorne, ciche, przyczajone, życie niewolników zimy i nocy, uniżenie schowanych w dolinach, gdzie huraganowy wiatr przydusza ich kościste ciała do ziemi lub podążających strachliwie po zamarzniętym morzu za białym królem północy, aby z jego uczty uszczknąć ochłap.
Aby doczekać słońca, aby doczekać dnia, kiedy śnieg odkryje ucztę traw i porostów.
Życie pełznących po ziemi drzew tundry, polarnych wierzb i karłowatych brzóz, salix polaris i betula nana, tak samo do ziemi przygniecionych, między trawami układających swe pnie, gałęzie i mięsiste liście, zasypywanych śniegiem i w zmarzlinę zapuszczających wątłe korzenie, a jednak żywych.