Żyję

Przedwczoraj i wczoraj na kilkanaście godzin Warszawa, a grudzień jak w Mediolanie. Rankiem, z balkonu ŁO zrobiłem zdjęcie skyline’u, ostatni raz, bo ŁO wybiera się iwaszkiewiczyć w kraju znanym z brzydkich kobiet ale to pewnie nieprawda, i z tego znanym, że hasał w nim Pasek co z Czarneckim rzucił się przez morze.
Lubię Warszawę.

Wcześniej spałem z pewną czarną bohaterką literacką, która ma już wszczepiony chip, a potem przyszedł również Prezes i zawieszona w powietrzu ich obecność, a głownie sierść, na którą jestem uczulony wygnały mnie na ten balkon, żeby na chwilę chociaż wiatr owiał oczy załzawione i mordę spuchniętą.

Oczywiście, opuchlizna miała również coś wspólnego z wypitą poprzedniej nocy żołądkową i innymi napojami, co potwierdzały znaczące spojrzenia kelnerek, kiedy rano piliśmy kawę w tym samym lokalu, co poprzedniego wieczora, co było, przyznaję, trochę nieprzyzwoite.

A potem szedłem sobie tym grudniowym Mediolanem, słuchając CNQ, tak głośno, że zza fortepianu nie było słychać nawet tramwajów i pomyślałem sobie, że nie mam żadnej mądrości, którą mógłbym przekazać światu. Chciałbym mieć taką mądrość, ale nie mam.

Uśmiechnęła się do mnie dziewczyna w czerwonej sukience i jasnym płaszczu, rozpiętym w pełnej optymizmu prefiguracji kwietnia, szła szybko, stukając obcasami szpilek.
W tramwaju uklęknęła Cyganka z kilkuletnim dzieckiem na ręku i śpiewała po rumuńsku piękną piosenkę, śpiewała żebrząc, mocnym, jasnym głosem. Mężczyzna, nad którym stałem odwrócił się do okna i płakał. Ja nie płakałem.
Na dworcu, będąc nieco roztargnionym próbowałem wyciągnąć pieniądze z wpłatomatu, nie rozumiejąc, dlaczego maszyna odmawia mi tej prostej czynności i nie rozumiejąc, dlaczego żąda, bym wpisywał numer konta. Śmiało się ze mnie dwóch nastolatków, świadków mojej kompromitacji; popatrzyłem na nich groźnie, ale wcale się mnie nie przelękli. Za stary, za gruby, żeby nas dogonić, myśleli, mogą śmiać się bezkarnie.
Kupiłem gazetę, ale jej wcale nie czytałem, po co miałbym czytać gazetę?
Kupiłem bilet.
Stałem na peronie, ludzie czekają nerwowo, jakby Eurocity Sobieski był ostatnim pociągiem z oblężonego miasta, z którego chcą uwieść siebie, rodziny i dobytek.
Siadłem w pociągu. Pociąg ruszył, ja z nim, bo taki jest rzeczy porządek, pamiętaj o tym, błaźnie, zachorujesz na zdrowy rozsądek, ozdrowiejesz na chorą wyobraźnię.
Z zazdrością myślałem o „Ręce Flauberta” Renaty Lis. Słuchałem muzyki. Myślałem o tym, że nie mam żadnej mądrości.

W Warsie chciałem zjeść obiad i napić się piwa (kurczaka na kuskusie, znośny i mają takie całkiem dobre Dawne), ale jakiś dżentelmen starej daty zapytał się zdawkowo „czy można”, mnie zatkało, a on nie czekając na mój protest natychmiast zasiadł naprzeciwko, przy malutkim, dwuosobowym stoliczku. A garnitur miał potworny, trzyczęściowy, jak z kotary uszyty. Być może dżentelmeni starej daty uważają, że takie jest decorum pożywiania się w wagonach restauracyjnych. I tak moglibyśmy sobie intymnie jeść razem, spoglądając sobie czule w oczy i w talerze, ale dżentelmen pachniał intensywnie oldspajsem i nastroszonymi wąsami, w których posiadał jeszcze resztki poprzedniego posiłku, a ja, kiedy już odzyskałem panowanie nad ciałem, wstałem i odszedłem jak niepyszny, jak piesek od miski przez buldoga odegnany, żadnej przemocy, tylko krótkie warknięcie, ogon pod siebie i do budy, wróciłem na swoje miejsce głodny i spragniony i wróciłem do lektury szczotek świetnej powieści, o której nie mogę powiedzieć ani słowa, więc nie mówię.
Patrzyłem za okno. Równina.
Patrzyłem za okno. Miasto.
Patrzyłem w sufit. Światła.

