Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Święci
Wpisane 00:07, 3 Wrzesień 2010 przez Szczepan Twardoch

Ci, którzy siedzą w ciemnościach i w ciszy, z twarzami wspartymi o dłonie i łokciami wspartymi o plugawe blaty, drżą podniebienia miękkie w chrapliwych oddechach.
Ci, którzy złożyli swe ciała przy ścianach, podciągnęli kolana ku brodom i objęli je troskliwymi przedramiony.
Ci, którzy na plugawych blatach złożyli policzki i okruchy chleba wyciskają w ich skórze swoje ospowate „połącz punkty”.
Ci, którzy biodra zepchnęli ku najdalszym rubieżom foteli.
Ci, których podniecenie przegrało ze snem i zastygli z dłońmi na piersiach i biodrach tych, które zasnęły zawiedzione.
Ci, których chwiejne kroki zawiodły ku bezpiecznym portom sedesów, przy których trwają w kamiennym półśnie męczeńskim, szarpani torsjami.
Ci, którym sen nie wytrącił z rąk kieliszków i razem z drżeniem serc rozchodzą się fale na calowym lustrze ciepłej wódki.
Ci, których nie obudził żar papierosa i przypieczeni mgliście śnią o bólu.

Wy, którzy zasypiacie: ufni, dobrzy, cisi, z losem pogodzeni biesiadni święci.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 2 Komentarzy Więcej »
Historiozofia dla trzylatków
Wpisane 09:59, 28 Sierpień 2010 przez Szczepan Twardoch

Idziemy po bułki. Franek znudził się skakaniem po kałużach.
- Tatusiu, a gdzie mieskają lyceze?
- Na zamkach.
- A co oni mają na zamkach?
- Zbrojownię, stajnię, w której stoją koniki, komnaty…
- A co jesce mają lyceze?
- Hm… rycerz musiał mieć swoją ziemię.
Idziemy chwilę w milczeniu.
- Tatusiu. A na ksypład cy to jest ziemia lyceza? – Franek wskazuje na pryzmę wykopanej przez koparkę gliny.
- Nie, to nie jest ziemia rycerza.
- A cemu?
- Bo rycerzy już nie ma.
- A cemu?
- Bo była rewolucja i nie ma.
- A cemu była?
- Oj, misiu, o tym czemu była to pogadamy za parę lat, okej?
- Okej. A gdzie są teraz lyceze?
- W Walhalli. W niebie dla rycerzy.
- Aha. A cemu?
- Bo w Walhalli jest im fajnie.
- Aha. Oni wyginęli?
- Tak, wyginęli.
- Skoda ze wyginęli.
- Szkoda.
- Skoda. Bo ja mógłbym być lycezem. Takim plawciwym! Miałbym zamek. I plawciwy miec. I duuuuzo lizaków!

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 8 Komentarzy Więcej »
Sen o literaturze
Wpisane 18:20, 8 Czerwiec 2010 przez Szczepan Twardoch

Śnił mi się dziś pewien utalentowany pisarz z Krakowa, z którym, jak mi się wydaje, mam zaszczyt się przyjaźnić, a który wyda w czasie bliższym lub dalszym powieść, którą czytam właśnie, a która z kolei zdaje mi się być bardzo dobra. Ale o powieści innym razem, dziś o śnie, który pojawił się pewnie w efekcie wczorajszych krakowskich popołudnia i wieczoru, które bardzo miło spędziłem w jego towarzystwie – między innymi, bynajmniej nie mniej ważnymi, bo siedzieliśmy w towarzystwie nieco szerszym, w zaprzyjaźnionych ludzi pióra obfitującym, ale tylko jeden z nich się w moim śnie pojawił.

I we śnie spacerowaliśmy razem, odziani bardzo elegancko, sportową elegancją przedwojenną – pamiętam, że towarzysz mojego spaceru, prócz sportowej marynarki, nosił kaszkiet, pumpy, podkolankówki w kratkę argyle (bardzo ich zazdrościłem), ja byłem w tweedowym garniturze myśliwskim i prowadziłem staroświecki, przedwojenny rower na białych oponach (który dziwnie przypominał rower pewnej krakowskiej pani redaktor, która swoją uroczą obecnością przełamała męski charakter wczorajszego spotkania).

Więc spacerowaliśmy: jesienią, po jakimś mieście słowackim lub węgierskim, dużym, ale zabudowanym jak małe miasteczko o bardzo stromych ulicach i w knajpach siadaliśmy i jesienne, czerwone winośmy pili i jedli pieczone kaszty z papierowych torebek, potem ucztowaliśmy jesiennie, jedząc pieczeń z kaczki, a potem paliliśmy cygara, rozmawiając niezobowiązująco, życzliwie, w takim przyjemnym, niespiesznym rytmie – aleśmy jednocześnie wiedzieli obaj i ubolewali nad tym, jak nad nieuchronnym nadejściem zimy, że sielanka ta nie potrwa długo, że skończy się źle: albowiem konkurujemy o względy jednej dziewczyny – właśnie dziewczyny, nie kobiety.

