Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
Wpisane 15:18, 9 Luty 2010 przez Szczepan Twardoch

Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.

Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek “The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: “Szepty” i “Tragedię narodu” Figesa, “Morderców” Kazana, “Kawior i popiół” Marci Shore, “Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, “Wielką ucieczkę” Thorwalda, “Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o “Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O “Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O “Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę “sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o “Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. “wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja “KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.

Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.

Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.

Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe “Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe “Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk “Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.

Wpisane w Inne, Wszystko jest literaturą | 19 Komentarzy Więcej »
Wpis listopadowy – rozpacz płynie rzeką poprzez świat
Wpisane 15:36, 11 Listopad 2009 przez Szczepan Twardoch

Pierwszego listopada stoję przy grobach, tak jakbym sam trochę w nich leżał. Myślę o kościach, po których chodzę po bułki i gazetę, myślę o tej wielkiej łasce życia na ziemi przesiąkniętej ciałami moich świętych przodków, świętych nie życiem, przecież tak niewiele wiem o ich życiu, cóż wiedział będzie o moim życiu mój syn? – świętych obecnością.

I kiedy w listopadzie jadę samochodem przez moją okolicę, to myślę: tutaj moja prababcia chodziła do młyna, którego ruiny pamiętam: zdobywałem w nich szlify dziesięcioletniego odkrywcy i archeologa. Potem go zburzyli, bo groził zawaleniem, zostało tylko martwe starorzecze i resztki fundamentów. Tam, dalej, stał dom, w którym urodził się mój pradziadek. Kopalnia na której śmiertelnie ranny został mój dziadek ojczysty, ten, którego nazwisko noszę. Dziś zrobili w niej jakąś wyższą szkołę tego i owego. Miejsce, w którym Niemcy zabijali gliwickich Żydów w latach trzydziestych. Miejsce, w którym Żydzi z gliwickiego PUBP i katowickiego WUBP zabijali gliwickich Niemców i innych w latach czterdziestych i piećdziesiątych. Miejsce w którym Niemcy zabili polskich powstańców z POW. Miejsce w którym Polacy zabili niemieckich selbszuców. Miejsce w którym sowieccy żołnierze wojsk wewnętrznych NKWD zabili polskich (prawdopodobnie akowskich) konspiratorów z Przyszowic. I paru Niemców od razu też, hurtowo. Dziwnie im się musiało umierać, wrogom przez morderców i grób zjednoczonym. Mój dziadek macierzysty, który właśnie uciekł przed werbunkiem do Volkssturmu, patrzył na to mordowanie z daleka. A zarządca przyszowickiego majątku von Raczków nie uciekł razem z resztą szlachty, bo nie wyobrażał sobie jak można zostawić majątek na pastwę bolszewików, jak można zostawić to, czemu poświęcił całe życie: maszyny, ziarno na zasiew, konie, gorzelnię z zapasami spirytusu, wszystko, więc postanowił zostać i pilnować obejścia i zabili go Sowieci od razu, pierwszego dnia, nawet nie maruderzy tylko karne, frontowe wojsko, pewnie ciągnęło ich do tego spirytusu. Więc wszędzie trupy. Trupy w takiej ilości, że nie wynika z nich żaden morał. Żadna nauka na przyszłość, ani żadne zrozumienie przeszłości. I nie układają się te użyźniające Śląsk trupy w żaden dekret, w żadne prawo, w żaden akt własności.

grobZapalam więc też świeczkę na zbiorowym grobie gliwiczan zamordowanych w styczniu 1945. Ich grób ciągle opisany jest starą tabliczką, na której napisane jest, że „zmarli w styczniu 1945”. Ale i tak każdy zawsze wiedział na co umierało się w styczniu 45. Chociaż pewnie paru mogło naprawdę umrzeć z głodu, na tyfus albo coś podobnego. Na sowiecką kulę albo bagnet w każdym razie załapały się całe rodziny, starcy, dzieci nawet jeden Francuz, zapewne robotnik przymusowy. I paru NN.

