Codzienności

Tępa praca nad końcówką powieści. Jeszcze sto, może sto pięćdziesiąt, może dwieście tysięcy znaków do napisania. Kto wie. Może więcej. Ale już blisko. Wiem, że blisko, bo w końcu wszedłem w ten tryb całkowitego zanurzenia w książkę. Niczym innym nie jestem się w stanie w zasadzie zająć, o niczym innym za bardzo nie wychodzi mi myślenie. Staję się tą powieścią. Potem skończę i wszystko ze mnie zejdzie i może nawet uda mi się od tego nie oszaleć, ale z każdą ukończoną książką rekonwalescencja po skończeniu pisania jest trudniejsza. A tę piszę już tak długo, zacząłem latem 2010, że Bóg jeden raczy wiedzieć co się stanie, jak skończę.

Siedzę więc w domu, prawie nie wychodzę. Zimno jest jak w piekle, więc nawet się wychodzić na ten eschatologiczny mróz nie chce. Moje własne uporządkowanie czasu odkleiło się od zewnętrznego porządku czasu zwykłego i świątecznego, przed Bożym Narodzeniem przez dwa miesiące okres intensywny, burzliwy, biesiady apokaliptyczne, nocne eskapady ulicami miast nie moich, całe baterie butelek zdobyte, nowe twarze i stare twarze, miejsca w których nigdy wcześniej nie byłem i do których pewnie już nigdy nie wrócę, nowe kluby i knajpy oglądane zza rauszu właściwego trzeciej i piątej nad ranem, mieszkania przyjaciół, Wieża w Krakowie, wszystko.

A teraz siedzę w domu, bawię się z synami, rzadko wychynę w ogóle na dwór. Do kawiarni raczej pisać nie chodzę, bo nawet zaciszne i oswojone Kafo nie pasuje mi do okresu ascetycznego, poza tym na mróz nie chce mi się wychodzić. Wino rzadziej i raczej niedużo, nawet kiedy jednak w końcu wyjdę gdzieś wieczorem z przyjaciółmi to raczej apollińskie, nie bachiczne, są te kolacje i spotkania. Bezsenność też odeszła i spałbym jak dziecko – gdyby nie dzieci, które nie zawsze spać pozwalają, odsypiam więc długo rankami i jeszcze kładę się na poobiednią albo wieczorną drzemkę, jak pan w średnim wieku (jestem już nim czy nie jestem jeszcze, tym panem w średnim wieku?) i nawet piszę nocami, co od dziesięciu lat prawie mi się nie zdarzało.

I od tego życia, które nagle zwolniło, a jednocześnie stało się intensywniejszym, przyszło mi też na właściwe okresowi ascetycznemu lektury, ale nie bardzo chcę czytać książki nowe, więc teraz znowu dzienniki Pepysa celowo bardzo powoli, jednego dnia notka z jednego dnia z odpowiednią datą i zacząłem zupełnie od początku. 30 stycznia 2012 roku czytam, że Pepys 30 stycznia 1660 roku wbił w ścianę swojej sypialni gwoździe, aby wieszać na nich płaszcz i kapelusz. Najpierw czytałem polski przekład Marii Dąbrowskiej, ze względu na świetną polszczyznę tegoż, ale potem przypomniałem sobie, że to przecież wybór, a ja jakoś nie ufam wyborom tego „trochę zezowatego karzełka z grzywką przyciętą na pacholę”, albowiem Dąbrowska, nieodłączne dziecko swojej epoki i inteligenckiej formacji, nie potrafi powstrzymać się przed pouczaniem tępego czytelnika w przypisach, iż Pepys był cynicznym łajdakiem. Żeby upewnić się, iż czytelnik diarystę skrupulatnie potępi. Co mnie brzydzi i odstręcza, jak całe to tzw. „przedwojenne wychowanie” i „etos inteligenta polskiego”, z fundamentalną dlań skłonnością do nieustannego moralizowania i moralizatorskiego konceptualizowania świata.

Irytuje mnie również dezywoluntura, z jaką Dąbrowska zmienia Pepysowi jego dni: chociażby kiedy ten w 1666 pisze o piersiach pięknej Mercer, które podobają mu się najbardziej z wszystkich jakie widział, Dąbrowska tłumaczy to tak, jakby Pepys się im jeno przyglądał, podczas kiedy sam diarysta sugeruje znacznie więcej. Niech już będzie, dla przyzwoitości: ale u Pepysa zachwyty nad piersiami Mercer kończą się tak charakterystyczną dlań zmianą diapazonu: So home and to supper with beans and bacon and to bed. A co u Dąbrowskiej? Nic, ani słowa o fasoli i boczku. Może uznała, że to niestosowne, tak przejść bezpośrednio od piersi pięknej Mercer do wzdymającej fasoli z boczkiem? A przecież właśnie takie zmiany poetyki – z przygód w parlamencie na picie poranne, z porannego drinka na zadumę nad polityką zagraniczną, z polityki do piersi Jane czy innej tam jeszcze, od piersi do kolacji, po kolacji graliśmy na flecie potem spać – czynią Pepysa tym, kim się dla europejskiej kultury stał, bo przecież nie tylko o dokument epoki chodzi, tylko o chaos, którym jest Życie, a który się w dziennikach pana Samuela w tajemny sposób objawia. A Dąbrowska uważa, że może go poprawiać, nie wiem, kompozycyjnie. I nie tylko dokonuje skreśleń; dokonuje również zmian. Ponieważ tak jej się lepiej komponowało, u niej „boczek z groszkiem” pojawiają się dzień później, 20 czerwca 1666 roku, podczas gdy w dzienniku nie ma o nich wtedy mowy.

