Studyta zamieścił na swoim blogu zabawny wpis o swoich córeczkach, który przypomniał mi pewną historię, w kontekście dziecięcego upodobania do makabry.
Otóż, usypialiśmy się dość późnym już wieczorem i Fran, jak to Fran, przewalał się na łóżku, machał nogami, śpiewo-piszczał po swojemu, tulił się, aż w końcu powoli ruchliwość jego zamierała i zaczął równomiernie oddychać, sądziłem więc, że już zasnął. Jąłem się więc dyskretnie wymykać z łóżka, aby wyjść z sypialni i oddać się wszystkim tym miłym czynnościom, którym mogą oddawać się rodzice, kiedy dzieci śpią.
A była wtedy pełnia i pół sypialnianego okna wypełniała wielka tarcza księżyca, przecinana bezlistnymi koronami brzóz.
Kiedy więc wyciągnąłem ramię spod główki mojego synka, ten usiadł nagle na łóżku, otworzył oczy najszerzej, jak się da i przez chwilę patrzył na mnie, oświetlony sinym światłem zza okna. Zapytałem go, co się dzieje, na co mój syn odpowiedział kłapiąc szczęką. Patrzył na mnie, nie reagując w ogóle na mój głos i kłapał na mnie swoją małą żuchwą z czterema wyrastającymi z niej zębami, bez śladu uśmiechu, otwierając usta najszerzej jak potrafił, z oczami wielkimi jak spodki i wydawały te kłapnięcia dźwięk, który skojarzył mi się natychmiast z najbardziej przerażającą bajką mojego dzieciństwa, z „Dziadkiem do orzechów” E.T.A. Hoffmanna z ilustracjami Szancera, bo kłapał tą szczęką mój pierworodny jak hoffmannowski dziadek do orzechów właśnie – po czym przypomniała mi się zaraz Pirlipata, przemieniona w odrażające, wielkogłowe stworzenie przez Mysibabę.
I dziadek do orzechów i potworna Pirlipata ze wspomnień prawie zapomnianych i mój księżycem oświetlony synek w tym dziwnym, lunatycznym kłapaniu wywołali we mnie przerażenie dziecięce, pierwotne, przejmujące. Miałem ogromną ochotę uciec z sypialni, ale w końcu jestem tatą, chwyciłem więc Franka za ramiona, przytuliłem go delikatnie, a on zamknął zaraz oczy i padł na pościel zupełnie bezwładnie i spał, jakby wcale przed chwilą nie wysłał ojca w krótką podróż w krainę burkowskiego sublime, a dokładnie w krainę terroru, jak Ann Radcliffe w swoim eseju On the Supernatural in Poetry (który można sobie przeczytać tutaj) określała stan niepewnego wyczekiwania na możliwe nadejście tego, co nieznane i straszliwe, w odróżnieniu od horroru, który jest już tylko na to co straszliwe reakcją, reakcję na to, co znane – bo oczom objawione.
Pisze o tym Ann Radcliffe:
Terror and horror are so far opposite, that the first expands the soul, and awakens the faculties to a high degree of life; the other contracts and freezes and nearly annihilates them.
Dobra literatura i film grozy niemal uniwersalnie zachowują proporcję zdecydowanej, jak 9 do 1, przewagi terroru nad horrorem właśnie – bo tylko terror należy do świata wzniosłości, horror to tylko, jak mawiał na swoich wspaniałych wykładach z literatury angielskiej prof. Sławek ( przy tej okazji jeszcze raz – dzięki, B.!), zwykłe „bu zza węgła”.
A czasem, jak widać w powyższej historyjce, terrorem jako środkiem literackim, posługuje się życie, szczególnie w sytuacjach najintymniejszego spokoju i bezpieczeństwa, jak usypianie dziecka we własnej, ciepłej sypialni, na zasadzie kontrastu właśnie. Radcliffe pisze o tym kontraście na używając przykładu sceny z „Makbeta”, kiedy na uczcie, czyli w scenerii wesołej i jasnej, objawia się duch Banka. Bo przecież życie jest literaturą.
Spotykam ich na stacjach benzynowych, w mcdonaldach, zgiętych nad lurowatą kawą. Siedzą jeszcze nad jakimiś dokumentami, czasem przy otwartych laptopach dopracowują ostatnie slajdy prezentacji, a ci, którzy stracili już nadzieję i wiarę, patrzą po prostu przez szyby witryn w ciemność, w śmierć.
Siorbią tę kawę, zostawiającą na zębach brązowy osad. Z oczami przekrwionymi starają się z tekturowych kubków wyssać trochę życia, energię jakąś, która pozwoli im dotrwać za kierownicą, aż dojadą do swojego celu: do Warszawy.
Tam w samochodach wiążą brzydkie krawaty wokół przepoconych kołnierzyków koszul zszarzałych, wciągają na grzbiet tanie marynarki, zabierają służbowe telefony i służbowe palmtopy i przezornie chowają prywatne dżipiesy do schowków, obawiając się złodziei. Przeglądają się w lusterkach wstecznych, poprawiają włosy i idą na zebrania, szkolenia, podsumowania roku, albo na audiencje u prezesów w złotych okularach, w fotelach szerokich i skórzanych, za wielkimi biurkami i pod strażą cycatych sekretareczek, które mierzą wzrokiem gości z prowincji i z pogardą pytają czego się pan napije. Kawę, jeśli można. Można, kawę zawsze można.
