Święta i okolice

Tak się złożyło, że moja Mama urodziła mnie pod koniec lat siedemdziesiątych dzień przed Wigilią. Także, jak łatwo wywnioskować, dokładnie tego dnia obchodzę urodziny. Sam dzień moich urodzin, dzień przed Wigilią jest już dość nerwowy, albowiem zdążyć trzeba z wszystkim, zanim wieczorem przyjdzie do nas rodzina, razem ze mną świętować to, że coraz bliżej mi do śmierci. Więc takie nasze prywatne świętowanie moich urodzin zaczynamy 22 grudnia późnym wieczorem, siedzimy sobie razem w kuchni, puściłem ulubioną płytę Waitsa, A. lepi uszka, wspomaga ten polski buraczano-imperialny szturm barszczu na nasze śląskie królestwo konopiotki, moczki i makówek, ja piję marne chianti (dwie butelki pięknego pinot noir zostawiłem jednak na święta, chociaż mnie kusiły), jem migdały i prosciutto crudo i rozczulam się nad sobą, albowiem kończę właśnie trzydziesty pierwszy rok życia, co nic nie znaczy, poza tym, że urodziłem się trzydzieści jeden lat temu, co dalej nie chce niczego oznaczać, poza tym, że mógłbym sobie statystycznie policzyć na ile zbliżyłem się do śmierci, z czego również nic by nie wyniknęło, bo statystyka ważna jest dla towarzystw ubezpieczeniowych, nie dla podmiotu nieuchronnego umierania, ale i tak mi trochę smutno. Czujni P.T. Czytelnicy zapewne zauważyli, że obsesyjnie ostatnio wracam do tego, że nic niczego nie znaczy, że nie ma przypadków, nie ma znaków, jest tylko Życie – więc od razu proszę o wybaczenie, ale właśnie tak jest, zawładnęła mną ta myśl z mocą obsesji, więc będę o tym teraz pisał ciągle, póki jakaś nowa obsesja nie wygryzie starej, bo tylko o moich obsesjach pisać potrafię. O północy dostaję zaś od A. śliczny prezent urodzinowy i siedzimy sobie dalej.

A potem już właściwy dzień moich urodzin, znalazłem pół godziny na to, by posiedzieć w kawiarni i coś poskrobać w notesiku, ale poza tym dzień mija pracowicie, sprzątam, wykopuję z ogrodu świerka, z którym trochę się przyjaźnię, stał już u nas w domu trzy lata temu, w pierwsze Boże Narodzenie mojego syna, tyle, że teraz jest dwa razy wyższy niż wtedy, na Trzech Króli wróci na ogród, do wiosny postoi już w donicy i wiosną właśnie mam nadzieję posadzić go już na naszej ziemi, niedaleko domu, który na razie ma postać archicadowych kresek w komputerze A. W przykrytym śniegiem ogrodzie została po świerku wielka czarna dziura, wygląda przerażająco, jak lej po małej bombie. Wieczorem przychodzi rodzina na te moje przedwigilijne urodziny i siedzimy sobie razem, jemy i pijemy, a dookoła harcują dzieci, a kiedyś nie harcowały i te harce które teraz są, a kiedyś ich nie było bardziej przypominają mi o Życiu niż świeczki na brzoskwiniowym torcie.

A dzisiaj Wigilia, będzie biały obrus, gorzki smak konopnej zupy, Wigilia o której nie chcę już nic więcej pisać, więc napiszę tylko, że życzę moim P.T. Czytelnikom wszystkiego dobrego: tym, którzy mnie lubią, bo nie czytają, tym, którzy mnie czytają i dlatego nie lubią, tym którzy mnie nie lubią i dlatego nie czytają, jak również tym, którzy mnie lubią i czytają i tym najserdeczniej, ale reszcie również szczerze wszystkiego dobrego życzę.
Niech Bóg, który się rodzi – a nie ma nic, co bardziej świadczyłoby o Jego wszechmocy, niż to, że się narodził – przyniesie Wam, Szanowni, nowe życie. Niech w dniu swojego święta Sol Invictus da Wam światło, w dniu, w którym kryje się najgłębiej za horyzont, a jednak wschodzi, przynajmniej na tej szerokości geograficznej, na jakiej światu przydarzyła się Europa, od przesilenia podążając ku równonocy i znów ku przesileniu letniemu, historia Wcielenia opowiedziana wschodami i zachodami Słońca Niezwyciężonego, życie ku śmierci i umieranie ku życiu.