A to przecież ważne, bardzo ważne, kiedy Pepys jadł te swoje beans and bacon. Bo co jeśli tajemnica Życia ukrywa się właśnie w tym, że jadł ten boczek z fasolą 19 czerwca, będąc ciągle zachwyconym piersiami pięknej Mercer, a nie 20, po śpiewaniu z ojcem i żoną w ogrodzie?

Święto

Dziwną zastałem dzisiaj Warszawę. Podnieconą, poważną, milczącą: czerwono-białe flagi, znaczki Kolorowej Niepodległej, wszyscy mijają się w ciszy, z wyszukaną uprzejmością, zasadzającą na tym, że nie zauważa się nadchodzących z naprzeciwka Wrogów – odpowiednio, polskości lub tolerancji. Jatka pewnie będzie później. Pan Krzesełko obok Rotundy wzbogacił swój instrument: nie wali już tylko w samo krzesło, dziś na swoim instrumencie miał inne, odświętne brzmienia, puste kanistry głuche jak tam-tamy i czajnik jak cymbał brzmiący.

Drażniłem się kilka dni temu z moją piękną siostrą, która niewiele mówi o swoich przekonaniach, acz wydawały mi się zawsze raczej feministyczne i liberalne; potwierdzają to też lektury przy łóżku. Aby więc siostrę podrażnić, zapytałem trochę sarkastycznie, czy wybiera się do Warszawy, blokować faszystów: odwarknęła słusznie, że jest ze Śląska, więc nie chodzi na żadne marsze ani blokady. Dodając chyba jeszcze „głupka”, nie bez kozery.

Jest w tym prawda o nas, o niej, o mnie i w ogóle o Ślązakach. Nie wykluczałbym, że nawet na Marsze Autonomii Ślązacy chodzą trochę wbrew swojej naturze; ja nie poszedłem, w maszerowaniu jest coś istotnie nieśląskiego.

Ale tak się składa, że jestem dziś w Warszawie i uśmiecham się życzliwie zarówno do „faszystów” z flagami jak i „wrogów Niepodległej” z dredami. Jeśli w ogóle jestem w stanie się do kogokolwiek życzliwie uśmiechnąć, może więc raczej krzywię się do wszystkich z nienawiścią, nie wiem. Na pewno trudno mi znieść widok dzieci, którym patriotyczni rodzice zakładają na głowy powstańcze hełmy z plastiku, bo zarówno moja wyobraźnia jak instynkt ojca podpowiadają mi wtedy straszne obrazy, ale na to próbuję nie patrzeć.

Więc Warszawa maszeruje i kontrmaszeruje, a ja, śmieszny, głupi Ślązak, za Filipem Memchesem, chociaż z innych powodów, to tak jak on, wybieram postawę Piszczyka.

Varia o Máraim i Cioranie, dla odmiany

Chciałbym już ich nie czytać tak dużo, nawet się wstydzę, że ciągle ci dwaj i jeszcze Subtelny Łowca na dokładkę, więc ostatnio czytam co innego, dużo, ale żadnych powieści, tylko biografie, dzienniki, wspomnienia i trochę popularnej historii. Ale na stoliku nocnym leżą i wypełniają mi nierzadką bezsenność i o nich głównie mi się myśli.

***

Będąc absolutnym ekstrawertykiem z bezsilną zazdrością podziwiam milczenie introwertyków, wydaje mi się szlachetniejsze, mam zawsze w konfrontacji z introwertyzmem poczucie własnej niezręczności, hałaśliwości, niestosownego obnażania się w każdym słowie i geście, jakbym nie potrafiąc jeść nożem i widelcem zasiadał do wytwornej kolacji w eleganckim towarzystwie.

***

Minęło pięć lat, jak znam się z Máraim. Wcześniej coś czytałem, ale intymność tej relacji zrodziła się latem 2006 roku, na Spitsbergenie, targałem ze sobą „Dziennik” w plecaku, jakby nie dość mi było trzydziestu kilogramów. Od tego czasu nie było miesiąca, żebym po tę książkę nie sięgnął.

Byłem wtedy, pięć lat temu, kimś zupełnie innym, niż jestem dziś: byłem młodszy, bezdzietny, lepszy, nieco głupszy, dużo weselszy i grubszy, chociaż tak samo skłonny do melancholii jak dziś. Piłem mniej, paliłem więcej, miałem światopogląd, lepsze zdanie o ludziach, mniej pieniędzy i więcej czasu. Gotowałem i pisałem gorzej, piłem gorsze wina i sądzę, że byłem też raczej przyjemniejszy towarzysko.

Przestrzenie głupoty przebyte w ciągu tych pięciu lat uświadamiają mi ile jeszcze głupoty do przebycia przede mną, całe życie idioty w świecie złudzeń; jak bardzo głupi jestem teraz, tego oczywiście dziś nie dostrzegam, ipso facto.