Dziewczyna ta nie pojawiła się w moim śnie, który był zresztą snem całkowicie nieerotycznym i nie było o niej mowy między nami, bo wszystko było jasne a dziewczyna nie miała twarzy, ciała ani imienia. Obaj świadomiśmy byli konfliktu i tego przede wszystkim, jaka rzeczona dziewczyna jest: inteligentna, obojętna, wyniosła, skłonna do szyderstw. I tego, jak nami manipuluje: przez uśmiechy, gesty, półsłówka doprowadzić chce do tego, aby się od nas obu jednocześnie wyzwolić, aby się nas pozbyć przez jakiś straszny wybuch naszego tajonego gniewu, który w moim śnie wydawał się nieunikniony i krążył, jak kruk, nad naszym miłym ucztowaniem.

Ale wybuchu nie było, gniew się nie rozlał, siedzieliśmy sobie spokojnie, ciesząc się każdą chwilą w której ciągle jeszcze nie okładamy się po gębach i rozstaliśmy się potem w sposób charakterystyczny dla snów: zaprzyjaźniony literat płynnie stracił parę lat i długie włosy i zamienił się stopniowo w zupełnie innego mojego przyjaciela, z którym jeździliśmy na rowerach poszukując zaginionej walizki z pieniędzmi, z kwotą może nie totolotkową, ale dużą, była to kwestia saaba 9-3 cabrio, przyjechaliśmy do miasta kupić ten piękny samochód, miał jasną, skórzaną tapicerkę, walizkę jednak zgubiliśmy w nocy, dzień wcześniej, pijąc i dokazując na mieście, a potem nie mogłem się zalogować do mojego konta e-mailowego i szedłem schylony, z nosem przy bruku, pomiędzy kostkami szukając hasła do tego konta, zapisanego jakoby na skrawku papierowej chusteczki do nosa.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 5 Komentarzy Więcej »
I znów wszystko jest literaturą
Wpisane 21:52, 28 Maj 2010 przez Szczepan Twardoch

Wszystko jest literaturą, bo literatura może być z wszystkiego. Może być introspekcyjna, a może być behawioralna, może nigdy nie odwołać się do tego co rzekomo miałoby się dziać wewnątrz bohaterów.

Ale ja chciałbym zobaczyć literaturę na ulicy. Nie wiem dlaczego, ani po co, to nie manifest, to po prostu ulotne pragnienie. Więc chciałbym zobaczyć literaturę, cokolwiek oznacza to słowo, nie w języku, nie w narracji lub jej braku, lecz w twarzach ludzi, w światłach ulicznych, w dziurach w asfalcie, w drzewach, domach, komisach samochodowych i sklepach ogrodniczych. Ale przede wszystkim w ludziach. Widzieć ich – po prostu, bez tła, bez niczego więcej.

Więc jadę i patrzę. Wracam samochodem z zakupów, bagażnik pełen mam jedzenia i wina bo odwiedzają nas przyjaciele i będziemy siedzieć w ogrodzie razem, i pić to wino i jeść to jedzenie.

Jadę powoli przez miasto, które nagle odżyło, bo to pierwszy dzień zupełnie letni, po zimie, od której nie chciało się żyć, po ponurej wiośnie i po powodzi.

Więc jadę i patrzę na ludzi.

Hamuję przed światłami. Obok na chodniku zatrzymuje się piękna dziewczyna na rowerze, o bardzo białej skórze, o rudych włosach spiętych i w czerwonych okularach. Jest rozgrzana jazdą na rowerze, na jej czole błyszczy pot i jest też wzburzona. Stoi, mówi coś podniesionym głosem, gestykuluje, mówi do starszej kobiety, również na rowerze, jechały razem. Nie słyszę słów, bo bardzo głośno gra Jamiroquai w samochodowym odtwarzaczu. Ta druga kobieta: czy to jej matka, znajoma z pracy?

A ruda rowerzystka nagle odwraca się, jakby poczuła moje spojrzenie, patrzy na mnie, robi mi się głupio że się tak gapię, więc odwracam wzrok, ale zaraz potem zerkam na nią znowu i a ona już nie mówi podniesionym głosem, tylko patrzy w asfalt pod nogami, jakby wstydziła się, że zza pancerza samochodu stałem się świadkiem czegoś, sam nie wiem czego – kłótni?

