Varia

Otwarłem butelkę bardzo przyzwoitego, fioletowego saperavi, i zaprawdę rację ma W.S., kiedy twierdzi, że jakoś istotowo różni się ono od wszystkich innych czerwonych win. To moje z gruzińskiego wina ma tylko szczep i najszerzej pojęty terroir, winifikowane jest po europejsku i mniej ma charakteru niż takie fermentowane po gruzińsku, mętne, z glinianej kvevry – charakteru mniej, ale za to jest przyjemniejsze, z ludźmi też tak czasem bywa, więc możemy się polubić, ale się nie zaprzyjaźnimy. A otwarłem, bo pomyślałem, że może napiszę coś o Gruzji, ale tak naprawdę, cóż mnie obchodzi Gruzja, skoro nic o niej nie wiem, bo ile się można dowiedzieć tłukąc się terenówką po jej bezdrożach? Wiele lub nic, a ja wybrałem, że nie dowiem się niczego. Wypluł mnie tamten kraj, nie chciał mnie. Więc nie będę pisał o Gruzji, nie dziś.

Zastanawiam się, dlaczego z ważnych dla mnie pisarzy najbliższy jest mi Márai. Nie wiem, czy najważniejszy, ale na pewno najbliższy. I pewnie jednak najważniejszy. Może to przez to, że Jünger był żołnierzem, Lampedusa arystokratą a Cioran szaleńcem, zaś Márai był po prostu zawodowym pisarzem i tyle. Może to przez Europę Środkową: świat Máraiego nie jest moim światem, ale jest dla mnie czytelny, a cóż mogę wiedzieć o okopach, Sycylii albo byciu synem popa?
Ale może to dlatego, że Márai czytał Jüngera i Lampedusę (nie wiem jak z Cioranem), a nie sądzę, aby Jünger czy Lampedusa czytali Máraiego. Chociaż może i czytali, piękne jest to zdjęcie, gdzie ściskają sobie dłonie Márai z Mannem. Ale nie sądzę,
A może dlatego, że za każdym razem, kiedy wracam do „Dziennika” zadaję sobie to głupie przecież pytanie: po co mi czytać inne książki, skoro z żadną inną tak naprawdę nie mam ochoty obcować, nawet z „Promieniowaniami”, skoro „Dziennik” to jedyna książka, przy której mógłbym płakać, gdybym sobie na to pozwolił. I skoro nigdzie indziej nie znajduję ukojenia: chociaż nie w wizji przecież, nie w spojrzeniu na świat oczami tego smutnego świadka entropii, ale w świadomości, że tak wspaniale można być człowiekiem, tak wzniośle można być pisarzem, tak pogardliwie można być znikąd (bo z Kassy) i zewsząd (bo na emigracji) jednocześnie i można tym człowiekiem pozostać do samego dumnego, wściekłego końca. I ten starczy noetyczny wgląd: „Możliwe, że w istnieniu jest jakieś szaleństwo.” Był mądrzejszy od Ciorana, bo mniej efektowny.

A na drugim biegunie, a może na całkiem innej planecie: Iwaszkiewicz, którego dzienniki od roku czytam w zasadzie cały czas, nieustannie, bardzo małymi dawkami (inaczej się nie da), jednocześnie z odrazą i fascynacją. Z odrazą, bo to jednak żałosny megaloman – te „skromne” referowanie listów, w których piszą mu pochlebcy, że to skandal, że mu Nobla w tym a tym roku nie dali, tęsknienie do królowej belgiskiej per „Elżunia”. I to przecież jednak głupiec (te analizy polityczne, aż oczy szczypią!), kabotyn, ale kiedy czytam o wielkiej miłości do Jurka Błeszczyńskiego i tegoż umieraniu i pustce po śmierci, to wyziera z tego cała wspaniała wrażliwość pisarza obdarzonego ogromnym talentem, kto wie, czy nie większym, niż talent ściśle literacki Máraiego. Ale może jednak nie. Ale to nie przez swój talent, lecz przez swoją małość Iwaszkiewicz również wydaje mi się bliski, swojski: jak kumpel, spowiadający się przy wódce z małych grzeszków i śmieszności.

A czym jest w ogóle talent literacki? Chyba umiejętnością świadomego, skupionego przeżywania tego, co się właśnie przeżywa, skupieniem na tym, jak przyszłość staje się przeszłością; sądzę, że tylko z takiego doświadczenia rodzi się literatura.

