Adolf Hitler wierzył, że uda mu się wygrać wojnę dzięki Wunderwaffe. Wierzenia te rzutowały na całą niemiecką filozofię przemysłu zbrojeniowego podczas drugiej wojny światowej, której główną zasadą był nacisk na technologiczną przewagę i jakość uzbrojenia – masowa produkcja miała znaczenie drugorzędne. Stąd wynikały takie absurdy jak angażowanie wielkich sił i środków w produkcję np. Jagdtigerów – osiemdziesiąt wyprodukowanych pojazdów nie mogło mieć żadnego wpływu na losy frontów, po których toczyły się czołgi liczone w dziesiątkach tysięcy. Zgodnie z prawem Lanchestera, podwajając siłę ognia jednego żołnierza w jednostce osiągniemy mniejszy wzrost siły jednostki, niż podwajając jej liczebność przy zachowaniu dotychczasowej siły ognia każdego żołnierza– nawet nie odwołując się do upraszczających rzeczywistość matematycznych modeli, większość badaczy tematu zgadza się co do tego, że zamiast inwestować potencjał intelektualny i produkcyjny w nowe czołgi, III Rzesza lepiej by wyszła na ciągłym udoskonalaniu i masowej produkcji swojego podstawowego czołgu, PzKpfw IV, który – przynajmniej w wersji G i H – był przecież równorzędnym przeciwnikiem dla sowieckich T-34 i amerykańskich Shermanów.
W przypadku czołgów z drugiej wojny światowej przewaga technologiczna jest sprawą relatywnie prostą do obliczenia, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wystarczy przypisać odpowiednią wartość skuteczności działa i odporności pancerza, potem oszacować jeszcze właściwości trakcyjne, niezawodność i wizualną wykrywalność.
W praktyce, znaczenie miały jeszcze drobniejsze sprawy techniczne, typu szybkość obrotu wieży, jakość przyrządów celowniczych, przenoszony zapas amunicji – etc., ale znaczenia miały również kwestie, które określę sobie na potrzeby tego felietonu, kwestiami kulturowymi.
Nie chodzi mi tutaj tylko o gęby mitologicznych zwierząt, jakie Amerykanie wymalowywali na swoich czołgach podczas wojny koreańskiej, wierząc, że bez wątpienia przestraszą zabobonnych Koreańczyków – co jest, swoją drogą, klasycznym przykładem splotu amerykańskiej etnograficznej naiwności i arogancji – bo czymże innym może być założenie, że Koreańczyk mógłby się nie przestraszyć działa i karabinów maszynowych zwykłego czołgu, ale ten sam czołg z wymalowanym zębatym pyskiem tygrysa miałby u tego samego Koreańczyka wywołać atak paniki.
Kwestią kulturową jest więc absolutna nadreprezentacja Panter i Tygrysów w wielu osobistych relacjach z wojny – można odnieść wrażenie, że polscy, brytyjscy czy sowieccy żołnierze prawie nie spotykali innych niemieckich czołgów, co oczywiście jest zupełnie niemożliwe. Swój udział miała też w tym niemiecka propaganda – „tygrysów królewskich” było pół tysiąca, ale na niemieckich zdjęciach pojawiają się częściej niż dziesiątki razy liczniejsze „czwórki”.
Czołg jest jednak zjawiskiem świeżym, nie ma jeszcze stu lat. Kulturowa percepcja zaś obejmuje każdą broń, determinując nie tylko jej skuteczność, ale również to, czy dana rzecz w ogóle jako broń będzie postrzegana. Nikt nie ma wątpliwości, że nóż kuchenny nie ma kulturowego znaczenia broni, chociaż oczywiście może być użyty jako narzędzie do walki, tak samo jak nożyk do tapet, noga od krzesła, butelka, latarka czy cokolwiek innego, czym da się wygodnie bliźniego zdzielić w łeb, dźgnąć lub ciachnąć. W kwestii różnych „tactical folderów” sprawa jest bardziej rozmyta – sama nazwa sugeruje zastosowanie taktyczne (ale chyba nie w skali batalionu?), ale człowieka niezbyt zorientowanego w temacie łatwo przekonamy, że ma do czynienia ze scyzorykiem – użytkowym nożem noszonym w kieszeni celem obierania jabłek i otwierania listów. Co, swoją drogą, może zasadniczo zwiększyć nasze szanse w sądzie, gdybyśmy się, nie daj Bóg, tym „tactical folderem” kiedyś obronili. Natomiast, nóż sprężynowy jest jako broń identyfikowany jednoznacznie.