A potem: bardzo gruby mężczyzna z nagim torsem, z drżącym, bladym brzuchem i z wielką, okrągłą głową. Stoi na podwórzu swojego domu, w wysokiej trawie i ostrzy kosę, wodząc osełką jakby grał na skrzypcach. Ma opasły kark i bardzo chude nogi w obcisłych dresach.

A potem: stara kobieta w odświętnej, letniej sukni stara się iść po chodniku, pomaga sobie balkonikiem, stawia przed sobą ten balkonik, i albo chodnik jest krzywy, albo staruszka traci równowagę, bo balkonik się chwieje, ale znowu, następny krok, znowu pozornie chwiejny, ale idzie, idzie, idzie.

I chciałbym w tej trójce dostrzec jakiś porządek, jakiś sens, jakiś kosmos. Ale nie znajduję. Ale w przypadek też nie wierzę. Bo ci ludzie, dziewczyna, grubas, staruszka, to po prostu życie i literatura, w tym nie ma ładu, sensu ani przypadku, bo życie i literatura są większe niż wszelki sens i wszelki przypadek.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 1 Komentarz Więcej »
Drgawki, tym razem moje własne
Wpisane 23:18, 17 Maj 2010 przez Szczepan Twardoch

Skończyłem pisać powieść, która ciągle nie ma ostatecznego tytułu, ale do tej pory była znana jako „Paszko”, a jaki tytuł będzie widniał na okładce, tego ciągle nie wiem: i nagle zdałem sobie sprawę, że nigdy żadna książka nie kosztowała mnie tak wiele, jakbym się wyżął na kartki. Jakbym przeciekł przez klawiaturę, do pliku i jakby zostały we mnie straszne, puste dziury.

(Owszem, postanowiłem na moment zamienić mój dzienniczek w kącik emocjonalnego ekshibicjonisty, raz na parę lat wolno.)

I skończyłem, w tempie dla mnie strasznym, zabójczym, i nagle zostałem z dziurawym samym sobą, z dziurawym mózgiem, z euforycznym poczuciem, jakbym był obok siebie, nie umiem się od tej książki oderwać myślami, prześladują mnie nocą koszmary: te, które sam napisałem. Może to sprawiedliwie, przeżyć najpierw to małe piekło, do jakiego zapraszam czytelnika. I pewnie inaczej, mniej intensywnie nie dało się tej książki napisać, nie mógłbym napisać tej powieści powolnym rytmem starego literata, pracującego od ósmej rano do dziesiątej, a potem na tenisa, musiałem ją z siebie wypluć, wylać. I musiały zostać dziury. Gdyby nie zostały, to znaczyłoby, że nie dałem z siebie tego, co się w tej książce, strasznej książce o strasznym świecie znaleźć musiało, tego, co się jej ode mnie należało. Zresztą pewnie zabliźnią się szybko.

Lubię mówić, że pisanie to po prostu zawód, jak każdy inny: ale może jednak nie. Nie wiem zresztą, nie znam się na innych zawodach, inne rzeczy, jakimi się zajmowałem w życiu dla pieniędzy przyprawiały mnie, owszem, o różne poważne frustracje, żadna jednak nie sprawiła, że przestałem sam siebie poznawać.

Próbuję więc to psychosomatyczne rozedrganie zagłuszyć jakoś: w nocy nie śpię, w dzień nie do końca jestem na jawie, bom zbyt niewyspany, więc wypruwam sobie płuca marszem, hantlami, aż mdleją ramiona, euforycznym pisaniem innych rzeczy wątpliwej chyba jakości i żeby spać potrzeba mi rauszu od wina, a wino działa na mnie jakoś inaczej, niż zwykle, może być też rausz od 10 kilometrów pokonanych najszybciej jak umiem, z Rammsteinem w słuchawkach, do wyplucia płuc, synchronizuję krok z rytmem „Rosenrot” i rytm mnie hipnotyzuje, wracam do domu mokry, odurzony, wreszcie mogę spać.

Albo stoję, moknę i z jakąś perwersyjną, przewrotną ciekawością patrzę na rzekę, która oswobodziła się ze swojego koryta, tak jak moja książka wyrwała mi się spod palców – a rzeka ominęła most, przelała się przez ulicą i zlewa się stalowa woda, siny asfalt i sine niebo w jedną drogę, w jedną opalizującą skorupę.

I odwracam się ciągle, patrzę za siebie, kto stoi za mną, kto za mną idzie?

