Widziane

Widziałem: tylko przez chwilę. Fragmenty kocykiem ocienionej twarzyczki pomarszczonej jak twarz buldoga, mała dłoń i długie paznokcie nowonarodzone i palce tkają niewidzialny dywan; właśnie się to urodziło i nawet nie znam tego płci i nie poznam i nie obchodzi mnie. Czarne wątłe włosy niechybnie wypadną, robiąc miejsce włosom nowym, włosom potrzebnym temu do życia. Urodziło się gdzieś obok urodzin mojego drugiego syna. I odejdzie ku swojemu życiu, tak jak my odejdziemy i zabierzemy naszą małą larwę ludzką, te ludzkie szczenię, ten piękny pakunek, ślepy i bardzo mądry, bo nie wiedzący o sobie samym. A dziecię, które minęło mnie na szpitalnym korytarzu, kiedy podniosłem oczy znad książki, które minęło mnie wiezione w łóżeczku z przeźroczystego pleksiglasu, odniesione zostanie do innego, jemu właściwego życia.

A przecież nasze życia mogą się jeszcze przeciąć. Może będzie za dziesięć lat kolegą jednego z moich synów; jego prześladowcą lub ofiarą. Może jego pierwszą miłością parę lat później. Może. Może za czterdzieści lat stanie nad moim otwartym grobem piękna czterdziestolatka i za trumną w dół ciśnie różę albo przekleństwo, albo jedno i drugie, a może nawet zapłacze, bo kto wie jakie piekło przede mną? Może ja stanę nad jej albo jego grobem. I zapłaczę albo zaklaszczę. Może za lat dwadzieścia pięć albo dziewiętnaście wściekły młody mężczyzna wedrze się do mojego domu, niosąc w ciemnej grocie lufy złocistą sprawiedliwość społeczną, dziejową lub nawet ludzką. Albo zwykłą zbrodnię. A może terror, który będzie emanacją cnót, albo emanacją przywar. Ale pewnie nikt się nie będzie wdzierał nigdzie, totalna demobilizacja, gnuśne umieranie. Ale może będę całował czoło dobrej synowej, a może ona odbierze mi jednego z moich synów i ten splunie mi pod nogi, albo ona odbierze mi obu.

Może zamknie mi oczy i umyje moje zwierzęce ciało na stalowym blacie w zakładzie pogrzebowym albo w zakładzie medycyny sądowej. Może zszyje mi brzuch długim szwem wijącym się jak czerw w jamach martwej lub żywej skóry, a może mój brzuch rozpruje, żywy lub trupi. Może sprzeda mi kawę albo samochód. Może ukradnie portfel. Albo ja mu ukradnę. Może poproszę ją o jałmużnę. Może poproszę go o łaskę, o przebaczenie, o śmierć. Albo o to, żeby ustąpił mi miejsca w tramwaju, albo, żeby poszedł precz, słowem grubym, albo zaproszę na wino. Może ukłoni mi się na ulicy, a ja odpowiem ukłonem albo może nie odpowiem. Może. Może.

***

Widziałem: starca, bardzo pięknego i bardzo starego. Miał chyba z dziewięćdziesiąt lat, kiedyś bardzo wysoki, ciągle bardzo smukły, ale złamany gdzieś w połowie, gdzieś między brzuchem a klatką piersiową złamany i zgięty w dół i w bok, ale plecy proste, nie krągłe, ostro złamany tylko w jednym miejscu, nie zgarbiony. Szedł chodnikiem, szedł niezgrabnie, szedł kołysząc się boleśnie, niósł dwie ciężkie siatki z Lidla – a jak był odziany! Miał ciemny, ciemnoszary garnitur, spod czarnego beretu wymykały się kosmyki białych włosów, a starczą pierś w rozpięciu białej koszuli zasłaniał kolorowy fular. Mignął mi tylko w oknie samochodu; ale nawet kiedy zniknął, to na ten obraz dalej patrzyłem z szacunkiem, Szanowałem pogardę, z jaką zawiązywał ten fular na swojej starczej szyi, pogardę dla władców tego świata, dla tych, co młodzi i piękni innym pięknem, pogardę, która nie pozwalała mu odziać się w starcze łachmany w drodze do lidla, pogardę z jaką taszczył wielkie siatki, złamany wpół, odziany w szary garnitur, tak stary, a ciągle żywy, żywy bardziej niż mijający go ludzie o oczach martwych.

***

Widziałem: dziewczynę na przystanku, jak wystawia twarz ku słońcu. Zaciska oczy. Nie jest to piękna twarz, nie jest też brzydka, jest w zwykły sposób foremna i ma ten pomarańczowy odcień sztucznych słońc.
Więc siedzi na przystanku, jest zimny, kwietniowy poranek, ubrała się już na powitanie wiosny, między kusą kurteczką a dżinsami kawałek nagiego, zziębniętego brzucha. Chwilę wcześniej, zanim ją zobaczyłem, słońce wyszło zza chmur, a dziewczyna wystawia ku niemu twarz, pewnie chce się jeszcze trochę bardziej opalić, ale może w jakiś sposób, w inny sposób pamięta Słońce Niezwyciężone, dziwne nieba sklepienie, może w tym geście jest cześć, jaką oddają powracającej wiośnie i światłu nadchodzący z północy Ariowie, te zamknięte oczy i ta twarz skierowana ku słońcu to modlitwa, w tych zamkniętych oczach, pod powiekami może zamyka się wszelka cześć, jaką człowiek oddać może wszelkiej boskości. I to bez znaczenia, że dziewczyna chce się po prostu jeszcze bardziej opalić. Jej poranna twarz wystawiona ku słońcu, jej zamknięte oczy to człowiek w obliczu wieczności, to modlitwa o życie, to dziękczynienie i nadzieja. „Słońcu i śmierci nie można patrzeć prosto w oczy”, pisze La Rochefoucauld. Dlatego dziewczyna oczy zaciska, ale to nie słońce jej straszne.
Dziw nad dziwy, może gra w niej gdzieś to umarłe w słowiańskiej prehistorii słowo, zamiast irańskiego „Boga”, Dziw Pacierz, jasne nieba sklepienie.

Ciało

Uświadamianie sobie ciała jest jak podróż. Moje przynajmniej; nie wiem jak u innych mężczyzn, a pewien jestem, że kobiety uświadamiają sobie własne ciało w jakiś zupełnie odmienny sposób, właściwy dalekiemu i dziwnemu światu, w jakim żyją. Chciałbym to kobiece doświadczenie ciała zrozumieć, interesuje mnie, chociażby ze względów literackich, ale nie wiem, czy to jest to w ogóle przetłumaczalne.

***

Márai pisze, że człowiek jest w dziwny sposób spóźniony wobec własnego ciała. I tak właśnie jest: dzieci w ciałach młodzieńców, chłopcy o ciałach męskich i mężczyźni w ciałach starców. Oraz kategoria osobna, trupy w ciałach żywych, ale o trupach nie ma co pisać, bo to trupy i to na dodatek najczęściej zamrożone, nie ma w nich nawet dynamiki rozkładu.

***

Kiedyś byłem tylko ciałem, jak każde niemowlę, ale tego nie pamiętam, nie mogę pamiętać i najwcześniejsze wspomnienia, które teraz przylepiam jakoś do tego białowłosego, bardzo chudego chłopca ze zdjęć, podobnego jak dwie krople wody do mojego syna, są bezcielesne. Dzieci noszą swoje ciała tak, jak nosi się spodnie.