I co z tego? Zapalam im świeczkę, bo to są moi ludzie. To atomy mojego świata. Te dzieci, niewiele starsze od mojego taty. Siedmioletni Helmut i trzyletni Erwin. Ich matka, w wieku mojego dziadka, pewnie wpadali na siebie w gliwickich sklepach, gdzie z polskiej strony jeździło się kupować tkaniny i gotowe ubrania. Albo w polskich sklepach, gdzie z niemieckiej strony jeździło się kupować kiełbasy i mięso. Przy jej nazwisku – Anna Kneifel – ktoś drobnymi literami dopisał “z.d. Cielenga”, żeby wszyscy wiedzieli. Jakby to śląskie nazwisko jakoś wartościowało jej śmierć. I leżą sobie razem teść (też Kneifel właśnie) z synową, Greiner, Roderberg i Bergner i doktorostwo Hoffmannowie i ich syn razem z Rollikiem, Kraczkiem, Szendzielorzem i Kożuszkiem. Może dwadzieścia parę lat wcześniej Szendzielorz strzelał do Bergnera a Bergner do Szendzielorza? A może razem w komunistycznej bojówce “Błyskawica” strzelali do bogatego Hoffmanna? Albo i równie dobrze nikt do nikogo nie strzelał. Ale może przynajmniej ktoś komuś coś ukradł, ktoś kogoś zdradził, oszukał, uwiódł? Ale rachunki krzywd wyrównał wspólny grób.

Zapalam tę świeczkę bez nienawiści do tych Rosjan, którzy ich pozabijali, do Rosjan, czy też do Kałmuków, Mordwinów, Ukraińców, Buriatów, z jakiej wojłokowej jurty, modrzewiowej chaty czy betonowego bloku nie pochodziłby ten, kto trzymał sowiecki karabin. Inni – a może zresztą ci sami? – sowieccy żołnierze karmili urodzonego w 1944 niemowlaka, którego ojciec w niemieckim mundurze bił się z Amerykanami w Ardenach, pomagali więc mojej babci w sytuacji tak podobnej do tej, którą z ogromnym zdziwieniem znalazłem u Máraiego: u niego w domu, dokładnie w tym samym czasie, też był polowy warsztat, gdzie naprawiali czołgi, tak jak na podwórku domu mojej babci. Wyobrażam sobie, że musiały wyglądać podobnie, oba zresztą znam z relacji z pierwszej ręki.

I znowu, nic z tego nie wynika. Nie umiem i nie chcę upleść żadnego postulatu z tych wszystkich zabitych i zmarłych dobrych, złych, winnych i niewinnych i zwykłych – czyli trochę dobrych i trochę złych, z jakąś winą, ale nie taką, aby zasłużyć na śmierć. Nie tylko nie umiem upleść z trupów postulatu politycznego, nie wychodzi mi z tego nawet żaden postulat moralny. Bo proste „nie morduj” to już powiedziano dawno temu, niewiele można do tego dodać. Morał może mieć historia o jednym morderstwie, jak w „Stuleciu detektywów” Thorwalda. Tysiąc trupów to tylko prosta, antropologiczna obserwacja, nic więcej. Tysiąc, milion, sto milionów trupów to człowiek.

Misery’s the River of the World
Misery’s the River of the World
Everybody Row! Everybody Row!

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 8 Komentarzy Więcej »
Cytat na dziś III
Wpisane 14:37, 26 Lipiec 2009 przez Szczepan Twardoch

Po południu jeszcze raz w dolinie Teberdy, chociaż trochę padało. (…) Przede wszystkim chciałem raz jeszcze nacieszyć się widokiem starych drzew; to, że one wymierają na ziemi, jest wśród wszystkich złych znaków najbardziej niepokojące. Są przecież nie tylko najpotężniejszymi symbolami nietkniętej siły Ziemi, lecz również ducha przodków, tkwiącego w drewnie kołysek, łóżek i trumien. W nich jak w relikwiarzach przebywa uświęcone życie, które z chwilą ich upadki człowiek traci. Tu jednak stały jeszcze prosto: potężne jodły, do których pni gałęzie tuliły się jak obcisła suknia, buki w srebrnym blasku, strupiaste puszczańskie dęby, szara grusza leśna. Żegnałem się z tymi olbrzymami jak Guliwer, zanim uda się do krainy Liliputów, u których ogrom powstaje dzięki konstrukcji, nie przez swobodne rośnięcie. Wszystko to ukazało mi się tak przelotnie jak we śnie, jak bożonarodzeniowe cuda oglądane w dzieciństwie przez dziurkę od klucza – ale w pamięci pozostaje miarą. Trzeba przecież wiedzieć, co świat ma do zaoferowania, żeby nie skapitulować zbyt tanio.

