W nadchodzącym, 2010 roku trochę się wydarzy, jeśli chodzi o moją obecność na księgarskich półkach.
Po pierwsze, we Francji ukaże się francuski przekład mojej sensacyjnej powieści o gnozie i esbekach, tj. “Przemienienie”. Szczegóły wkrótce.
Po drugie, nakładem zaprzyjaźnionego wydawnictwa Dębogóra (wydawca “Przemienienia” i “Zabaw z bronią”) ukaże się obyczajowa, współczesna powieść apokaliptyczna, fabularnie luźno związana z “Przemienieniem” i stanowiąca “Przemienienia” wyjaśnienie i dopełnienie, której fragmenty czytałem na jednym ze spotkań autorskich, a która nie posiada na razie tytułu (w zasadzie posiada, ale taki, pod którym nie może się ukazać, załóżmy więc na razie, że nie posiada).
Po trzecie, nakładem również zaprzyjaźnionego wydawnictwa Powergraph (tzn. Kasia i Rafał Kosikowie) ukaże się zbiór opowiadań niesamowitych, nie posiadający na razie tytułu, ale co do którego już wiadomo, że na pewno zawierał będzie opowiadanie “Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” (NF 06/2009), niepublikowane do tej pory “Tak jest dobrze”, “Gerd” oraz nieukończone jeszcze opowiadanie pt. “Trzech” i jeszcze więcej.
Dla nielicznych P.T. Czytelników mojego dzienniczka – fragment opowiadania pt. “Gerd”.
(…) Gerd jest sam, w dzień pracuje, je, wydala, czyta sport w gazecie, a nocami śni o śniegach, o parzącej, zmrożonej stali, o łamiących się wpół sylwetkach w okrutnym oku ze szkła. To nie marzenia, ale również nie koszmary, to podróż. Wskazującym palcem czyni dzieci sierotami, wdowami czyni nieznane kobiety od Kamczatki po Archangielsk i wdowcami nieznanych mężczyzn, bo strzela też do kobiet, do tych małych dziewczątek z wielkimi mosinami, które zabijają tak samo dobrze jak ich kochankowie.
Pije koniak z kolegami. Jedzie na pace blitza i jak wszyscy myśli tylko o latającej, pancernej śmierci, która chętnie zamieni ich ciężarówkę w splot stali, desek, paliwa i trupów i płomieni.
Śni o ukraińskiej pielęgniarce.
Śni ten sen od sześćdziesięciu lat. Nocami, kiedy jak wściekły pies waruje przy radio, elektroniczny wyświetlacz jarzy się trupią zielenią. Dostał to radio od syna i poprosił syna, aby nastawił mu Radio Maryja i słucha Radia Maryja i dzwoni do Radia Maryja, dzwoni i rozmawia z ojcem prowadzącym.
Czasem jest Alojzym ze wsi pod Łomżą. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica. Teraz i zawsze, na wieki wieków amen. Witam ojca prowadzącego. Tu Alojzy spod Łomży. Witam pana, panie Alojzy. Alojzy jest niewidomy, to znaczy prawie niewidomy, ma białą laskę, ale odróżnia światło od ciemności. Opowiada na antenie o tym, na co wystarcza mu osiemset złotych emerytury. O tym, jak nieuprzejmie potraktował go sprzedawca w sklepie ogólnospożywczym i o tym, że kiedy idzie drogą, to żaden samochód się nie zatrzyma, więc musi iść te pięć kilometrów do sklepu. Alojzy dziękuje ojcu prowadzącemu za to, że tak dzielnie broni polskości. Przed laickimi mediami. Żydostwo cholerne, międzynarodowe, mści się na Polsce. A Polacy tacy dobrzy dla nich byli, za Niemca, tacy serdeczni, tylu uratowali.