Ciało dziecka jest medium: niesie je, dziecko się tym ciałem interesuje (mój syn odkrywający z zachwytem, że strużką moczu kreślić można wzory na śniegu!), ale tak samo, jak interesuje się światem dookoła: kamieniem, zdechłym kotem czy klockami lego. Ciało dziecka wydaje się być dla niego światem najbliższym, ale nie należącym doń. Mój syn mówi wciąż: boli mnie MOJA ręka, założyłem buta na MOJĄ nogę, podrap mnie po MOICH pleckach. Tak samo jak mówi – napraw mi MÓJ samochód. I ten zaimek dzierżawczy paradoksalnie podkreśla, że ciałko własne postrzega jako coś od siebie samego odrębnego, skoro czuje potrzebę zaimkowego uściślenia o czyją rękę czy nogę chodzi. Coś, co jest moje, nie jest mną.

***

A swoją drogą, jakie znaczenie ma to, że zaimki, który po polsku określamy dzierżawczymi, we wszystkich innych zwą się „posiadawczymi”, z łacińskich „pronomina possessiva”? Czy to w ogóle może mieć jakiekolwiek znaczenie? Czyżbyśmy po polsku jedynie dzierżawili słowa, zamiast je posiadać?
Ale pewnie nie ma to żadnego znaczenia, może jakiemuś kryjącemu się w mrokach dziejów herosowi polszczenia nazewnictwa gramatycznego ta „posiadawczość” wydała się nadto wulgarna, bo i skojarzenie z posiadywaniem, a więc z pośladkami, niegodne skojarzenie, bez łacińskiej podniosłości, więc wstawił słowo dzierżące, uroczyste jak samodzierżca.
A ja po prostu poddaję się trochę temu szaleństwu, jakim jest poszukiwanie znaków w świecie, mowy drzew, tajemniczego kodu pęknięć na asfalcie i eposów zapisanych cirrusami.

No i oczywiście mojego syna używania zaimka dzierżawczego tak samo może nie mieć żadnego znaczenia, przecież nic w ogóle nie wiem o dzieciach i w zasadzie wcale mnie nie interesują tajemnice szczęśliwie już prawie zapomnianego dzieciństwa, dziecko wydaje mi się czekaniem i potencjalnością i jeśli coś mnie w dziecięctwie zachwyca, to właśnie ta potencjalność, to związanie w malutkim byciu wachlarza możliwości, pełne spektrum przyszłych klęsk, porażek i rozczarowań do wyboru, nie interesuje mnie jednak dzieciństwo jako takie.

***

Pierwszym przystankiem na drodze uświadamiania sobie własnego ciała były narodziny pożądania. Nie mam pojęcia, ile miałem wtedy lat, na pewno byłem jeszcze dzieckiem, wraz z pożądaniem rodziła się jego sublimacja, skłonność do wpatrywania się w te odległe, dziwaczne istoty ze świata innego. Zaczynały im wtedy kiełkować piersi, może pod ciężarem tych naszych niezrozumiałych jeszcze wtedy spojrzeń, może tymi spojrzeniami się syciły?
Równie niemądrze własne ciało rozumiałem wtedy, jak niemądre były moje – chociaż dzielone z kolegami, więc raczej „nasze”, nie „moje” – dociekania na temat ciał kobiecych. Były to czasy preinternetowe, w których pisemko pornograficzne było dobrem rzadkim, zazdrośnie strzeżonym przez starszych chłopców, od których łatwo dostać można było w nos, więc ciało kobiety było nie tylko oczekiwaniem, ale również tajemnicą. Przeżyciem pokoleniowym dla nas, dla mnie i moich rówieśników była chyba ukradkowa lektura „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, której ilustracje czarną kreską medycznej dosłowności nie tłumaczyły jednak niczego, a już na pewno nie dawały nam odpowiedzi na pytania o źródła tej tajemniczej fascynacji.
Ciała dziewcząt były więc dla nas tajemnicą na paru poziomach, spieraliśmy się co do architektury różnych szczegółów kobiecej anatomii, były też tajemnicą, bo przecież nie rozumieliśmy i dziwiliśmy się własnemu tymi ciałami zainteresowaniu.
Było też dla nas tajemnicą nie tylko to, w jaki dokładnie sposób dochodzi do tego szczególnego aktu, o którym pojęcie mieliśmy raczej odległe, ale przede wszystkim, jakim cudem, jak to się dzieje, że te wyniosłe, odległe stworzenia pozwalają podobno potem robić ze sobą takie rzeczy, komuś takiemu jak my, czy prawie jak my, jak my bez patykowatych rąk i piegowatych twarzy. Pozwalają na to komuś kim się prawdopodobnie kiedyś staniemy, chociaż kiedy miało się lat trzynaście, to przecież nie dało się w to uwierzyć, w tę przemianę, do której kiedyś podobno dojdzie.

Dziś, jak mi się wydaje, ciała kobiet tajemnicą już nie są nawet dla dziesięciolatków, bo podaż pornografii sprawia, że stają się już jedynie oczekiwaniem – i to oczekiwaniem na taką kobiecość, której poza planem filmów pornograficznych nie ma. W tym sensie mądra wydaje mi się akcja amerykańskiej feministki, która „na podstawie własnych doświadczeń ze spotkań z dwudziestolatkami” założyła stronę Make love, not porn, gdzie z cierpliwością Syzyfa i wulgarną otwartością libertynki (takie decorum rozmowy o erotyce, cóż zrobić) tłumaczy pryszczatym onanistom, jak „to” naprawdę wygląda. Bo przecież pornografia tyle ma wspólnego z życiem erotycznym, co cała popkultura z życiem w ogóle, czyli z jednej strony bardzo dużo, bo tam rozgrywa się życia naszego mitologia, ale z drugiej, w tym przypadku ważniejszej właśnie nic, tyle ma wspólnego co Joker z „Batmana” z prawdziwymi bandytami.
Ale, znowu, świat dzisiejszych dwunastolatków jest światem mi tak obcym, że więcej pewnie miałbym do powiedzenia o Kwakiutlach, o których nie mam do powiedzenia wiele. Więc to tylko takie luźne podejrzenia, może jest zupełnie inaczej.

Potem zaś, w tych wszystkich niesłychanych cudownościach młodzieńczości czas wyjaśnił tajemnice, zaspokoił frustracje, zakończył oczekiwanie i libido, chociaż bez wątpienia potężniejsze przecież niż w schyłkowym dzieciństwie i zajmujące o wiele ważniejsze miejsce w życiu, straciło swoje centralne położenie dla cielesnej świadomości.

I o ciele na dziesięć lat zapomniałem. I chyba znów nie miałem ciała, żyłem sobie spokojnie, jak powiedział Stasiuk w fajnym wywiadzie: „będąc nieco grubym”, aż ciało zaczęło o sobie przypominać w zupełnie inny sposób: na przykład przez więzadło w kolanie zerwane przy zsiadaniu z konia, a szczególnie przez widok tegoż kolana składającego się w złą stronę. Potem pierwsze rendez-vous z astmą. Potem przykra konstatacja, że kilka pięter to problem. Nieduży, ale problem i pot cieknie po plecach.
Więc, nie przestawiwszy się bynajmniej na „zdrowy tryb życia”, nie odmawiając sobie wszelakich nadużywek, a nawet wzmagając ich spożycie celem zrekompensowania sobie innych przykrości, w wieku lat trzydziestu odkryłem aktywność fizyczną, którą od zawsze raczej pogardzałem, bo, jak mówi kelner Sindbadowi: „Młodzi ludzie uprawiają sporty, chodzą na pływalnię, zjeżdżają na nartach i oddają się podobnym, rzekomo zdrowym, ale jednak podejrzanym czynnościom. Ale my obaj, panie Sindbardzie (…), wiemy przecież, że dla młodych poetów jednym zdrowym zajęciem jest literatura i kawiarnia.”