Poszedłem na koniec pociągu, przycisnąłem telefon do szyby i nagrałem minutę uciekających w przeszłość torów w jakości HD, często tak robię, sam nie wiem po co, mam już dużo takich minutowych filmów, fascynują mnie uciekające w przeszłość tory, słupy i nasypy, ich dramatyczna perspektywa malarska i eschatologiczna i biograficzna. A kiedy przycisnąć telefon do szyby, to obraz jest stabilny. Nigdy potem tego nie oglądam, bo po co oglądać minutowy film z uciekającymi w przeszłość torami, ale jednak ciągle nagrywam. Żeby coś ocalić.

Przez chwilę chciało mi się papierosa, ale jak dojechaliśmy do Katowic, to już mi się nie chciało.
Mój przyjaciel ma bardzo, bardzo chorą córeczkę.
W Katowicach również ciepło, znowu szedłem i muzyka.
Myślałem o maleńkim ciele tej dziewczynki, tak małym, że mieści się w dłoniach. Ma na imię Ania.
Jakiś chłopiec grał na gitarze w podziemiach dworca, nie dałem mu ani grosza. Bo był daleko. Gdyby był blisko to może bym dał, chociaż i tak miałem słuchawki w uszach, więc to nie byłby grosz uczciwie dany.
Nie mam żadnej mądrości.

Szedłem i nienawidziłem banków, które przesiąkają miasto jak grzybnia pastelowych kolorów, wzruszających billboardów pełnych optymistycznych obietnic, świecących nocami reklam, przesiąkają, rozpierają się tłustymi zadami babilońskich kurew, wylewają się z okien i witryn i wypierają z miast wszystko inne, wszędzie banki, tylko banki, ich oddziały jak wrogie sztandary nad zdobytymi twierdzami. Ale to też nie jest mądrość.

Mój przyjaciel ma dużo mądrości i ma bardzo, bardzo chorą córeczkę, której ciałko mieści się w dłoniach.

Ja nie mam żadnej mądrości, mam za to paru przyjaciół i trochę zaprzyjaźnionych książek.
Żyję, sobą i w sobie i w innych ludziach, w tym, co we mnie zmieniają i w tym, co w nich sobą zmieniam nieodwracalnie i już pozostawiam zmienionym, w bliskich i dalekich, żyję w tym mężczyźnie, co płakał w tramwaju i w przyjaźniach i nawet we wrogach moich żyję. Żyję.

Rano zapaliłem papierosa przed śniadaniem, mroźną drogą po bułki. Smakował. Nie jestem mądry. Żyję.

Ludzie na Plantach

Bardzo ciepłe, wrześniowe popołudnie. Ubogi człowiek śpi na ławce na Plantach, przykryty wzorem z liściastych cieni. Trochę jeszcze punk: kolorowe sznurówki w glanach, pod ławką schludnie spakowany plecak na aluminiowym stelażu, podwinięte dżinsy ze spłowiałą naszywką. Ale bardziej już kloszard: brudna kurtka, cztery warstwy ubrań mimo upału, ta tajemnicza mądrość bezdomnych. Straszne strupy na twarzy i szyi. Śpi z szeroko otwartymi ustami: brak mu górnych jedynek i dwójek, nagie, miękkie dziąsło, a w nim wampirze kły. Śpi, podłożywszy pod policzek obie dłonie w geście niewinnej, sennej modlitwy, w geście tak dziecięcym, że przechodząc obok niego przełykam ślinę raz za razem, aby się nie rozpłakać – mój syn sypia w ten sposób. Potem brzydzę się sobą, za tę czułostkowość, która w rzeczywistości jest przecież pancerzem, od którego odbija się nieszczęście obcego człowieka.

