„Krwawy biały Baron”. O książce Jamesa Palmera na onet.pl

Barona Romana Fiodorowicza von Ungern-Sternberg zawdzięczamy Ferdynandowi Ossendowskiemu. Nie jego istnienie jako takie, które złożyć należy na karb działalności rodziców barona, ale jego ciągłe, po prawie stu latach, istnienie w sferze kultury. Ossendowski oczywiście zasługuje na osobny tekst, ale o nim innym razem. Teraz powiedzmy tylko, że zapewne mało kto słyszałby o jednym z wielu walczących z bolszewikami watażków, gdyby Ossendowski w latach dwudziestych nie napisał i nie wydał swojej powieści „Przez kraj zwierząt, bogów i ludzi”, w której mieszając prawdę z fikcją (złośliwi powiedzieliby: z konfabulacją) opowiedział historię swojej burzliwej podróży z opanowanego przez bolszewików Irkucka, do Mongolii i potem, dalej, do Tybetu (gdzie, jak się zdaje, nigdy nie dotarł). Rzecz stała się światowym bestsellerem i do dziś wcale się nie zestarzała, dalej przyjemnie czyta się o konnych pościgach, strzelaninach z bolszewikami i „dzikimi” Buriatami, o posiadających tajemne moce lamach-wojownikach i rozbójnikach tybetańskich.

I wreszcie o samym Krwawym Baronie, w książce Ossendowskiego postaci szalonej, na swój sposób wzniosłej, tajemniczej – i, owszem, krwawej.

A zatem, kim był Krwawy Baron?

Cały tekst na onet.pl.

„Deszcz” na onet.pl

Deszcz pada, jakby padał od zawsze: z uporem, to narastając, to gasnąc, ale nie przestaje, od soboty wieczorem. Bierawka wylała się już do starorzecza i zapewne dzisiaj rozleje się na poldery i może nawet podtopić parę domów. Mam nadzieję, że jednak nie podtopi, ale cóż deszczowi po moich nadziejach? Okna domów wielu moich przodków wychodziły bezpośrednio na Odrę i oni również, tak wiele razy mieli nadzieję: i czasem deszcz gasł, a czasem to oni pakowali dobytek i szli na wzgórza, patrząc jak szarobrunatna woda zabiera wszystko, co tylko może zabrać.

Do nas woda nie dojdzie: mieszkamy wyżej. Ale patrząc wczoraj na wezbraną rzekę przypominałem sobie inną wysoką wodę, powódź z lipca 1997 roku. Miałem wtedy osiemnaście lat: moją okolicę, tę którą mogę objąć poczuciem bycia „moją”, a więc ciche, zielone wsie na obrzeżach górnośląskiej konurbacji, te wsie tak różne od popularnego obrazu czarnego Górnego Śląska dotknęła tamta powódź potężnie, mocno, ale nie tragicznie: nie było ofiar, ale ulicami płynęły rzeki. A dla mnie tamta powódź jest szczególnie ważna, bo stała się dla mnie pierwszym, małym rytuałem przejścia. Z chłopięctwa do dorosłości. Oczywiście: nie uczyniła mnie dorosłym, jak nie stałem się mężczyzną, kiedy po raz pierwszy pocałowałem dziewczynę. Ale coś we mnie zmieniła: bo raz pierwszy w życiu byłem za coś odpowiedzialny. Tak jak ten pocałunek pierwszy nieodwołalnie zamknął okres dziecięcej niewinności i wprowadził mnie w świat płci, planetę wcześniej odległą jak Saturn.

Reszta na onet.pl. Zapraszam.