Cytaty na dziś XVIII

Pierwszy:

To śmierć, ten najskrytszy wymiar wszystkich żyjących, dzieli cała ludzkość na dwa rozłączone porządki tak konsekwentnie, że jeden różni się od drugiego bardziej niż jastrząb od kreta, czy gwiazda od plwociny. Otchłań otwiera się pomiędzy dwoma światami: pomiędzy człowiekiem, który ma świadomość śmierci, a tym który jej nie ma; obaj umierają: lecz jeden nie zdaje sobie z tego sprawy, a drugi o tym wie, jeden umiera tylko przez krótką chwilę, a drugi nigdy nie przestaje umierać… Wspólna kondycja sytuuje ich na antypodach; na dwóch skrajnych pozycjach, wewnątrz jednej i tej samej definicji; są tak odmienni, ale zarazem podlegają temu samemu przeznaczeniu… Jeden żyje, jak gdyby był wieczny, drugi każdą swą myśl poświęca wieczności i w każdej myśli tej wieczności zaprzecza.

Cioran, „Zarys rozkładu”

I drugi:

Jak chłop nie je mientki, nie gamoń, nie pizda, to na przemijanie chłop takowy gwizda.

Spięty, „Antyszanty”

Cezaremu Michalskiemu w sukurs

W odniesieniu do felietonu ze strony Krytyki Politycznej, postanowiłem wspomóc Cezarego Michalskiego – na wypadek, gdyby brakowało inspiracji. W dziesięciu odsłonach.

Odsłona 1
Jarosław Kaczyński jako architektura późnego modernizmu: wybitna, nieużyteczna, niedoceniana

Odsłona 2
Jarosław Kaczyński w świetle ostatniej płyty Lady Gaga oraz recepcji tejże w krajach Afryki Równikowej

Odsłona 3
Jarosław Kaczyński jako czarne otchłanie ateizmu

Odsłona 4
Jarosław Kaczyński jako wczesny Donald Tusk

Odsłona 5
Jarosław Kaczyński jako późny Donald Tusk: prawdziwy wymiar przemiany

Odsłona 6
Jarosław Kaczyński jako Inny. Traktat o wykluczeniu

Odsłona 7
Jarosław Kaczyński, Cezary Michalski, Yukio Mishima. Żywoty paralelne

Odsłona 8
Jarosław Kaczyński jako medium: parapsychologiczne źródła kaczyzmu

Odsłona 9
Jarosław Kaczyński jako zaprzeczenie ideału piękna z obrazów El Greca

Odsłona 10
Jarosław Kaczyński to ja. Studium obcości

Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów

Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.

Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek „The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: „Szepty” i „Tragedię narodu” Figesa, „Morderców” Kazana, „Kawior i popiół” Marci Shore, „Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, „Wielką ucieczkę” Thorwalda, „Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o „Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O „Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O „Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę „sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o „Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. „wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja „KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.

Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.

Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.

Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe „Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe „Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk „Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.

Trzy miesiące roku bieżącego – zapiski

Lipiec

Zanurzam się w życie dziwnie spokojnie, jak pływak na środku oceanu – wiem, że w końcu przyjdzie utonąć, ale teraz, ciągle jeszcze tyle sił, mogę jeszcze płynąć bardzo długo. Nigdy nie opuszczają mnie myśli o świecie, w którym wszystko się skończyło – ale na co dzień panuje spokój: męczący, duszny, ale jednak spokój. Wstaję, kawa, pracuję, znowu, W. nauczył mnie zaparzania kawy po arabsku, w dżezwie,  z kardamonem, potem bawię się z synem, wieczorem jemy z A. kolację, pijemy wino (carmenere, sangiovese, pinot noir), czytamy, albo oglądamy filmy, spać.

I tak co dzień: do tego, żebym przypadkiem nie zrósł się z fotelem, czasem droga do Warszawy, albo do Krakowa, jakbym wypływał z bezpiecznego portu na łowiska, gdzie ocean pełen tłustych ryb. Wtedy pociąg, albo samochód, hotel, albo z wizytą u przyjaciół, trochę czasu z oczami przy szybie i proste, dech w piersiach zapierające szczęście, kiedy na dworcu mój Franek krzyczy „tutuś!” i biegnie do mnie z rozpostartymi rączkami i obejmują mnie te małe rączki za szyję.