Tyle Ernst Jünger. Do mnie nie mówią drzewa, mówi do mnie za to krajobraz dalekowschodnich stepów i polarnych pustyń. To inna rozmowa z krajobrazem – nie intymny szept, jak mantra miękkich obrazów hajmatu, które szepczą do mnie tak, jak ja sam szepczę kołysanki, modlitwy i zaklęcia do ucha mojego synka.

Wysokie góry o nagich, niezalesionych szczytach, stepy i tundra Zimnych Wybrzeży mówią inaczej: krzyczą dalekim horyzontem, śpiewają, kiedy ocean szlifuje czarne plaże. Nie nawiązuje się z nimi dialogu, surowość i sublime takich krajobrazów sprawia, że człowiek jest tylko niemym słuchaczem. I usłyszeć może prehistorie z dewonu, karbonu i permu ten, który potrafi czytać miękkie pismo zgniecionych w synkliny i antykliny węglowych skał, odnaleźć może dramat w zgrzycie lodowców, żłobiących powoli swe szerokie, chylące się ku oceanowi łoża.

Kto inny usłyszy tylko wrzask setek tysięcy ptaków nad fiordem, albo dojrzy tajemnicę w dziwacznym zgromadzeniu kilkunastu orłosępów – czy może sępów kasztanowatych, nie pamiętam już – na środku ledwie trawą porosłego stepu. Nie nad padliną, po prostu siedzą na ziemi, z głowami wtulonymi między ptasie ramiona i patrzą w jednym kierunku.

Jeszcze kto inny słyszał będzie jęk i trzask dębowych desek poszycia wielorybniczego żaglowca, wyrzuconego na przybrzeżne skały. Ciche umieranie rozbitków, polarną nocą: z głodu, na szkorbut lub z zatrucia niedźwiedzią wątrobą: jedna zawiera śmiertelną dla człowieka dawkę retinolu. Albo umieranie głośne, w szczelinach lodowców, w niedźwiedzich szczękach, w lodowatej wodzie, albo od noża lub kuli. Albo śmierć w huku końskich kopyt, kiedy na grzbietach niskich, grubych mori step przemierzają zbrojni, konni łucznicy tureccy, mongolscy i indo-europejscy, ludy Xiognu, Mongołowie, Kazachowie i Kozacy, zdobywcy Pekinu i Moskwy, komuniści, muzułmanie, buddyści, prawosławni i ci, którzy wierzą w dusze zwierząt i w szamańskie kamłanie. Czyngis Chan i Ferdynand Ossendowski, Attyla, Arpad i Fiodor Romanowicz Ungern baron von Sternberg, Suche Bator i Gieorgij Konstantynowicz Żukow, zdobywający tytuł Bohatera Związku Radzieckiego po raz pierwszy, za rozbicie Armie Kwantuńskiej pod Chałchin-Goł, wszyscy w jednej hordzie, ich pot i mocz zmieszany z moczem i potem koni i krew, wsiąkająca w suchą ziemię. I nawet kiedy patrzy się na step zupełnie pusty, na cichą taflę jeziora Chubsuguł, nawet wtedy słychać ich konie, tak jak słychać jeszcze na Spitsbergenie szum w słuchawkach niemieckich radiotelegrafistów, nadających w czasie II Wojny Światowej zaszyfrowane prognozy pogody z ukrytych między lodowcami stacji meteorologicznych, tej potężnej broni wojny powietrznej nad Europą.

W krajobrazie zobaczyć można też osobne, tajemnicze życie, osobne jak życie na innych planetach: życie zimujących na Svalbardzie reniferów, pardw i pieśców, życie pokorne, ciche, przyczajone, życie niewolników zimy i nocy, uniżenie schowanych w dolinach, gdzie huraganowy wiatr przydusza ich kościste ciała do ziemi lub podążających strachliwie po zamarzniętym morzu za białym królem północy, aby z jego uczty uszczknąć ochłap.

Aby doczekać słońca, aby doczekać dnia, kiedy śnieg odkryje ucztę traw i porostów.

Życie pełznących po ziemi drzew tundry, polarnych wierzb i karłowatych brzóz, salix polaris i betula nana, tak samo do ziemi przygniecionych, między trawami układających swe pnie, gałęzie i mięsiste liście, zasypywanych śniegiem i w zmarzlinę zapuszczających wątłe korzenie, a jednak żywych.

