Ukazały się już jakiś czas temu nowe “Opcje”, a w nich m.in. mój tekst o “Życiu i losie” Grossmana, który prezentuję poniżej. A poza tym np. felieton Krzysztofa Łęckiego, z bardzo fajnym post-scriptum. Polecam.
Powieść o ludziach radzieckich. „Życie i los” Wassilija Grossmana.
Opcje nr 3/2009
Cóż to za dziwny świat: aby przydać wagi powieści Grossmana, przywołuje się często w recenzjach to, że inspirował się nią Littell, autor „Łaskawych”. A przecież nie jest to sytuacja jak z zależnością między „Siedmioma samurajami” Kurosawy a westernem „Siedmiu wspaniałych”, gdzie porównujemy zależność dwóch dzieł wybitnych. Tutaj jest inaczej: książka Littella to dobre, wakacyjne czytadło, taki historyczny Stephen King dla amatorów jatek i historii. Sprawnie napisana, obszerna tak, aby wystarczyła nawet na długi, leniwy urlop na plaży. Epatująca krwią, horrorem w sposób mocny a jednocześnie taki, w jaki sposób śmiercią epatuje horror typu gore – hałdy trupów u Littella trzeba wziąć w nawias konwencji, podobnie jak sceny erotycznych wybryków głównego bohatera. Zapewnia czytelnikowi Littell rozkoszne poczucie totalnej imersji, czujemy się jak nastolatek przy lekturze przygód Tomka Wilmowskiego, od książki nie można się oderwać, podążamy za losami doktora Aue z wypiekami na twarzy, ale przecież wiemy, że to wszystko nie jest na serio, że to taki nazistowski Indiana Jones dla nieco starszych dzieci – zamiast archeologii doktor Aue dowodzi nam swego wyrafinowania w zamiłowaniu do sztuki. Kiedy zamkniemy ostatnią stronę – nie pozostaje nic. Nie ma u Littella wielkiej literatury – jest świetne czytadło, które nie mówi nam o człowieku, o jego kondycji niczego, czego byśmy wcześniej nie słyszeli już tysiąc razy. Nie dotyka najważniejszych problemów ludzkiej egzystencji – zaledwie udaje, tak, jak film akcji udaje czasem, że boryka się z trudną tematyką np. rasizmu, po to tylko, by aktorzy mieli o czym mówić w wywiadach.
Oczywiście, nie każda powieść musi się zajmować najpoważniejszymi pytaniami, nie można przecież czytać wyłącznie dialogów Naphty i Settembriniego z „Czarodziejskiej góry” – rzecz w tym, że „Życie i los” Grossmana właśnie te pytania zadaje, . O człowieka tytułowe życie i o człowieczy tytułowy los, o człowiecze bycie grudką błota, która przykleja się do gąsienic czołgów, robiących historię, o to, jak niewiele znaczy człowiek, kiedy staje przed kolektywnymi ludźmi.
Oczywiście, słyszeliśmy już wiele razy te pytania i słyszeliśmy już wiele odpowiedzi – rzecz w tym, że Grossman zadaje je prawdziwie, prawdziwie w sensie literackiej uczciwości, rzetelności, zgodnie z surowym etosem rosyjskiego narodnika, eserowca, każdego z tych inteligentów sprzed stu lat, którzy nawet sobie nie wyobrażali gdzie doprowadzić mogłaby ich tołstojowska szlachetność, uczciwość i mądrość, gdyby tylko zerwano ciążące im carskie okowy. Porównywać tę książkę do „Łaskawych” – można, ale można też, zachowując proporcję, porównać ją do „Czterech pancernych i psa” Przymanowskiego. Nic z takich porównań nie wynika, nie wystawia się do wyścigów żaby i wróbla.
Rzecz nie w czynieniu rankingów – ale gdyby ktoś chciał, to bez wątpienia można Grossmana wymieniać jednym tchem z Sołżenicynem, Bułhakowem, Wieniediktem Jerofiejewem, z tymi, którzy rosyjską literaturę XX wieku uczynili wielką. I pamiętać można przy tym, że XX-to wieczna rosyjska literatura wcale nie zmalała od czasów Dostojewskiego i Tołstoja.
1. W kioskach i empikach znajdą P.T. Czytelnicy nowy numer “Broni i Amunicji” w którym, zamiast zwykłego felietonu, opublikowałem duży tekst “Strzelectwo w czasach sanacji”, będący efektem lektury przedwojennej literatury strzeleckiej. Tekst jest zabawny i – jak mi się wydaje – interesujący.