Zapiski podróżne

Podróż pociągiem zawsze skłania mnie do pisania, co nie jest dobre, gdyż pisarz powinien w pociągu raczej słuchać ludzi. Ja jednak nie lubię przekraczających podstawową uprzejmość rozmów z przypadkowymi towarzyszami podróży, nad czym ubolewam, gdyż mądrzej byłoby w pociągu słuchać innych, niż samego siebie, bo w takich ciepłych czasach jak nasze, życie własne to za mało dla literatury, trzeba jeszcze wchłonąć i przetrawić życia cudze. A jednak nie potrafię, zbyt długo wprawiałem się w mizantropii i takie są skutki uboczne. Więc odgradzam się od świata słuchawkami i książką lub ekranem komputera. I czasem udaje mi się rzeczywiście czytać lub pracować, jednak głównie chodzi o to, aby zbudować przed sobą mur.

Z pociągu można też przyglądać się zimowym polom śnieżnym, na których wiatr rysuje swoje mandale i myślę, że w tych wzorach kryje się wieczność, bo rysował je wiatr kiedy ani jeden człowiek nie stąpał po ziemi i rysował je wiatr kiedy żadne kopyto, rać ani żadna łapa nie niszczyła tych wzorów i będzie spokojnie dalej rysował wiatr te wzory kiedy w proch i pył zwietrzeją kości ostatniego dziecka, któremu ten sam wiatr wyciskał rumieńce na policzkach, gdy płozy sanek niszczyły swoimi śladami wiatrową harmonię bieli na białym tle, nie tak doskonałą jak u Malewicza, bo z kontrapunktami rudej trawy.

Od Ciorana wiem, kiedy powinienem przestać pisać: kiedy nie będę miał już niczego do ukrycia. Pisać umiem tylko sobą, a J.D. pyta mnie ostatnio, czy staram się jakoś świadomie panować na swoim literackim ekshibicjonizmem, nie ze względu na literaturę, której ekshibicjonizm pewien służy niewątpliwie, tylko ze względu na duchową równowagę, w końcu tylu utonęło już w lodowatych wodach rzek, w krwi z głów przestrzelonych, w wódce i w lepkiej, pachnącej oszałamiająco melasie rozpusty. Ale ja się nie obawiam: bo kiedy piszę to, czego nie ośmieliłbym się wyznać nikomu, to piszę by ukryć wyznanie w sposób absolutny, schować jak źdźbło w stogu siana, schować samego siebie między okładkami, tam, gdzie nie dosięgnie mnie świat i życie. To, co znalazło się w tekście zostaje obłaskawione, tego nie muszę się już obawiać.

Poza tym odkrywam po małym kawałeczku dziwną wspólnotę z tymi nielicznymi, których śmiem nazywać przyjaciółmi, ale nie tylko z nimi. I nie jest to wspólnota światopoglądów, gdyż tych szcześliwie wyrzekłem się tak samo, jak wyrzekłem się spodni bojówek tudzież t-shirtów z nadrukiem – są to rzeczy wygodne, ale przystoją tylko w pewnym wieku, potem z światopoglądem wygląda się groteskowo albo głupio, jak mężczyzna przebierający się za nastolatka. Poza tym światopoglądy są mało eleganckie, kiczowate, a od świata należy się elegancją odgradzać. Na czym więc polega ta wspólnota? Prawdopodobnie jest to wspólnota ludzi pogodnych, chociaż odrobinę gorzkich, tych, którzy wyzbyli się entuzjazmu i wszelkiej dziarskości, tych, którzy znają ważność melancholii i goryczy. Taka postawa jako jedyna pozwala, jak mi się wydaje, zachować zdrowe zmysły w tym świecie smutnym, głupim i pięknym.

O „Promieniowaniach” i tym, co niewypowiadalne

Wczoraj w nocy czytałem „Promieniowania” Jüngera, książka otwarła mi się na zapiskach z czerwca 1943 i tam zostałem.
Nie potrafię skorelować tego z żadnym konkretnym stanem psychicznym, ale czasem, bardzo rzadko, Jünger wydaje mi się bliższy niż Márai, chociaż to ten ostatni bliski jest mi na co dzień.

A wczoraj u Jüngera w zapiskach z trzech bliskich sobie dni jak zwykle znalazłem coś nowego. Coś, co wcześniej tylko przeczytałem, a wczoraj w nocy zabrzmiało mi inaczej.

Nocą zresztą wszystkie książki brzmią wyraźniej. Dlatego złe książki, które jestem w stanie znieść jakoś w ciągu dnia, w nocy byłyby torturą. Nocne „Promieniowania” zaś stają się dla mnie lekturą już nie tylko intelektualną, ale na wpół* duchową, tak samo jak czytanie nocą Ciorana, nie ze względu na jakąś bliskość Jüngera i Ciorana, bo szczególnej jakiejś nie dostrzegam, lecz ze względu na czystość i jasność ich głosu. I chociaż, jak już napisałem, Márai wydaje mi się bliższy, to jednak ma on głos inny, matowy, stłumiony, spokojniejszy, bez dramatycznych i wysokich tonów, oczywiście z wyjątkiem ostatnich stron jego dziennika, na której jednak ośmielam się zaglądać tylko czasem. Tak samo zresztą La Rochefoucauld, którego Cioran aforysta jest przecież w jakimś wymiarze następcą i uzupełnieniem i którego intelektualnie chyba od Ciorana wolę, bo mniej u niego efekciarstwa a więcej prawdy i smutku. Jednak chociaż odkrywa La Rochefoucauld przede mną różne tajemnice ludzkiej kondycji, nie znajduję u niego tego, co sprawia, że przez sam akt lektury mam wrażenie obcowania z tym, co niewypowiadalne.