I wracają potem do swoich brudnych, białych focusów, często oklejonych i zawsze służbowych, odpalają dychawiczne diesle, włączają nawigacje, aby szczęśliwie wygrzebać się na zewnątrz z wrogich, betonowo-szklanych kanionów stolicy, pełnych lexusów, mercedesów klasy es i bmw siódemek, z których ludzie ze świata innego patrzą na nich ze wspaniałomyślnym pobłażaniem. I jadą w swoją powrotną podróż służbową, słuchają radia i piją ciepłą colę z butelek, wracają nocami do żon, i do dzieci w łóżeczkach ze szczebelkami. Zasypiają, myśląc o kredytach hipotecznych i o udręce weekendowych wyjazdów integracyjnych, przeganiają albo pieszczą grzeszne nadzieje na łączącą się z integracją okazję do konsumpcji wątpliwej cnoty więdnących powoli koleżanek z firmy, zanim będzie za późno.
Bliźni moi, bracia moi.
Wyszliśmy nocą, o czwartej trzydzieści, i szliśmy znajomym lasem, w ciemnościach, brnąc po błotnistych i zalanych wodą ścieżkach nad brzegami Bierawki, a jej nazwa starsza jest niż historia indoeuropejskiej obecności tutaj, co jest rzeczą zupełnie niesłychaną, kiedy w słowach pozostaje okruch po mieszkańcach tej ziemi, którzy, dzieląc z nami współrzędne geograficzne i człowieczeństwo, nie mieli poza tym z nami nic wspólnego, odlegli jak Majowie, a jednak zostawili nam te skamieniałe toponimy.
Kiedy świta, wychodzimy na łąki pod Trachami, idziemy śpiącą wsią, potem dalej, Sośnicowice i kawałek szosą, potem znowu wchodzimy w las, i pójdziemy już tym lasem następne dwadzieścia parę kilometrów, mijając Rachowice i Łączę, lasy wypalone w wielkim pożarze z 1992 roku którego dymy oglądałem z siódmego piętra gliwickiego bloku przy ulicy Pszczyńskiej, miałem trzynaście lat i ciężkie, czarne dymy przysłaniające pół nieba wydawały mi się czymś sensacyjnie interesującym.
Idzie się cudownie, chociaż jest połowa listopada, to jest ciepło jak we wrześniu. Kładziemy się w zżółkłej trawie, leżymy na słońcu, jemy kanapki, pijemy herbatę i pokrzepiamy się jamesonem z płaskiej butelki. Idzie się cudownie, idziemy szybko, rozmawiamy, żartujemy, ciało rozgrzane piątą i szóstą godziną marszu pompuje do mózgu jakieś świństwa, które sprawiają, że wyjątkowo chce się żyć. Kurtka z softshellu jest idealna na taką pogodę, nie jest ani za ciepło, ani za zimno.
I w końcu wychodzimy z lasów, w Ujeździe, trochę zboczyliśmy z zakładanej trasy, musimy nadłożyć kilka kilometrów. Mamy ich za sobą trzydzieści parę, w Sławięcicach siadamy na pół godziny w ogródku przy jakimś barze i ruszamy dalej. Już, niestety, szosą. Już się nie idzie tak dobrze, B. i K. ciągną do przodu. I nie jest już tak pięknie, powoli robi się ciemno, nie rozmawiamy, bo się nie da, idziemy po szosie gęsiego, a pył, podnoszony przez przejeżdżające samochody, zgrzyta nam następnie między zębami. W Zalesiu Śląskim kolejny, krótki przystanek, dochodzimy następnie do wsi Lichynia. Dziwne są te opolskie wioski, dziwna i wzniosła jest przekora ich mieszkańców: w republice weimarskiej i w III Rzeszy mówiący słowiańskim narzeczem uważali się za Polaków i w 1945 roku znakomita większość została, ale starczyło im, że za PRLu trochę Polaków poznali i już zaczęli uważać się za Niemców – oczywiście tylko ci, których brak przynależności narodowej jakoś wybitnie uwiera.
W Lichyni zaczyna się moja prywatna część pokutna tej jednodniowej pielgrzymki. Půnći na Anaberg, ganc taki samyj, jak chodźiyli starziki naszych starzików.
Jest już ciemno. Niepotrzebnie założyłem lżejsze, stare alpinusy, których miękka podeszwa wydawała mi się bardziej odpowiednia na taki marsz, niż moje spitsbergeńskie, sztywne trezety – i chociaż goretex w nich ciągle działa, nie przemokły w kałużach nadbierawczańskich, to moje stopy od nich odwykły i obtarły mnie te stare, wierne alpinusy, w których przejechałem pół świata i które nie obtarły mnie nigdy wcześniej, nawet na murze chińskim, ani w mongolskich Sajanach, ani nad Bajkałem, ani nigdzie indziej – tylko po to, żeby obetrzeć mnie tutaj, czterdzieści kilometrów od domu. Idę na zewnętrznej krawędzi stopy i po chwili straszliwie bolą mnie kolana. B. i K. też zwalniają trochę, do mojego tempa.