Ale i w tym strasznym, drżącym stanie, w jakim jestem, znajduję prostą, podstawową radość: oto skończyłem powieść, skończyłem ją prawdziwie, nie tylko napisałem „KONIEC”, ale dałem jej z siebie tyle, ile dać jej należało, ile dać mogłem. I to jest tego małego szaleństwa warte, bo ono pozostawi ślady, ale minie, a książka zostanie.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 7 Komentarzy Więcej »
Zdjęcie z 1929 roku
Wpisane 10:20, 11 Maj 2010 przez Szczepan Twardoch

Widziałem dzisiaj zdjęcie: sprzed osiemdziesięciu jeden lat. Z całego zdjęcia żyją już tylko dwie osoby, a wypalona światłem emulsja ciągle trwa, jakby ich dusze nie zdołały zupełnie odejść. Zdjęcie jest ze ślubu jakiegoś ujka: przed ceglanym murem stoją mężczyźni w białych krawatach i muszkach, i we frakach, bo to w końcu ślub, stoją jak to Ślązacy na starych zdjęciach: wpatrzeni w obiektyw, zamarli, jakby pozowali do pomnika. Niektórzy noszą wąsy, sumiaste albo podkręcone tak, że nawoskowanymi czubkami sięgają oczu i razem ze stojącymi, sztywnymi kołnierzykami są te wąsy znakiem, że ich właściciele są cokolwiek staroświeccy, bo na zdjęciu jest rok 1929 i takich wąsów i kołnierzyków się już nie nosi, od dwudziestu z górą lat. Niektórym w kącikach ust drga jakiś ślad uśmiechu, ale ściągają go mocno, prawie nie widać.

Kobiety są już ubrane „po pańsku”, to znaczy w miejskie stroje i tylko jedna, starsza nosi ten poważny, ciemny, tradycyjny śląski strój kobiecy, surowy w swojej purytańskiej estetyce, z surowych obyczajów tego dziwnego kawałka świata. Siedzi wiec w zopasce i specjalnie zawiązanej chustce na głowie. Jej twarz również jest surowa, poważna, ale też pewna siebie, i pełna siły. Nie wiem: czy jest poważna, bo sądzi, że należy być poważną, kiedy jest się fotografowanym, czy może chodzi o to, że życie wymaga od kobiet powagi. Czasem sądzę, że tylko mężczyźni mają powody, aby się weselić i tylko mężczyznom dane jest odczuwać tragedię. Kobiety mają za to powagę, wieczną powagę, bo nawet kobieca radość jest poważna. I mają jeszcze te samicze ziarno strachu, te same, które rozkwita w strasznym miauczeniu kotki, której kocięta utopiono.
U stóp tej poważnej kobiety siedzi mój dziadek, nie wygląda na zadowolonego, może oderwali go od jakiejś zabawy: ma dziewięć lat, a chwilę później ma już lat dziewięćdziesiąt i całuje swoje prawnuki.

A obok, na zdjęciu, kuzyn R.: i czternaście albo piętnaście lat później poważnej kobiecie w zopasce przyśni się ten R., który wygląda już na tym zdjęciu całkiem dorośle. Przyśni się jej R., że dzieje się z nim coś złego. A potem kobieta w zopasce dostanie list, trzy tygodnie później i z listu kobieta dowiaduje się, że w R. jest dziura: dziura ta nie zabrała w końcu R. życia, dała mu za to odznakę za rany a może i Żelazny Krzyż i Sturmabzeichen, nie pytałem, za co dostał poszczególne blaszki, co zdobią jego mundur na innej jeszcze fotografii, nie pytałem też o rangę podoficerską, ani o sznur naramienny, którego znaczenia nie znam, ale wydaje mi się, że to sznur strzelecki podoficerów. Z dziurą w sobie R. trafia do szpitalu w Nysie, z Nysy do Cieszyna, do kompanii ozdrowieńców: a kompanią zawiadują młodzi, rośli chłopcy.

I to oni decydują, który z rekonwalescentów jest już gotów, aby trafić na front. R., jeśli dobrze pamiętam, nigdy nikomu nie opowiada o wojnie, a ojcu mojej matki, który siedzi z nim na tym zdjęciu z 1929 roku, potem podobno tylko raz mówi – „na tyj wojnie to idźe yno o to, coby dożyć aż śe skůńczy”. Więc ten R., który bez wątpienia nie kocha wojny i bez wątpienia jest w tej wojnie biegły, bo za nic blaszek do munduru nie dają, ten R. pyta gnojka: a więc dlaczego to ty wysyłasz nas na front, Arschloch? Byku jeden – nas, podziurawionych? Sam idź. I zaczyna się otwarta konfrontacja, broń jest już w rękach, ale nikt nie naciska na spust, boją tych chudych chłopaków, którzy chyba przywykli do zabijania i potem pewnie pojawiają się żołnierze z błyszczącymi ryngrafami na bluzach, ale to nie są polowi żandarmi. Polowi żandarmi niejedną wstążkę Żelaznego Krzyża podziurawili kulami. Ale ci boją się frontowców, sumienie ich targa, boją się blaszek przypiętych do znoszonych mundurów.