„Dziennik” mnie zmienił. I nie chodzi tutaj o jakieś gwałtowne przewartościowania, które mi się owszem przydarzyły, ale później i od Máraiego raczej niezależnie. Zmiana wydarzyła się gdzieś pomiędzy mną o światem, moje smutki i gorycze wcześniej nienazwane nagle znalazły swój – nieswój język.

***

Im więcej czytam Ciorana, tym bardziej mnie ten nadęty kabotyn złości. Melancholia Máraiego jest surowa i elegancka, jest melancholią człowieka słusznie dumnego, człowieka klęski i pogardy dla zwycięzców. Cioranowskie rozpacze to poetyka artykułu z plotkarskiej gazety, w której aktoreczka opowiada o tym, jak pokonała depresję. Cioran wdzięczy się do tych, którymi chciałby pogardzać. Irytuje mnie tym bardziej, im bardziej podobny wydaje mi się do mnie samego. Dlatego chyba ciągle go czytam – bo to, co jest w nim autentycznie wartościowe, okrutna antropologia, mizantropiczna wiwisekcja natury ludzkiej – to i tak przepisał w całości od La Rochefoucauld. Przeglądam się w „Zeszytach…” jak w krzywym zwierciadle. Albo i nie krzywym.

Máraiego zaś czytam z perspektywy przeciwnej, jakby powoli stawał się dla mnie dobrym przykładem tego, co może być szlachetne w człowieczeństwie. Mała wyspa na oceanie mizantropii.

Varia

Cioran, „Zeszyty 1957 – 1972″. Dziwna rzecz. Wydanie z 2004 roku kupiłem na allegro za trzysta złotych prawie i wcale nie przepłaciłem jakoś boleśnie, bo po tyle właśnie chodzą. A rzecz dziwna – bo książka jest używana. I to widać. I nie jest zniszczona, ale ma trochę plamek świadczących, że jej poprzedni czytelnik czytał przy jedzeniu tudzież piciu, co mi się podoba, bo książka to nie fetysz i czytania przy jedzeniu i winie nadaje się znakomicie, jeśli tylko się wygodnie otwiera.
Ale – kiedy ją poprzedni, anonimowy dla mnie czytelnik czytał, to podkreślał podkreśleniem prostym i wężykiem, komentował na marginesach, stawiał plusy i minusy. I gdybym pożyczył tę książkę od przyjaciela, albo kogoś, kogo zdanie na temat Ciorana mnie interesuje, to przyjmowałbym te podkreślenia i komentarze z wdzięcznością i radością, odnajdując w nich człowieka, którego odnajdywać chcę. A tutaj – nie wiem. Podoba mi się historia tej książki, cudze życie, której z niej się w tych plamach po jedzeniu i piciu i podkreśleniach wylewa. Ale przeszkadzają mi te podkreślenia w lekturze. Bo organizują mi lekturę nie tak, jakbym sam ją sobie zorganizował. A przecież gumował nie będę…! I trochę zamiast czytać Ciorana, zastanawiam się, czy idiotą był ten, który był przede mną, czy tylko mi się wydaje (te naiwne uwagi o buddyzmie na marginesach…), a potem znowu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak podoba mi się wybór, jakiego jej poprzedni, anonimowy czytelnik dokonał, więc może jednak to nie idiota…? Taka książka jest trochę jak kobieta.

A sam Cioran…? „Rozpacz nadprzyrodzona.”

Zastanawiam się, dlaczego nie lubi Ciorana W.S., skoro polecił mi Tkaczyszyna-Dyckiego i jestem mu za to wskazanie niesłychanie wdzieczny, bo trzeba rekomendacji kogoś bliskiego, kogo gust cenię, abym sięgnął po polską, współczesną poezję. A Tkaczyszyn-Dycki i kompletny zbiór „Oddam wiersze w dobre ręce”… Nie znam poezji, która bardziej by mną szarpała, co oczywiście bez wątpienia jest pochodną mojej poetyckiej ignorancji, bo cóż to jest – Pound, Eliot, trochę Herberta, trochę Miłosza, trochę Cummingsa i Broniewskiego, Emily Dickinson, Sylvia Plath, ostatnio Kawafis i więcej naprawdę poezji nie czytam i nie czytałem. I nie próbowałbym oczywiście rozsądzić, uszeregować, bo jestem poetyckim dyletantem, ale nie jestem dyletatnem jeśli chodzi o rozpoznawanie tego, co mną wstrząsa, a Tkaczyszyn-Dycki wstrząsa, odmienia. W ogóle – jakoś jawi mi blisko Kawafisa, nie wiem czy to przez homoerotyczność, czy jakoś przez brzmienie tego, czym u Kawafisa jest ciągłość greckiej cywilizacji, a u Tkaczyszyna-Dyckiego kresowa genealogia i obyczajowość polsko-rusińska. Ale oczywiście różnica jest zasadnicza, fundamentalna, bo Kawafis jest spokojny, ukojony, melancholijny, poezja Kawafisa jest poezją kosmosu – a Tkaczyszyn-Dycki jest rozedrgany, szalony, Tkaczyszyn-Dycki wyje, jest poetą chaosu. I dlatego dziwię się jakoś niechęci W.S. do Ciorana, bo przecież grają Cioran z Tkaczyszynem-Dyckim na tych samych diapazonach, ale nie jest to prozelickie zdziwienie, nikogo do czytania Ciorana nie namawiam, bo to byłoby jak ciągnąć kumpla do burdelu, albo namawiać do jeżdżenia autem po pijaku. Zresztą może wcale się tej niechęci nie dziwię. Może każdemu bym tej niechęci życzył, byle nie takiej, o jakiej Cioran bodajże (przebaczcie, nie chce mi się szukać cytatu) pisze w odniesieniu do La Rochefoucauld – iż głupcy mawiali, że być może przeszłość (ich przeszłość) odpowiada temu, co książę pisał, ale teraźniejszość, czy też przyszłość zada mu kłam.