Przypominam sobie stare, grube, śląskie omy, które widywałem kiedyś, dawno temu, na pielgrzymkach do Częstochowy, jak idą na swoich krzywych nogach, kolebią się jak pingwiny, stopy opuchnięte obute mają w jakieś szmaciane trampeczki. Dokonują czegoś o wiele większego, niż dokonały kiedykolwiek dziennikarki z plastiku, wnoszone przez Szerpów na Mount Everest i pokazywane w dramatycznych, telewizyjnych korespondencjach.
Droga dłuży się niemiłosiernie, światła Anabergu widać na horyzoncie i ani kawałka bliżej, drażni mnie ten święty, wygasły wulkan swoimi światłami, które wcale nie wydają się przybliżać. W końcu mijamy Leśnicę, są już drogowskazy, i dalej szosą. Idę i chociaż wiem, że za dwie godziny będziemy na miejscu, to perspektywa ta wydaje mi się niewiarygodnie odległa. Kilkanaście tysięcy bolesnych kroków jeszcze.
Mijamy Muzeum Czynu Powstańczego, które, razem z tego czynu pomnikiem, w sensie moralnym powstać mogło dopiero po zburzeniu niemieckiego mauzoleum, zbudowanego dla walczących tutaj z Polakami bawarskich oberlandczyków, bo bohaterstwo niemieckie i bohaterstwo polskie należą do światów odrębnych, nie są w stanie znieść swojego sąsiedztwa nawet kamienne tego bohaterstwa pomniki. Strasznie się tu mordowali podczas trzeciego powstania, tu, w Leśnicy, Lichyni, na Łąkach Kozielskich – a ja nie czuję się dziedzicem tradycji żadnej ze stron. Rozumiem Ślązaków, którzy wstępowali do Selbschutzu albo do POWu, bo chcieli wreszcie być kimś konkretnym, a nie pogranicznymi mischlingami, jeszcze bardziej rozumiem tych, których na ochotnika wcielano pod groźbą rozstrzelaniu, rozumiem nawet freikorpserów z Bawarii i starych peowiaków z Kongresówki, którzy przyjeżdżali się tutaj o Śląsk bić, niesłusznie zakładając, że Ślązaków nie stać na pograniczną nienawiść. Wszystkich rozumiem, ale mi wystarcza ziemia i kości długiego szeregu moich przodków w tej ziemi pochowanych.
Za muzeum K. wskazuje drogę, schodzimy z szosy i ruszamy pod górę, brodząc po kostki w brązowych liściach. Podejście jest zaskakująco ostre, albo raczej to ja mam już naprawdę dość, po pięćdziesięciu kilometrach marszu. Potem jeszcze kawałek, schody, po których wspinamy się z trudem i wchodzimy na dziedziniec sanktuarium.
Otwieramy ciężkie drzwi.
Kościół jest pusty, tylko w pierwszej ławce siedzi samotny, młody księżyk w sutannie i czarnym goreteksie north face. Siedzi i modli się z brewiarza.
Kościół jest pusty, oświetlony rzęsiście i barokowy. Jasne ściany, ołtarz złocony, światło i cisza, tylko drzwi przeciągle skrzypią, kiedy je domykam. Księżyk nie odwraca głowy, kiedy wchodzimy, dobrze to o nim świadczy. Zrzucam z ramion plecak, odkładam kijki, B. i K. już klęczą w ławce, ja siadam za nimi, zginam zesztywniałe kolana i zalewa mnie sacrum. To bez wątpienia odurzenie, jestem bardzo zmęczony, to bez wątpienia oszołomienie, kiedy z ciemności wszedłem do jasnego kościoła, więc klęczę tam, w ławce, patrzę na figurkę św. Anny Samotrzeciej, która ma pół tysiąca lat z okładem, a wcale na to nie wygląda, myślę o wszystkich pokoleniach chrześcijan i pogan, którzy przede mną przychodzili tu modlić się, na ten święty wulkan, do chramów i kościołów, ja jestem z ich krwi, z ich grobów. I wspominam zaraz moje intencje z którymi przyszedłem, a o których pisał tu nie będę. Polecam je Bogu, ze wstawiennictwem św. Anny.
I wszystko staje się nieważne. Polacy, Niemcy i Ślązacy, mauzolea i muzea, czyny powstańcze i bitwy, spalone lasy i pomniki poległych w wojnach światowych, moje zmęczenie i bolące stopy. Wydaje mi się, że w tym jasnym kościele nagle coś rozumiem, że nagle odsłania się przede mną porządek świata.
A potem drga komórka w kieszeni, wychodzę, umawiam się z Agatą, która nas stąd odbiera samochodem i odwozi do domu, wracam do kościoła i kręcą się po nim już franciszkanie w burych habitach, zasłaniają św. Annę na ołtarzu i pobrzękują kluczami, więc wstajemy z klęczek, zabieramy nasze rzeczy i wracamy.