A teraz  z niemałym zdziwieniem odkrywam ciało na nowo: np. mogę przebiec pięć i siedem kilometrów, co kiedyś wydawało mi się całkowicie nieprawdopodobne, bo gdybym powiedział, że nigdy wcześniej nie biegałem, to skłamałbym: przez dobre dziesięć lat nigdy nawet nie biegłem.
A teraz jakaś wściekła, radosna ekstaza ciała rozgrzanego jak silnik samochodu, po tych pięciu kilometrach, tempem zdecydowanie powolnym, pół godziny mi na te pięć kilometrów potrzeba, ale jednak ciało rozgrzane w sposób nowy, obcy, cudowny, a potem radosne zdziwienie, że boleć mogą mięśnie, których istnienia kiedyś nawet nie podejrzewałem.

Jest coś niezwykle pociągającego w takim odgrodzeniu od świata: czarną nocą, czarnymi polami, po mokrej, gruntowej drodze, od świata izoluje mnie ciemność, tylko w dole migają jasne plamy butów, więc ciemność i bardzo głośna muzyka, rytm zsynchronizowany z rytmem kroków, od myśli i własnego mózgu izoluje mnie puls, oddech i rwące mięśnie, więc po prostu żadnych myśli, tylko świadomość ciała, oddechu, pulsu, skurczu w łydce, ukłucia w plecach, skurczu przepony, nic poza tym, nie ma mnie, cieszyłbym się, że na chwilę zniknąłem, ale się nie cieszę, bo zniknąłem i mnie nie ma, więc kto miałby się cieszyć?

Są to oczywiście odkrycia i entuzjazm zupełnie anachroniczne, bo normalni ludzie odkrywają takie rzeczy w wieku lat piętnastu ganiając za piłką na boisku, cóż poradzę na to, że jestem pod tym względem niedorozwinięty i opóźniony?

***

Wczoraj zaś przy bieganiu jednak trochę myślałem, zanim gruczoły wpuściły do krwi swoje świństwa. Słuchałem „Killing in the name of” Rage Against The Machine, i  jest to oczywiście staroć, ale taki, że jednak wolałoby się palić komitety, niż zakładać własne. I ten stary, lewacki klasyk z tą cudowną ścianą basu w połączeniu z rozgrzaniem ciała w biegu nagle uświadomił mi, że mógłbym przyłączyć się do każdej prawie rewolucji, byle była piękna wzorem ognia i barykad, ale w żadnej nie mógłbym się rozpuścić, w żadnej nie mógłbym siebie zatracić, w żadnej sprawie nie mógłbym siebie odnaleźć.

***

A co będzie dalej z ciałem i moją podróżą? Nie wiem, ale podejrzewam, że fizyczne uświadomienie sobie własnej śmiertelności. Bo co innego chyba wiedzieć o własnej śmierci i raczej się jej nie obawiać, a co innego się z nią przywitać.

Idiota

Palinko, palinko, przecież spływając w dół pustego brzucha nie zmienisz mnie w kogoś kim nie jestem! Przecież nie jestem Sindbadem, nie chcę być Sindbadem, węgierski pisarz – taki Maraiokrudomoricz – interesuje mnie o tyle, o ile jest pisarzem w sposób bardzo interesujący, wszyscy oni, jednocześnie prości i wyrafinowani, jednocześnie prostaccy i dandysowcy, jednocześnie bardzo mądrzy i bardzo naiwni, inni niż polscy pisarze, weselsi niż polscy pisarze i smutniejsi jednocześnie. Gwiżdżący na wszystko i jednocześnie skłonni pojedynkować się, bo ktoś rzucił straszliwą potwarz, mówiąc, że psychologia postaci u Jókaiego nie jest mocna.

I Ł.O. sobie z tego zainteresowania mojego żartuje i słusznie, bo od takich i pięćset razy mocniejszych żartów i od prawdy są przyjaciele, więc Ł.O., kiedy chce mi dokuczyć, nazywa mnie „Szandorkiem”, a teraz pyta – „no i jak ci w mateczniku, Szandorku?”. I słusznie drwi, nie należy za dużo czytać jednego pisarza, można sobie znudzić smak do literatury.

Ale to jednak nieprawda, nie próbuję przecież udawać, że mój świat w czymkolwiek przypomina tamten świat triumfującej burżuazji, już zostawmy węgierską, ale burżuazji w ogóle i w zasadzie nie tęsknię przecież nawet za tamtym światem, bo, na Boga, mógłbym może wyrwać się z podziemnej niewoli, jak wyrwali się z pokoleniowej konieczności Korfanty czy paru innych, ale czy raczej nie zostałbym kimś w rodzaju Ociepki, tyle, że bez Ociepki talentu i szaleństwa? Jeśli w ogóle, jeśli burżuazyjny świat nie przytrzymałby mnie żelazną ręką tam, gdzie się w nim powinienem narodzić, w schludnych kuchniach i antryjach domów z cegły czerwonej, z błękitem haftowanymi makatkami na ścianach, tam powinienem żyć, w dumnym niewolnictwie szychy i szoli i bractwa hajerów i tam umrzeć, w czarnym jelicie ziemi.

Więc nie, nie tęsknię. I nie próbuję udawać kogoś, kim nie jestem. Lubię tych wszystkich martwych Węgrów bardzo, stanowią maleńki wyjątek w mojej sprawiedliwej, powszechnej mizantropii podlanej śląskim resentymentem, najżałośniejszą z ksenofobii, przy której trwam bohatersko, tak, jak głupie kobiety trwają przy złych mężczyznach, w kłótniach o zupę tracąc kolejne zęby.

A teraz wypiłem dobrej palinki, na żołądek pusty i spragniony, spłynęła i rozpaliła mi wnętrzności i zjadłem zupę gulaszową, szczęśliwie w niczym nie przypominająca tej szarej brei ze złej wołowiny, która oblepia i dusi polskie kartofle. I czekam na danie główne, czekam cierpliwie przy drugim piwie, druga palinka czeka na mnie, nie mam dzisiaj ochoty na wino, do gulaszowej zjadłem pół bochenka chleba, diabli niech wezmą dobre nawyki żywieniowe, z takim poświęceniem wypracowane i utrwalone, diabli niech je wezmą przynajmniej dzisiaj.

Diabli niech wezmą wszystko, bo nie jestem Sindbadem, ale dzisiaj dzień spędziłem samotnie, jakbym szedł, niewidzialny, jego śladami, to znaczy nie samego Krúdy’ego, oczywiście, ani Máraiego, ale węgierskich pisarzy w ogóle, jakbym ich prześladował moim niezdrowym zainteresowaniem, to znaczy rano z bólem serca próbowałem pisać i nie pisało się, więc zjadłem hotelowe śniadanie, po którym pobiegłem natychmiast do recepcji i odwołałem hotelowe śniadania na dni kolejne, a potem wyszedłem w zimowy Budapeszt, jakiego nie znałem wcześniej, Budapeszt pusty, zimny i biedny i poszedłem do Centrál Kávéház, który udaje ten Central, w którym zbierali się pisarze pokolenia Nyugatu, mistrzowie Máraiego i nauczyciele.

Udaje, jak sądzę, udatnie: tanie secesje, niby marmurowe stoliki, brąz, bordo i złoto, dobra kawa, raczej na wiedeńską modłę, więc oczywiście, żadnego latte, tylko kapuziner i siedzę sobie w kącie i w krawacie ulubionym i wełnianym, piję kawę i przywołuję tych Węgrów, których węgierskość w zasadzie wcale mnie nie obchodzi, bo interesuje mnie raczej ich europejskość, specjalna, odrębna europejskość, a dlaczego mnie interesuje – nie wiem.