Czasem jest panią Marylą z Warszawy, emerytowaną nauczycielką rosyjskiego. Głosy starców i staruszek nie różnią się już wiele od siebie, wystarczy, że Gerd, albo Alojzy zaczną mówić falsetem, a już stają się panią Marylą. Pani Maryla jest młoda, ma tylko siedemdziesiąt trzy lata, urodziła się w białoruskiej wsi na Podlasiu w mieszanej rodzinie, władza ludowa dała jej wykształcenie i mieszkanie w Warszawie i pani Maryla nienawidzi ojca Rydzyka. Nienawidzi go z całego serca, więc syczy tę swoja nienawiść, szybko syczy, żeby wysyczeć jak najwięcej, zanim wyłączy ją ojciec prowadzący. Syczy: maybachem jeździ. Na krowie ma jeździć? – żartuje ojciec prowadzący. Maybachem. Drogim. Klechy pazerne. Czarni. Pijawki. Ludzie z głodu umierają, a one tylko te bogactwa, chciwość. Pani Maryla swoje wie. Pani Maryla wiele widziała. Panią Marylę władza ludowa wyciągnęła z czworaków, dała wykształcenie, mieszkanie. Panią Marylę wyłącza ojciec prowadzący.
A potem pani Maryla wsiąka w ściany pokoju i kto inny przychodzi do Gerda: na przykład pan Antoni. Z Ameryki dzwoni wasz pan Antoni. Przed Maryi wrogiem czoła nie skłoni. Za to ojcu Rydzykowi nie pożałuje pomocnej dłoni. Świętą wiarę w obczyźnie obroni. Bolszewika z ojczyzny wygoni. Orła pomocą i litewskiej Pogoni. Takie rymy, moje, własne, ojcze prowadzący. Dziekujemy panu. Ja wiem, że to nie żadna poezja. Ale takie moje. Może kogoś rozweseli. To prawda, może rozweseli, prosimy bardzo, niech pan do nas dzwoni i te swoje rymy czyta, panie Antoni. Z Panem Bogiem.
A na koniec czarni bogowie kogoś innego wpuszczają w Gerda. Na koniec zawsze to jest ktoś specjalny. Drżące, zgrubiałe, stwardniałe palce z trudnością wymieniają karty sim w taniej komórce, pomaga sobie pęsetą, ale to bardzo trudne. Sam nie wie, skąd się tego nauczył. Syn przecież mu nie pokazywał, jak wymieniać kartę w komórce. Ale wie, że to konieczne, tam przecież mogliby rozpoznawać numery, tam, w tym radio i wiedzieliby, że ci wszyscy, których wpuszczają w głowę Gerda czarni bogowie, dzwonią przez niego. I jeszcze dowiedzieć by się mogli, że pani Maryla nie żyje od dwóch lat, umierała sama, wyskrobana, wypatroszona jak blady, zamarzły kurczak w supermarkecie, umarła myśląc o dziecku, które nie przyszło na świat, o dziecku, które odebrał jej lekarz pachnący tanią wodą kolońską i papierosami marki Gitanes. Pan Antoni zmarł na zawał, w swoim smutnym pokoiku o ścianach z dykty w bostońskim Dorchester, dzięki czemu nie zdążyły zabić go płuca spalone papierosami.
Na koniec czarni bogowie przysyłają Otokara (…).
Pierwszego listopada stoję przy grobach, tak jakbym sam trochę w nich leżał. Myślę o kościach, po których chodzę po bułki i gazetę, myślę o tej wielkiej łasce życia na ziemi przesiąkniętej ciałami moich świętych przodków, świętych nie życiem, przecież tak niewiele wiem o ich życiu, cóż wiedział będzie o moim życiu mój syn? – świętych obecnością.