Potem dwoje flamandzkich Belgów, znowu z plecakami, dziewczyna i chłopak, pytają mnie o drogę: nie znam ulicy, o którą pytają, ale rozmowa z nimi sprawia mi dziwną przyjemność, może dlatego, że cały dzień milczałem, nie rozmawiałem z nikim o niczym, więc bardzo staram się im pomóc, szukam ulicy na mapie w komórce. Oboje bardzo ładni, chociaż bynajmniej nie piękni, bardzo odlegli od piękna: zdrowi, zamożni, dobrze zbudowani, ostre linie szczęk, jasne oczy i włosy. Chłopiec jest mojego wzrostu, lecz bardzo szczupły, dziewczyna jest rosła, ma duże piersi i szerokie biodra. Podobają mi się razem. W końcu znalazłem tę ulicę: dziękują mi wylewnie i idą w swoją stronę, ulotna, płytka i intensywna serdeczność backpackerskich zażyłości. A może teraz już nikt nie używa tego słowa? Nie wiem. Nie sądzę, bym mógł jeszcze kiedyś zanocować w hostelu z „prawdziwą, backpacerską atmosferą”: nie zniósłbym chyba tego modelu relacji dłużej niż przez kilka minut. Nie chcę już poznawać ludzi.

Powieść w jednym zdaniu

Początkowo Güczülük był nestorianinem, jednak po zdobyciu władzy porzucił swoją żonę, chrześcijankę i zakochał się w kara-kitajskiej dziewczynie, która nawróciła go na „wiarę dziwnych bogów”.

I dalej, w przypisach:

Raszyd ad-Din podaje, że zdaniem Najmanów, Güczülük posiadał taką władzę nad duchami, że doił z nich mleko i sporządał z niego kumys.

Lew Gumilow, „Śladami cywilizacji wielkiego stepu”.

Rozmowy nocne

- Tatu, a gdzie jest dusa?
- W środku, w człowieku. Ale nie jak serce czy żołądek, tylko jakoś inaczej.
- Jak inacej?
- Nie wiem. Inaczej. Dusza jest niewidzialna.
- Aha.
- No.
- A ja mam taką ksiąskę „Jak ulecyć dusę”.
- Co?!
- No taką ksiąskę mam.
- Wcale nie masz.
- Noooo… nie mam, ale mogła by być taka ksiąska.
- No, mogłaby.
- Bo wies, tatu, dusa moze być chora.
- Wiem.
- A co jest jak dusa jest chora?
- Człowiek jest wtedy bardzo smutny.
- A wies, tato, kiedy jesce cłowiek jest smutny?
- Kiedy?
- Jak ktoś umiera. Wtedy się smucimy.
- Wiem. Po to jest dusza: żeby się smucić mniej, jak ktoś umiera. Bo dusza nie umiera.
- No, wiem, ze nie umiera. Psecies. Ale moze chorować, nie, tato?
- Może. Jak dusza jest chora, to cały świat dookoła jest jakby chory.
- No. Ale wies, tato, dusy nie mozna ulecyć.
- Nie można?
- Nie mozna. Dusa musi sie ulecyć sama. Ona ma tam takie spsęty w środku i sie musi ulecyć sama.
- No, pewnie masz rację.
- Nooooo… Tymi spsętami. Tato?
- Uhm?
- A Jasiu ma dusę?
- Ma.
- Ale tylko taką malutką, tyciutką, prawda?
- No, może i malutką.
- Tatu?
- Uhm?
- Bo wsyscy umrą, prawda?
- Prawda.
- I my tez?
- My też.
- I mama i dziadek i babcia i Zuzia i mała Marta i wsyscy?
- No, tak, wszyscy. Kiedyś tam.
- I wsyscy, wsyscy ludzie na całej, całej planecie?
- Tak.
- I tak naraz wsyscy umrą, prawda?
- Jak to – naraz?
- No tak naraz. W jednej sekundzie. Naraz wsyscy umrą, prawda, tatu?

Co słychać?

Wiele słychać w sprawach takich, jakimi nie chcę się dzielić nawet z gronem tak elitarnym jak nieliczni P.T. Czytelnicy mojego bloga, więc o nich tutaj zmilczę, wystarczy, że zamęczam nimi bliskich.