Potem praca, w końcu jestem tu w pracy, trochę użalania się nad sobą, bo w końcu siebie nie zostawiłem w domu, żeby się nad sobą nie użalać, a potem zabieram „Zazdrosnych” Máraiego, idę do Hotelu Gellért, a jakże, do term.

A w termach wiszę w wodzie o temperaturze ludzkiego ciała, potem do łaźni parowej, potem znowu 36 stopni, potem znowu parówka i czytam o tym, jak Péter Garren rozstaje się ze swoją La, ze swoją kochanką o czystym sercu.

Bardzo to zmysłowe wszystko, jak na Máraiego, naprawdę wzruszające i naprawdę smutne, jak smutny jest Péter Garren, bezradnie rozpleciony miedzy kochanką, która ginie w płomieniach, a żoną, która żyje i którą Garren kocha, ale opuszcza, jadąc do ojca, który umarł. Ale brzmiało inaczej, niż można by się spodziewać, inaczej, bo czytałem otoczony przez nagich starców, w fartuszkach zakrywających krocze lecz odsłaniających nagie, starcze pośladki, albo i bez tych fartuszków. A byli to starcy niedołężni, ledwie powłóczący nogami, starcy o białych ciałach, ręce drżały, wspomnienie po tych wszystkich niepotrzebnych czynnościach, jakim się w życiu oddajemy. Powoli, ostrożnie wkraczali do ciepłej wody, jaka ulga, kiedy woda wspiera i wreszcie unosi ich starcze ciała, które nie chcą się już nieść same, starcy zanurzeni aż po drżące żuchwy,  na zielonej wodzie kręgi od tych drżeń.

Byli tam starcy nie tak jeszcze starzy, lecz ci, którym rak wydarł wszystkie włosy z ciała, żadnych brwi, żadnych włosów łonowych, pomarszczone, smutne niemowlęta lękliwie szukające zdrowia w ciepłej wodzie i nie znajdą go, nie ma w tych ciałach już miejsca na zdrowie.

Byli tam też młodzieńcy, mężczyźni w średnim wieku, mężczyźni podstarzali, wreszcie mężczyźni bez wieku wypisanego w ciele, tacy, którzy mogą mieć równie dobrze trzydzieści jak i pięćdziesiąt lat. Byli więc mężczyźni o pięknych ciałach wojowników, klatki piersiowe wysklepione łukami potężnych żeber, nie hodowlanych mięśni, byli sportowcy o sztucznych ciałach sportowców, byli młodzieńcy o pajęczych kończynach i zapadłych piersiach, byli tłuści i tłustawi i otyli, byli starcy wspominający swoje minione piękno i starcy szczęśliwi z egalitarnej brzydoty starości. Wszyscy spokojni, nadzy, cisi, skupieni na sobie, nawet jeśli w towarzystwie, wszyscy unoszą się w ciepłej wodzie jak uroczyste meduzy, kontemplują palce własnych stóp.

Był wreszcie wspaniały masażysta, gargantuiczny grubas o obwisłych oczach basseta i kącikach ust ściągniętych w dół na równi grawitacją jak i spokojną pogardą dla takich jak ja: po co mówisz do mnie po angielsku, zagraniczny idioto, skąd w ogóle pomysł taki? Co cię tutaj przyniosło, człowieku nieprawdziwy, po coś tu przyszedł z tym swoim płaszczykiem, szalikiem i torbą i głupią mordą zadowolonego z siebie kretyna? A ja, idiota, uśmiecham się uśmiechem dla kasjerek i coś paplam głupio o ręcznikach i szlafrokach a ten wspaniały, dwustukilowy człowiek łysy na głowie i włochaty wszędzie indziej patrzy na mnie, owinięty jest ręcznikiem poniżej wielkiego brzucha, kudły mokre, policzki ściągają mu powieki nisko w dól, patrzy na mnie, z tłustą cierpliwością czeka obojętnie aż skończę i wskazuje ręką na górę, czerwone półksiężyce pod gałkami ocznymi, wskazuje ręką na górę, gdzie przebieralnie i mówi coś po węgiersku. Wyobrażam sobie, co może do mnie mówić, wiem, że ma przecież rację, po co tu w ogóle przyszedłem, czy to dla mnie termy, czy wyobrażam sobie, że za cztery tysiące forintów mogę sobie kupić prawo do bycia tutaj, tak jak kupiłem prawo do wejścia? Wejść mogę, niech se wchodzę, ale być? Być – to mnie tutaj wcale nie ma. Wiem, że ma rację; zgadzam się z jego niechęcią, podzielam jego niechęć do takich jak ja, przeprosiłbym za to, że przyszedłem, gdybym tylko potrafił, ale nie potrafię, więc posłusznie idę na górę, rozbieram się i dalej posłusznie postępuję za wskazaniami i rozkazami ponurych i troskliwych łaziebnych, potem moczę się w wodzie i pocę w łaźni, potem nie umiem znaleźć boksu, w którym zostawiłem ubrania, wiadomo, idiota, jak się okazuje, numerek, który noszę na ręce wcale nie odpowiada numerkowi na kabinie, numerek na kabinie powinienem zapamiętać sam, a numerek który noszę na ręce, to tylko dowód, że nie przyszedłem tutaj nago, łaziebny, inny, mały i brodaty, gdera coś do mnie cierpliwie i cicho, otwiera po kolei szafki, czy te ubranie twoje? Nie moje. A czy te twoje? Nie moje.

A może powinienem powiedzieć, że moje, włożyć inne spodnie, inną kurtkę, otworzyć inny portfel, wszystko za ciasne albo za duże, i wyjść innym życiem, sprawdzić adres w portfelu i wrócić do domu Gyuli, Attili czy innego Istvána, w kurtce Gyuli objawić się jego żonie i dzieciom, albo starej matce i czekać, aż mnie zabiorą na komisariat, wściekły Gyula już dzwoni do domu, już wiedzą, więc nie zamordowałem, tylko ukradłem ubranie, więc z komisariatu gdzie, do czubków od razu? A ja nic, ani słowa przecież nie rozumiem, mógłbym tylko bez końca powtarzać jakiś prosty ciąg liczb, może pin do karty, albo pesel? Albo raczej uśmiechać się ciepło i cierpliwie, idiota życzliwy swoim oprawcom. W końcu znaleźliby moje ubrania i dokumenty i co mieliby zrobić z takim szaleńcem świętym i głupim? Przecież mnie nie utopią w Dunaju.

A może stara matka Gyuli niedowidzi, sadza mnie przy stole, coś ty taki milczący Gyula, masz herbaty, Gyula, zmężniałeś Gyula, albo schudłeś, powiedziałbyś coś, Gyula, chleba masz, jedz, Gyula, ze smalcem i papryką i z cebulą, jak lubisz, Gyula, dla ciebie trzymam, patrz, co się z twoją starą matką stało, Gyula, nie odwiedzasz mnie już, a ta twoja, co z nią? A dzieci? A na tym zdjęciu, widzisz, Gyula, jak z tatą na Wyspie Małgorzaty? Widzisz…? Taki byłeś, maleńki taki, a teraz co, Gyula, co?

A czy te ubrania twoje, pyta łaziebny? Chyba, że nie pyta, tylko proponuje, żebym sobie coś gdzieś tam wsadził, czy jak tam Węgrzy złorzeczą. Ale ubrania moje. No, to odziej się, smutny idioto w ręczniku, skąd cię tam cholera przywiała, i idź, idź, opowiedz swoim, jak było w łaźniach w Hotelu Gellért , boś i tak nic nie zrozumiał, boś i tak nic nie skorzystał, tylkoś siedział, kretynie, w ciepłej wodzie, i co?

I nic.