Nóż sprężynowy jest bronią, natomiast – zdaje się – jako broń nie są już postrzegane różnego rodzaju szable, miecze i rapiery, które nabrały raczej kulturowego znaczenia artefaktu – przedmiotu kolekcjonerskiego lub hobbystycznego, zabytku, kuriozum. Identyfikację jako broń zachowała w większym stopniu stara broń palna – karabin skałkowy jest postrzegany jako broń, pochodząca z tego samego okresu szabla kawaleryjska już nie. Jest to prawdopodobnie funkcja zatarcia pamięci o faktycznej funkcji mieczy i szabel – jeszcze w 1940 roku, w okupowanym przez Sowietów Wilnie za posiadanie szabli groziły takie same sankcje karne (czyli kara śmierci) jak za posiadanie broni palnej, co zobrazował Józef Mackiewicz w symbolicznej scenie w powieści „Droga donikąd” – kiedy główny bohater, biedując, usiłuje sprzedać starą, rodzinną karabelę – i jeden z ludzi, do których zwraca się z ofertą sprzedaży, reaguje paniką, krzycząc, że Sowieci nie będą pytać ile ta szabla ma lat, dwieście czy dwa, broń to broń.
W polskim prawie bronią wymagająca pozwoleń lub rejestracji są pałki imitujące kije bejsbolowe, kastety, nunczaka i ostrza ukryte w laskach – z wyjątkiem tej ostatniej, prawo postępuje tutaj za kulturowym rozróżnieniem na broń i nie-broń. W Wielkiej Brytanii na listę broni zabronionej (nomen omen) wciągnięto ostatnio japońskie miecze, katany – podobno dlatego, że tanich, chińskich imitacji katan chętnie używają różnego rodzaju przestępcy. Nie chce mi się jakoś w to wierzyć, sądzę, że jest to raczej pochodna tego, że miecz japoński jest jedyną długą bronią białą, która często pojawia się w kinie w roli broni we współczesnym kontekście. Bohaterka „Kill Bill” macha kataną właśnie – a nie szablą kawaleryjską czy długim mieczem, co spowodowane jest zapewne rozrośniętą do groteskowych rozmiarów legendą japońskiej broni – vide opowieści o katanach tnących lufy czołgowych dział. Posiadania rapiera lub topora nikt jeszcze w Albionie nie zabrania – i nie ma tutaj co ironizować, czy brytyjski przestępca, któremu odebrano prawo posiadania katany, jest na tyle głupi, że celem zrealizowania swych morderczych instynktów nie zastąpi katany szablą po dziadku-kawalerzyście – bo jeśli uliczny bandzior rzeczywiście nosił katanę (w co, jak mówiłem, niespecjalnie wierzę) to nie robił tego dla zaspokojenia swojego destrudo, ale po to, by groźnie się prezentować, tak groźnie jak bohaterowie kina akcji. Zaś z szablą po dziadku nie prezentowałby się groźnie, lecz groteskowo.
Kulturowe rozróżnienie na bron i nie-broń nie koresponduje więc w jakiś szczególny sposób z autentyczną wartością bojową broni. Zgodnie ze wspomianym prawem Lanchestera, cztery czołgi PzKpfw IV przwyższały siłę bojową jednego Tigera II, kosztując niemieckiego podatnika tyle samo, lub mniej – nie towarzyszy im jednak żadna legenda. Szablą można chlasnąć równie dobrze jak kataną. Noga od krzesła w roli pały sprawdzi się tak samo jak tzw. „bejzbol”, jednak to „bejzbol” trafił na billboardy i dorobił się czarnej legendy. Swoją drogą, a propos billboardów, to „bejzbol” rzeczywiście nie służy do zabijania, tylko do bicia – gdyby celem bandziorów było zabijanie, użyliby siekiery albo noża, równie dostępnnych, a bardziej zabójczych. Sensu tamtej kampanii społecznej nie zrozumiałem do dziś.
Chciałoby się więc zaryzykować tezę, iż o tym, co jest kulturowo identyfikowane jako broń, a co nie, decyduje powszechność zbrojnego użycia danego przedmiotu – szable i miecze już nie są bronią, bo nikt nikogo nimi nie siecze, zaś bejzbol owszem, bo ktoś kogoś nim tłucze – jednak przypadek siekiery, która wśród ludu polskiego jest częstym narzędziem zbrodni i groźby, a jednak postrzegana jest jako narzędzie i nie trzeba jej rejestrować w powiatowej komendzie policji, obala taką koncepcję.
Nie ulega jednak wątpliwości – obiektywnie istnieją jedynie kawałki metalu i drewna, połączone ze sobą w skomplikowany sposób. To, czy dany stalowy odważnik na patyku jest młotkiem, narzędziem do wbijania gwoździ, czy bronią, narzędziem do rozbijania głów, jest już tylko interpretacją tego obiektywnego faktu.
Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 01/2008