Nocami chodzę na spacery: na marsze, jak wolę to nazywać. Parę kilometrów, sześć, czasem siedem, z kijkami, godzina, lub trochę więcej. Szybko, kijki pomagają utrzymać dobre tempo, wychodzę po jedenastej, idę pustą ulicą, tylko na rozstajach pod krzyżem stoi kilku nastolatków, opierają się o maskę starej vectry, palą papierosy i mówią mi „dobry wieczór”, trochę zmieszani. Z asfaltu schodzę na szutrową drogę i idę polami, ciągnącymi się między Pilchowicami a Stanicą. Przed północą docieram do altany, przy której w ciągu dnia zatrzymują się zmęczeni upałem rowerzyści. Przede mną zapalają się i gasną trzema rzędami czerwone światła na odległych o kilkanaście kilometrów, trzystumetrowych kominach rybnickiej elektrowni. Pod tymi pomalowanymi w czerwono-białe pasy wieżami na początku lat dziewięćdziesiątych uczyłem się żeglować.
Patrzę na północny wschód, na horyzoncie drgają pomarańczowo rozmazane i gęste światła miast, równie daleko jak rybnickie kominy, dalej, niczym wielki świetlik, zielenią żarzy się neon stacji benzynowej na przedmieściach, ledwie widoczny, a nad nim, na niebie nocnym i jasnym wyrasta wielka chmura, cumulonimbus o stopie jak małż. Jest matowo pomarańczowy, oświetlony latarnianym blaskiem skraju trzymilionowej konurbacji, tak jak reszta chmur na tym bladym, jasnym niebie – bo to miejskie niebo, chociaż wokół mnie tylko pole i las i idąc spłoszyłem sarny, zerwały się i po szalonym, krótkim cwale zapadły w zaroślach. Spod chmury idzie wiatr i wzmaga się, czuję go na skórze ramion i na karku, a wcześniej porusza nerwowym szmerem liście cysterskiego lasu, który za mną ciągnie się przez dwadzieścia kilometrów na zachód, aż pod Racibórz. Szmer narasta, las brzmi jak strumień. Odwracam się. Nad drzewami chmury pełzną po niebie, połykając gwiazdy. Tylko nad kominami Rybnika świeci jeszcze Syriusz. Wieje coraz mocniej.
Szum wiatru przedziera się przez słuchawki. Lektor, z zaangażowaniem moduluje niepokojący głos, odgrywając raczej, niż czytając kwestie Chłopca i Mężczyzny, jego angielszczyzna jest zaskakująco wyraźna, świetnie wyartykułowana. Czytałem wcześniej „Drogę” Cormaca McCarthy’ego w świetnym, polskim tłumaczeniu Roberta Sudoła. Teraz słucham angielskiego oryginału i wydaje mi się mocniejszy, angielski z jego prostszą strukturą gramatyczną brzmi lepiej w krótkich zdaniach McCarthy’ego. Książka gra oczywiście na najpierwotniejszych emocjach, czy nawet na instynktach, ale dlaczego to miałoby odbierać jej wartość? Literatura powinna dotykać tego, co najważniejsze i McCarthy, pisząc o ojcu i jego dziecku, idących przez świat po Apokalipsie, właśnie o najważniejszym pisze: o człowieczeństwie bezwarunkowym, o zwątpieniu, o tchórzostwie, śmierci i miłości, i o woli przeżycia. I jednocześnie jest tym, czym powinna być literatura: opowieścią, która słuchana nocą przeraża. Każe mi co jakiś czas idiotycznie zerkać do tyłu, przez ramię, kiedy podeszwy butów zgrzytają na żwirze, a lektor czyta o piwnicy, którą kanibale zmienili w spiżarnię pełną ludzi.
Parę godzin wcześniej, mój synek zasypiał mi na kolanach. Małe ciałko obleczone ubrankiem w kolorowe paski, główka w zgięciu mojego łokcia, mała rączka ściska moje palce. Leży spokojnie i tylko co jakiś czas szarpie się nagle, kiedy do jego raczkującej świadomości dociera ból z przerzynanych wzrastającymi zębami dziąseł. Płacze wtedy przez chwilę, wypręża się i milknie. Ma duże stopy o wysokim podbiciu i krótkich palcach, jak moje.
A ja myślę o nim teraz, sam na polach o północy, słuchając głosu lektora i patrząc na światła na horyzoncie i na jasne niebo nocne. Myślę o moim dziecku, o tym, w jaki świat wyjdzie z mojego domu, bo łatwo może być to świat o wiele gorszy niż ziemia popiołu, przez którą idą bohaterowie „Drogi” McCarthy’ego.
Przesuwam się powoli przez rozpalone południowym upałem miasto. Opony topią się i sklejają z rozmiękłym od gorąca asfaltem, toczą się powoli, mlaskają na nierównościach jezdni. Wyjeżdżam zza zakrętu i widzę przyczynę korka.
Na ulicy leży na boku stara kobieta, a nad nią stoi wielka ciężarówka z naczepą, przepraszająco mrugając kierunkowskazami. Dookoła krzątają się już policjanci i ratownicy, kobieta leży nieruchomo, lecz żyje, rusza stopą w płóciennym pantoflu. Pod potężnym kołem ciężarówki utkwiło plastikowe wiadro, w seledynowym kolorze, opona lekko je przygniotła, zgięła, lecz wiadro nie pękło. Drugie wiadro, różowe, kobieta ciągle ściska w dłoni.
