Dziś dwutakt. Najpierw, ponownie, Cioran:
Gdybym był posłuszny mojemu pierwszemu odruchowi, spędzałbym całe dni na pisaniu pożegnalnych i obraźliwych listów.
A następnie Tyrmand:
— Zaczynam nowe życie — rzekł lekko, lecz zaraz zatrzymał się nad powierzchnią słów, tyle razy już wypowiedzianych.
Weszli do parku od strony ulicy Pięknej. Mikołaj mówił: — Postanowiłem zerwać z kodeksem naszej codzienności. Odtąd białe będę nazywał publicznie białym, a czarne czarnym.
— Przecież zawsze tak postępowałeś. Nie wydawało mi się to zbyt mądre.
— Dotąd uprawiałem jedynie wolny komentarz do idej i wydarzeń. Od dziś rozciągam go na stoliki kawiarniane. Rozgraniczenia moralne wydawały mi się dotychczas przesądem. Nie dostrzegałem nic niestosownego w piciu wódki ze złodziejami cudzych pomysłów, z karierowiczami windującymi się na cudzych karkach w górę i liżącymi brudne ręce komunistycznych ministrów, z sutenerami żyjącymi z lansowania zgwałconych uprzednio przy pomocy alkoholu dziewcząt, z mężami, uprawiającymi tanią rozpustę w mieszkaniach swych żon, przebywających właśnie w przeciwgruźlicznych sanatoriach. Nic mi nie przeszkadzało w klepaniu ich po plecach w Spatifie, o ile tylko byli zabawni, mili, inteligentni. Koniec z tym! Postanowiłem podporządkować się obiektywnej skali wartości, aż do krańcowych konsekwencji nie podawania ręki kłamcom, łobuzom i sprzedajnym obłudnikom.
— Przeprowadź się do Puszczy Białowieskiej. W Warszawie zginiesz z głodu.
Jak widać, mój dzienniczek zamienił się ostatnio w zbiór informacji o spotkaniach autorskich i przeklejek starej publicystyki, przeplatanych milczeniem. I raczej niewiele się zmieni w tym względzie w dającej się przewidzieć przyszłosci: odnajduję w sobie powoli jakąś, nie wiem, dojrzałość? – która często skłania mnie ku milczeniu właśnie. Kiedy przeglądam wypisy z mojego dzienniczka, zamieszczane w „Arcanach”, widzę wyraźnie, że o oraz większym kawałku rzeczywistości nie mam po prostu żadnego zdania. A jeśli mam, to niekoniecznie chcę się nim dzielić z Bogu ducha winnym bliźnim. A jeśli już dzielić się chcę, to raczej za pośrednictwem literatury, bo też moje opinie coraz częściej wydają mi się ubogim językiem dyskursywnym niewyrażalne, tłumaczą się tylko na literaturę.
Tyle gadania o milczeniu. A żeby dzienniczek nie zdechł zupełnie, postanowiłem znaleźć sobie podwykonawców, najczęściej martwych, białych mężczyzn, którzy w wersji instant stoją skompresowani między kawałkami kartonu (znanymi powszechnie jako okładki) w mojej biblioteczce.
Zaczynamy więc od Emile Ciorana. Proszę uprzejmie:
Gdy nazajutrz po pierwszej wojnie światowej wprowadzono do mojej rodzinnej wsi elektryczność, podniósł się powszechny protest, a potem zapanowała głucha rozpacz. Ale gdy zainstalowano ją w kościołach (było ich trzy), wszyscy byli przekonani, że pojawił się Antychryst i że koniec świata jest bliski. Ci karpaccy chłopi mieli rację w swej dalekowzroczności. Oni, którzy wyłonili się zaledwie z prehistorii, wiedzieli już wtedy to, co ludzie cywilizowani wiedzą dopiero od niedawna.