Więc sprawa jakoś sama się rozpływa, pewnie nikt nie informuje oficerów i R. wraca na front, i na froncie sowiecka kula robi w nim nową dziurę: i ta powstaje w samą porę, bo dzięki niej R. trafia do szpitala do Francji i dostaje się do niewoli na zachodzie: tylko dlatego spotkałem go potem, jako niemy i głuchy świadek rozmów, które toczył on i jego żona z moim dziadkiem, taką mieszaną ze śląskim niemczyzną stłumioną, tym kreolskim językiem, w którym przyciszonym głosem opowiadało się o przeszłości, której posiadanie było zabronione, o nielegalnej przeszłości. Mimo tego, że wtedy, kiedy ja tam bywałem, nie pamiętam – dwa razy? – mówić można już było głośno, ale tak się przyzwyczaili, do takiego życia za drzwiami starannie zamkniętymi, do życia polnych saren, całe życie na grubie, pylica i starość tak cicha jak życie.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 10 Komentarzy Więcej »
Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
Wpisane 15:18, 9 Luty 2010 przez Szczepan Twardoch

Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.

Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek „The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: „Szepty” i „Tragedię narodu” Figesa, „Morderców” Kazana, „Kawior i popiół” Marci Shore, „Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, „Wielką ucieczkę” Thorwalda, „Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o „Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O „Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O „Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę „sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o „Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. „wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja „KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.

Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.

Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.

Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe „Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe „Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk „Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.

Wpisane w Inne, Wszystko jest literaturą | 20 Komentarzy Więcej »
Wpis listopadowy – rozpacz płynie rzeką poprzez świat
Wpisane 15:36, 11 Listopad 2009 przez Szczepan Twardoch

Pierwszego listopada stoję przy grobach, tak jakbym sam trochę w nich leżał. Myślę o kościach, po których chodzę po bułki i gazetę, myślę o tej wielkiej łasce życia na ziemi przesiąkniętej ciałami moich świętych przodków, świętych nie życiem, przecież tak niewiele wiem o ich życiu, cóż wiedział będzie o moim życiu mój syn? – świętych obecnością.

I kiedy w listopadzie jadę samochodem przez moją okolicę, to myślę: tutaj moja prababcia chodziła do młyna, którego ruiny pamiętam: zdobywałem w nich szlify dziesięcioletniego odkrywcy i archeologa. Potem go zburzyli, bo groził zawaleniem, zostało tylko martwe starorzecze i resztki fundamentów. Tam, dalej, stał dom, w którym urodził się mój pradziadek. Kopalnia na której śmiertelnie ranny został mój dziadek ojczysty, ten, którego nazwisko noszę. Dziś zrobili w niej jakąś wyższą szkołę tego i owego. Miejsce, w którym Niemcy zabijali gliwickich Żydów w latach trzydziestych. Miejsce, w którym Żydzi z gliwickiego PUBP i katowickiego WUBP zabijali gliwickich Niemców i innych w latach czterdziestych i piećdziesiątych. Miejsce w którym Niemcy zabili polskich powstańców z POW. Miejsce w którym Polacy zabili niemieckich selbszuców. Miejsce w którym sowieccy żołnierze wojsk wewnętrznych NKWD zabili polskich (prawdopodobnie akowskich) konspiratorów z Przyszowic. I paru Niemców od razu też, hurtowo. Dziwnie im się musiało umierać, wrogom przez morderców i grób zjednoczonym. Mój dziadek macierzysty, który właśnie uciekł przed werbunkiem do Volkssturmu, patrzył na to mordowanie z daleka. A zarządca przyszowickiego majątku von Raczków nie uciekł razem z resztą szlachty, bo nie wyobrażał sobie jak można zostawić majątek na pastwę bolszewików, jak można zostawić to, czemu poświęcił całe życie: maszyny, ziarno na zasiew, konie, gorzelnię z zapasami spirytusu, wszystko, więc postanowił zostać i pilnować obejścia i zabili go Sowieci od razu, pierwszego dnia, nawet nie maruderzy tylko karne, frontowe wojsko, pewnie ciągnęło ich do tego spirytusu. Więc wszędzie trupy. Trupy w takiej ilości, że nie wynika z nich żaden morał. Żadna nauka na przyszłość, ani żadne zrozumienie przeszłości. I nie układają się te użyźniające Śląsk trupy w żaden dekret, w żadne prawo, w żaden akt własności.

grobZapalam więc też świeczkę na zbiorowym grobie gliwiczan zamordowanych w styczniu 1945. Ich grób ciągle opisany jest starą tabliczką, na której napisane jest, że „zmarli w styczniu 1945”. Ale i tak każdy zawsze wiedział na co umierało się w styczniu 45. Chociaż pewnie paru mogło naprawdę umrzeć z głodu, na tyfus albo coś podobnego. Na sowiecką kulę albo bagnet w każdym razie załapały się całe rodziny, starcy, dzieci nawet jeden Francuz, zapewne robotnik przymusowy. I paru NN.