I kiedy w listopadzie jadę samochodem przez moją okolicę, to myślę: tutaj moja prababcia chodziła do młyna, którego ruiny pamiętam: zdobywałem w nich szlify dziesięcioletniego odkrywcy i archeologa. Potem go zburzyli, bo groził zawaleniem, zostało tylko martwe starorzecze i resztki fundamentów. Tam, dalej, stał dom, w którym urodził się mój pradziadek. Kopalnia na której śmiertelnie ranny został mój dziadek ojczysty, ten, którego nazwisko noszę. Dziś zrobili w niej jakąś wyższą szkołę tego i owego. Miejsce, w którym Niemcy zabijali gliwickich Żydów w latach trzydziestych. Miejsce, w którym Żydzi z gliwickiego PUBP i katowickiego WUBP zabijali gliwickich Niemców i innych w latach czterdziestych i piećdziesiątych. Miejsce w którym Niemcy zabili polskich powstańców z POW. Miejsce w którym Polacy zabili niemieckich selbszuców. Miejsce w którym sowieccy żołnierze wojsk wewnętrznych NKWD zabili polskich (prawdopodobnie akowskich) konspiratorów z Przyszowic. I paru Niemców od razu też, hurtowo. Dziwnie im się musiało umierać, wrogom przez morderców i grób zjednoczonym. Mój dziadek macierzysty, który właśnie uciekł przed werbunkiem do Volkssturmu, patrzył na to mordowanie z daleka. A zarządca przyszowickiego majątku von Raczków nie uciekł razem z resztą szlachty, bo nie wyobrażał sobie jak można zostawić majątek na pastwę bolszewików, jak można zostawić to, czemu poświęcił całe życie: maszyny, ziarno na zasiew, konie, gorzelnię z zapasami spirytusu, wszystko, więc postanowił zostać i pilnować obejścia i zabili go Sowieci od razu, pierwszego dnia, nawet nie maruderzy tylko karne, frontowe wojsko, pewnie ciągnęło ich do tego spirytusu. Więc wszędzie trupy. Trupy w takiej ilości, że nie wynika z nich żaden morał. Żadna nauka na przyszłość, ani żadne zrozumienie przeszłości. I nie układają się te użyźniające Śląsk trupy w żaden dekret, w żadne prawo, w żaden akt własności.
Zapalam więc też świeczkę na zbiorowym grobie gliwiczan zamordowanych w styczniu 1945. Ich grób ciągle opisany jest starą tabliczką, na której napisane jest, że „zmarli w styczniu 1945”. Ale i tak każdy zawsze wiedział na co umierało się w styczniu 45. Chociaż pewnie paru mogło naprawdę umrzeć z głodu, na tyfus albo coś podobnego. Na sowiecką kulę albo bagnet w każdym razie załapały się całe rodziny, starcy, dzieci nawet jeden Francuz, zapewne robotnik przymusowy. I paru NN.
I co z tego? Zapalam im świeczkę, bo to są moi ludzie. To atomy mojego świata. Te dzieci, niewiele starsze od mojego taty. Siedmioletni Helmut i trzyletni Erwin. Ich matka, w wieku mojego dziadka, pewnie wpadali na siebie w gliwickich sklepach, gdzie z polskiej strony jeździło się kupować tkaniny i gotowe ubrania. Albo w polskich sklepach, gdzie z niemieckiej strony jeździło się kupować kiełbasy i mięso. Przy jej nazwisku – Anna Kneifel – ktoś drobnymi literami dopisał “z.d. Cielenga”, żeby wszyscy wiedzieli. Jakby to śląskie nazwisko jakoś wartościowało jej śmierć. I leżą sobie razem teść (też Kneifel właśnie) z synową, Greiner, Roderberg i Bergner i doktorostwo Hoffmannowie i ich syn razem z Rollikiem, Kraczkiem, Szendzielorzem i Kożuszkiem. Może dwadzieścia parę lat wcześniej Szendzielorz strzelał do Bergnera a Bergner do Szendzielorza? A może razem w komunistycznej bojówce “Błyskawica” strzelali do bogatego Hoffmanna? Albo i równie dobrze nikt do nikogo nie strzelał. Ale może przynajmniej ktoś komuś coś ukradł, ktoś kogoś zdradził, oszukał, uwiódł? Ale rachunki krzywd wyrównał wspólny grób.