Oprócz tego – „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. Ostatnia powieść Mackiewicza, jaka mi do przeczytania została i jaką przeczytałem. Więcej już nie ma. I oddalając się od lektury coraz częściej myślę, że chyba największa z jego powieści i jednocześnie może największa polska powieść XX wieku. Jeszcze nie umiem nic o niej napisać, potrzebuję czasu.

Dalej, filmy. Prawie nic, gdyby nie „Melancholia” von Triera. Prawdopodobnie jeden z wybitniejszych filmów ostatnich lat, przynajmniej z tych, które widziałem, a, na Boga, funkcjonalnie rzecz biorąc widziałem wszystkie, poza dziełami z ligi „Kac Vegas” (który też widziałem).

A przecież nie lubiłem von Triera wcześniej. A tutaj – arcydzieło. Studium pustki, studium rozpaczy, romantyczna wizja człowieka skonfrontowanego z sublime absolutnym, „Mnich nad brzegiem morza” Friedricha podniesiony do potęgi, bo to konfrontacja z naturą całej ludzkości, i to nie z naturą która straszy zza muru plaży, lecz z naturą, która spala na dotyk, wypełnia niebo i jakże cudowne jest to, że nie ma w „Melancholii” uciekających przed błękitną planetą tłumów, a są jedynie samotne kobiety, przestraszony chłopiec i tchórzliwy mężczyzna. Terror metafizyczny, tym straszniejszy, że w przeciwieństwie do horrorów ludowych, dotyka strachem prawdziwym, zamraża duszę.

Zastanawiam się zupełnie nie à propos, dlaczego kiedy ktoś pyta mnie o moje najważniejsze lektury, zawsze zapominam o Czechach? Którzy są przecież tacy dla mnie ważni – i nawet niekoniecznie wielka trójca Kundera – Hašek – Hrabal, chociaż przecież wszystkich trzech cenię ( Haška najmniej, z Kundery przede wszystkim wczesne powieści, szczególnie „Żart„). Ale dalej – dwóch Otów (tak to odmieniać), od nazwiskach jak imiona, Ota Pavel i Ota Filip. Na liście najważniejszych powieści w moim życiu „Śmierć pięknych saren” i „Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy” znalazłby się bez wątpienia. Coś jest niepozornego w tej wielkiej prozie, że jakoś mi się w wyobraźni zasłania różnymi Mannami i Steinbeckami, a przecież są dla mnie równie ważni.

Wczoraj dzień w bardzo przyjemnej, gliwickiej kawiarni Kafo, w której już drugi tydzień sobie pracuję. Ale czasem wyjmuję z uszu słuchawki.

Adwokacik i czwórka kobiet mówiących na zmianę po polsku i rumuńsku. Zdaje się, że Cyganki, ale nie wiem. Siedzą pół metra ode mnie, nie krępują się wcale. Papuga przez telefon załatwiał jakieś kaucje, zwolnienia, zwroty, nie postawiono zarzutów, ktoś tam wychodzi, kobiety obficie ozłocone deliberowały zas ile papuga ma lat, ni to zalotnie, ni to lekceważąco, przyznał w końcu, że trzydzieści i dwie młodsze zaczęły wdzięczyć się ku niemu matrymonialnie i uroczo. Papuga więc zaczął powtarzać jak mantrę „no, to ja będę leciał”, ale siedział dalej, a potem jeszcze były negocjacje o wynagrodzeniu, że zegarek, że ma być jakiś tam za piętnaście tysięcy, ale koniecznie niekradziony i to ostatnie było kwestią sporną. Odgrodziłem się w końcu muzyką, nieco tą balladą apaszowską znudzony, chociaż jednak wstrząśnięty konfrontacją ze światem, jakiego nie znam.

Póżniej: dwie licealistki. Jedna klaruje drugiej, że romans z księdzem katechetą to nie jest zbyt dobry pomysł. Ku tej drugiej zmartwieniu. I że jednak trzeba to skończyć. I że już parę osób ich razem widziało. I znowu – czy ja jestem przeźroczysty? Oprócz mnie w kawiarni nie ma nikogo. Dziewczęta się nie krępują.

Dalej. Dziewczynki jeszcze młodsze, uczą się biologii i przy okazji jakiegoś zagadnienia chichoczą wesoło i głośno na temat swoich cipek, proszę mi wybaczyć dosadność.

Dalej. Dwóch panów rozmawia po śląsku o aborcji w Hiszpanii i dlaczego Starbucks jest do dupy, oraz że mają dosyć swoich żon.

I, na Boga, nie podsłuchuję przecież, tylko słyszę, trafiają te słowa do mnie, kiedy mam już dość muzyki zapętlonej i pozbywam się słuchawek.

