Wczoraj w nocy, ponownie – Márai, „Dzienniki”. I jak zwykle, jakbym nagle wyrwał głowę spod wody i zaczerpnął powietrza: a jednak w człowieczeństwie jest jakiś sens. Nawet staroświeckie pojęcie intelektualisty – w „Dziennikach” jest wzniosłe, dzięki obojętności, pogardzie i bezwzględności – bo Márai jest właśnie obojętny, pogardliwy i bezwzględny.
Wyobrażam sobie, jak wydyma wargi, patrząc na to, co wieszają w MoMA: co próbujecie nam sprzedać, hucpiarze? Nam, którzy widzieliśmy Sztukę – nam, z burżuazji, która znała wartość pieniądze, ze starych Sasów, których lepsi od was szarlatani nie zdołali naciągnąć na złamanego pengő.
Trudno w tę szlachetną surowość intelektualisty uwierzyć w epoce siwowłosych autorytetów, ustrojonych w profesury, honoriskausy, archidiecezje, medale i ordery, lecz kładących się jak łan zboża pod wiatrem, który wieje spod ledwie uchylonych drzwi do archiwów.
Czytam dalej i myślę sobie – jakie szczęście miał pan Márai, że nikomu nie udało się jego dostojnych zwłok z przestrzeloną głową nawlec na trzonek, aby potem wymachiwać nimi, jak sztandarem. Nie wiem jak na Węgrzech, przynajmniej u nas nie – demoliberalny salonik nie mógł go nawlec z oczywistych powodów – pogarda Máraiego była jeszcze silniejsza, niż pogarda Herberta, niemożliwa do przewalczenia. Nie pochylał się nad ketmanami, nie starał się zrozumieć złożoności ludzkich motywacji, tylko gardził – a pogarda jest tym, co uszlachcone prawnuki kuśnierzy z kresowych sztetli znoszą najgorzej.
Dla dziarskich chłopców-prawicowców zaś Márai nie stanowi wartości: nie mogą, czytając, uderzać dłonią o stronicę z okrzykiem „tak jest, ale im przywalił”, nie znajdują u Máraiego prostych puent, kilku jasnych pojęć, których brakuje im w „mainstreamowych” gazetach a którymi da się wyjaśnić świat, przynosząc ulgę obolałej, opuchniętej od troski o Ojczyznę głowie. Więc ci również nie nawlekają, i zostaje pan Márai z jego pisaniem, idealnie obojętny – czytam więc i z lubością znajduję, ponownie, te miejsca, gdzie się myli.
W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, po pokazie kina trójwymiarowego, przekonany jest, iż był właśnie świadkiem narodziny nowego gatunku sztuki – wspomina czterdzieści lat wcześniejsze pokazy kinematografu. Tymczasem, kino trójwymiarowe jest dziś rozrywką tak samo jarmarczną, jak było pięćdziesiąt lat temu. Jadąc z Neapolu do Rzymu wspomina dawne, walczące ze sobą państwa włoskie i w obliczu ich zjednoczenia prorokuje, że za jakiś czas, patrząc z okien samolotu, tak samo widzieć będziemy tylko przeszłe wojny, pogrzebane nowym, światowym zjednoczeniem. Nawet w swoich futurologicznych pomyłkach Márai jest interesujący, bo tak wiele mówią o nim samym i o epoce, którą przeżywał.
Szczególnie dzisiaj, w Wielką Sobotę, w dniu, który jest figurą świata opuszczonego przez swojego Zbawcę, myślę z pewną tkliwością o szlachetnym w swym diabolizmie i martwym z powodu swojego radykalizmu prądzie myśli Zachodu, o tradycjonalizmie integralnym.