Szczęście, gęsto przeszyte najstraszliwszym przerażeniem, obawą, która chciałaby to maleńkie, żabie ciałko otoczyć ramionami jak murami twierdzy.

Raz, dwa razy w tygodniu squash, który zdaje mi się być sportem dziwnie podobnym szermierce, takiej szermierce, jaką kiedyś uprawiałem, czyli po prostu sztuce walki z rapierem, nie skonwencjonalizowanemu sportowi polegającemu na dotykaniu przeciwnika drucikiem wyposażonym w elektryczny przycisk na końcu. Praca nóg podobna, w podobny sposób trzeba sobie wyznaczyć menzurę, czyli zasięg do zrobienia w jednym wypadzie przestawnym. W szermierce, wbrew temu co wydawać by się mogło tym, którzy znają tylko ten interesujący być może sport, uprawiany w białych strojach przy użyciu giętkich drucików – w szermierce, pozbawionej zwyczajowych konwencji (jak te, które np. w szermierce sportowej zabraniają przylać przeciwnikowi w zęby wolną ręką, kopnąć w krocze, w udo, pod kolano), kontakt bezpośredni był bardzo częsty, większość pojedynków kończyła się zapasami, co potwierdza zresztą nasza praktyka sparringowa z dawnych lat, kiedy tak często puścić trzeba było rękojeść rapiera i użyć pięści, łokcia, kolana, wreszcie masy ciała.

Do szermierki, nabijania sobie siniaków, do pękniętej skóry, obolałych żeber i walenia przyjaciół pięścią w ucho czy kolanem w brzuch trzeba było mieć dwadzieścia lat. Squash to dobry analog, kiedy ma się lat trzydzieści. Szkoda tylko, że to co było pewnym atutem w walce (masa – kiedy się przechodziło do zwarcia), w squashu tylko przeszkadza.

Sierpień

Dalej dobre dni. Ciepło, lato miłe, niezbyt upalne, dobre. Przeniosłem się z pracą do altany w ogrodzie rodziców, nasiąkam spokojnym, botanicznym pięknem flory ujarzmionej. Śmieszne rozmowy z synem, dużo dobrego czasu z żoną. Wino, jak zwykle latem, smakuje o wiele lepiej. Dobre jedzenie: świeże, pyszne pomidory z mozzarellą, aż napuchłe od słońca, bazylia, rukola, oliwa, krewetki z czosnkiem i pietruszką i chenin blanc. W Gliwicach pojawiło się niepasteryzowane piwo z browaru Amber. Z przyjaciółmi na długie posiedzenia do restauracji, nad kolacją, piwem, kawą. Znaleźliśmy miejsce, w którym ogródek restauracji połączony jest z placem zabaw dla dzieci – Franek bawi się w piasku.

Dużo książek – Márai, Grossman, „W oficynie Elerta” Zambrzyckiego, Krúdy, Veblen, nowelki Bobkowskiego. Krótkie powtórki: Chamfort, Jünger. Inspirująca wspólna praca z W. i Ł., mimo wyników poniżej oczekiwań, same spotkania – wspaniałe: papierosy, wino, dobre jedzenie i coś najdziwniejszego pod słońcem: kolektywna praca literacka.

Wrzos kwitnie, drżą fioletowe słupki, liżą je pszczoły. Szorstki len na opalonej skórze. Lato, cholera.
I tylko wczesne poranki ciężkie, jak zawsze, pobudki jak na kacu, ciężka głowa, sucho w gardle, katar, dopiero kawa, dwa albo trzy kwadranse otumanionego obijania się od ścian, prysznic i wraca życie. Praca, odpoczynek, czasem, rzadko, trochę lenistwa.

Praca w ogródku kawiarni na gliwickim rynku. Ciepłe od lata miasto, rozgrzane płyty bruku, paradują ładne i brzydkie dziewczyny, muzykanci i gołębie. Dużo muzyki: Joy Division do pisania, Beth Gibbons, , Gaba Kulka ostatnio (zapętlona Lady Celeste do pisania) – ukradziona siostrze, ale siostra ma Zuzię, która jest mniejsza niż duży kot, więc nie ma kiedy słuchać muzyki. Stare Jamiroquai do samochodu.