W związku z tym przyszło mi do głowy, że przy moim stoliczku przy oknie jestem naprawdę niewidzialny i wcale się tym nie zmartwiłem. A może się zmartwiłem, że spojrzenia przelatują przeze mnie jak przez powietrze, odbijają się od ściany, nie krępuja się goście kawiarni rozmawiać przy mnie tak, jakby mnie nie było?

A poza tym, to jadę do Paryża i jeśli mój dzienniczek czyta ktoś z tego całkowicie obcego mi miasta, to zapraszam na spotkania autorskie dwa, na których nie wiem jak inni, ale ja na pewno nie będę mówił po francusku. 18 czerwca w Księgarni Polskiej (123 bd St-Germain, Paris VIe), w godzinach od 17:00 do 20:00, 19 czerwca – od 14:00 do 19:00, Espace Champerret, porte de Champerret, Paris XVIIe, na stoisku Éditions Bellicum.

Czarne znaki zapytania

Czasem jedno zdanie nie daje mi spokoju – jak to z noweli „Drzazga” Władimira Zazubrina. Rozpoczyna ono scenę egzekucji – jest rok 1921, pięciu skazańców wprowadzonych zostaje do piwnicy pod siedzibą gubernialnego oddziału CzeKa. I wtedy Zazubrin pisze: „Obok nich pięciu czekistów. W rękach ogromne rewolwery. Kurki – czarne znaki zapytania – odwiedzione.”

Jest w tym porównaniu – czarne znaki zapytania – wszystko. Jeśli kurek odwiedziony jest znakiem zapytania, to jakie jest pytanie? O to, czy tylko straszy się tu skazanych, czy będzie się ich strzelać, na co wskazuje grubą warstwą zaschnięta na podłodze i ścianach krew? O to, jaki sens ma życie człowieka, skoro skończyć z nim można tak łatwo, przemysłowo, jak dokręcić mutrę na fabrycznej taśmie? O to, jaki sens ma historia; czy posiada heglowskiego Ducha, który sprowadził do tej piwnicy ludzi starego porządku, czy jest raczej chaosem i to chaos ich tu sprowadził, nie żadna logika dziejów? A jeśli historia Ducha posiada i Duch ten wyrzuca ludzi na śmietnik historii, nie tylko w przenośni, ale dosłownie, to czym jest wobec historii człowiek? Kto jest historii podmiotem? Ludzie, klasy społeczne, narody, cywilizacje, nic? I jak człowiek stawać powinien przed śmiercią, przed tą opatrzoną jeszcze znakiem zapytania, ale przecież i tak nieuchronną, bo znak zapytania ciągle stoi po pytaniu „kiedy?”, nie zaś „czy?”.

A może są to znaki zapytania po tym pytaniu najważniejszym: czy jesteśmy tylko udręczoną pytaniami mierzwą i kiedy kule rozbijają nam głowy, stajemy się mierzwą cichą, spokojnie wsiąkającą w ziemię płytkich grobów i nie ma żadnego sensu poza tym? Czy też raczej robią swoim ofiarom przysługę czekiści, posyłają ich na lśniącym rydwanie męczeństwa ku wiecznemu życiu?

I co się stanie, kiedy odwiedzione znaki zapytania opadną? Zamienią się w wykrzykniki po onomatopeicznym „bach!”? Czy raczej w kropki po ostatnich zdaniach krótkich, banalnych biografii?

I można tak medytować nad jednym porównaniem, ale cała nowela Zazubrina składa się z takich zdań. Opisują krótkie dzieje czekisty-inteligenta, który od asystowania przy codziennych, fabrycznych egzekucjach traci rozum i każde z tych zdań jest małym wierszem, nasiąkniętym znaczeniami. Nie chodzi tutaj o szyfr, nie chodzi o ukrywanie przed cenzurą treści, które można powiedzieć inaczej: Zazubrin pisze prozę wierszami, bo są takie treści, których inaczej niż wierszem oddać się nie da, są treści, których nie da się wypowiedzieć wprost, bo nie znają takich słów ludzkie języki, bo desygnat jest zbyt skomplikowany, by mogło mu odpowiadać jakiekolwiek pojęcie, ale odkryć się może przed czytelnikiem w subtelnych związkach metafor, porównań, rytmu języka.

Na przeciwnym biegunie stoi Hemingway. Hemingway to sto procent prozy w prozie: tajemnica kryje się w całej lakonicznie opowiedzianej historii, za narracją podążamy niepoetycznie, nie ma niczego, co byłoby w prostych zdaniach niewypowiadalne, bo to, co niewypowiadalne, ta wartość dodana literatury, ten wgląd w tajemnicę Życia dociera przez fabułę, nie przez prostotę języka.

Jako czytelnik cenię zarówno prozę poetycką, jak prozaiczną, ale pisząc wolę drogę Zazubrina: nienawidzę zdań typu „hrabina weszła do pokoju i siadła w fotelu”, zdań, których jedyną funkcją jest poruszenie akcji do przodu, pisząc takie zdania czuję się, jakbym robił coś niskiego, kiczowatego, dlatego z każdym kolejnym tekstem staram się pisać mniej zdań pustych, a więcej zdań pełnych. Dlatego ciągle wracam do „Drzazgi”.