Wpisane w Cytat na dziś, Wszystko jest literaturą | Brak Komentarzy Więcej »
Zima
Wpisane 12:25, 18 Luty 2009 przez Szczepan Twardoch

Jadę znów do Warszawy, tym razem, wyjątkowo, pociągiem i po raz pierwszy od dawna, całej drodze towarzyszy zimowy pejzaż, pejzaż monochromatyczny, z płótna śniegu i czarnych, przejrzystych haftów bezlistnych drzew polnych i z gnących się pod śnieżnymi czapami sosen.

Prawdziwa zima jest oczyszczeniem świata, jest świata niewinnością i samotnością. Na polach samotny chłop przepychający koła swojego roweru przez doskonałą biel, poza którą nie ma niczego. Jest człowiekiem wyjętym z kontekstu: nie ma drogi, nie ma pól, przed które prowadziła droga, kiedy była, nie ma nawet nieba i nie ma horyzontu, bo zlały się w jedno niebo z ziemią i tylko ten samotny człowiek balansuje na siodełku i brnie przez śnieg na cienkich oponach, wyciskając pedały z całych sił, których tak brakuje w mroźne dni, kiedy lodowaty wiatr przewierca się przez czaszkę, jakby pęknąć miała jak rozsadzane mrozem syberyjskie modrzewie.

Depresyjna rozpacz polskich równin, na których każda gałąź wygląda jak samobójcza szubienica, szpetota wymurowanych z nieotynkowanych pustaków wsi centralnej Polski z ich przybudówkami, dachami z eternitu, stertami rzeczy nieokreślonych w nieokreślonym celu zgromadzonych, wreszcie brzydkie i nowe domki ciężko pracującej klasy średniej, która potrafi już zarabiać pieniądze, ale potrzeba jeszcze dwóch pokoleń, zanim dorobi się smaku, wszystko to pod śniegiem znika, zostaje tylko krajobraz zredukowany, pozbawiony faktur, zostają tylko najprostsze formy, rozmyty horyzont, domy, drzewa, nic.

Gdzie indziej jednak jest zima prawdziwsza, zima doskonała, w której nieskalanego płótna śniegu nie zakłócają drzewa, i nie przebijają się przez to płótno wątłe, tundrowe trawy. Zima polarna do bieli tła dolepia jeszcze czerń polarnej nocy, w tak niewielu miejscach rozcinany tylko pomarańczowymi światłami latarń w zimą oblężonych ludzkich osiedlach. Jeszcze tej zimy nie widziałem z bliska, chodziłem tylko po jej truchle: po lodowcach, ulepionych ze śniegów tysięcy polarnych zim i po wielkich, mokrych polach śniegowych, które nie zdołały stopnieć do czerwca i sierpnia i może nie stopnieją wcale, aż w październiku przykryje je śnieg nowy. I patrzyłem jak nadchodzi: kiedy słońce po raz pierwszy wsiąka w horyzont, ale mrok nie przykrywa jeszcze ziemi, tylko czerwienie zachodu płynnie zmieniają się w fiolety wschodu słońca. I jak znikają ptaki, klifów nie wypełniają już stutysięczne kolonie alczyków, rybitwy ruszyły już w swoje coroczne podróże z jednego koła polarnego na drugie, a stada wielkich, ciemnoszarych gęsi kręcą się nerwowo po fiordzie, zrywając się z morza z wielkim hałasem, kiedy zaniepokoi je przechodzący człowiek lub lis.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 2 Komentarzy Więcej »
Dziatwa, Nussknacker i terror
Wpisane 13:56, 3 Luty 2009 przez Szczepan Twardoch

Studyta zamieścił na swoim blogu zabawny wpis o swoich córeczkach, który przypomniał mi pewną historię, w kontekście dziecięcego upodobania do makabry.

Otóż, usypialiśmy się dość późnym już wieczorem i Fran, jak to Fran, przewalał się na łóżku, machał nogami, śpiewo-piszczał po swojemu, tulił się, aż w końcu powoli ruchliwość jego zamierała i zaczął równomiernie oddychać, sądziłem więc, że już zasnął. Jąłem się więc dyskretnie wymykać z łóżka, aby wyjść z sypialni i oddać się wszystkim tym miłym czynnościom, którym mogą oddawać się rodzice, kiedy dzieci śpią.