Wrzesień

I wraca się z Mazur. Się było na Mazurach. Się żeglowało, dobrze wiało, nos się opalił i włosy pojaśniały, jak zwykle od słońca. Się siedziało na Mamerkach, się piło wino i się gapiło na jezioro, ze zdziwieniem konstatując, że to w pewnym sensie ten sam pejzaż, jak znad ogniska na Eriksonodden.

Ciągle nie umiem wydestylować tego, który element krajobrazu wywołuje we mnie to poczucie, to wrażenie spokoju; na pewno woda, wolny rytm fali, na pewno szeroka perspektywa. Ale to nie wszystko, jest w każdym razie w tych boleśnie wyeksploatowanych krajobrazach mazurskich jezior coś takiego, co czułem również siedząc białą nocą nad Zatoką Colesa, nad ogniem.

A pieprzony Spitsbergen nie chce mnie puścić: na przykład w zeszłym tygodniu spadł pierwszy śnieg. Co oczywiście wiem, bo do bukietu moich nałogów dorzuciłem codzienne sprawdzanie co tam słychać (svalbardposten.no) a co widać w Longyearbyen. W każdym razie, w tym roku spadł ten śnieg trochę później niż w zeszłym; kiedy ostatniego dnia wyszliśmy z namiotów, Svalbard był już oprószony bielą jak pączek cukrem-pudrem i to było przyjemne pożegnanie.
Mieszkańcy Longyearbyen początek lata wyznaczają w momencie, w którym przełamuje się nawis śnieżny na Operafjellet, doskonale widoczny z miasteczka – ma ów nawis kształt kieliszka do szampana i łamie się nóżka, widać go też w paru kamerkach internetowych. W tym roku przełamał się 21 lipca, a dziś już nie widać go spod nowego śniegu.

Nie chce mnie puścić również literacko: wydawało mi się, że temat wyczepię „Zimnymi wybrzeżami”, a tu nic z tego. Napisałem już opowiadanie pt. „Tak jest dobrze”, z którym nie wiem jeszcze co się wydarzy, a już piszę kolejne i oba, mimo, że w gruncie rzeczy obyczajowe, osadziły się jakoś same w Kraju Ostrych Gór.
No i w efekcie w 2010 to już pewnie się nie oprę i pojadę znowu. Może tym razem więcej od strony morza i dalej od Longyear, mam już parę pomysłów. A może w ogóle morzem?

A tutaj, teraz: mój Franek skończył dwa lata – i przez te dwa lata nauczył się chodzić, mówić, złościć, kaprysić, robić „mój, mój tatuś” i i w ogóle nauczył się być. Ja po raz pierwszy w życiu poczułem się naprawdę dorosły, ale to on dokonał większego kroku: z człowieczego niebycia, oto jest.

I z wrześniem przyszła cholerna jesień. Jest pięknie i smutno. A. w Leeds, ale tylko na dziesięć dni. M. w Singapurze, do Bożego Narodzenia, albo dłużej. A tutaj, jesteśmy sami z Frankiem, chociaż ja w sumie i tak więcej czasu z komputerem – z pracą, albo z otępiałym gapieniem się w monitor.

I znowu – do Warszawy, na łów, na łów, towarzyszu mój, do Krakowa, żeby potem wrócić do pilchowickiej jaskini z nadzianym na opalony w ogniu oszczep krwawym ochłapem. Zimno już, nienawidzę tych chwil, kiedy lato tak definitywnie odchodzi na tak długo i znowu przychodzą dni zimne, pochmurne i bezlistne.

Synecdoche, New York Charliego Kaufmana. Film, jeden z najlepszych widzianych w ciągu ostatnich paru lat. Tak dobry, że aż nie chce mi się o nim pisać. Nie chcę psuć tego ulotnego poczucia obcowanie z wielkością prostymi konceptualizacjami, że to było o tym i o tym, oraz wyrażało to czy tamto.

A. wraca z Leeds, przywozi mi w prezencie śliczny, kieszonkowy moleskine. Piszę w nim atramentem zielonym, zmieszanym pół na pół z czarnym, zmysłowa przyjemność wodzenia stalówką po gładkim, nasiąkliwym papierze.