Ale jednak coś. Bo to starcy właśnie i kochanka Pétera Garrena, jej ciało i ich ciała, one właśnie w zgodnym unisono mówią mi o człowieku coś, czego wcześniej nie wiedziałem. A między nimi ja, ciężki, moja głowa nad wodą i dłonie, moja głowa, a w głowie nieustający huk tysięcy obrabiarek, nie milknie, chyba, że się upiję na sztywno, ale na trzeźwo i na rauszu lekkim i na mocniejszym nawet to jak w fabrycznej hali, tysiąc tokarek, tysiąc frezarek, młoty parowe i słowa i nici między słowami, zdania, twarze, pytanie, wszystko na raz, głowa mi pulsuje, od kiedy pamiętam. I spokój jest pozorny, spokój jest nieprawdziwy. Kiedy milczę, głowa mi wzbiera.

A teraz milczę i nawet huk w mojej głowie milknie na moment i mówią mi ciała coś, o czym wcześniej nigdy nie słyszałem, starcy i ta piękna, zmysłowa dziewczyna z papieru, wcale nie mniej prawdziwa od starców z ciał, ich koniunkcja, ona razem z nimi, oni razem z nią, oni na jej tle i ona na tle ich, szepczą mi niewidzialnemu, schowanego pod wodą i za książką, szepczą mi: ecce homo.

Życie artystyczne

Hasło: dyscyplina! Literatura, czego potrzebuje, to kawa i samotność, kawa jest zawsze, ale na prawdziwą samotność można liczyć tylko czarnym porankiem, a więc budzik w komórce o piątej pięć, cztery godziny snu, mycie zębów wraz z kontemplacją ponurej mordy w lustrze i absurdalnym rozważaniem, czy broda ma jeszcze chwilę rosnąć czy paść pod bezwzględnym ostrzem żyletki. Jednak rosnąć, golenie się o piątej rano to perwersja niczym z „Historii oka”, którą pan artysta sobie kupił ostatnio, bo ślicznie wydana, ale nudna, bo ileż można…?

Tyle o perwersjach. Na zewnątrz minus dziesięć, a więc w domu szesnaście, a więc biegiem do piwnicy, karmić żarłoczną gębę gorejącego bóstwa, któremu pan artysta służy i składa ofiarę z piątej tego roku tony węgla po siedem stów każda. Pył i dym, wściekłość głupia, tępa i uparta i pełne nadziei myślenie o bezobsługowym ogrzewaniu w nowym domu, który rośnie, puchnie w komputerze A., czeka ostrza koparki spragniona ziemia jak dziewicze ciało pieszczoty.

O piątej piętnaście grzeje się maszyna, leci espresso, spienianie mleka, o piątej dwadzieścia siedzi już pan artysta przed komputerem z kubkiem pełnym kawy i spienionej pretensji do całego świata. Słuchawki, muzyka, orzemy! O, losie!

O siódmej – druga kawa, albo i trzecia, dużo zrobione, dużo napisane, pan artysta wściekły jeszcze bardziej a potem patrzenie przez okno na zamarznięte samochody, które wywożą ludzi do różnych strasznych zakładów pracy, gdzie te wszystkie mroczne klątwy: szefowie, księgowe, współpracownicy, podwładni, klienci, kontrahenci, kupcy, wszystkie te ponure interesy, krwiobieg świata tego, papiery na biurkach jak podpałka do piekielnych kotłów, wielki Babilon od warzywniaka po Ernest & Young, od Pilchowic po Wawilon, pan artysta patrzy na ten Babilon z wdzięcznością i niechęcią, pan artysta zawdzięcza Babilonowi to, że może uciec od niego całkiem daleko.

Acz nie dalej niż półka z winem w supermarkecie.

Potem rozważania, że należałoby sobie znaleźć jakieś hobby. Squash się znudził. Może motocykle? Może boks? A może, nie wiem, paralotniarstwo? Albo szybowce. Ale zaraz konstatacja: posiadanie hobby jest takie burżuazyjne.
A pan artysta nie musi mieć hobby, pan artysta ma nałogi. Pour épater le bourgeois.

Chociaż czym dzisiaj epatować pozytywistycznie liberalnych, tępo zadowolonych mikroburżujków z centrum handlowego, takich co to i do kościółka pójdą, i flamie bachora wyskrobią jeśli trzeba i potem się tym wyskrobaniem zasmucą i nawet pójdą na psychoterapię? Można urządzać marsze i kontrmarsze, z pochodniami i z arafatkami, przestraszą się, tyle, że mi się nie chce. Można wieszczyć ze szczątków samolotu jak kapłan z kości w ogień rzuconych, ale tego też mi się nie chce, bo we wróżby wierzę tylko wtedy, kiedy wróżą mi wszelką pomyślność. Mikroburżujek, jak mi się zdaje, nie zasłużył na bycie epatowanym, epatować można i warto było dawnych strasznych mieszczan, dzisiejsze mikroburżujki to dawni mieszczanie już fabrycznie zepatowani, nic w nich do zepatowania już nie zostało, rozbite skorupy wyschnięte. Już wolę epatować prawackich dziarskich chłopców, lewackich dziarskich też mógłbym i potrafił, tyle, że żadnych nie znam, a czerwona walkiria Ulrike Meinhof już nie żyje. Ale i prawaccy i lewaccy dziarscy to i tak zwykle żywe trupy, zafiksowane na swoich konceptualizacjach jak rabin na Torze, czy tomista na Summie albo raczej jak zombie na wyjadaniu ludziom mózgów, a jak się trupa walnie prądem to może i nim trochę potrząśnie, jak żabimi nogami Galvaniego, ale ożywić się przecież nie da. Spalić, co najwyżej, ale takiej mocy to ja nie mam.

Wolę więc pisać, po prostu: dla Czytelniczek, jeśli są jeszcze w tej zombie-apokalipsie jakieś żywe Czytelniczki i dlatego wstaję czasem o piątej rano, wstaję czarnym świtem, żeby ukraść wieczory ich mężom, narzeczonym i konkubentom, żeby wleźć do ich sypialń i leżeć na ich nocnych stolikach.

Augmented reality II

G. napisała w smsie, że jestem leń i obibok, bo nic nie piszę w dzienniczku i ona nie ma czego czytać w pracy. Więc piszę, specjalnie dla G. i w imię solidarności szlachetnych obiboków, ale tak naprawdę piszę, bo odłożyło się już na mnie parę warstw naskórka, który muszę zdrapać, żeby się obnażyć, żeby odsłonić podciekłe krwią mięso, żeby się nie udusić. I napiszę o tym, co zwykle.

A zatem, Śląsk bywa piękny, różnym pięknem: czerwonej cegły niemieckiego ekspresjonizmu Zabrza, surowym tynkiem polskiego modernizmu Katowic, jeżeli cokolwiek dobrego przyszło Śląskowi ze strasznego rozdarcia lat dwudziestych to ten wyścig dwóch nowoczesności. Cieszę się, że oszczędzono górnośląskiej konurbacji losu stęchłego miasta-mumii, zalanej werniksem mieszczańskiego konserwatyzmu, wzniosły jest krajobraz zdemobilizowanej totalnej mobilizacji, die totale Mobilmachung demobilisiert, krajobraz umarłych fabryk, hut i kopalń jak szkielety pradawnych lewiatanów, zbrojenia w grudach betonu jak wieczne żebra płetwali wygrażające północnym bogom spitsbergeńskich plaż.

Potrafi więc być piękny, lecz ostatnio piękny nie był. Dawno nie jechałem pociągiem relacji Gliwice – Katowice, bo autostradą jestem w centrum Katowic w trzydzieści minut, więc pociąg w ogóle nie ma sensu, a wczoraj właśnie jechałem pociągiem pełnym zimowych smutnych i brzydkich ludzi, bo spodziewałem się spędzić wieczór w naszym wesołym Männerbundzie, jeść, pić bardzo dużo, żartować i pić jeszcze więcej, puchary z pszenicznym tucherem w górę i cieszyć się, że jednak, bez wątpienia – żyjemy, ciągle żyjemy, żywi jesteśmy nie tylko dlatego, że krew sączy się przez nasze ciężkie ciała, ale żyjemy pasjonarnie, zdolni jesteśmy do przyjaźni, do pogardy, do miłości i do nienawiści, do wspólnego śmiechu i może również do samotnych łez.