Przesuwam się dalej, powoli, razem z zatorem, widzę twarz staruszki. Jest spokojna, ma zamknięte oczy, jakby spała na wrzącym asfalcie, otoczona drgającym powietrzem. Nie straciła przytomności, odpowiada ratownikom, kiedy ją o coś pytają, po prostu leży, jak wyrzucony na brzeg kamień. Patrzę na jej pomarszczoną twarz i przypominam sobie ostatnie strony „Dzienników” Máraiego.
Kierowca ciężarówki, w moim wieku, może trochę starszy, stoi obok i drży z przerażenia.
Pocałunki mojej żony, uśmiech mojego synka i jego spokojne, powolne i uparte „dadaedidoedededidaode”. Ich spokojne oddechy, kiedy zasypiam.
Czytanie takich książek, przy których czuje sie zazdrość, że się ich samemu nie napisało, uczucie ogromnej, obezwładniającej ulgi kiedy pisze się „KONIEC” i próżna euforia, kiedy na konto wpływa jakieś smutne honorarium. Jezu jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam, znowu mogę myśleć trochę jakby ściślej i wymyślam wtedy nowy plan.
Zapach i smak pierwszego łyka wina, szum w głowie przy drugiej butelce.
Nie do pomylenia z niczym chwile po kilkunastu godzinach marszu z ciężkim plecakiem, kiedy się siada na zimnym wybrzeżu z kubkiem słodkiej herbaty i właśnie skręconym papierosem, się patrzy na polarne morze po horyzont, obok siedzi najlepszy kumpel i się razem milczy i się słucha miliona mew, i się jest, jak na obrazie Caspara Davida Friedricha i nawet morze i niebo mają taki kolor jakby były z farby olejnej, pod słońcem niezachodzącym.
Szum opon na dobrej i dalekiej drodze, nocą, z rękami na kierownicy i muzyką,i to cudowne uczucie mocy pod prawą stopą, kiedy wystarczy lekko tylko popchnąć gaz i alfa wyrywa się od dziewięćdziesiąt do sto pięćdziesiąt, szybko jak mgnienie oka, a mogłaby jeszcze dużo szybciej, gdyby stopę wepchnąć głębiej, w prawej szybie migają koła wyprzedzanej ciężarówki.
Kiedyś, pijane noce z klubie, z dłońmi na biodrach żony, w tym samym klubie, w którym tańczyliśmy dziesięć i dwanaście lat temu, włoskie jedzenie i wino wieczorem, w ogródku restauracji, z małymi latarenkami między stolikami i parasolami.
Gorąca lufa strzelby po rozstrzelaniu w powietrzu kilkunastu rzutków bez pudła, smużka niebieskiego dymu z resztek dopalającego się na jej ściankach prochu.
Zapięcie guzika w nowym, pięknym garniturze, pod palcami bezładny zwój materiału zamienia się w węzeł, z którego wypływa i rozwija się struga błyszczącego jedwabiu, nogawki załamują się na butach jedną, zdecydowaną fałdą.
Szybki jacht i równa, spokojna czwórka, pełne szmaty, dobra załoga, przechył niezbyt duży, byle szybciej iść, pełny półwiatr i kawał jeziora przed sobą, prosty kilwater, przecięty zwrotem, trzaśniętym jak na regatach, z warczeniem kabestanów i hukiem sztywnego dacronu żagli wypełniających się wiatrem już na drugiej burcie. Sztorm na Bałtyku, na bukszprycie okrakiem bez lajfpatentu, bo nie było czasu założyć i zbieranie foka, rzucającego jak oszalały kilogramową szeklą przy rogu szotowym. Białe wyspy na Morzu Śródziemnym.
Uścisk dłoni taty i jego „Z Panem Bogiem”, kiedy wyjeżdżam.
I wysiąść z samochodu na sercu świata, na twardej jak beton pustyni, płaskiej i równej jak stół wycięty pełnym kołem horyzontu, i po horyzont nic, tylko ziemia spękana niczym dno wyschłej kałuży, możesz patrzeć w każdą stronę, tylko samochód, na środku tej zakreślonej krzywizną planety krainy jak morze, i ty, i ci, którzy z tobą tym samochodem jadą.
Spacer letnią po nocą po rozgrzanym całym dniem upału mieście i słuchanie, jak kamień, cegła, asfalt i beton oddają powietrzu swoje ciepło.
Kawa ciężkim porankiem. Radiohead w stereo, tak głośno, że drżą szyby w drzwiczkach kredensu.
Oszroniony kufel piwa wypity duszkiem po całym dniu marszu w upale, kiedy język przysycha do podniebienia a pot cichym strumieniem spływa między łopatkami.
Spotkanie dawno niewidzianego przyjaciela. Burza wściekła i jej zapach.
Taniec z odzianą w letnią sukienkę dziewczyną, która daje się prowadzić tak, że zaczyna się niesłusznie wierzyć we własne, taneczne talenty.