Zapalam tę świeczkę bez nienawiści do tych Rosjan, którzy ich pozabijali, do Rosjan, czy też do Kałmuków, Mordwinów, Ukraińców, Buriatów, z jakiej wojłokowej jurty, modrzewiowej chaty czy betonowego bloku nie pochodziłby ten, kto trzymał sowiecki karabin. Inni – a może zresztą ci sami? – sowieccy żołnierze karmili urodzonego w 1944 niemowlaka, którego ojciec w niemieckim mundurze bił się z Amerykanami w Ardenach, pomagali więc mojej babci w sytuacji tak podobnej do tej, którą z ogromnym zdziwieniem znalazłem u Máraiego: u niego w domu, dokładnie w tym samym czasie, też był polowy warsztat, gdzie naprawiali czołgi, tak jak na podwórku domu mojej babci. Wyobrażam sobie, że musiały wyglądać podobnie, oba zresztą znam z relacji z pierwszej ręki.
I znowu, nic z tego nie wynika. Nie umiem i nie chcę upleść żadnego postulatu z tych wszystkich zabitych i zmarłych dobrych, złych, winnych i niewinnych i zwykłych – czyli trochę dobrych i trochę złych, z jakąś winą, ale nie taką, aby zasłużyć na śmierć. Nie tylko nie umiem upleść z trupów postulatu politycznego, nie wychodzi mi z tego nawet żaden postulat moralny. Bo proste „nie morduj” to już powiedziano dawno temu, niewiele można do tego dodać. Morał może mieć historia o jednym morderstwie, jak w „Stuleciu detektywów” Thorwalda. Tysiąc trupów to tylko prosta, antropologiczna obserwacja, nic więcej. Tysiąc, milion, sto milionów trupów to człowiek.
Misery’s the River of the World
Misery’s the River of the World
Everybody Row! Everybody Row!
Ukazał się nowy numer “Czasu Fantastyki”, a w nim mój esej, będący komentarzem do historii kontrfaktycznej, którą napisałem na zorganizowany przez Narodowe Centrum Kultury konkurs “Zwrotnice czasu“.
Cały tekst można przeczytać tutaj.
Wstęp Zadie Smith do zbioru opowiadań pod jej redakcją, a pod tytułem “Księga innych ludzi”:
Wydawcy ujednolicają czcionkę, żeby odpowiadała standardom stosowanym przez wydawnictwo, jednak kiedy pisarze przesyłają swoje opowiadania pocztą elektroniczną, każdy z użytych typów czcionki opowiada swoją własną historię. Dość znaczna liczba pisarzy z tego zbioru używa różnych odmian nostalgicznej czcionki American Typewriter (wszyscy z nich to Amerykanie), jak gdyby atrament wciąż nie wysechł, a prasa wciąż była rozgrzana. Mamy tu też dwóch użytkowników eleganckiej, melancholijnej czcionki Didot (oboje są Brytyjczykami) oraz pisarza, który wyśrodkowuje tekst na stronie w jeden długi pas, niczym kolumnę w gazecie (i używa Georgii, czcionki z akademickim posmakiem). Niektórzy pisarze tworzą tekst w gigantycznym rozmiarze 18. Inni czują się lepiej, używając maleńkiej dziesiątki. Istnieje wiele dziwnych, precyzyjnych i pozornie intymnych tików, które znikają w trakcie publikacji: akapity oddzielone graficznymi symbolami, szczegółowo zaprojektowane tytuły, przerośnięte znaki interpunkcyjne, wyśrodkowane dialogi, niewyśrodkowane akapity, brak akapitów.