A była wtedy pełnia i pół sypialnianego okna wypełniała wielka tarcza księżyca, przecinana bezlistnymi koronami brzóz.

Kiedy więc wyciągnąłem ramię spod główki mojego synka, ten usiadł nagle na łóżku, otworzył oczy najszerzej, jak się da i przez chwilę patrzył na mnie, oświetlony sinym światłem zza okna. Zapytałem go, co się dzieje, na co mój syn odpowiedział kłapiąc szczęką. Patrzył na mnie, nie reagując w ogóle na mój głos i kłapał na mnie swoją małą żuchwą z czterema wyrastającymi z niej zębami, bez śladu uśmiechu, otwierając usta najszerzej jak potrafił, z oczami wielkimi jak spodki i wydawały te kłapnięcia dźwięk, który skojarzył mi się natychmiast z najbardziej przerażającą bajką mojego dzieciństwa, z “Dziadkiem do orzechów” E.T.A. Hoffmanna z ilustracjami Szancera, bo kłapał tą szczęką mój pierworodny jak hoffmannowski dziadek do orzechów właśnie – po czym przypomniała mi się zaraz Pirlipata, przemieniona w odrażające, wielkogłowe stworzenie przez Mysibabę.

I dziadek do orzechów i potworna Pirlipata ze wspomnień prawie zapomnianych i mój księżycem oświetlony synek w tym dziwnym, lunatycznym kłapaniu wywołali we mnie przerażenie dziecięce, pierwotne, przejmujące. Miałem ogromną ochotę uciec z sypialni, ale w końcu jestem tatą, chwyciłem więc Franka za ramiona, przytuliłem go delikatnie, a on zamknął zaraz oczy i padł na pościel zupełnie bezwładnie i spał, jakby wcale przed chwilą nie wysłał ojca w krótką podróż w krainę burkowskiego sublime, a dokładnie w krainę terroru, jak Ann Radcliffe w swoim eseju On the Supernatural in Poetry (który można sobie przeczytać tutaj) określała stan niepewnego wyczekiwania na możliwe nadejście tego, co nieznane i straszliwe, w odróżnieniu od horroru, który jest już tylko na to co straszliwe reakcją, reakcję na to, co znane – bo oczom objawione.

Pisze o tym Ann Radcliffe:
Terror and horror are so far opposite, that the first expands the soul, and awakens the faculties to a high degree of life; the other contracts and freezes and nearly annihilates them.

Dobra literatura i film grozy niemal uniwersalnie zachowują proporcję zdecydowanej, jak 9 do 1, przewagi terroru nad horrorem właśnie – bo tylko terror należy do świata wzniosłości, horror to tylko, jak mawiał na swoich wspaniałych wykładach z literatury angielskiej prof. Sławek ( przy tej okazji jeszcze raz – dzięki, B.!), zwykłe “bu zza węgła”.

A czasem, jak widać w powyższej historyjce, terrorem jako środkiem literackim, posługuje się życie, szczególnie w sytuacjach najintymniejszego spokoju i bezpieczeństwa, jak usypianie dziecka we własnej, ciepłej sypialni, na zasadzie kontrastu właśnie. Radcliffe pisze o tym kontraście na używając przykładu sceny z “Makbeta”, kiedy na uczcie, czyli w scenerii wesołej i jasnej, objawia się duch Banka. Bo przecież życie jest literaturą.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | Brak Komentarzy Więcej »
  • Wstecz
  • Najnowsze wpisy

    • O McCarthym na polityka.pl
    • Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
    • Cytat na dziś XI – żadnych marzeń, panowie
    • Aksolotl narodów
    • Powieść o ludziach radzieckich
  • Najnowsze komentarze

    • Wachmistrz o O McCarthym na polityka.pl
    • Marcin Kotowski o O McCarthym na polityka.pl
    • Jakub o Aksolotl narodów
    • 63624 o O McCarthym na polityka.pl
    • Jakub o O McCarthym na polityka.pl
    • ms o O McCarthym na polityka.pl
    • Foxx o Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
    • Wachmistrz o Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (3)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (10)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (69)
    • Inne (147)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (15)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Marzec 2010
    P W Ś C P S N
    « lut    
    1234567
    891011121314
    15161718192021
    22232425262728
    293031  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
    By N2H
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O “Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    2 509 komentarzy będących spamem
    odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.