Jechałem więc ku przyjaciołom, a Śląsk był najbrzydszym miejscem na świecie: wylazł spod znikającego śniegu jak jesienne truchło kocie, odtajał i zaczął śmierdzieć, trawa nasiąkła sadzą, ludzie w przegrzanym pociągu odziani zbyt ciepło pocą się intensywnie pod puchowymi kurtkami.

A potem umknąłem przed Śląskiem do Hipnozy i zza komputera patrzyłem z daleka na dwoje ludzi siadających przy stoliku: na mężczyznę chyba trochę starszego ode mnie i młodszą od niego dziewczynę, jak próbują się przy tym stoliku znaleźć, ale nie potrafią. Jak niezgrabnie całują się na przywitanie, nie potrafią zdecydować, czy pocałują się w usta czy w policzek, to usta w końcu spotykają się na pół sekundy, ale dalej nie wiedzą jaki to być ma pocałunek. Coś ich do siebie przyciąga, coś ich rozdziela, uśmiechają się do siebie tak, jakby próbowali pogodzić intymność z obcością, a to przecież niemożliwe i nie udaje im się to zupełnie, nie potrafią być dla siebie ani bliscy, ani obcy i nie są wpół drogi między bliskością a obcością, tylko zupełnie gdzieś indziej, jakby wyrwali się z tego spektrum.

I przypomniałem sobie: nie można spotkać drugiego człowieka, ludzie są szczelni, mogą się o siebie obijać, ale nigdy dwa wnętrza nie zleją się w jedno, nawet w najszczerszej przyjaźni ani nawet w starej, dobrej miłości, ludzie słowami i czynami odciskają siebie w innych jak reliefy, ale wnętrza pozostają osobne. A ta dwójka przy dalekim stoliku ciągle próbuje, myślę o nich dobrze, nie wiem o czym rozmawiają, ale to nieważne przecież, dlaczego chcą się spotkać, co im potrzebne, słowa, pieszczota, pocałunek i czy wiedzą, że nigdzie się nie znajdą, a już na pewno nie słowami, każdy człowiek w czarnej przestrzeni samotności. Myślę, że wiedzą. Wychodzą szybko, kiedy ja już jestem przy drzwiach, dłonie się nie dotykają, a potem widzę jeszcze kątem oka jak całują się na schodach.

Zabieram im moją ciekawość i idę dalej, a zatem Katowice modernistyczne, to znaczy najpierw wspaniały Sejm Śląski na którym nie ma już płaskorzeźb Szukalskiego, potem modernizm prosty, funkcjonalny, potem trochę paskudnego historyzmu secesji, stiuki z fabryki architektonicznych detali i jakaś ponura groteska kamienicy, wokół której umarła, a może nigdy się nie narodziła pierzeja (nie sprawdzałem) i stoi wśród brązowej trawy i zardzewiałego płotu, który niczego nie wydziela ani niczego nie strzeże, tylko stoi i po obu jego stronach jest „tam”, nigdzie nie ma „tu”. Stoi dumna ze swoimi gzymsami, wolutami, ozdobnymi nadprożami i absurdalnym boniowaniem, tynk i cegły zszarzałe od oddechu lewiatana, stoi jakby stała w jakimś hanzeatyckim mieście, jakby po jej schodach ze swoimi ponurymi interesami wspinali się kupcy Hamburga i Lubeki, jakby wyrwano ją z wiktoriańskiej powieści o tym, jak być człowiekiem przyzwoitym i zrzucono z samolotu w cielsko śląskiego smoka, wbiła się idiotycznie między łuski i żebra i stoi, smok już zdechł, nie pompują smoczej krwi serca hut, nie wysypują się z domków osiedli patronackich Nikiszowca czy Borsiga mali, podziemni niewolnicy, których raz do roku budzi przeklęta orkiestra z tubami i puzonami jak małe słońca. A kamienica trwa, wbita między żebra i mam wrażenie, jakby się lekko przechylała.

A ja siedzę już przy stole, Śląsk już został za drzwiami, pszeniczne piwo pijemy, jucha ciecze z grubych steków kiedy kroją je zębate noże, a potem nocą wytaczamy się, bardzo weseli, ze zwykłego miejsca naszych sympozjonów, komerszów, biesiad, chodzi o to samo, o beznadziejne, ale przyjemne poszukiwanie drzwi prowadzących poza samotność, idziemy weseli, zamaszyści, idziemy niedaleko, na Mariacką, wchodzimy, weseli, zamaszyści i jakbyśmy przeszli z naszego piwnego wesela na wódczaną stypę, młode żywe trupy chwieją się na ławkach i między martwymi klombami i kontenerami pełnymi gruzu, w ponurej Meduzie przynajmniej można palić, żywe trupy palą, piją i szukają wątłego chociażby dowodu na to, że ciągle są żywi, ale gdzież taki dowód znaleźć, jak znaleźć, skoro od dawna jest się martwym? Martwe dziewczyny o szklanych oczach pytają, czy idziemy do Lemoniady, nie idziemy, nigdzie nie idziemy, prawie w milczeniu dopijamy ostatnie piwo, na stojąco i dobranoc, dobranoc przyjaciele, uciekamy od śmierci ku śmierci.

Niebo zimowej nocy jak smocze skrzydła nad nami, smocza krew we mnie, drży smocze cielsko pod naszym stopami.

Augmented reality

Po bułki chciałem pójść z synem, bo krótki spacer sprzyja rozmowie abstrakcyjnej, oderwanej od scenografii, nie zaczepiającej o zabawki i przeklętego „Zygzaka Makłina”, za to z dziecięcymi głupimi pytaniami „dlaczego” i z dorosłymi głupimi odpowiedziami „dlatego”, bardzo potrzebujemy, mój syn i ja, tych głupich pytań i głupich odpowiedzi, nie przynoszą nam mądrości żadnej, ale otaczają nas bezpiecznym ciepłem „rozumienia”, cóż z tego, że fałszywym, lepsze fałszywe niż żadne.

Pacholę złotowłose (białe złoto) nie chciało jednak iść na spacer, zajęte budowaniem statku kosmicznego, który strzela, jeździ i lata i przy pomocy którego pacholę zamierzało przez resztę poranka opiekować się mamusią, co oznacza zamiar utrudnienia mamusi porannej toalety. Próby przekupstwa spełzły na niczym, pacholę nie sprzedało się za marne obietnice zakupu „czegoś dobrego”, poszedłem więc sam.

I w zasadzie nie sam, bo skoro miałem iść sam, to poszedł ze mną Miles Davis i zapaliłem sobie papierosa po konwicku (czyli przed śniadaniem, podobno najlepszy – bo najbardziej skraca życie), poszedłem tą samą drogą, którą poszedłbym z dzieckiem, tyle, że zupełnie inną.

Słuchałem więc „Nuit Sur Les Champs-Élysées”, z samego początku „Windą na szafot”, paliłem papierosa, dziwiłem się radośnie temu, że znów jest tak ciepło i idąc po te bułki byłem przecież zupełnie gdzieś indziej i kimś innym, niż byłbym, gdyby obok mnie wbiegał na skarpy, rozchlapywał kałuże, robił „styl smoka” i paplał mój pierworodny.