To w ogóle ciekawa sprawa. Kiedyś, na początku, pisałem zawsze w Garamondzie, w blokach wyjustowanego tekstu. Potem dokonałem przewartościowania w stronę modernizmu i długo pisałem tylko czcionkami bezszeryfowymi, aby następnie nihilistycznie porzucić wszelką estetykę i pisać jak leci, bez zmieniania czcionek, czyli wyrównanym do lewej Timesem rozmiar 12. W końcu jednak jakaś forma szacunku dla oczu zwyciężyła i dziś do pisania używam fonta Book Antiqua w rozmiarze 12, z podwójną interlinią i marginesami ustawionymi tak, aby na stronie mieściło się ok. 1800 znaków, czyli standardowa strona maszynopisu. Oprócz tego wracam do prostej przyjemności pisania atramentem na papierze. I tylko czarny przedwojenny Wanderer Continental po dziadku A. czeka na konserwację i nową taśmę. I nie wykluczam nawet, że popiszę sobie na nim krótsze formy, chociażby dla dyscypliny myślenia, którą się traci, pisząc w edytorze tekstu.
A jak inni? Pewien kolega pisze wyłącznie Courierem i wydaje mi się, że ta czcionka o stałej szerokości, konkretna i uporządkowana, odpowiada jakoś jego charakterowi i intelektowi. Inny kolega ma to gdzieś i pisze jak leci, pisze dobrze, pisze pięknie, a jednocześnie ten brak zainteresowania wyglądem tekstu (skądinąd racjonalny) dobrze komponuje się z jego wstrętem do form wszelkiego rodzaju.
Ukazał się w pewnej gazecie, której nie szanuję bardzo ładny wywiad z Andrzejem Stasiukiem, do którego z kolei, z różnych powodów czuję instynktowną sympatię – a dziś znalazłem tych powodów jeszcze parę, nowych. Ładnie pisze Stasiuk o gatunku rzadkim, o dobrych żonach pisarzy, które mniej lub bardziej entuzjastycznie, ale godzą się na puste konto i mówią po prostu – pisz, masz pisać. Taką żonę miał Sindbad z powieści Máraiego, taką miał sam Márai i ja też taką mam (jak w tym starym kawale, który słyszałem z ust pewnego malarza, przyjaciela mojego Taty – “Rembrandt umarł, Velasquez umarł, Van Gogh umarł – i ja się niezbyt dobrze czuję”).
Ale jeszcze bardziej spodobał mi się następujący fragment:
A jakie kobiety są ładne?
- Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu przytulić się do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?
Bo pan się naprawdę denerwuje.
- Bo to nie jest anegdota. To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, że będą nieśmiertelni! Że śmierć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć tego ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, kupimy nerkę od rozstrzelanego Chińczyka i wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane. Brniemy w totalne zafałszowanie.
A ja dodać do tego mogę tylko tyle, że chude, androgyniczne kobiety-dziewczynki, podobają się najczęściej tym facetom, z którymi nie mam ochoty się zaprzyjaźniać. Nie jest to oczywiście jakaś żelazna zasada, raczej niezbyt mocna prawidłowość; ale jednak jakaś prawidłowość. Niechęć do kobiecych kobiet nie jest oczywiście fundamentem ani powodem mojej niechęci do zaprzyjaźniania się, jest po prostu często skorelowana z typem osobowości, który jest dla mnie w pewien sposób odpychający. Żeby ująć to najkrócej: są to w moich oczach mężczyźni najczęściej nie posiadający nawet śladu arystotelesowskiej słusznej dumy, i łatający dziurę po niej na różne sposoby – nienawiścią do samych siebie, szaloną arogancją (często idą w parze), perwersyjną mieszaniną tchórzostwa leczonego zuchwalstwem. I pędem jakimś szalonym do tego, by mieć perfekcyjne życie, i – to już banał, owszem – ta perfekcja perwersyjnie pożądana jest źródłem nieskończonych cierpień, dla nich samych i dla tych biednych, głodzących się kobiet, poszukujących innych samych siebie. Ale o tym to już dawno i mądrzej niż ja potrafię pisał Andrzej Fiderkiewicz.