A co znalazłem u Jüngera, w zapiskach z trzech kolejnych dni:

„O Cellarisie** i jego postawie uznawanej za wzór. (…) Pewne jest tyle, że ten człowiek mógł się stać kimś znaczącym dla historii Niemiec, skierowałby nurt w łożysko, w którym mogłyby się odnaleźć, rozdzielone obecnie, władza i duch, i to w stopniu dającym nieporównanie większą trwałość i nienaruszalność. Oczywiście demagogowie obiecywali to wszystko po tańszej cenie; jednocześnie dostrzegli niebezpieczeństwo jakie stanowił. Pewne jest, że pod jego egidą uniknęłoby się wojny z Rosją, może nawet wojny w ogóle. Nie doszłoby także do okrucieństw wobec Żydów, które sprawiają, że cały świat jest przeciwko nam.”

Dzień później, 23 czerwca 1943:

„(…)Przechodziłem obok scenek o dużej wyrazistości, jak choćby ta: mężczyzna siedzący na krzesle przesuwał powoli obie dłonie po udach partnerki, która stała przed nim, i tym ruchem zmierzającym w stronę bioder zadzierał równocześnie jej lekką wiosenną sukienkę. Tak spragniony pijak*** po upalnym dniu obejmuje pięknie wybrzuszoną amforę, którą chce przyłożyć do ust.”

W kolejnej notatce, z 4 lipca 1943, Jünger pisze o dwóch decyzjach sądów wojennych. W jednej Kniébolo**** ułaskawił oficera skazanego na dwa lata więzienia za rozstrzelanie bezbronnych jeńców na froncie wschodnim. W drugiej skazano na degradację i dwa lata więzienia oficera, który, utknąwszy w korku samochodowym, nie wymógł na innych kierowcach prawa przejazdu. Komentuje sprawę następująco:

„Widać z takiego zestawienia, co w świecie szoferów jest wybaczalne, a co stanowi przestępstwo. Wszelako nie chodzi tu jedynie, jak długo sadziłem, o moralny daltonizm; to dotyczy tylko mas. Ludzie o umysłowości Kniébola ulegają swej najgłębszej skłonności do zabijania na jak największa skalę; wydaje się, iż przynależą do świata trupów – miła jest im woń zabitych.”

Wszystkie te trzy obserwacje są ciekawe; jednak dopiero ich relacja – i dziesiątek im podobnych – daje „Promieniowaniom” tę rangę, jaką posiadają przynajmniej dla mnie, rangę literatury dotykającej Niewypowiadalnego. Notka z 23 czerwca, kończąca się tą najpiękniejszą ze znanych mi jüngerowskich scen erotycznych (prawda – nie znam ich zbyt wiele), zaczyna się od obserwacji chrząszcza w Lasku Bulońskim i nie wiem – czy jest afirmacją pewnej zwierzęcości człowieka? Pisze Jünger parę zdań wcześniej o zwierzętach, że „należą do nas jak płatki różane do kielicha róży – są materią naszego życia, naszą pierwotną siłą, która przegląda się tutaj w szlifowanym lustrze”. Niedaleko od rymkiewiczowskich zajęcy, jeży i wiewiórek, tak swoją drogą. Ale potem zaraz: amfora, a w amforach przechowywano wszystko to, co najlepsze w naszej cywilizacji, skoro przechowywano w nich wodę, oliwę i wino. Czyli raczej dionizyjskość (sama w sobie właśnie nieco zwierzęca) obcowania z kobietą, coś zupełnie obcego naszym czasom, bo jakże odległego zarówno od stechnicyzowanej, mechanicznej antyestetyki porno, jak i nowokatolickiego slangu o „zjednoczeniu w akcie małżeńskim” czy „otwartości na życie”.

A przed tym i po tym metahistoryczny namysł o Niekischu i Hitlerze, a jeszcze pomiędzy o bombardowaniu katedry w Kolonii, krojeniu żywej langusty (wypis z „Kuchni francuskiej”), Edgarze Allanie Poem, o gramatyce i o śmierci szalonej księgarki, z którą Jünger się przyjaźnił, uważał za niezwykle uzdolnioną literacko i nazywał „Ognistym Kwiatem”.