Teraz nie jestem ojcem i to tak, jakbym nigdy nie był, jestem po prostu dymiącym przechodniem, jestem gościem w czerwonym softshellu, który idzie po bułki, jestem człowiekiem, który patrzy pod nogi i przed siebie i w niebo i prawie nie pamięta już o lepkich, ciemnych koszmarach śnionych niedawno, jeszcze się tlą, dogasają na czarno. Jestem mężczyzną, który rozchlapuje kałuże, bo założył specjalnie na te kałuże górskie buty, nie przemokną, jestem kimś, kto nie myśli o niczym, niczego nie planuje, nawet tego, co trzeba kupić w sklepie, nie myśli ani o sobie, ani o innych, nie kocha, nie jest kochanym, nie jest ani z kimś, ani sam, prawie jakbym zniknął. I śnieg znika i muzyka upiększa paskudne skądinąd Pilchowice: tak jak najgorszą szpetotę potrafi w sposób raczej banalny wysublimować gruboziarnista, czarno-biała klisza. Dziurawy asfalt i kałuże na chwilę nabrały charakteru tekstury, sine niebo stało się tłem i ogólny brud odwilży próbuje udawać społecznie zaangażowany realizm. I rausz delikatny, od nikotyny i papierosowej hiperwentylacji i nie ma mnie, są tylko kroki, domy, drzewa, niebo, domy, kroki, kałuże, ja w kałużach, ale przecież nie-ja, zimno w dłonie, asfalt jak skóra czarnego smoka, kamyki zatopione w niej jak łuski, jak pąkle w skórze lewiatana, poranek czysty, nic mnie nie boli, więc prawie jakbym nie miał ciała, a poza ciałem nie ma mnie wcale. Patrzę na świat raz okiem krowy, a raz okiem Boga: widzę, nie próbując rozumieć, albo rozumiem, nie próbując nawet patrzeć, dwie oddzielne prawdy spojrzenia i rozumienia, prawdy, których nie da się spoić w jedną.

A potem kupuję bułki i wracam do domu.

Summa

Wiatr mrozem ściska czaszki aż skrzypią, na śniegu czarne mundury, na czakach czerwone ptaki trzaskają kalekimi skrzydłami, białe, martwe tło. Stalowe nieba, tak wiele nieb, jak wiele jest chmur, tak wiele różnych szarości. Wielkie słońca tub basowych, puzonów, trąbek i waltorni i małe słońca guzików przy mundurach.

Chowają dobrego człowieka, chowają Ślązaka i żona i córki płaczą po śląsku: do wewnątrz, w siebie, kiedy spod trumny wysuwają się belki, straszliwie szarpie ich małymi ciałami ten płacz, którego prawie nie widać na twarzach i skalana wdowim piaskiem trumna zsuwa się w dół na kopidolskich linach.
Nie zabraknie im łez ani tęsknot.

A grzech mój zawsze przede mną, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata.
Przypominam sobie „Chryzantemę i miecz” Ruth Benedict: ciążące nad każdym Japończykiem poczucie niespłacalnego nigdy długu względem rodu i cesarza, który to dług jest fundamentem jednego z wielu japońskich „honorów” i który sprawia, że w japońskich romansach – w przeciwieństwie do europejskich – mężczyzna w tragicznym wyborze między lojalnością względem rodu a miłością do ukochanej wybiera w końcu zawsze rodzinę.

Jerzina, łůn bůu taki młody, szepcze za mną bardzo stara kobieta.
Stoję między grobami dzieci starszych ode mnie, zdrobnienia wyżłobione w szarym piaskowcu.
Jestem bardzo mały, przycięty na wymiar powściągliwym, śląskim smutkiem, smutkiem dalekim, głośno śpiewam w kościele, człapię po mokrym asfalcie w bardzo długim pochodzie, wieńce i czerń na długo zatrzymują ruch na drodze krajowej numer 44, na próżno zmieniają się światła, czekają cierpliwie smutne twarze za mokrymi szybami, wycieraczki zgrzytają razem z marszowym bębnem orkiestry. Ściągam rękawiczki, szepczę formalne kondolencje ściskając małe, zimne dłonie, to ważne, żeby nie powiedzieć nic więcej, nie należy mówić zbyt wiele, a już na pewno nic „od siebie”, to nie czas na mówienie „od siebie”, cóż by można powiedzieć „od siebie”?

Idziemy potem z siostrą na grób babci, nieopodal, czarni, zlodowaciali, po białym śniegu idziemy, z nosów nam cieknie, leży babcia pod ziemią, pod kamieniami i pod kwiatami i pod śniegiem, rozpuszcza się w tej ziemi, a obok jej mąż, mój dziadek, pół wieku dłużej w dole, a parę grobów dalej jej siostra i szwagier. Mówię moje modlitwy, nie rozumiem słów, mnę je zmarzniętymi wargami i patrzę się w glinę i pytam się gliny: czy mnie również tak chętnie, tak miłośnie przyjmiesz?

Czy mnie weźmiesz, brudna, poharatana, zgwałcona ziemio?

Na parkingu, na śniegu leży czerwone pióro z pióropusza górniczej orkiestry. Nie wierzę, że leży, nie powinno leżeć, jak może leżeć, tylko w złych filmach na białym śniegu tak leżą czerwone pióra, albo na złych obrazach. Więc podnoszę je, aby już tak nie leżało, nie wiem po co, ale zabieram czerwone pióro do domu.

Let the boat sail

Próbowałem podsumować zeszły rok, bo Orbitowski sobie podsumował, to ja przecież nie będę gorszy. I wychodzi na to, że jednak będę, bo nie umiem. Bo przecież w podsumowaniach nie chodzi o to, co się wydarzyło, nie chodzi o jakąś kronikę, do tego mam notesiki z gumką, czarne i czerwone, w których spisane są czyny i słowa różnymi kolorami atramentu.

Było więc trochę klęsk, trochę zwycięstw, progres zachowany, co do zasady, to był to dokładnie taki sam rok jak każdy kolejny od 2006, tzn. od kiedy utrzymuję się z pisania, czy może raczej od 2007, kiedy w końcu zrozumiałem, że mogę się utrzymywać z pisania i praca na etacie potrzebna mi byłaby wyłącznie do tego, żeby pożyć „normalnym życiem” i z grubsza połapać się o co chodzi w tym związanym z „chodzeniem do pracy” oceanie naszej kultury, w tych wszystkich biurowych frustracjach, radościach i smutkach, pisać o tym nie będę, bo to świat mi obcy, ale wiedzieć muszę. Uznałem jednak w końcu, że do tego wystarczą mi już moje dwa lata w wydawnictwie, w dziale praw zagranicznych, które zaowocowały paroma sympatycznymi wyjazdami za firmowe pieniądze, tysiącem przeczytanych i starannie zapomnianych książek o biznesie i innych nudziarstwach i ogólną frustracją, permanentną chandrą i jakąś wielką ulgą, kiedy nie przedłużono mi dwuletniej umowy – dopiero z dystansu widzę jak wiele dobrego przyniosła mi ta decyzja, która wtedy wydawała mi się niezrozumiała i niesprawiedliwa. Rzeczone wydawnictwo bez wątpienia również nie ucierpiało na skutek naszego rozstania, bo umówmy się – do normalnej pracy nadaję się jak wół do karety.