Czytanie „Dzienników” Máraiego po raz pięćdziesiąty, ale zawsze jak po raz pierwszy. I Jünger. Przewrócenie dziesięciu poperów z jedną zmianą magazynka najszybciej jak się da i szybciej, niż ostatnim razem.
Niedzielny obiad u dziadków, z całą rodziną. Film, z którego wychodzi się w milczeniu.
Absolutna cisza na jeziorze lekko jeszcze rozhuśtanym wczorajszą falą, bardzo wczesnym rankiem, z puklami mgły nad wodą i chłodem, przenikającym pod polar. I papieros przed śniadaniem, zanim jeszcze wszyscy wstaną.
Lodowate jabłka, ciemnoczerwone i bardzo dojrzałe, zebrane z drzewa o poranku po pierwszych chłodnych nocach, w początkach października.
Przypomniałem sobie dzisiaj, nagle, specjalną porę dnia. Trzeba spać pod gołym niebem i obudzić się bardzo wcześnie, daleko od miast, późnym latem, w sierpniu lub w początkach września, kiedy noce są zimne. Słońce już świeci, dzień jest prawie w pełni, ale powietrze jest jeszcze chłodne. Światło ma wtedy ostrą, białą barwę. Jest bezwietrznie, tafla wody jest gładka, lecz odrobinę rozchwiana wczorajszą falą, woda nie ma jeszcze zapachu stęchłej zupy, jak po całym dniu parnej flauty. W górach, na śpiworze zbiera się rosa. Z polan spopielonych unosi się strużka dymu.
Wstaję, często z bólem głowy, patrzę na zegarek, jest piąta, albo wpół do szóstej, patrzę na świat tak dziwny – uśpiony za dnia. W jeziorze Chubsuguł słaby przybój kołysze biało-szarym dywanem – kiedy podchodzę bliżej, widzę, że to martwe ćmy, grube jak kciuk, w wodzie ich skrzydła rozkładają się szeroko.
Zostawiamy w domu zmęczoną żonę i mamę, niech wreszcie odeśpi poszarpane noce, odwiedziliśmy pradziadków Franka i jedziemy, przed siebie, po prostu – styczniowym światem, z którego nagle uciekła zima. Wycieraczki zrzucają z szyby deszcz ze śniegiem, który wsiąka w odmarzającą ziemię, diesel mruczy i szumią zimowe opony, gniotąc nierówny asfalt, mój mały bodhi śpi obok mnie, w foteliku, przypięty pasami i zagrzebany w pulchnych kołderkach. Jedziemy powoli, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, alfa wdzięcznie składa się w zakrętach, w głośnikach cichutko grają skrzypce, tak cicho, żeby nie przerwać Frankowi zapominania tego, co musi zapomnieć, zanim zrozumie, że istnieje. Patrzę na drogę i na świat, czasem zerkam tylko na małego, kiedy przekręca się w swoim foteliku, lub wzdycha. Może właśnie zapomina coś szczególnie ważnego.
Bezwiednie wybieram moją ulubioną drogę, z Pilchowic jedziemy na południowy zachód, skrajem lasów rudzkich. Na zeschłych łąkach leży jeszcze śnieg, pamiątka paru mroźnych dni, lecz już się przetarł, jak wyświecone na kolanach spodnie. Wystaje spod niego ruda trawa, nagie drzewa błyszczą smutno, mokre od deszczu, mokry jest asfalt i rozmiękający lód na taflach rybnych stawów. Mokra jest kapota i czapka starego pijaka, który, gardząc niedzielą, świętem porządnymi ludźmi, wytacza się z brzydkiego, burego baraku, ustrojonego w tablicę z napisem „Karczma”.
Przemoczona jest też gruba, watowana kurtka smutnego, może dziesięcioletniego chłopca, siedzącego na betonowej barierce, przy torowisku. Ma brudną twarz, gryzie jakieś cukierki, nogi trzyma na ramie taniego roweru. Patrzymy na siebie, kiedy powoli przejeżdżam po przecinających drogę torach, między podniesionymi szlabanami i obaj wiemy, że nie powinno go tu być, bo jest przecież niedziela, niedawno minęło południe i na Śląsku każdy wrócił już z sumy do domu i siada do obiadu, na białym obrusie stoi waza z rosołem, kluski, rolady i modro kapusta. Ja zjadłem swoje kluski i kurczaka u dziadków. Powinienem teraz siadać do kawy i kouoča, ale zamiast tego jadę przed siebie. A przy pustych drogach, biegnących ku Bramie Morawskiej przez wyrastające wśród lasów wsie, stoją tylko pijak i smutny chłopiec, który uciekł z domu przed kłótnią rodziców, a może wyrzucił go zły ojczym, albo gach matki, dał dwa złote na cukierki i kazał spierdalać.
I jeszcze starsza pani, smętnie i z trudem naciskająca na pedały przyrdzewiałego rometa, nienaturalnie wyprostowana na siodełku. Ma misternie ułożone, siwe włosy, charakterystyczny dla starszych Ślązaczek bubikopf – szyk z późnych lat trzydziestych. Osłoniła fryzurę przed deszczem, chustką z folii zawiązaną pod brodą i otaczającą głowę jak wielki, przejrzysty hełm dawnego nurka. Moknie, mokry śnieg oblepia jej plecy, osłonięte fioletową kurteczką z ortalionu, lecz jedzie przed siebie, powoli, wpatrzona w przestrzeń szeroko otwartymi oczami, które widzę nawet z samochodu, zza jej dużych okularów. Właśnie mija ostatni dom we wsi i wjeżdża w las, droga biegnie mocno pod górę, bo za wsią Nędza delikatne fałdy śląskiej wyżyny stają się nieco krótsze i wyższe.