I te sprawy tak od siebie odległe nie znalazły się w „Promieniowaniach” przypadkiem; to znaczy, Jünger mógł równie dobrze nie wiedzieć, dlaczego akurat teraz pisze o krojeniu langusty a potem o spalonej katedrze w Kolonii, dlaczego nie o czym innym, bo to nie o jego wiedzę tutaj chodzi, tylko o to, co dzieje się poza świadomością pisarza, a potem, w trakcie lektury również jakoś poza świadomością czytelnika, przynajmniej poza tą możliwą do ujęcia w słowa, i co stanowi o różnicy między pisarzami nawet najwybitniejszymi, a tymi, którzy dotykają Niewypowiadalnego, będąc na przykład warsztatowo czy intelektualnie słabszymi (słabość warsztatowa ani intelektualna Jüngera akurat nie dotyczą, bynajmniej).

————————————-

*przysłówek „wpół” stał mi się ostatnio bardzo bliski, ciągle czuję się „na wpół taki, a na wpół przeciwny”, jakbym, powoli dorastając, dopiero teraz zdał sobie sprawą, że w tych sferach, w jakich miałem się z szarego, składam się raczej z wymieszanych mocno, lecz jednak odrębnych czerni i bieli
**czyli – o Ernście Niekischu
***w tłumaczeniu, świetnym skądinąd, Sławomira Błauta, pojawia się w tym miejscu słowo „pijaczyna”, które, niezależnie od brzmienia oryginału po prostu nie pasuje, należy do innego diapazonu, niż erotyczne brzmienie tej scenki.
****czyli – Adolf Hitler, jednakowoż warto zauważyć, że Jünger pisał raczej o Adolfie Hitlerze – postaci historycznej, konkretnym, posiadającym ręce, nogi i szaloną głowę człowieku, nie zaś o Hitlerze, postaci mitologicznej.

Miasta, samotność i o tym, że nic niczego nie oznacza

Nigdy nie mieszkałem sam. Aż do niedawna, najdłuższej samotności doświadczyłem kiedyś w Nowym Jorku, gdzie pojechałem samemu na targi książki i zostałem, z rozdziawioną buzią oglądać mury Wielkiego Babilonu, stolicy świata.
A teraz pojechałem pisać nową powieść, która mnie przeraża i nosi tytuł „Morfina”, pojechałem niedaleko, do Krakowa.
I spędziłem z dwiema dłuższymi przerwami trzy tygodnie z okładem w wielkim, pustym mieszkaniu z ogromnym oknem wychodzącym na Planty i ulicę Sławkowską i w samotności spotkałem tam kogoś, kogo wcześniej nie znałem, samego siebie spotkałem, innego siebie, niż wcześniej znałem. Więc za dnia pisałem, wieczorami parę razy wychodziłem pić z krakowskimi przyjaciółmi, raz nawet poszedłem sam do kina, ale raczej to siedziałem samemu nocami i wieczorami i się bałem siebie. Nie o siebie, lecz siebie.

Od czasu tamtego wyjazdu do Babilonu minęło pięć lat i to jest o wiele dłuższe moje pięć lat niż pięć lat jeszcze wcześniejsze, od roku 2000 do 2005, i wydaje mi się również, że będzie dłuższe od tej pięciolatki, która teraz mi się zaczyna. Zauważyłem, że co jakiś czas przechodzę coś na kształt wylinki, tak jak węże zmieniają skórę, tak u mnie skóra zostaje, ale zmieniam jakiś wewnętrzny porządek, zmienia mi się wewnętrzna konstytucja. Więc może nie wylinka, tylko przepoczwarzenie. I wydaje mi się, że nie jest to proces ciągły, wydaje mi się że raczej jestem constans, tylko co parę lat nagły przełom i znowu, nowe constans. I tak w 2005 przywilejem dwudziestoparolatka nie patrzyłem w siebie, lecz w świat, zresztą trudno było samego malutkiego siebie zauważyć wśród dziesięciu milionów nowojorczyków. I stolica świata wygrała, wypełniła szczelnie całą moją ówczesną samotność i siebie nie spotkałem.

A teraz owszem. Spotkałem siebie i okazałem się kimś sobie obcym. Więc obchodziliśmy się ze sobą ostrożnie, samoobserwacji pan Podmiot i pan Przedmiot w jedno zlani, z daleka, jak to zwykle na początku znajomości, sprawdzaliśmy z kim mamy do czynienia i gdybym to nie sobie się przyglądał, to uznałbym bardzo szybko, iż nie jest to znajomość, którą chciałbym kontynuować. Oczywiście, nie możemy się rozstać, ale postanowiłem, że stosunków zbyt zażyłych utrzymywać również nie będziemy.