Poza tym piszę powieść. A to znaczy, że tylko trochę należę teraz do świata tego. Jak chrześcijański pustelnik, jedną nogą na ziemi, a jedną już w Niebie, na wpół rozpuszczony w Bogu, tak ja: jedną, mocną, konkretną nogą na ziemi, a drugą – no właśnie, gdzie? W piekle własnej wyobraźni, w niebie własnej nadwrażliwości, w czyśćcach własnych neuroz, sam nie wiem gdzie. KN napisał na swoim blogu, że czytanie „Tak jest dobrze” to jak sól na rany. A pisanie – nie wiem, jak wrząca solanka w bebechy? A może jak z dobrych, kobiecych rąk zimny okład na skołataną, rozgorączkowaną głowę. Nie wiem. Niewiele wiem, w ogóle.

Gliwickie spotkanie z KN właśnie, odwirtualizowanie znajomości, dla mnie bardzo ciekawe. Jak dwa różne światy, bardzo odległe, a jednocześnie z nielicznymi punktami stycznymi. Żadnego sporu, chociaż byłoby się przecież o co spierać, ale nie kiedy zaczyna się spotkanie od miejsca, w którym się już dawno rozumie, że w pewnym sensie spór sensu nie ma. Dużo grzebania w rodzinnych historiach i w sumie – ku obustronnemu chyba zaskoczenia – zgoda na to, że byt kształtuje świadomość. W jakiś niemarksistowski sposób, ale z tego punktu widzenia właśnie jakaś wzajemna (chyba) zgoda na własne, całkowicie odmienne perspektywy spojrzenia na świat. Nie wiem – sybaryty-mizantropa i ascety-społecznika? Nie, jednak nie, to zbytnie uproszczenie, jednak jakoś zupełnie inaczej.

Sympatyczna rozmowa na gg z PJ, o dekadę z haczykiem młodszym kolegą, któremu na łamach tegoż blogaska wieszczyłem już kiedyś przyszłość świetlaną, a teraz tenże mówi mi, pisze mi, że w moich odkopanych u bukinistów tekstach sprzed dekady odnajduje samego siebie. Co mnie nie zaskakuje, bo również odczuwam to przesunięte w czasie pokrewieństwo. Jakbym rozmawiał ze sobą samym z przeszłości. W końcu te jedenaście, dwanaście lat temu również byłem żarliwym, długowłosym młodzieńcem z bardzo platonicznymi skłonnościami ku rewolucyjnej przemocy. O KN pisze PJ bardzo ładnie, że tenże jest lewicowy w rzadko spotykanym już typie „lewicy chrystusowej”.

Mantry i modlitwy: oby nie zamienić się kiedyś w człowieka tak nieskończenie śmiesznego jak dziennikowy Iwaszkiewicz, który np. nie czując się dość doceniony „Rodzinną Europą” wyrzuca „Czesiowi”: a kto do mnie pisał „Najdroższy Jarosławie”, a za czyjeś pieniądze pojechał do Francji, a kto cię przygarnął, etc.

Celebrowanie przyjaźni: picie i jedzenie, WS i ŁO potrzebni i kochani, różni jakby do różnych gatunków ludzkich należeli, pięknie komplementarni, ŁO dionizyjski i WS apolliński, a ja sam nie wiem jaki.

W Paryżu, którego ledwie liznąłem, którego nie rozumiem i nie potrzebuję rozumieć, nie mój świat, niewiele mnie interesuje. Nie to co Budapeszt, Wiedeń czy Warszawa, którego do mojego świata należą. Przy bulwarze Saint Germain piłem białe wino, jadłem sałatę i czytałem Eliota zakupionego wcześniej w kanadyjskiej księgarni (swoją drogą „kanadyjska księgarnia” brzmi jak „szwedzka winnica”, „śląska błyskotliwość”, „rosyjska riwiera” czy „polskie lato” – niby coś takiego jest, tudzież bywa, ale zawsze jakoś nie bardzo). Wino i jedzenie podawała mi bez pośpiechu bardzo smutna kelnerka o lewantyńskiej urodzie. Zawsze robiły na mnie wrażenie smutne piękności i ponieważ odchodziłem z ogródka restauracji z graniczącym z pewnością przekonaniem, iż nigdy więcej owej ciemnowłosej dziewczyny nie spotkam (samolot wczesnym świtem następnego dnia), to uznałem, że mogę sobie pozwolić na pewną poufałość: obok napiwku zostawiłem wydartą z notesu kartkę, na której nabazgrałem parę miłych słów bez podpisu, z nadzieją że ta bezinteresowna życzliwość jakoś rozjaśni jej dzień. Koniec historii, jedno z miliona spotkań, zapamiętane bez powodu, a może z kabotyńskiego nadęcia.