Zawracam zaraz za rogatkami Raciborza, jadę z powrotem tą samą drogą, chcę jeszcze raz patrzeć na ten sam, melancholijny pejzaż. Mijam znowu pedałującą pod górę starszą panią, tym razem z naprzeciwka. Nie ujechała wiele, nagle wiem już, dlaczego wydała mi się znajoma; jest w niej coś, co Helen Mirren dała sztuce, grając królową Elżbietę II w filmie Stephena Frearsa. Kobieta na rowerze również jest melancholijna, jak pejzaż, jak pijak i jak smutny chłopiec na przejeździe kolejowym, lecz jej melancholia jest dumna.
Przypominam sobie przygnębiające wrażenie, jakie wywierają na mnie rozpięte między horyzontami równiny, przez które prowadzi droga z Warszawy na Mazury. Gdzieś w okolicach Łomży i dalej, ziemia płaska jak stół, pocięta polami i rzędami drzew smutnych nawet latem, wsie i miasteczka rozchodzące się w szwach – jednak zaraz uzmysławiam sobie, że to coś innego, mazowieckie pejzaże nie są melancholijne, lecz depresyjne. Nie wywołują smutku, lecz myśli samobójcze, każda lipa zaprasza mnie swoją gościnną gałęzią, jak szubienica. Nie mógłbym żyć na równinach. Przykryty rozmiękłym śniegiem krajobraz południowego Śląska jest smutny, ale to spokojny, nawet trochę uśmiechnięty smutek. Lasy, jary i stawy, łąki z kępami rudych traw, wsie, w których zostało nieuchwytne, historyczne coś, efekt starań i zabiegów kilkudziesięciu pokoleń, podczas kiedy we wsiach mazowieckich widzę tylko kilkadziesiąt pokoleń marazmu.
Mijam cysterskie Rudy, w nich stare domy – murowane, bo przecież Bismarck albo ktoś tam jeszcze wcześniej zabronił budować nowe domy z drewna w całych Prusach – ale niektóre zachowały jeszcze starą formę: wysokie, spadziste dachy, niskie fasady, centralne wejścia i małe okienka. Mijam klasztor i ogołocone korony egzotycznych drzew w parku.
Mijam Stanicę, w której stoi kościół o dwadzieścia lat i jedną epokę architektoniczną starszy od pilchowickiego i gdzie droga wije się przez wieś w płytkim wąwozie, wjeżdżam do Pilchowic. Przy krzyżu na rozstajach widziałem niedawno chłopaka – bardzo podobnego do tego, który dzisiaj siedział na betonowej barierce, miał nawet podobnie bezkształtną, szarą kurtkę. Był ranek, jechałem po gazetę i bułki, a chłopiec stał pod krzyżem i wpatrywał się w Ukrzyżowanego, zadzierał głowę, bo krzyż jest wysoki i bez zażenowania wzniósł na wysokość twarzy złożone do modlitwy dłonie. Nie wiem o co się modlił, miał na plecach tornister, więc może prosił Boga o powodzenie na klasówce, mógł też błagać, by tata już wrócił z Rajchu, albo o to, żeby mama nie umarła. Pomyślałem sobie wtedy, że żyję na dziwnej wyspie, na której trzecioklasiści o siódmej rano składają ręce i modlą się na rozstajach.
Dzisiaj pod krzyżem jest pusto, tylko na jednym z ramion siedzi kilka zmokłych gawronów, bez ruchu, a woda kapie im z dziobów, prosto na sztuczne kwiatki i wypalone znicze na betonowym fundamencie.
Parkuję pod domem, wnoszę fotelik z Frankiem do sypialni. Mały otwiera oczka i natychmiast zaczyna strasznie płakać. Może właśnie jego dusza zapomniała coś bardzo ważnego i płacze teraz za tą stratą – a on całe życie będzie się mozolił, aby odnaleźć to, co dziś w nim zostało zakryte.
Korytarz jest wysoki, wyłożony marmurem od podłogi po otoczony stiukami sufit. Wyniosłe okna są zbyt duże, aby je otwierać, a zza szyb nie świeci słońce, jest noc.
Otwierają się ciężkie drzwi, wypada zza nich kobieta w nieokreślonym wieku, w jakim znajdują się eleganckie damy, które ukończyły trzydzieści pięć lat, a nie dobiły jeszcze sześćdziesiątki, jeśli tylko dbają o siebie. Szary kostiumik, skromny, wąska spódnica do kolan. Obcasy bucików stukają w nerwowym rytmie, kiedy kobieta biegnie drobnymi kroczkami. Echo tego obcasowego galopu niesie się po pustym, nocnym korytarzu.