Cytat na dziś IV

Dzisiaj bardzo obszernie, za to bez komentarza. Sándor Márai, poniekąd w imieniu Gyuli Krúdyego, bo poniższy monolog pochodzi z powieści „Sindbad powraca do domu” będącej dla Krúdyego hołdem – i jednocześnie pastiszem tegoż pisarza opowiadań, których bohaterem był Sinbad właśnie, alter-ego Krúdyego.

- Tajemnica przyczyniająca cierpień naszej ojczyźnie jest prosta: wszystkim porządnym ludziom na Węgrzech zawsze brakuje czterystu pięćdziesięciu pengő miesięcznie, które albo mają obowiązek zapłacić rozwiedzionej żonie tytułem środków na utrzymanie, albo chcieliby je wręczyć każdego pierwszego swej nowej kochance, bo miłość przypomina elektryczność: pojawia się tylko w pewnych warunkach atmosferycznych, albo muszą spłacać ratami długi w latach hulaszczej młodości. Długo to obliczałem zanim wreszcie doszedłem do prawdziwej sumy. Czterysta pięćdziesiąt, taka jest prawda.
Artur wysłuchał tej informacji zdumiony jak bóbr, który, mrugając oczkami, widzi, że znalazł się naprzeciw strzelby myśliwego.
- Czterysta pięćdziesiąt, ale posłuchaj mnie – ciągnął bardziej uroczyście Sindbad – i zapamiętaj sobie tę sumę. W ciągu długiego życia wiele na Węgrzech widziałem. Obserwowałem, notowałem, rozmyślałem, choć może wydawało się, ze odurzony winem drzemię nad czerwonym obrusem w którejś z knajp w dzielnicy Józefa. Ale ja miałem otwarte oczy i widziałem tych wszystkich samotnych mężczyzn, siedzących po północy przy stolikach węgierskich podmiejskich wyszynków, zanurzonych w męskiej, ponurej samotności, z dymiącym tanim papierosem w palcach, nad kieliszkiem wina, którego nie tykają przez długie godziny, bladych, ze szklanym spojrzeniem, niemo poruszających wargami, jakby się modlili lub szeptali przekleństwa. W rzeczywistości najczęściej wymawiają wówczas imiona kobiet czy lichwiarzy i jednocześnie liczą w myślach. To wielka tajemnica i w innym kraju może nawet by jej nie zrozumiano. W innych krajach poeci, gdy są wściekli albo w życiu rodzinnym prześladuje ich pech, wyjeżdżają na Czarny Ląd zbierać złoty proszek albo handlować narkotykami. Tak zrobił nawet Rimbaud. Ale przepraszam, czy Janos Vajda miał taką możliwość…? U nas pisarze, jak są bardzo wściekli, przechodzą z jednej knajpy do drugiej, i to wszystko. A i to mogą robić tylko dopóty, dopóki mają kredyt. To biedny świat, ten nasz, ja ci to mówię, na próżno obdarzył go Stwórca złotą pszenicą i zielonymi równinami. Nawet Rotschildowie nie chcieli budować kolei w tym kierunku. A to zły znak, bo szyny kolejowe to przyszłość. I dlatego wszystkim dżentelmenom brakuje co miesiąc tych czterystu pięćdziesięciu pengő, które wprost niepodobna zarobić uczciwą pracą.
Sindbad tak rzadko rozprawiał o kwestiach gospodarczych, że pod wpływem tych wywodów zanurzony w gorącej wodzie Artur aż się obudził. Podciągnął się, nadstawiał uszu, niepewnymi ruchami mokrych dłoni poprawił czuprynę i odparł zdezorientowany:
- Ale to duża suma, panie Sindbadzie. Ja nigdy nie miałem tylu pieniędzy, nawet na kapitał zakładowy do czegokolwiek.