Wcześniej: ciekawy, miły wieczór w Księgarni Polskiej, wino i rozmowy, potem kolacja i więcej chyba słuchałem niż mówiłem (co zdarza mi się niezwykle rzadko, kto zna, ten wie) – dziwny, tajemniczy, obcy świat emigrantów. Zrozumiałem, że jestem antynomią emigranta, moje życie wrośnięte w hajmat jak grzybnia w glebę jest absolutną antynomią emigracji. Płynę, ślepy, podziemnymi strumieniami, one płyną we mnie, bez nich uschnąłbym.

Potem trochę pospiesznego zwiedzania Paryża, włóczenie się bez celu i mapy, jak nogi poniosą. Do Luwru kolejka za długa. Straszna wizyta w Notre-Dame, otoczony i potrącany przez Rosjan i Amerykanów, we wnętrzu martwego kościoła jakbym przeciskał się między żebrami wielorybiego truchła, jak spóźniony Jonasz. W opozycji do martwej katedry jasny, żywy Panteon, w nim wahadło Foucaulta, pod nim laicka krypta z brzydkimi grobami Woltera i Rousseau, a dookoła wahadła retorzy i generałowie pierwszej republiki i Restauracji, napoleońscy generałowie i nawet zamyślony Chateaubriand w roli raczej politycznej niż literackiej i augumented reality – ludzie chodzą z ipadami i oglądają Panteon okiem ipada, z nadzieją, że zobaczą coś więcej.

Sny

Sen pierwszy. W samym środku Gliwic, między kamienicami znajduje się góra, czy raczej wzgórze, takie na kilkaset metrów nad poziomem morza. W samym jego rdzeniu jest winda towarowa, którą można wjechać na szczyt, porośnięty dębami o srebrnej korze i bukowych liściach. Jednak bez wątpienia są to dęby, nie buki. Pracuję w kawiarni w centrum i co jakiś czas ze złością muszę oderwać się od pracy, aby wjechać windą na sam szczyt i załatwić tam jakieś nieokreślone interesy. Czasem do miasta wracam nie windą, lecz ostrożnym spacerem, po stromej, pełnej korzeni ścieżce.

Sen drugi. Wybieram się na zlot motocyklistów. Ponieważ – tak jak na jawie – nie posiadam motocykla, jadę tam samochodem. Jakiś dalszy znajomy w pożegnalnym prezencie wręcza mi wielki słój, w którym w formalinie pływa dziwny stwór, wielkości spaniela, niby antropomorficzny, ale z ogonem i pomarszczoną, gadzią skórą i z pazurami i o dziwnej, rybiej głowie. Wyciągam zwierzę (?) z formaliny i wrzucam do bagażnika, gdzie sobie spokojnie schnie, co w jakiś tajemniczy sposób śledzę na bieżąco, jadąc przez Polskę. Wraz z obsychaniem wracają mu funkcje życiowe, porusza powoli kończynami i ogonem, jak noworodek. Po jakimś czasie zaczyna porastać fluorescencyjnym, zielonym futrem i kiedy dojeżdżamy na miejsce, wygląda już jak mała, puszysta foka (tyle, że jaskrawo zielona) a zachowuje się jak udomowiona wydra, biega, skacze i płata figle, towarzysząc mi wesoło w realizacji trudnego, logistycznego zadania – muszę załatwić tylną oponę do pięknego harleya, który ma być główną nagrodą na zlocie i za którego przygotowanie jestem odpowiedzialny.