A jednak, było to ważne i oczyszczające doświadczenie i wiem, że czasem tej samotności mi potrzeba. Następnym razem będzie to jednak samotność pełniejsza, bo wiem już, kogo w tej samotności spotkam. Więc czasem trzeba siedzieć godzinami w ciszy, pić samotnie wino, patrzeć przez okno i słuchać tej ciszy, słuchać siebie, czasem trzeba, ale rzadko, myślę, że po miesiącu takiego życia rozpadłbym się na kawałki i żywota dokonał w pokoju o miękkich ścianach, w wiecznej ciszy kontemplując amplitudę padania kropli śliny sączącej się z kącika ust.
Więc kogo tam spotkałem, w tym wielkim, pustym mieszkaniu? Nie ma sensu, bym o tym pisał, bo pisząc o sobie nie sposób napisać prawdy. Nawet jeśli jakimś najwyższym aktem heroizmu napisałoby się prawdę w jej sensie podstawowym, według prawdy klasycznej definicji, to nigdy nie będzie prawdą funkcjonalnie, gdyż społeczną zasadą jest prawdy na swój temat niemówienie; tym samym, powiedzieć jej się nie da. Bo nawet jeśli jest prawdą w sensie podstawowym, to i tak każdy założy, że jest kłamstwem, skoro zasadą jest o sobie kłamać. Więc gdybym chciał zakomunikować komuś: jestem teraz taki a taki, to wiadomość ta nie dotrze, bo odbiorca komunikatu z zasady przyjmie, że jestem inny, niż właśnie mówię: dramatycznie inny, inny odcieniem, albo rozłożeniem akcentów, ale inny. Więc o sobie można tylko kłamać.
Wdzięczny jestem zresztą bliźnim za te kłamstwa, nawet za kabotyństwo, hipokryzję i fałszywe maski, tak jak wdzięczny jestem, że swoją nagość skrywają pod ubraniami. I nie szukam o bliźnich prawdy, wystarczy mi prawda o sobie, więcej takich prawd byłoby ponad moje siły, szukam w bliźnich masek inteligentnych i gustownych, z prawdą własną niech się każdy zmaga sam.

Co oczywiście nie dotyczy najbliższych, zupełnie inaczej wyglądają przecież nasze bolesne czasem zmagania z najbliższymi, a więc z tymi których kochamy i którzy nas kochają i z tymi, którzy darzą nas przyjaźnią i których przyjaźnią obdarzamy. Ciekawe, tak na marginesie, że kocha się „kogoś”, a przyjaźni się „z kimś”, kochać się z kimś w narzędniku ma znaczenie jednak nieco węższe niż kochać kogoś w bierniku. A przyjaźnić kogoś w bierniku w ogóle się nie da. Chciałbym myśleć, że to coś znaczy, że jest w tym jakiś sens, niechże pozostanie na wieki przede mną ukryty, ale chciałbym, żeby był, dlaczego tutaj biernik, a tam narzędnik, inny sens niż tylko historyczno-etymologiczny. Jednak obawiam się, że sensu nie ma i nic nie wynika i nic nie znaczy, świat ludzki jest chaosem pojęć. Jest takie powiedzonko, że nie ma przypadków, są tylko znaki. Jednak nie sądzę, aby to była prawda; najdalszy jestem oczywiście od wiary w przypadek, która wydaje mi się najgłupszym z religijnych szaleństw, jednak nie sądzę, aby to, co się dzieje miało znaczenie inne niż samo w sobie. Nie ma przypadków, jest tylko Życie, to co się dzieje oznacza tylko to, co się dzieje, nie posiada odrębnych, osobnych desygnatów. Dlaczego tak sądzę? Nie mam pojęcia, chciałbym móc powiedzieć, że wynika to z jakiegoś tajemniczego, nieświadomego, noetycznego wglądu w istotę rzeczy, ale może mi się po prostu wydaje, a może tylko tak mi się napisało?
Nie, jednak nie: przecież nic się tak samo z siebie po prostu nie pisze, słowa nie padają przypadkiem, słowa ważą i kosztują zbyt wiele.

Poza tym, czy mógłbym o sobie powiedzieć cokolwiek ciekawego? Oczywiście, pusty smutek, niepopartą cierpieniem gorycz, bezsensowną niechęć, żywioną przez okno wysokie do ludzi wsiadających do tramwajów, przechadzających się plantami, do taksówkarzy, do kierowców turystycznych meleksów – wszystko to można ubrać w wyrafinowane słowa esejów, felietonów, potrafię przecież nadać temu formę wysublimowaną, poprzeć cytatem, to akurat potrafię, to mój zawód, nie potrafię w końcu nic innego, ale potrafię jakoś sublimować w sztukę rzeczy niskie, tylko, że nie zawsze ma to sens. Nie zawsze warto. Tym razem nie warto.