I co z tego? Zapalam im świeczkę, bo to są moi ludzie. To atomy mojego świata. Te dzieci, niewiele starsze od mojego taty. Siedmioletni Helmut i trzyletni Erwin. Ich matka, w wieku mojego dziadka, pewnie wpadali na siebie w gliwickich sklepach, gdzie z polskiej strony jeździło się kupować tkaniny i gotowe ubrania. Albo w polskich sklepach, gdzie z niemieckiej strony jeździło się kupować kiełbasy i mięso. Przy jej nazwisku – Anna Kneifel – ktoś drobnymi literami dopisał „z.d. Cielenga”, żeby wszyscy wiedzieli. Jakby to śląskie nazwisko jakoś wartościowało jej śmierć. I leżą sobie razem teść (też Kneifel właśnie) z synową, Greiner, Roderberg i Bergner i doktorostwo Hoffmannowie i ich syn razem z Rollikiem, Kraczkiem, Szendzielorzem i Kożuszkiem. Może dwadzieścia parę lat wcześniej Szendzielorz strzelał do Bergnera a Bergner do Szendzielorza? A może razem w komunistycznej bojówce „Błyskawica” strzelali do bogatego Hoffmanna? Albo i równie dobrze nikt do nikogo nie strzelał. Ale może przynajmniej ktoś komuś coś ukradł, ktoś kogoś zdradził, oszukał, uwiódł? Ale rachunki krzywd wyrównał wspólny grób.

Zapalam tę świeczkę bez nienawiści do tych Rosjan, którzy ich pozabijali, do Rosjan, czy też do Kałmuków, Mordwinów, Ukraińców, Buriatów, z jakiej wojłokowej jurty, modrzewiowej chaty czy betonowego bloku nie pochodziłby ten, kto trzymał sowiecki karabin. Inni – a może zresztą ci sami? – sowieccy żołnierze karmili urodzonego w 1944 niemowlaka, którego ojciec w niemieckim mundurze bił się z Amerykanami w Ardenach, pomagali więc mojej babci w sytuacji tak podobnej do tej, którą z ogromnym zdziwieniem znalazłem u Máraiego: u niego w domu, dokładnie w tym samym czasie, też był polowy warsztat, gdzie naprawiali czołgi, tak jak na podwórku domu mojej babci. Wyobrażam sobie, że musiały wyglądać podobnie, oba zresztą znam z relacji z pierwszej ręki.

I znowu, nic z tego nie wynika. Nie umiem i nie chcę upleść żadnego postulatu z tych wszystkich zabitych i zmarłych dobrych, złych, winnych i niewinnych i zwykłych – czyli trochę dobrych i trochę złych, z jakąś winą, ale nie taką, aby zasłużyć na śmierć. Nie tylko nie umiem upleść z trupów postulatu politycznego, nie wychodzi mi z tego nawet żaden postulat moralny. Bo proste „nie morduj” to już powiedziano dawno temu, niewiele można do tego dodać. Morał może mieć historia o jednym morderstwie, jak w „Stuleciu detektywów” Thorwalda. Tysiąc trupów to tylko prosta, antropologiczna obserwacja, nic więcej. Tysiąc, milion, sto milionów trupów to człowiek.

Misery’s the River of the World
Misery’s the River of the World
Everybody Row! Everybody Row!

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 8 Komentarzy Więcej »
Cytat na dziś III
Wpisane 14:37, 26 Lipiec 2009 przez Szczepan Twardoch

Po południu jeszcze raz w dolinie Teberdy, chociaż trochę padało. (…) Przede wszystkim chciałem raz jeszcze nacieszyć się widokiem starych drzew; to, że one wymierają na ziemi, jest wśród wszystkich złych znaków najbardziej niepokojące. Są przecież nie tylko najpotężniejszymi symbolami nietkniętej siły Ziemi, lecz również ducha przodków, tkwiącego w drewnie kołysek, łóżek i trumien. W nich jak w relikwiarzach przebywa uświęcone życie, które z chwilą ich upadki człowiek traci. Tu jednak stały jeszcze prosto: potężne jodły, do których pni gałęzie tuliły się jak obcisła suknia, buki w srebrnym blasku, strupiaste puszczańskie dęby, szara grusza leśna. Żegnałem się z tymi olbrzymami jak Guliwer, zanim uda się do krainy Liliputów, u których ogrom powstaje dzięki konstrukcji, nie przez swobodne rośnięcie. Wszystko to ukazało mi się tak przelotnie jak we śnie, jak bożonarodzeniowe cuda oglądane w dzieciństwie przez dziurkę od klucza – ale w pamięci pozostaje miarą. Trzeba przecież wiedzieć, co świat ma do zaoferowania, żeby nie skapitulować zbyt tanio.