I tylko jeden szczegół nie daje mi spokoju.
Nowela Zazubrina jest ścisła faktograficznie, co świetnie uzupełnia jej poetycką moc. Jest to ścisłość profetyczna: Zazubrin najpierw napisał „Drzazgę” a potem ją przeżył, czy raczej właśnie nie przeżył, rozstrzelany w czasach wielkiej czystki. Więc wszystko się zgadza: metodyka działania, sprawy urzędowe, tempo, rewolucyjna czystość pierwszych lat wojny domowej (czekista, który zgwałcił aresztowaną zostaje rozstrzelany razem z nią), pijaństwo, mundury, rok 1921 w Nowonikołajewsku.

I tylko jedno się nie zgadza: kurek żadnego rewolweru nie wygląda jak znak zapytania. Kurek nagana, odwiedziony, układa się w kształt greckiej lambdy. To szczegół, ale porównanie, które nie miałoby mocnego zakotwiczenia w rzeczywistości, do stylu Zazubrina nie pasuje.

Oglądam więc zdjęcia czekistów i nagle olśnienie: chodzi o inną broń. Pistolet mauzer C96, ulubiona broń bolszewickich komisarzy, Janka Kosa z „Czterech pancernych” i Winstona Churchilla. Kurek mauzera wygląda właśnie jak znak zapytania; więc może to tłumacz się pomylił, dystynkcji między pistoletem a rewolwerem nie uczą na filologii rosyjskiej.
Sprawdzam w oryginale: „Около — пять чекистов. В руках большие револьверы. Курки — черные знаки вопросов–взведены.”, a więc to nie wina tłumacza, po prostu autor wolał „rewolwer” jako uniwersalne określenie broni krótkiej, nawet kiedy pisał o mauzerach i brauningach.

Czy więc uznać to za zwykły błąd nieobytego z bronią literata?
Nie, Zazubrin walczył w wojnie domowej, najpierw w armii Kołczaka, potem w Armii Czerwonej. Żołnierz odróżnia rewolwer od pistoletu, tak jak odróżniamy z łatwością rower od motocykla, a samopowtarzalny mauzer z kurkiem jak czarny znak zapytania rewolwerem nie jest, nic się w nim nie obraca, naboje jeden po drugim wskakują do komory z podłużnego magazynka, nie kręcą się w bębnie.

Więc dlaczego ten rewolwer, zamiast rosyjskiego „pistolieta”?
Może dlatego, że pistolet to słowo stare, pochodzi od czeskiego „píšťala”, czyli „piszczela”, jak zwano ręczną broń palną już w czasach wojen husyckich. „Rewolwer” to słowo techniczne, oznacza sposób działania maszynerii i jako element śmiertelnej fabryki CzeKa brzmi lepiej niż stare, słowiańskie słowo „pistolet”. Mała koncesja prozy na rzecz poezji: rewolwer niesie ze sobą cały bagaż dziewiętnastowiecznej industrializacji: lokomotywa, parowiec, dagerotyp i rewolwer. A więc – fabryka, aby lokomotywę i rewolwer wyprodukować, fabryka, a w fabryce rewolucja.

I z fabryki – śmierć.

Dzień-zmierzch

Dzień-zmierzch, dzień, w którym Słońce Niezwyciężone odwraca od świata swoje oblicze i nie wschodzi, jasne nieba sklepienie zaciągnięte chmurami nieprzeniknionymi obustronnie, dla oczu naszych i dla oczu boskich, nastają ciemności starsze, niż ciemność wnętrza grobu Józefa z Arymatei, smak ciemności wiecznej.

Dzień-zmierzch, Czarni Bogowie słyszalni są dziś wyraźniej, grzmią spod rzecznych piasków i mułów językiem, który jest jak piękna i groźna muzyka, chwytają nas za pięty, kiedy zlęknione stopy spod kołder zmierzają ku podłogom.

Wielka Sobota, dzień, który nie zamyka się datą w kalendarzu, dzień, który nie zaczyna się ani nie kończy, dzień, który jest rewersem wszystkich dni Słońca, dzień triumfu wielkiego Nie, dzień wielkiej odmowy, dzień, w którym łatwo można się zgubić i na zawsze w nim pozostać, na całe życie między piątkiem a niedzielą, między śmiercią a życiem.

„(…)Ten, kto powiedział Nie – nie żałuje. Gdyby zapytali go, czy chce
odwołać je, nie odwoła. Ale właśnie to Nie –
to słuszne Nie – na całe życie go grzebie.”

Che fece… Il gran rifiuto
Konstandinos Kawafis, tłum. Z. Kubiak.