Wolę napisać o tym, że tak naprawdę, to lubię miasta: nie przeszkadzały mi dzwoniące nocą tramwaje, światła na suficie, lubię flanerować po ulicach, siedzieć na ławkach i zza przeciwsłonecznych okularów bezkarnie gapić się na przechodniów, lubię czytać napięcie między ludźmi, odgadywać co ich łączy z tego, jak się dotykają, jak na siebie patrzą, lubię samotnie siedzieć w kawiarnianych ogródkach za murem szklanki z piwem, zaglądając przelotnie do książki, ale tak naprawdę nie czytać, tylko grzać się na słońcu i myśleć o tym, że lato się skończy, lubię też pisać w kawiarniach, gdzie dziesiątki ludzkich głosów zlewają się w doskonałą ciszę. I to wcale nie za sprawą Krakowa, Kraków za grubo ma na sobie werniksu i patyny. Chodzi o miasto-jako-takie. Wyobrażam sobie, że mógłbym pomieszkać trochę w Warszawie, lubię Warszawę, więc gdyby los tak chciał (a nic na to nie wskazuje), to moglibyśmy się tam wszyscy przenieść, w trójkę, czy już niedługo w czwórkę i mieszkać sobie pół roku czy może nawet rok.
Ale nie dłużej. Chyba nie.

Cóż zresztą mogę o tym wiedzieć, skoro od siódmego roku życia nigdy nie spędziłem w żadnym mieście więcej niż kilkunastu dni bez przerwy? Byłem tydzień z okładem w Wielkim Babilonie, jeśli dobrze pamiętam to jakieś dwa tygodnie w Pekinie, teraz w jednym ciągu dziesięć dni w Krakowie, po kilka dni w Warszawie, Londynie, Rzymie, Budapeszcie, Moskwie, Ułan Bator, Tbilisi, Wrocławiu, gdzie tam jeszcze. Oczywiście inaczej byłem w miastach, w których byłem turystą, inaczej tam, gdzie jechałem w interesach inaczej mieszkałem w Krakowie na literackim, krótkim wygnaniu i inaczej odwiedzałem przyjaciół. I znowu, jak zwykle, nic z tego nie wynika, bo zwykle jest tak, że z takich obserwacji nie wynika właśnie nic. Bo co miałoby wynikać? Nie ma znaków ani przypadków, jest tylko Życie, które znaczy same siebie i jest Tajemnica.

Więc nie czuję się w mieście-jako-takim obco. Ale nie czuję się też u siebie, z tego powodu prozaicznego, że u siebie nie jestem. A czym są moje mgliste dzisiaj, rozmokłym śniegiem przykryte Pilchowice? Wsią, w której na trzy tysiące mieszkańców rolników jest może pięciu, albo dziesięciu, sam nie wiem, ale raczej nie więcej? Chyba że więcej, ale na pewno nie tylu, aby to miało znaczenie. Miastem nie są na pewno, skoro obca, nieznana twarz na ulicy od razu rzuca się w oczy. Chętnie oszukuję sam siebie bajkami o przednowoczesnych wspólnotach i o poczuciu zakorzenienia, są to bajki na wpół fantastyczne, a na wpół prawdziwe, jak to zwykle bywa z bajkami, ich fałsz blaknie, kiedy tylko trochę bardziej w nie wierzę, kiedy Życie prowadzi mnie bardziej w ich stronę. To jakiś dziwny sposób bycia podmiejskiej na wpół wspólnoty, na wpół sypialni dla okolicznego, śląskiego wielomiasta, jakoś tak mi się przyzwyczaiło, duchowo i życiowo, do bycia w takim wpół drogi, we wsi, w której życiu nie muszę wcale uczestniczyć, ale też mogę bez większego trudu, mogę należeć trochę tutaj, a trochę Bóg jeden wie gdzie.

I tyle, i znowu: cóż z tego wynika? Nic z tego nie wynika. Świata ludzkiego nie sposób zrozumieć, nie sposób poznać, i dzięki za to Bogu: dlatego skrywa świat jakąś Tajemnicę, od której nie dzieli nas rok ani wiek wysiłku naukowców, od których dzieli nas raczej nieprzebyta otchłań człowieczeństwa: nie możemy Tajemnicy poznać, bo jesteśmy ludźmi.

Myślę, projektuję sobie samotność absolutną. Pojechać samemu na Spitsbergen, nie, inaczej: pojadę samemu na Spitsbergen, wezmę namiot, karabin i liofilizaty i pójdę gdzieś głęboko w interior, w Nordenskiöld Land, i kiedy się zmęczę, to rozbiję namiot i będę palił ognisko, siedział na radzieckiej belce, pił kawę, palił papierosy, będę patrzył na ocean albo na fiord, strzegł się niedźwiedzia i może tam będę na krótko tak samotny, że zniknę nawet ja sam, nie spotkam tak zupełnie nikogo, że nawet siebie nie spotkam, zniknie pan Podmiot, zniknie pan Przedmiot, zostanie sama samotność, a ja rozpłynę się gdzieś między siwym niebem a stalowym morzem, zniknę i mnie przez jakiś czas nie będzie i z tego niebycia urodzę się na nowo.