Sen trzeci. Jadę samochodem, nocą. Zasypiam za kierownicą i samochód powoli, powoli zjeżdża na lewy pas. Budzi mnie klakson, otwieram oczy – widzę już tylko wypełniającą całe pole widzenia ogromną maskę ciężarówki, światła, napis „MAN” i lew w prostokącie, wszystkie wnętrzności zwijają mi się w środku jak na ułamek sekundy przed wypadkiem na jawie. Wtedy budzę się naprawdę i z trudem łapię oddech.

Takie tam

A zatem znowu w zatłoczonym pociągu z W-wy do domu.

Chciałem napisać coś o Paryżu, w którym było bardzo miło, ale jakoś mi się nie ułożyło, więc o Paryżu innym razem. Najbardziej chciałbym napisać o tym, jak to pojechałem na Spitsbergen i włóczyłem się samotnie surowymi brzegami fiordów, potykając się o krabie pancerzyki, wielorybie kości i pnie syberyjskich modrzewii, tyle, że na Spitsbergen znowu nie pojechałem i nawet nie mogę się z tego powodu nadmiernie użalać, bo mi się zwyczajnie ten Spitsbergen w tym roku nie należał.

A zatem – wracam z Warszawy, z jej bujnych puszczy i sawann, z jej przepastnych, oceanicznych głębii i żyznych den kanionów szklanych, wracam do mojej zacisznej, dusznej jaskini coś tam upolowawszy, ale przecież byłem, było spotkanie premierowe z okazji premiery „Tak jest dobrze”, przyszli przyjaciele, znajomi i nieznajomi i było bardziej niż sympatycznie, potem było ogłoszenie nominacji do Zajdla i „Wieczny Grunwald” nominowano (i do Mackiewicza też!) i było sympatycznie, potem się upiłem odrobinę w świetnym towarzystwie, były poważne rozmowy nieco licealne (jak słusznie post factum zauważył AK), były grube żarty, celebrowanie przyjaźni było, więc czego chcieć więcej? Sam nie wiem. Albo i wiem. Niemożliwego, zapewne.

Potem dzięki uprzejmości K i RK nocowałem w ślicznym pokoju z balkonem i z widokiem na Kolumnę Zygmunta i okolice, potem szedłem w dół Krakowskiego Przedmieścia i małej epifanii przyszło mi doświadczyć: oto najpierw okoliczny koncert dotarł mi do ucha i zakrzyknął, że „mówię ci – że – jedyne wyjście – obudzić się”, potem stratowali mnie bardzo wąsaci krajanie w biało-czerwonych ornacikach regionu śląsko-dąbrowskiego NSZZ Solidarność i w sercu Polski i stolicy słuchałem swoiskich „to sōm ale ciule zatracōne, chopie, jerōna!”, a potem natknąłem się na reklamę Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, reklamującą, a jakże, filozofię – „Ważne pytanie. Niepokojące opowiedzi. Studiuj filozofię.” – czy jakoś tak, nie pamiętam, szukał w googlu nie będę.
Dobry Boże.

Potem zaś przesiedzieliśmy poranek z ŁO przy stoliku na Nowym Świecie i patrzyliśmy trochę na ludzi, dobrze życzyliśmy przyjaciołom i złorzeczyliśmy wrogom trochę, zapewnialiśmy się gorąco nawzajem o niebosiężności naszych literackich talentów, i cóż, i cóż? Pogadaliśmy o popkulturze i o kobietach pogadaliśmy, tacy smutni nieco i trochę weseli, zmęczeni mali chłopcy po trzydziestce. Zbyt zmęczeni na psoty.

I pożaliliśmy się odrobinę na los, dla przyzwoitości jednak nie zapominając o tym, jak łaskawym ten los jest dla nas w istocie, przecież nasi bliscy, przyjaciele i połowa ludzkości w ogóle siedzi teraz, Hospody pomyłuj, w pracy. Co jawi mi się jako potworność ultymatywna. A my siedzimy sobie, skacowani wspólnie zdobytym kacem, gapimy się nie bez przyjemności na płynącą Nowym Światem paradę żeńskiej próżności, jest czwartek, godzina jedenasta i czas płynie dla nas powoli i nigdzie nam się nie spieszy. Ktoś, z jakiś tajemniczych powodów płaci nam za naszą literacką niby-pracę tak, że jakoś tam wystarczy na wino i na dżemik do chlebka, czyż nie jest to nasza mała belle époque?