Kobieta nie jest nikim ważnym, ważne jest to, co niesie. Do piersi przyciska chudą teczkę z brązowej skóry, okutą mosiądzem. Teczka ma już swoje lata, zestarzała się z szlachetnością drogiego przedmiotu wykonanego przez czułego rzemieślnika, skóra pociemniała i mosiądz zaśniedział, ale dobrze służy właścicielowi. W jej cichych wnętrznościach spoczywają trzy kartki, z bardzo oficjalnymi nagłówkami. Jednak, ani teczka ani kartki nie są ważne.
Ważne są wypisane na nich odręcznie słowa. Kobieta niesie rozkazy Konsula.
Dobiega wreszcie do swego celu, kolejnych wysokich drzwi, na pozór takich samych jak te, z których wyszła, otwiera bez pytania, rozpina teczkę i kładzie rozkazy Konsula na biurku, za którym siedzi młody człowiek w marnym garniturze i dużych okularach.
Chłopak odczytuje niewyraźne, pochylone litery, kwituje odbiór. Spotykają się ich spojrzenia, oboje znają treść trzech dokumentów i zdają sobie sprawę z ich wagi. Wiedzą, co nastąpi. Patrzą na siebie i oboje są zdziwieni, bo nie czują nic.
Kobieta odchodzi, chłopak zdejmuje z nosa szkła i palcami trze piekące oczy.
Surowy gotyk tego kościoła jest jak wiotkie ciało Audrey Hepburn, z jej długą szyją i szlachetnymi ramionami. Jasny tynk, kryjący fakturę cegieł jak czarna sukienka, w której występowała jako Holly Goligthly w ekranizacji „Śniadania u Tiffany’ego” – a barokowy wystrój, ołtarze i ambony, ciężkie od złoceń, jak gruby naszyjnik z pereł, tak szeroki, że spoczywał na jej ramionach.
Święci, brązowo-złoci, wysoko na wpuszczonych w mury pulpitach, przegięci w zmysłowych pozach, oczy w ekstazach wzniesione ku gwieździstym sklepieniom naw, ku pomalowanym na krwawą czerwień żebrom tych sklepień. Nawet Chrystus na krzyżu nie wisi zgodnie z wektorem grawitacji, tylko szarpią Go boskie namiętności, śmierć i Otchłań, gną mu kręgosłup w kształt litery „s”.
Między tą krzyczącą namiętnością osiemnastego wieku, przybitą do surowych, czterysta lat starszych murów, trwa wieczorna Msza Święta.
Ostatni sobór skrócił oś Kościoła, wyrwał ołtarz i przeniósł go do przodu, tam, gdzie krzyżują się transept i nawa, dlatego piękne stalle w prezbiterium stoją puste, nie siadają w nich już najgodniejsi mieszczanie, bo jakżeby mieli tam siedzieć, za ołtarzem?
W stallach tylko jedno miejsce jest zajęte, przez starego kościelnego, który właśnie się podnosi, z wiklinowym koszyczkiem, bo kapłan zaczyna Przygotowanie Darów.
Kościelny to wielki mężczyzna. Węzłów starych mięśni wiek nie pokrył sadłem. Pierś, potężnie sklepiona, bary szerokie, spod krótkich rękawów koszuli przedramiona, grube jak konary i pięść, w której wiklinowy koszyczek zdaje się być zupełnie malutki.
Ale siły odeszły już z tego ciała. Idzie z trudem, widać, że bardzo bolą go biodra, kuleje na prawą nogę i kiedy dopada pierwszego rzędu ławek, odpoczywa chwilę, wsparty, po czym rusza. Jedną ręką chwyta się oparć, drugą podaje między ludzi koszyczek, nogi przestawia dziwnym krokiem, w którym bolesna prawa noga okrąża lewą, zdrową. Kołysze się ciężki korpus, mężczyzna idzie, rząd za rzędem. Waży pewnie ze sto dziesięć kilogramów, chociaż wcale nie jest otyły.
Obok mnie, po drugiej stronie bocznej nawy, stoi trzydziestoletnia dziewczyna. Jest szczupła, nosi dobre ciuchy i ma modną fryzurę. Zapewne przyjechała fajnym samochodem średniej klasy, pracuje w jakiejś firmie, gdzie dobrze płacą, albo może na uczelni, a pieniądze na samochód, ciuchy i fryzjera przynosi mąż. Nie wstydzi się swojej obecności w kościele, głośno śpiewa stare pieśni. Na Mszę przyprowadziła córeczkę, dziewczynka ma dwa lata, jest ciekawska, lecz grzeczna, nosi czerwoną, prostą sukieneczkę, ślad dobrego gustu matki.
Kościelny dociera do nich, mozolnie, dziewczynka wrzuca do koszyczka dwadzieścia złotych, przed chwilą dostała je od mamy.
Kościelny odkłada koszyczek na pulpit ławki, opiera się ciężko, powoli wygrzebuje coś z kieszeni spodni i daje dziecku. To cukierek w zielonym papierku. Dziewczynka bez wahania przyjmuje podarunek, mama uśmiecha się do niej i do rosłego starca z koszyczkiem.
Kościelny rusza dalej, w swoim tańcu znojnym wzdłuż ławek, noga za nogą.