Agresywne désintéressement

Kaczyński coś powiedział o Ślązakach bardzo głupio. I dalej – poszło! Ktoś tam się uniósł honorem peowskiego działacza. Jurek Gorzelik się oburzył i obraził, nie bacząc na to, że oburzały to się raczej stare panny w XIX-wiecznych powieściach. Ktoś tam podał do sądu. O coś tam. No to jakiś intelektualista z PiSu wytłumaczył precyzyjnie o co prezesowi chodziło, że chuje to są nie wszystkie Ślązaki, tylko niektóre. Na co Roczniok wytłumaczył (jeśli ktoś chciał słuchać, w co wątpię) że wcale nie, bo na odwrót. Kluzikowa przeprosiła, jeśli kogoś przekonała. Bohaterski niedawny przeciwnik Tuska w akcie ekspiacji ogłosił, że właśnie zostaje honorowym Ślązakiem w akcie bohaterskiego protestu przeciwko szalejącym demonom nacjonalizmu. Pewnie przeczytał ten kawałek o milczącym pastorze i pomyślał sobie, że cóż to będzie, kiedy pisowska hydra przyjdzie po specjalistów od rozebranych pań? Nie, żebym miał coś przeciwko rozebranym paniom. Więc specjalista raczył zostać Ślązakiem, on i jakieś dziennikarki i kto tam jeszcze. Pewnie dlatego, że nigdy nie słyszeli o uroczej śląskiej ksenofobii, która i trzeciemu pokoleniu zamieszkałych na Śląsku goroli nie przyda prawa do nazywania się Ślōnzŏkami*, chociażby gębę pełną miała frazesów o multikulti i innych głupotach. Ale wystarczy, że się zbierze intymne grono etnicznie jednorodne i zaraz zaczynają się narady jak z małego, śląskiego Ahnenerbe; kto i do jakiej kategorii się kwalifikuje, a potem nawet kłótnie, wielkŏ haja, aże przeca ty, mamlasie pierziński, tyż zaś tak czisto w papiyrach niy mŏsz, bo ôd twoji starki drugigo chopa starŏszek byli ze Poznania abo ze Hamburga, skiż czego zawrzyj pysk, krojcŏku zatracōny, jak sam ôd pokolyń echt Ślōnzŏki gŏdajōm. I w ten deseń, naprawdę uroczo. Ale to tak na marginesie. A teraz zakwalifikowano Ślązaków do elitarnego grona uciskanych przez Kaczyńskiego, razem z Gabończykami i kupującymi w Biedronce i kim tam jeszcze. Z drugiej strony zakwalifikowano Ślązaków do elitarnego grona odwiecznych wrogów prasłowiańskiej i piastowskiej polskości, razem z Grossem, Hitlerem, Michnikiem, Stalinem i Tuskiem, kolejność alfabetyczna. Cudownie.

I ciągle mnie teraz ktoś pyta: a co ja na to?
A ja na to: a gówno.

A nie licząc wulgaryzmów?

Nie licząc wulgaryzmów, to ja na to tyle: siedziałem sobie wczoraj w moim ulubionym przybytku żywienia i napojenia zbiorowego, żułem perfekcyjnie medium rare wypieczoną polędwicę wołową, popijałem carmenere, a jakże, reserva w którym beczkę czuć było wyraźnie a jednocześnie delikatnie, czyli jak trzeba, i zastanawiałem się, dumałem, rozmyślałem, rozważałem w duszy swojej i sumieniu, co ważniejsze: wino czy mięso? Najpierw tchórzliwie skłaniałem się ku jakiejś gastronomicznie metafizycznej jedności smaków mięsnokrowich i sfermentowanych, ale potem nadszedł czas na przewartościowanie i stanięcie w prawdzie o sobie i na różne takie i stanąłem i przyznałem pierwszeństwo winu, zwłaszcza, że wina zamówiłem jeszcze, a polędwicy już nie. Potem zaś paliłem djarumy special i kontemplowałem przedziwną zgodność, jaka mi się natrętnie nasuwała, zgodność goździkowo-tytoniowego smaku, wina i kobiecych bioder, ochoty, aby je pogładzić… A potem nabyłem jeszcze w przybytku wspomnianym dwie butelki do domu, i obie carmenere z Chile, potem opowiadałem synkowi na dobranoc smutną bajkę o piratach, a potem czytałem w szczotkach nową powieść W.S., powieść bardzo inteligentną, piekielnie zabawną i bardzo smutną, czyli taką, jak trzeba. Z W.S. wymieniłem również kilka e-maili przy okazji szczotek mojego zbioru opowiadań, które czytał W.S., i były to e-maile o postawie ironicznej w literaturze, o pisaniu flakami, o nachalnym i nieuniknionym autobiografizmie czytelniczych interpretacji, o rozpaczy i o pogodnej melancholii, o usprawiedliwieniu ludzi i bohaterów w ich wielkości i małości i o ważnych sprawach, po prostu. I e-maile te, na dodatek, za sprawą właściwej W.S. filozoficznej precyzji zakreśliły mi ładnymi konturami parę majaczących na horyzoncie intuicji, które bardzo przydadzą mi przy pisanej własnie „Morfinie”.

A jeśli ktoś naprawdę chce czytać o sprawach śląskich i nudnych, to niech sobie poczyta na blogu u Nawratka, bardzo ciekawego architekta i urbanisty. Z rzeczonym Nawratkiem raczej lewicowym b. ciekawy wywiad przeprowadził i opublikował w Teologii Politycznej raczej prawicowej pewien młody i bardzo obiecujący a do tego warszawski intelektualista, którego nazwisko (Jędral) jestem przekonany, że P.T. Czytelnicy mojego dzienniczka jeszcze usłyszą, zapewne mniej więcej wtedy, kiedy rzeczony młodzieniec zetnie długie włosy, tak to się zwykle jakoś koreluje, że tak sobie pozwolę na odrobinę paternalistycznego tonu, za który od razu samego zainteresowanego przepraszam.

Więc o podstępnych ślązakowcach i groźnych kaczystach to gdzie indziej proszę sobie czytać, ja, za pozwoleniem P.T. Czytelników albo i bez pozwolenia zostanę jednak przy winie, literaturze i reszcie.