A próbowałem też przypomnieć sobie, czy kiedyś zaznałem prawdziwego zła od ludzi i nie przypomniałem sobie. A dobra tak wiele od tak wielu. Są tacy, których uważam za wrogów – i pamiętem, że wrogów wybierać sobie należy równie starannie jak przyjaciół, bo w równym stopniu nas określają – ale, na Boga, czy ktoś mnie kiedykolwiek skrzywdził?

Pewnie mogę być w niewielkim stopniu sam sobie za to wdzięczny, bo też nigdy się przesadnie skrzywdzić nie pozwoliłem, skrzywdzić mnie niełatwo, mam grubą skórę, twardą dupę i pięści też mam, metaforyczne i niemetaforyczne, ale bez wątpienia cześć wdzięczności moim wrogom również się należy, czy to za ich nieudolnosć w wyrządzaniu mi zła, może chcieliby, ale nie potrafią, czy może za to, że im nie zależy, a może zwyczajnie, po prostu nie chcą?

Może zresztą skrzywdzono mnie jakoś potwornie, a ja tego nie wiem, może skonfederowani moi wrogowie w ostatnim momencie zapobiegli przyznaniu mi Nike i Nobla i Grammy i Pulitzera i Pucharu Ameryki i Medalu z Kartofla w jednym roku, może nadludzkim wysiłkiem przechwycili propozycję scenariuszowej współpracy i czek od Davida Finchera albo wyrazy gorącej sympatii i bilet do Nowego Jorku od Charliego Kaufmana, może zdołali zapobiec mianowania mnie ambasadorem kultury czy innej bzdury w jakims ciepłym, nadmorskim mieście z dobrą tradycją winiarską i sutą pensją, ale póki nie objawią mi tych odebranych mi szans, to ich triumf niepełny, bo mi nie doskwiera, nie boli – a skoro nie doskwiera i nie boli, to skrzywdzony nie jestem.

A w przedziale dyrektorski kolejarz albo kolejarski dyrektor, w każdym razie w bezkształtnej białej koszuli z krótkim rękawem i w krawacie potwornym jak wymiocina krwawa, wrzeszczy w swój telefon, przekrzykuje się z wylaszczoną prawniczką, która w swój telefon również wrzeszczy i tak siedzą naprzeciwko siebie, każde w swojej walce, w swoim klinczu, odbiory i ponaglenia, odmowy i odwołania i apelacje każde wrzeszczy w telefon coraz głośniej a ja przeklinam bardzo wulgarnie w duchu, gdzie mają sobie te telefony i apelacje wetknąć i poważnie rozważam, czy im tych telefonów nie wyrwać i nie wyrzucić za okno i odważnie skonfrontować się z konsekwencjami. Ale okno się nie otwiera, a oni na pewno mają telefony zapasowe, po kilkanaście zapasowych komórek, gdybym wyrwał i wyrzucił, pewnie spokojnie sięgneliby po kolejny telefon i wrzeszczeli dalej, przyzwyczajeni, więc po prostu wychodzę na korytarz, mały tchórz.

W księgarniach zaś „Tak jest dobrze”, nowy zbiorek moich smutnych i strasznych opowiadań. Się polecam uwadze Szanownym, etc., etc.

I chciałem coś jeszcze napisać, ale nie napiszę, niech jakiś kawałek mojego życia zachowam dla siebie, nie cały muszę się przelać tutaj, czy na papierowe łamy. Chociaż nie wiem, dlaczego właściwie tak, dlaczego się jednak w całości nie wylać, nie wywrócić na nice. Może ze strachu, że niewiele tego byłoby – i co wtedy?

I nic.

Na wieży

Najgorzej jest słyszeć własne myśli. Nie myśleć je – lecz słyszeć, jak się myślą. Potrzeba oczywiście dystansu do samego siebie, bez tego osuwamy się w piekło śmieszności, lecz uciekając od tego piekła zbyt wysoko, w dystans absolutny, oglądając samego siebie jak szympansa w zoo, wzlatujemy w niebo szaleństwa.