Tyle Ernst Jünger. Do mnie nie mówią drzewa, mówi do mnie za to krajobraz dalekowschodnich stepów i polarnych pustyń. To inna rozmowa z krajobrazem – nie intymny szept, jak mantra miękkich obrazów hajmatu, które szepczą do mnie tak, jak ja sam szepczę kołysanki, modlitwy i zaklęcia do ucha mojego synka.

Wysokie góry o nagich, niezalesionych szczytach, stepy i tundra Zimnych Wybrzeży mówią inaczej: krzyczą dalekim horyzontem, śpiewają, kiedy ocean szlifuje czarne plaże. Nie nawiązuje się z nimi dialogu, surowość i sublime takich krajobrazów sprawia, że człowiek jest tylko niemym słuchaczem. I usłyszeć może prehistorie z dewonu, karbonu i permu ten, który potrafi czytać miękkie pismo zgniecionych w synkliny i antykliny węglowych skał, odnaleźć może dramat w zgrzycie lodowców, żłobiących powoli swe szerokie, chylące się ku oceanowi łoża.

Kto inny usłyszy tylko wrzask setek tysięcy ptaków nad fiordem, albo dojrzy tajemnicę w dziwacznym zgromadzeniu kilkunastu orłosępów – czy może sępów kasztanowatych, nie pamiętam już – na środku ledwie trawą porosłego stepu. Nie nad padliną, po prostu siedzą na ziemi, z głowami wtulonymi między ptasie ramiona i patrzą w jednym kierunku.

Jeszcze kto inny słyszał będzie jęk i trzask dębowych desek poszycia wielorybniczego żaglowca, wyrzuconego na przybrzeżne skały. Ciche umieranie rozbitków, polarną nocą: z głodu, na szkorbut lub z zatrucia niedźwiedzią wątrobą: jedna zawiera śmiertelną dla człowieka dawkę retinolu. Albo umieranie głośne, w szczelinach lodowców, w niedźwiedzich szczękach, w lodowatej wodzie, albo od noża lub kuli. Albo śmierć w huku końskich kopyt, kiedy na grzbietach niskich, grubych mori step przemierzają zbrojni, konni łucznicy tureccy, mongolscy i indo-europejscy, ludy Xiognu, Mongołowie, Kazachowie i Kozacy, zdobywcy Pekinu i Moskwy, komuniści, muzułmanie, buddyści, prawosławni i ci, którzy wierzą w dusze zwierząt i w szamańskie kamłanie. Czyngis Chan i Ferdynand Ossendowski, Attyla, Arpad i Fiodor Romanowicz Ungern baron von Sternberg, Suche Bator i Gieorgij Konstantynowicz Żukow, zdobywający tytuł Bohatera Związku Radzieckiego po raz pierwszy, za rozbicie Armie Kwantuńskiej pod Chałchin-Goł, wszyscy w jednej hordzie, ich pot i mocz zmieszany z moczem i potem koni i krew, wsiąkająca w suchą ziemię. I nawet kiedy patrzy się na step zupełnie pusty, na cichą taflę jeziora Chubsuguł, nawet wtedy słychać ich konie, tak jak słychać jeszcze na Spitsbergenie szum w słuchawkach niemieckich radiotelegrafistów, nadających w czasie II Wojny Światowej zaszyfrowane prognozy pogody z ukrytych między lodowcami stacji meteorologicznych, tej potężnej broni wojny powietrznej nad Europą.

W krajobrazie zobaczyć można też osobne, tajemnicze życie, osobne jak życie na innych planetach: życie zimujących na Svalbardzie reniferów, pardw i pieśców, życie pokorne, ciche, przyczajone, życie niewolników zimy i nocy, uniżenie schowanych w dolinach, gdzie huraganowy wiatr przydusza ich kościste ciała do ziemi lub podążających strachliwie po zamarzniętym morzu za białym królem północy, aby z jego uczty uszczknąć ochłap.

Aby doczekać słońca, aby doczekać dnia, kiedy śnieg odkryje ucztę traw i porostów.

Życie pełznących po ziemi drzew tundry, polarnych wierzb i karłowatych brzóz, salix polaris i betula nana, tak samo do ziemi przygniecionych, między trawami układających swe pnie, gałęzie i mięsiste liście, zasypywanych śniegiem i w zmarzlinę zapuszczających wątłe korzenie, a jednak żywych.