*Jak mogli zauważyć spostrzegawczy P.T. Czytelnicy, zmieniłem sobie ortografię. Teraz będę do zapisu śląskiego stosował ortografię polecaną przez stowarzyszenie Pro Loquela Silesiana, która wydaje mi się najdojrzalsza i przy tym doskonale uwzględniającą dialektalne zróżnicowanie śląszczyzny. Jest to ortografia tak rzadkiej doskonałości, iż wspomniane stowarzyszenie postanowiło nie rzucać pereł przed wieprze, tzn. nie umieszczać zasad tej pisowni w internecie, więc jeśli ktoś chce sobie te daszki i kreski w swej perwersji przyswoić, zmuszony jest do zakupu książeczki pod tytułem „Ślabikŏrz niy dlŏ bajtli abo lekcyje ślōnskij gŏdki”, co sam uczyniłem i nawet polecam, bo rzecz jest ciekawa i inteligentna.

Varia

Otwarłem butelkę bardzo przyzwoitego, fioletowego saperavi, i zaprawdę rację ma W.S., kiedy twierdzi, że jakoś istotowo różni się ono od wszystkich innych czerwonych win. To moje z gruzińskiego wina ma tylko szczep i najszerzej pojęty terroir, winifikowane jest po europejsku i mniej ma charakteru niż takie fermentowane po gruzińsku, mętne, z glinianej kvevry – charakteru mniej, ale za to jest przyjemniejsze, z ludźmi też tak czasem bywa, więc możemy się polubić, ale się nie zaprzyjaźnimy. A otwarłem, bo pomyślałem, że może napiszę coś o Gruzji, ale tak naprawdę, cóż mnie obchodzi Gruzja, skoro nic o niej nie wiem, bo ile się można dowiedzieć tłukąc się terenówką po jej bezdrożach? Wiele lub nic, a ja wybrałem, że nie dowiem się niczego. Wypluł mnie tamten kraj, nie chciał mnie. Więc nie będę pisał o Gruzji, nie dziś.

Zastanawiam się, dlaczego z ważnych dla mnie pisarzy najbliższy jest mi Márai. Nie wiem, czy najważniejszy, ale na pewno najbliższy. I pewnie jednak najważniejszy. Może to przez to, że Jünger był żołnierzem, Lampedusa arystokratą a Cioran szaleńcem, zaś Márai był po prostu zawodowym pisarzem i tyle. Może to przez Europę Środkową: świat Máraiego nie jest moim światem, ale jest dla mnie czytelny, a cóż mogę wiedzieć o okopach, Sycylii albo byciu synem popa?
Ale może to dlatego, że Márai czytał Jüngera i Lampedusę (nie wiem jak z Cioranem), a nie sądzę, aby Jünger czy Lampedusa czytali Máraiego. Chociaż może i czytali, piękne jest to zdjęcie, gdzie ściskają sobie dłonie Márai z Mannem. Ale nie sądzę,
A może dlatego, że za każdym razem, kiedy wracam do „Dziennika” zadaję sobie to głupie przecież pytanie: po co mi czytać inne książki, skoro z żadną inną tak naprawdę nie mam ochoty obcować, nawet z „Promieniowaniami”, skoro „Dziennik” to jedyna książka, przy której mógłbym płakać, gdybym sobie na to pozwolił. I skoro nigdzie indziej nie znajduję ukojenia: chociaż nie w wizji przecież, nie w spojrzeniu na świat oczami tego smutnego świadka entropii, ale w świadomości, że tak wspaniale można być człowiekiem, tak wzniośle można być pisarzem, tak pogardliwie można być znikąd (bo z Kassy) i zewsząd (bo na emigracji) jednocześnie i można tym człowiekiem pozostać do samego dumnego, wściekłego końca. I ten starczy noetyczny wgląd: „Możliwe, że w istnieniu jest jakieś szaleństwo.” Był mądrzejszy od Ciorana, bo mniej efektowny.

A na drugim biegunie, a może na całkiem innej planecie: Iwaszkiewicz, którego dzienniki od roku czytam w zasadzie cały czas, nieustannie, bardzo małymi dawkami (inaczej się nie da), jednocześnie z odrazą i fascynacją. Z odrazą, bo to jednak żałosny megaloman – te „skromne” referowanie listów, w których piszą mu pochlebcy, że to skandal, że mu Nobla w tym a tym roku nie dali, tęsknienie do królowej belgiskiej per „Elżunia”. I to przecież jednak głupiec (te analizy polityczne, aż oczy szczypią!), kabotyn, ale kiedy czytam o wielkiej miłości do Jurka Błeszczyńskiego i tegoż umieraniu i pustce po śmierci, to wyziera z tego cała wspaniała wrażliwość pisarza obdarzonego ogromnym talentem, kto wie, czy nie większym, niż talent ściśle literacki Máraiego. Ale może jednak nie. Ale to nie przez swój talent, lecz przez swoją małość Iwaszkiewicz również wydaje mi się bliski, swojski: jak kumpel, spowiadający się przy wódce z małych grzeszków i śmieszności.

A czym jest w ogóle talent literacki? Chyba umiejętnością świadomego, skupionego przeżywania tego, co się właśnie przeżywa, skupieniem na tym, jak przyszłość staje się przeszłością; sądzę, że tylko z takiego doświadczenia rodzi się literatura.