- To wstyd – powiedział Sindbad i oburzony spojrzał na jakiegoś chrapiącego, siwawego, starszego mężczyznę, który leżał na sąsiednim stopniu, woda podchodziła mu już do brody i wyglądał jak wypadły z łask Rzymianin, który w czasach Nerona utracił majątek i dowiedziawszy się, że wieczorem przyjdą po niego liktorzy, w termach podciął sobie żyły – to wstyd, żeby artysta twojej rangi był zmuszony mówić o pieniądzach z takim nabożeństwem. Ciebie też nie docenił w tym kraju nikt poza nosorożcem w zoo, który zawsze gramolił się z wody, kiedy w pobliżu jego klatki zaczynałeś bajkę o Królewnie Śnieżce czy o królewiczu Argiriuszu. Ja też się tak czasami czuję. Nie powiem, były chwile w mojej karierze, kiedy pomogły mi szybkonogie koniki czy joker lub walet do koloru, i mogłem schować gruby plik śliskich banknotów do lewej kieszeni surduta, jak to już miał w zwyczaju mój ojciec. Ale literatura nie pomogła mi nigdy i w niczym. Tolerowano mnie najwyżej, bo wiedziano, że skądinąd jestem dżentelmenem; wybaczono mi, można powiedzieć, jak krewniakowi z dobrej rodziny, który zszedł na złą drogę i jest podejrzewany o niejasne interesy. Ten nasz świat był zawsze pełen goryczy, bo wszystkim brakowało pieniędzy. Wiem, co wiem, i czas, bym o tym powiedział. Kiedy mnie już zabraknie, przekaż tę wiadomość naszym peszteńskim kolegom.
Czterysta pięćdziesiąt, całkiem osobno i niezależnie od wszystkiego, to jest zaklęcie i zadanie herkulesowe, któremu Węgrzy nie są w stanie podołać. Widziałem brodatych mężczyzn na beczce, którzy na całe gardło krzyczeli o szczęściu ojczyzny, i słuchając ich, mruczałem, bo wiedziałem, że tak naprawdę brakuje im tylko tych czterystu pięćdziesięciu pengő, a muszą je skądś zdobyć do pierwszego, by przekazać je opuszczonej małżonce, która ma drukarenkę płócien pod haft gobeliniarski przy ulicy Kaplony, czy wybrance, która trudzi się dzierżawą gruntów w komitacie Borsod. Widziałem pisarzy, którzy zanurzali pióra w szkaradnych jadach nienawiści i plotki zamiast atramentu i sprzedawali swój honor i duszę, żeby wydrapać na pierwszego tych czterysta pięćdziesiąt na czynsz za mieszkanie swojej kochanki, bo w podeszłym wieku nagle spadła na nich miłość, a potem na raty za fortepian zakupiony przez tę damę. Widywałem wyższych wojskowych, zamkniętych w dumie z powodu swej rangi i chwały, skrywających przez całe życie tajemnicę, o której nikt się nigdy nie dowiedział, a mianowicie, że przez dwadzieścia lat jadali na kolację serdelki z cebulą i popijali je wodą ze studni, bo w przeciwnym razie nie byliby w stanie sprostać odpowiadającym ich randze pańskim zobowiązaniom i nie mogliby każdego pierwszego zapewnić bytu swym bliskim, którzy potrzebowali tych czterystu pięćdziesięciu. Przez trzydzieści pięć lat liczyłem, obserwowałem i rozmyślałem, nim to zrozumiałem. To wielka tajemnica, o której należałoby uczyć w szkołach. Wszystko, co się dzieje w mieście, dzieje się z tego powodu. Dlatego spojrzenia mężczyzn są tu tak twarde i ostre, jakby na śniadanie połknęli nóż, dlatego tak wielu kręci się tu szubrawców, z tego powodu odbywa się tyle głupich pojedynków, sprzeczek, słyszy się tyle przysiąg i kłamstw, bo tych brakujących czterystu pięćdziesięciu pengő po prostu zupełnie niepodobna zdobyć uczciwą pracą. I nie są ich w stanie zdobyć nawet ci, którzy skądinąd zarabiają krocie: bo rodzina żyje z pieniędzy, które przynosi głowa rodziny, i tych pieniędzy nigdy nie dość, ponieważ rodzina jest głodna jak wilk. Dlatego poza potrzebami na rodzinę każdy mężczyzna musi zdobyć tych dodatkowych czterysta pięćdziesiąt. Ale ich nie ma w tym kraju, który wódz Arpad zajął siłą, orężem i fortelem. Już teraz wiesz. Jeśli kiedy usłyszysz, że zająłem się sprzedażą drewna, opowiedz to dzieciom w Ogrodzie Zoologicznym.
Wstał, przeciągnął krzepkie, dumne ciało, machnął ręką i zakończył smutno:
- Mnie też przez całe życie brakowało tych czterystu pięćdziesięciu pengő.
I poszedł do masażystów, którzy przyjęli go uroczyście.