Wpisane w Cytat na dziś, Wszystko jest literaturą | Brak Komentarzy Więcej »
Zima
Wpisane 12:25, 18 Luty 2009 przez Szczepan Twardoch

Jadę znów do Warszawy, tym razem, wyjątkowo, pociągiem i po raz pierwszy od dawna, całej drodze towarzyszy zimowy pejzaż, pejzaż monochromatyczny, z płótna śniegu i czarnych, przejrzystych haftów bezlistnych drzew polnych i z gnących się pod śnieżnymi czapami sosen.

Prawdziwa zima jest oczyszczeniem świata, jest świata niewinnością i samotnością. Na polach samotny chłop przepychający koła swojego roweru przez doskonałą biel, poza którą nie ma niczego. Jest człowiekiem wyjętym z kontekstu: nie ma drogi, nie ma pól, przed które prowadziła droga, kiedy była, nie ma nawet nieba i nie ma horyzontu, bo zlały się w jedno niebo z ziemią i tylko ten samotny człowiek balansuje na siodełku i brnie przez śnieg na cienkich oponach, wyciskając pedały z całych sił, których tak brakuje w mroźne dni, kiedy lodowaty wiatr przewierca się przez czaszkę, jakby pęknąć miała jak rozsadzane mrozem syberyjskie modrzewie.

Depresyjna rozpacz polskich równin, na których każda gałąź wygląda jak samobójcza szubienica, szpetota wymurowanych z nieotynkowanych pustaków wsi centralnej Polski z ich przybudówkami, dachami z eternitu, stertami rzeczy nieokreślonych w nieokreślonym celu zgromadzonych, wreszcie brzydkie i nowe domki ciężko pracującej klasy średniej, która potrafi już zarabiać pieniądze, ale potrzeba jeszcze dwóch pokoleń, zanim dorobi się smaku, wszystko to pod śniegiem znika, zostaje tylko krajobraz zredukowany, pozbawiony faktur, zostają tylko najprostsze formy, rozmyty horyzont, domy, drzewa, nic.

Gdzie indziej jednak jest zima prawdziwsza, zima doskonała, w której nieskalanego płótna śniegu nie zakłócają drzewa, i nie przebijają się przez to płótno wątłe, tundrowe trawy. Zima polarna do bieli tła dolepia jeszcze czerń polarnej nocy, w tak niewielu miejscach rozcinany tylko pomarańczowymi światłami latarń w zimą oblężonych ludzkich osiedlach. Jeszcze tej zimy nie widziałem z bliska, chodziłem tylko po jej truchle: po lodowcach, ulepionych ze śniegów tysięcy polarnych zim i po wielkich, mokrych polach śniegowych, które nie zdołały stopnieć do czerwca i sierpnia i może nie stopnieją wcale, aż w październiku przykryje je śnieg nowy. I patrzyłem jak nadchodzi: kiedy słońce po raz pierwszy wsiąka w horyzont, ale mrok nie przykrywa jeszcze ziemi, tylko czerwienie zachodu płynnie zmieniają się w fiolety wschodu słońca. I jak znikają ptaki, klifów nie wypełniają już stutysięczne kolonie alczyków, rybitwy ruszyły już w swoje coroczne podróże z jednego koła polarnego na drugie, a stada wielkich, ciemnoszarych gęsi kręcą się nerwowo po fiordzie, zrywając się z morza z wielkim hałasem, kiedy zaniepokoi je przechodzący człowiek lub lis.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 2 Komentarzy Więcej »
  • Wstecz
  • Najnowsze wpisy

    • Święci
    • Historiozofia dla trzylatków
    • Cytat na dziś XIII
    • Różności, zapowiedzi
    • Krótko mówiąc IV
  • Najnowsze komentarze

    • Szczepan Twardoch o Cytat na dziś XIII
    • Szczepan Twardoch o Historiozofia dla trzylatków
    • Szczepan Twardoch o Święci
    • Il Federale o Święci
    • Studyta o Historiozofia dla trzylatków
    • WP o Historiozofia dla trzylatków
    • Piotr o Cytat na dziś XIII
    • Ignac o Historiozofia dla trzylatków
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (4)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (12)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (73)
    • Inne (148)
    • Krótko mówiąc (3)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • onet.pl (2)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (21)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Wrzesień 2010 (1)
    • Sierpień 2010 (2)
    • Lipiec 2010 (3)
    • Czerwiec 2010 (5)
    • Maj 2010 (6)
    • Kwiecień 2010 (2)
    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • M&M Kryjakowie – fotografia
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O „Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    3 282 komentarzy będących spamem odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.