2. Również w kioskach i empikach na półkach leży nowy numer “Opcji”, gdzie z kolei znajduje się mój mały szkic pt. “Rewolucja konserwatywna jako transgresja”. Również z tym tekstem się uwadze P.T. Czytelników polecam.
Jestem prowincjuszem, przynajmniej tak bardzo, jak bardzo Márai był patrycjuszem. W poszukiwaniu argumentów na potwierdzenie tej tezy przejechałem kawałek świata, byłem nawet w metropolii i niedaleko bieguna północnego; wszędzie tam, cały świat mówił mi: jesteś prowincjuszem.
Po pierwsze, jestem prowincjuszem, ponieważ jestem Europejczykiem. Europa jest prowincją, tak jak prowincją stał się świat grecki po bitwie na wzgórzach Kynoskefalaj – naszą Kynoskefalaj były lasy Ardenów, gdzie w śniegu klęską zakończyła się ostatnia ofensywa sił Zjednoczonej Europy. I tak jak z padającymi pod rzymskim mieczem, macedońskimi sarissoforoi upadł świat królestw hellenistycznych, tak kolejne PzKpfW VI Tiger, podpalane z powietrza przez amerykańskie myśliwce bombardujące, znaczyły upadek Europy jako skłóconej wewnętrznie (a czyż hellenistyczne królestwa nie walczyły ze sobą?), lecz niewątpliwie wiodącej siły w skali globu. Ciągnący przez cały XIX i XX wiek do Ameryki emigranci byli więc masowym Eneaszem, który, uciekając z Troi, założył Rzym. Prowincjonalizm Europy, do której przynależny czuję się nie ze względu na gwiazdki na tablicach rejestracyjnych naszych samochodów, lecz raczej przez przynależność do ongiś wielkiej, a dziś już martwej cywilizacji łacińskiej, jest więc pierwszym z moich prowincjonalizmów.
“Oinia publiczna nie może wybaczyć Jüngerowi jego manewrów i zdolności za które dostał medal „Pour le merite” w czasie pierwszej wojny: umiejętności odwrotu i samodzielnego trwania na straconej pozycji, bez wodzów, pałkarzy, puzonistów. (…) Cóż za horror, ów “elitaryzm”, ów arystokratyzm. Cóż za horror być człowiekiem, który wobec mordu dokonywanego na całych narodach, wstrząśnięty jest najbardziej zbrodnią katyńską – nie dlatego, ze zabito tam bezbronnych, że zabito Polaków, ale że zamordowano tam jego kolegów oficerów. Cóż jednocześnie za zazdrość naszych współczesnych klerków-ideologów: tak blisko był wodza, mógł zrobić prawdziwą karierę, rządzić duszami, ba, nawet wódz go otaczał podziwem, a on nie chciał. Jak nie chciał po wojnie profilować się grzebaniem w jego rozkładającym się do dziś ścierwie. A mógł, odmieniając na przykład termin “opór” na wszystkie sposoby (…) Dlatego sprzedajni “demokraci” muszą rzucać się na “faszystę”, żeby przekonać wszystkich, iż w okresie, gdy wódz panował, zachowywaliby się podobnie, dając tym samym w swym koniunkturalizmie dowód, że lizaliby buty satrapy, jak teraz je konformistycznie liżą większościowej «opinii publicznej».”
Wojciech Kunicki
W przeróżnych zbiorach cytatów sławne „Wiele się musi zmienić, aby wszystko pozostało po staremu” przypisywane jest głównemu bohaterowi „Lamparta” Tomaso di Lampedusy, Fabrycjuszowi księciu Salina. Tymczasem, słowa te wypowiada siostrzeniec księcia, Tancredi, przyłączając się anty-burbońskiej rewolucji (swoją drogą, czy była w Europie dynastia, przeciwko której poddani skutecznie wystąpili więcej razy?). Książe Salina sam nie zmienia niczego – arystokrata nie dworski, lecz prawdziwie feudalny, pan swych poddanych, przyzwyczajony jest, że jego wola spełnia się sama mocą jego autorytetu – jest odgadywana, nie potrzeba nawet jej wyrażać – gdy rzeczywistość obracać się zaczyna przeciwko niemu, staje się bezsilny. Książe Salina w roku 1860 ma pięćdziesiąt lat – jest pięknym, silnym, jurnym mężczyzną i jednocześnie, już wtedy jest martwy. Jako element organicznego, odwiecznego ładu, umiera razem z nim.