Tytułem wyjaśnienia – czterysta pięćdziesiąt pengő w latach dwudziestych to niecałe sto ówczesnych dolarów, czyli według moich szacunków – około ośmiu tysięcy polskich złotych A.D. 2009. Cała powieść jest zaś zapisem jednego dnia z życia Sindbada, który potrzebuje sześćdziesiąt pengő na mundurek dla córki.

Varia

1. Premiera „Zabaw z bronią” cały czas się opóźnia, z przyczyn niezależnych tak ode mnie, jak od Wydawcy – po prostu, empik wstrzymał przyjmowanie nowości i czekamy. Będę informował kiedy ta śliczna książeczka wreszcie się ukaże.

2. Wybory niewiele mnie obchodziły – gdyby nie Migalski na jedynce PiSu, to pewnie w ogóle bym nie poszedł. A tak poszedłem – głównie po to, aby teraz z satysfakcją obserwować, jak różnym profesorkom z UŚu rośnie gul wielkości arbuza, bo im się kandydat do zratajczakowania bezczelnie wymknął, i zamiast na publiczną egzekucję, pojedzie sobie do Brukseli z tłustą pensją.

3. Historyk idei Marcin Król w „Dzienniku” rozwija przed nami głębię swojego profesorskiego intelektu. Nie umiem wyjść z podziwu: jak wiele trzeba przeczytać, zrozumieć, jak wiele widzieć i słyszeć, jak dobrze rozumieć meandry ludzkiej kondycji i charakteru, jak głęboką trzeba mieć introspekcję w tę delikatną, ulotną rzeczywistość psychologicznych aspektów ludzkiej cielesności, aby sformułować tak błyskotliwą analizę:

Z drugiej strony gdyby do naszej klasy politycznej należały jakieś bardziej atrakcyjne osoby, to niechby się nawet rozbierały. Ale przecież widzimy te ich – przepraszam – ryje i zaniedbane ciała. Nie miałbym chęci oglądać ich rozebranych zdjęć. Ciężko też wymagać, by ładne, młode dziewczyny miały przy nich ochotę na negliż.
Poza tym polscy politycy z nielicznymi tylko wyjątkami nie mają wystarczająco pieniędzy na takie zabawy. Bo choć ogromnie szanuję feministki – są jednak kobiety, które da się przyciągnąć pieniędzmi. Niejednokrotnie mężczyzn też. Pod tym względem nasi politycy nie mają zaś zbyt wiele do zaoferowania. Ze względu na urodę, jak również finanse, nie mieliby więc szans na „rzymskie wakacje”.

Podsumowując: profesorowi Królowi nie podobają się polscy politycy, zarówno z twarzy, jak i z sylwetki, aczkolwiek chętnie ogląda rozebrane zdjęcia Berlusconiego. Po takiej deklaracji nawet „ogromny szacunek”  dla feministek nie robi wrażenia.

4. Stracić robotę zawsze przykro, ale akurat Roberta „Pocałujcie mnie w dupę” Krasowskiego jakoś specjalnie mi nie żal.

5. Na stronie internetowej organu prasowego polskich pederastów ukazała się dość przychylna recenzja „Dwóch przemian Włodzimierza Kurczyka”. Linka nie wklejam, bo tam zbyt dużo zdjęć młodych mężczyzn zachęcających do praktyk, których nie zamierzam reklamować.  Autor recenzji opowiadanie zrozumiał na planie dość ograniczonym, co mu wybaczam, bo jednak zrozumiał. Lektura recenzji zdradziła mi natomiast, że na pewno w jednym zgadzam się z rzeczonym recenzentem: homoseksualizm mianowicie uważa on za efekt określonej, toksycznej relacji z rodzicami, a więc za cechę nabytą, nie zaś wrodzoną, genetyczną. Co jest ciekawe – bo wydawało mi się, że homoseksualna propaganda bardzo mocno podkreśla ową rzekomo wrodzoną, genetyczną naturę pederastii i ośmiesza wszelkie próby reorientacji seksualnej przez psychoterapię. Być może dotyczy to wyłącznie komunikatów skierowanych na zewnątrz. W ogóle, strasznie homofobiczny wydźwięk ma cała ta recenzja.