W armii austriackiej, podobnie jak w wielu innych armiach europejskich każdy pułk miał swojego właściciela. Inhaber, jak się po niemiecku ta godność nazywała, pokrywał część kosztów utrzymania pułku, był jego formalnym dowódcą, mianował oficerów i dodawał sobie, pułkiem, splendoru. Stąd, oczywiście, był to zaszczyt zarezerwowany dla najlepszych rodów cesarstwa.
Feldmarszałek Albert książę zu Sachsen-Teschen, z bocznej linii Habsburgów, miał nawet dwa pułki. Jeden austriacki, 3. Pułk Kirasjerów z siedzibą na Morawach i jeden saksoński, huzarów.
Dziwnym zbiegiem okoliczności, oba te pułki spotkały się pod Wagram. Jeszcze dziwniejszym trafem, po przeciwnych stronach. Mało tego, saksońscy huzarzy księcia Alberta starli się z austriackimi kirasjerami księcia Alberta. W starciu zwyciężyli huzarzy.
Jako, że oficerowie w pułkach byli najczęściej z rodzinnego nadania, w obu jednostkach służyło bardzo wielu krewniaków – tym bardziej, że między Saksonią i Austrią od dawna panował pokój.
Współcześni autorzy próbują sugerować jakieś straszne, tragiczne rozdarcie, którego mieliby doświadczać postawieni w tej sytuacji żołnierze. Przykładając do tego wydarzenia współczesny, narodowy klucz, albo jedni, albo drudzy musieliby być uznani za zdrajców, tertium non datur. I mimo, że dotyczy zdarzenia tak chronologicznie bliskiego (to zaledwie dwieście lat!), to jest to anachronizm z rodzaju tych, które klucz narodowy przykładają nawet do bitwy pod Byczyną.