Zdrada

Jak mam mu jeszcze kiedyś zaufać? Skoro porzucił mnie tak łatwo, po tych wszystkich espresso które dla niego wycisnąłem! Po tych litrach spienionego lubieżnie mleka! Po tym, jak ubijał we mnie kawę, rozgrzewał mnie i wciskał we mnie arabiki świeżo mielone, dokręcał i w końcu włączał, ja drżałem, a czarny, oleisty napar spływał ze mnie i pokrywał się brązową cremą…
I wystarczyła jedna paczka egzotycznej kawy i znowu czuję tylko ten oszałamiający zapach kardamonu, cały dom nią pachnie, zapachem serajów Konstantynopola i Aleksandrii, ja pachnę tak prosto, zwyczajnie – chociaż przecież schludnie – ale jednak powszednio, tylko kawą, niczym więcej… Moja kawa nie ma tej fałszywej słodyczy, tnącej słodyczy wschodnich chałw i rachatłukum. I widzę go z nią, z dżezwą, znowu! Widzę go, jak sypie do niej ten wyuzdany cukier, tę kawę tak nieprzyzwoicie drobno zmieloną, widzę jak ogrzewa jej krągłości, schładza ją, znowu podgrzewa, mnie nigdy tak nie pieści, we mnie nie tych łatwych namiętności i podniet, nie spieniam się tak łatwo, nie ma otwartego płomienia, ja nie wykipię przecież, jak ona…

Dlaczego zdradzić mnie przychodzi mu tak łatwo? Czy to dlatego, że kupił mnie z przeceny? Czy to przez tę skazę na moim czerwonym lakierze, która sprawiła, że wyceniono mnie tak tanio? Ale w końcu nazywam się DeLonghi! Żadna arystokracja, ale jednak… Dlaczego nie widzi mojej prawdziwej wartości?
I wróci do mnie, przecież wiem, że wróci, wracał już tak wiele razy, znudzi się szybko tą tanią egzotyką, po obiedzie zapragnie znowu zwykłej espresso, któż inny wie, że rano do caffé latte życzy sobie podwójny napar, żeby było mlecznie, cieliście, a jednak mocno i kawowo. Wróci. A ja nic nie powiem, cicho będę dalej dla niego parzył tę kawę, aż w końcu kiedyś pęknie mi serce, a on wtedy wystawi mnie za drzwi, tak jak zrobił z moim poprzednikiem i znajdzie kogoś nowego, na moje miejsce, przecież dżezwa mu nie wystarczy…

I dogorywając na śmietnisku o czym będę myślał? O jego niewdzięczności? Czy o tych wielu dobrych chwilach, które spędziliśmy razem, o tych porankach, kiedy stawał przede mną zaspany, na kacu, zmęczony, półprzytomnie mnie rozgrzewał, a ja dawałem mu z siebie wszystko, dla tego jednego spojrzenia wdzięczności, kiedy kawa spływała mu w tętnice i udawało mu się w końcu otworzyć oczy.

Święci

Ci, którzy siedzą w ciemnościach i w ciszy, z twarzami wspartymi o dłonie i łokciami wspartymi o plugawe blaty, drżą podniebienia miękkie w chrapliwych oddechach.
Ci, którzy złożyli swe ciała przy ścianach, podciągnęli kolana ku brodom i objęli je troskliwymi przedramiony.
Ci, którzy na plugawych blatach złożyli policzki i okruchy chleba wyciskają w ich skórze swoje ospowate „połącz punkty”.
Ci, którzy biodra zepchnęli ku najdalszym rubieżom foteli.
Ci, których podniecenie przegrało ze snem i zastygli z dłońmi na piersiach i biodrach tych, które zasnęły zawiedzione.
Ci, których chwiejne kroki zawiodły ku bezpiecznym portom sedesów, przy których trwają w kamiennym półśnie męczeńskim, szarpani torsjami.
Ci, którym sen nie wytrącił z rąk kieliszków i razem z drżeniem serc rozchodzą się fale na calowym lustrze ciepłej wódki.
Ci, których nie obudził żar papierosa i przypieczeni mgliście śnią o bólu.

Wy, którzy zasypiacie: ufni, dobrzy, cisi, z losem pogodzeni biesiadni święci.