Najgłośniej słyszę własne myśli w murach dziwnego mieszkania nad Plantami, obijają się w środku, uciec na zewnątrz nie mogą, bo na stuletnie okna z zewnątrz napiera cały gwar miasta, do którego jestem tak nienawykłym: tramwaje, gołębie, przechodnie dzienni, słowiki, huczący przechodnie nocni i zaranni i tramwaje nocne, rzecz tajemnicza, pełne dudniącej muzyki i ludzi, którzy – widziałem z wysoka! – wylewają się z tych tramwajów oknami na bruk, jakby ktoś ich wyciskał strasznym tłokiem.

Pisała mi się w tym mieszkaniu „Morfina”, z jej obsesyjnym rytmem i gęstością i przedwojennymi przymiotnikami w narzędniku przylepionymi do rzeczownikowego mianownika i dzieje się w nim moje małe życie i zawsze powracam zeń zmienionym, raz mniej, raz bardziej, a czasem zupełnie, prawie wywróconym na nice, szwy bezwstydnie obnażone i w tych szwach się rozłażę.

Pierwszego dnia o szóstej rano spróbowałem mojej zwykłej, pięciokilometrowej przebieżki, chciałem sobie pobiec między drzewami dookoła zalanego werniksem miasta, ale dobiegłem tylko pod zamek pełen martwych króli i miałem dość, ledwie mi siły starczyło aby biegiem wrócić z powrotem, wleźć w cudną obfitość warzyw i serów Starego Kleparza i pokrzepionym wrócić na wieżę z siatami pełnymi majowego buncu. Nie moje powietrze, więc mi go to miasto skąpi. Biegał będę dalej u siebie, polami i lasem, bieganiem się ogłuszę. W Krakowie po tej nieudanej próbie aktywność sportową ograniczyłem do wspinaczki po schodach i codziennego spaceru do Bunkra na paulanera, albo i na dwa, a kiedy przyjechał Ł.O., dziś tak jak ja – gość, chociaż w swoim dawnym domu, to wtedy i na więcej niż dwa i pięknie nam się potem wieczór rozwinął, ale i tak prawie codziennie pod betonową ścianą i w dzikim gwarze czasem znajdowałem na parę godzin inną ciszę niż hucząca tępo cisza wieży.

Na wieży piłem zaś nocami pachnący wszystkim Ó vörös od Tamása Dúzsiego, a potem już nie piłem, bo stłukłem jedyny kieliszek, za co przepraszam wszystkich, którzy zamieszkają tam po mnie i obiecuję przywieźć tam następnym razem komplet kieliszków przyzwoitych aby literacka nadbudowa rzeczonego mieszkania znalazła znowu solidną bazę.

Ale może i tak nie będę tam już w stanie pojechać, może się tych murów przestraszę, tego, jak się w nich obijam jak zeschnięty groch w grzechotce i przestraszę się dobrych duchów, które siadują tam na okiennym parapecie i patrzą na mnie wielkimi, strasznymi oczami pustych nocy.

I jeszcze jedno pamiętam: okutaną w pięćset chust babinę, która przed ołtarzem w Bramie Floriańskiej żegnała się zamaszyście, kraulem, cały czas, jak żywy młynek modlitewny, przerywając jedynie po to, aby to przytwierdzonej tam puszki wrzucić pieniążek, potem znowu szerokie łuki w imię Ojca i Syna i znowu pieniążek, chyba wcześniej nieopodal wyżebrany i nie zapamiętałbym tej kobieciny w ogóle spod chust niewidocznej, gdyby nie to, że przechodząc obok bardzo wyraźnie słyszałem jak płacze i widziałem jak szlochy wstrząsają jej niskimi, spadzistymi ramionami i myślałem wiele potem, nad czym płacze: czy nad swoimi grzechami, czy raczej płacze tak, jak starzec Kawafisa zasypia w kawiarni, żałując tego wszystkiego, czego nie uczynił.

A może płacze nade mną, który ją mijam obojętny.