Co przypomina mi o tym, że Życie ma swój nurt, którego nie dostrzegamy. Mała niesprawiedliwość częścią sprawiedliwości większej. Myślę, że dharmy własnej odczytać nie sposób, nie da się jej rozpoznać świadomie, tym może różni się ta na wpół buddyjska, a na wpół moja prywatna konceptualizacja ludzkiego losu od chrześcijańskiego powołania, nie należy się tej dharmie sprzeciwiać, trzeba pozwolić się nieść Życiu. Spojrzeć na wszystko przez odwrotną stronę lunety: na miłość patrzeć ze świadomością, że może zawieść i że kiedyś umrze, jeśli nie za naszego życia, czego zechciejcie nam oszczędzić wszyscy miłośni bogowie, więc jeśli nie umrze za naszego życia, to przecież umrze w końcu razem z nami, bo w eschatonie każdy z nas będzie już zupełnie sam – nie wyobrażam sobie innej konfrontacji z Absolutem, niż przez absolutną samotność. Jeśli nie przez anihilację, co wydaje mi się nawet bardziej prawdopodobne, a anihilacja to samotność nawet względem samego siebie.
I tak samo chcę patrzeć na przyjaźń: trzeba sycić się nią i radować wiedząc, że przyjaźń, która się nie kończy często trwa tylko dlatego, że zawsze była tylko mdłym koleżeństwem.

I trzeba dużo, często myśleć o śmierci, w zasadzie być może o śmierci należy myśleć bez przerwy i to nie jakoś tam abstrakcyjnie, sądzę, że pożytecznym ćwiczeniem dla ducha jest nieustanne wizualizowanie sobie śmierci własnej i śmierci bliskich, wszystkich bliskich, próba odnalezienia w sobie tego najdalszego, najchłodniejszego spojrzenia na śmierć, próba odnalezienia w sobie obojętności, obojętności sycącej się obfitością fenomenów i subtelną złożonością życia, lecz nie przywiązującej się do niczego.

Dobry żeglarz nie widzi wiatru, nie patrzy na wimpel ani na icki, których wskazania i tak są tylko wypadkową wiatru rzeczywistego i własnego, które i tak nie wskazują niczego poza zawirowaniami, bo podmuchy wiatr ukrywają. Żeglarz wprawny czuje wiatr na twarzy, czuje wiatr pod kurtką, czuje na rumplu, na żaglach, czuje przez kadłub i na tym, jak dziobnica tnie wodę i tak samo dharmy nie ujrzymy, nie odczytamy, lecz to ona nas pociąga i pcha. Anglosaska propedeutyka żeglowania przekazuje pierwszą, najważniejszą prawdę: let the boat sail. Pozwól łodzi żeglować. Pozwól prowadzić się dharmie.

Poza wszystkim więc rok 2010 był więc dla mnie taki sam jak poprzednie i mam nadzieję, że 2011 również będzie taki sam i następne pięćdziesiąt również. Mam nadzieję, że moja dobra, kochana żona dalej znosić będzie mnie w irytującej roli męża-artysty, że moja rodzina wytrzyma ze mną w roli syna, brata, ojca, szwagra i kogo tam jeszcze, że moi przyjaciele ciągle będą uważać mnie za przyjaciela, a w żadnej z tych ról nie jestem do zniesienia łatwy, mam w końcu nadzieję, że sam ze sobą też jakoś wytrzymam, co również łatwe nie jest, bo jestem mną w sposób wyjątkowo męczący i uciążliwy i chętnie bym w roli bycia mną widział kogoś innego, ze sobą jednak zerwać stosunków nie sposób a i chętnych zastępców nie widać, więc trzeba się będzie jeszcze męczyć w tym świętym i nierozerwalnym związku pana Podmiota z panem Przedmiotem samoobserwacji.

Coś się jednak w roku 2010 wydarzyło we mnie, czego dziś nie umiem jeszcze podsumować, zbiegło się to, albo może zaowocowało, albo raczej było skutkiem napisania „Wiecznego Grunwaldu”, nie potrafię jeszcze odsunąć się od siebie na tyle daleko, by stwierdzić, czy to przełom we mnie zaowocował książką, czy pełna zdziwień, podążająca za pisaniem lektura własnej książki skutkowała przełomem, czy wydarzyły się tak po prostu obok siebie, ale bez wątpienia coś się wydarzyło, zdołałem znaleźć w sobie odwagę, by w końcu porzucić różne maski i samoidentyfikacje, które mierziły mnie już od dawna, ale ciągle byłem do nich przywiązany, ciągle łudziłem się, że znajdę w nich w końcu jakąś wartość, nie wiadomo jaką, tchórzliwie przywiązany byłem do nich jak niektórzy przywiązują się do przedmiotów, których tak naprawdę nie potrzebują.
Kiedy więc skończyłem „Wieczny Grunwald” to, jak to się mówi w kościółkowym slangu, stanąłem w prawdzie o sobie. Nie bardzo mi się ta prawda spodobała, ale jeszcze mniej podobało mi się samookłamywanie, więc dałem sobie spokój, dałem sobie spokój bycia ze sobą bez przymiotników, zrozumiałem, że mogę być ja-jako-ja, zrozumiałem, że tak naprawdę liczy się dla mnie tylko ta z góry skazana na niepowodzenie próba zrozumienia Życia, czy raczej próby i literackie dokumentowanie tych prób. Nie mam światopoglądu, nie obchodzą mnie prawacy w świętym starciu z lewakami, którzy również mnie nie obchodzą, kiedy zaś widzę różnych umiarkowanych centrystów to dostaję mdłości z obrzydzenia. Nie ma hasła, które sprawiłoby, że chciałoby mi się trzymać transparent.

Poza tym Apple wyprodukowało śliczny, aluminiowy komputer, którego waga jest przychylna moim zwykle obolałym plecom i ramionom, wielkość zgrabnie pasuje to fasonu torby, jaki lubię, zaś cena obeszła się w sposób akceptowalnie brutalny z moimi finansami i można na nim uruchomić Scrivenera, w którym świetnie pisze się książki i obejrzałem ostatnio genialny „Black Swan” Aronofsky’ego, „A Single Man” Forda i „Valhalla Rising” i dużo seriali i piję z przyjaciółmi, z którymi chce mi się pić – i dzięki Wam, przyjaciele, za wieczory i noce, za przedłużające się ku wieczorowi śniadania i kawy, za facebookowe czaty, za wino w Gruzji i w Krakowie, na Saskiej Kępie, na Grochowie, za soczyste steki w sosie z zielonego pieprzu w katowickim Spencerze i za tatara i pszenicznego tuchera tamże, za zupę z kalmarów w życzliwym domu w krakowskich Opatkowicach, za kaczkę w „Pikanterii”, za chianti, za vranaca, carmenere, pinot noir, za ciężkie, niefiltrowane, miodowe w kolorze rkatsiteli i mętne saperavi kachetyjskie, za wszystkie ciężkie lub jasne rozmowy przy moim stole kuchennym i w trasie na drugi koniec Polski i gdzie tam jeszcze, za to wam dziękuję – i patrzę jak rośnie mój syn i bawię się z nim klockami lego i czytam mu „Kubusia Puchatka”, patrzę jak towarzyszy mojemu Tacie w ogrodowych pracach i razem odśnieżamy wjazd do garażu i oglądam z żoną nocami filmy i regularnie przegrywam w squasha z Krzyśkiem i słucham nowej płyty Swansów i Waitsa i Beth Gibbons, i dużo czytam – tych co zwykle, ale też sporo Kundery i innych, marnuję też sporo czasu, pozwalam mu przeciekać, wtykam nos do kieliszka z winem i do pojemnika ze świeżo zmieloną kawą, bo nie ma lepszego zapachu na świecie, chyba, że ślad ciężkich perfum we włosach rozgrzanej tańcem kobiety. I piszę. I niech to trwa, na Boga, tego sobie najpobożniej życzę, niech to trwa razem z tymi wszystkimi smutnymi wejrzeniami w opustoszałe konto, z upokorzeniami z tym związanymi, razem z chandrami, z kłótniami, z kłopotami, niech to trwa jak długo może, a potem niech trwać przestanie i niech będzie potem nowe.

Let the boat sail.