Historiozofia dla trzylatków

Idziemy po bułki. Franek znudził się skakaniem po kałużach.
- Tatusiu, a gdzie mieskają lyceze?
- Na zamkach.
- A co oni mają na zamkach?
- Zbrojownię, stajnię, w której stoją koniki, komnaty…
- A co jesce mają lyceze?
- Hm… rycerz musiał mieć swoją ziemię.
Idziemy chwilę w milczeniu.
- Tatusiu. A na ksypład cy to jest ziemia lyceza? – Franek wskazuje na pryzmę wykopanej przez koparkę gliny.
- Nie, to nie jest ziemia rycerza.
- A cemu?
- Bo rycerzy już nie ma.
- A cemu?
- Bo była rewolucja i nie ma.
- A cemu była?
- Oj, misiu, o tym czemu była to pogadamy za parę lat, okej?
- Okej. A gdzie są teraz lyceze?
- W Walhalli. W niebie dla rycerzy.
- Aha. A cemu?
- Bo w Walhalli jest im fajnie.
- Aha. Oni wyginęli?
- Tak, wyginęli.
- Skoda ze wyginęli.
- Szkoda.
- Skoda. Bo ja mógłbym być lycezem. Takim plawciwym! Miałbym zamek. I plawciwy miec. I duuuuzo lizaków!

Sen o literaturze

Śnił mi się dziś pewien utalentowany pisarz z Krakowa, z którym, jak mi się wydaje, mam zaszczyt się przyjaźnić, a który wyda w czasie bliższym lub dalszym powieść, którą czytam właśnie, a która z kolei zdaje mi się być bardzo dobra. Ale o powieści innym razem, dziś o śnie, który pojawił się pewnie w efekcie wczorajszych krakowskich popołudnia i wieczoru, które bardzo miło spędziłem w jego towarzystwie – między innymi, bynajmniej nie mniej ważnymi, bo siedzieliśmy w towarzystwie nieco szerszym, w zaprzyjaźnionych ludzi pióra obfitującym, ale tylko jeden z nich się w moim śnie pojawił.

I we śnie spacerowaliśmy razem, odziani bardzo elegancko, sportową elegancją przedwojenną – pamiętam, że towarzysz mojego spaceru, prócz sportowej marynarki, nosił kaszkiet, pumpy, podkolankówki w kratkę argyle (bardzo ich zazdrościłem), ja byłem w tweedowym garniturze myśliwskim i prowadziłem staroświecki, przedwojenny rower na białych oponach (który dziwnie przypominał rower pewnej krakowskiej pani redaktor, która swoją uroczą obecnością przełamała męski charakter wczorajszego spotkania).

Więc spacerowaliśmy: jesienią, po jakimś mieście słowackim lub węgierskim, dużym, ale zabudowanym jak małe miasteczko o bardzo stromych ulicach i w knajpach siadaliśmy i jesienne, czerwone winośmy pili i jedli pieczone kaszty z papierowych torebek, potem ucztowaliśmy jesiennie, jedząc pieczeń z kaczki, a potem paliliśmy cygara, rozmawiając niezobowiązująco, życzliwie, w takim przyjemnym, niespiesznym rytmie – aleśmy jednocześnie wiedzieli obaj i ubolewali nad tym, jak nad nieuchronnym nadejściem zimy, że sielanka ta nie potrwa długo, że skończy się źle: albowiem konkurujemy o względy jednej dziewczyny – właśnie dziewczyny, nie kobiety.

Dziewczyna ta nie pojawiła się w moim śnie, który był zresztą snem całkowicie nieerotycznym i nie było o niej mowy między nami, bo wszystko było jasne a dziewczyna nie miała twarzy, ciała ani imienia. Obaj świadomiśmy byli konfliktu i tego przede wszystkim, jaka rzeczona dziewczyna jest: inteligentna, obojętna, wyniosła, skłonna do szyderstw. I tego, jak nami manipuluje: przez uśmiechy, gesty, półsłówka doprowadzić chce do tego, aby się od nas obu jednocześnie wyzwolić, aby się nas pozbyć przez jakiś straszny wybuch naszego tajonego gniewu, który w moim śnie wydawał się nieunikniony i krążył, jak kruk, nad naszym miłym ucztowaniem.

Ale wybuchu nie było, gniew się nie rozlał, siedzieliśmy sobie spokojnie, ciesząc się każdą chwilą w której ciągle jeszcze nie okładamy się po gębach i rozstaliśmy się potem w sposób charakterystyczny dla snów: zaprzyjaźniony literat płynnie stracił parę lat i długie włosy i zamienił się stopniowo w zupełnie innego mojego przyjaciela, z którym jeździliśmy na rowerach poszukując zaginionej walizki z pieniędzmi, z kwotą może nie totolotkową, ale dużą, była to kwestia saaba 9-3 cabrio, przyjechaliśmy do miasta kupić ten piękny samochód, miał jasną, skórzaną tapicerkę, walizkę jednak zgubiliśmy w nocy, dzień wcześniej, pijąc i dokazując na mieście, a potem nie mogłem się zalogować do mojego konta e-mailowego i szedłem schylony, z nosem przy bruku, pomiędzy kostkami szukając hasła do tego konta, zapisanego jakoby na skrawku papierowej chusteczki do nosa.