Cytat na dziś XVIII

Pisarz, który nie potrafi się zmobilizować do napisania powieści (tłumaczenie Valéry’ego, że nie był w stanie napisać zdania typu: „o piątej po południu hrabina opuściła pałac i udała się do miasta”, a bez takiego zdania nie ma powieści!), jest podejrzany, jak zalotnik, któremu wystarczają pocałunki i nie chce niczego więcej. Może dlatego nie chce więcej, bo nie może? Goethe słusznie sądził, że „od całowania się nikt jeszcze nie miał dziecka”. Esej, monografia, te wszystkie stylizowane na literaturę hybrydy gatunkowe to ociąganie się przed podjęciem wysiłku związanego z napisaniem powieści, bo to już nie zaloty, lecz Akt.

Sándor Márai, „Dzienniki”, 1965.

Powieść w jednym zdaniu

Początkowo Güczülük był nestorianinem, jednak po zdobyciu władzy porzucił swoją żonę, chrześcijankę i zakochał się w kara-kitajskiej dziewczynie, która nawróciła go na „wiarę dziwnych bogów”.

I dalej, w przypisach:

Raszyd ad-Din podaje, że zdaniem Najmanów, Güczülük posiadał taką władzę nad duchami, że doił z nich mleko i sporządał z niego kumys.

Lew Gumilow, „Śladami cywilizacji wielkiego stepu”.

Rozmowy nocne

- Tatu, a gdzie jest dusa?
- W środku, w człowieku. Ale nie jak serce czy żołądek, tylko jakoś inaczej.
- Jak inacej?
- Nie wiem. Inaczej. Dusza jest niewidzialna.
- Aha.
- No.
- A ja mam taką ksiąskę „Jak ulecyć dusę”.
- Co?!
- No taką ksiąskę mam.
- Wcale nie masz.
- Noooo… nie mam, ale mogła by być taka ksiąska.
- No, mogłaby.
- Bo wies, tatu, dusa moze być chora.
- Wiem.
- A co jest jak dusa jest chora?
- Człowiek jest wtedy bardzo smutny.
- A wies, tato, kiedy jesce cłowiek jest smutny?
- Kiedy?
- Jak ktoś umiera. Wtedy się smucimy.
- Wiem. Po to jest dusza: żeby się smucić mniej, jak ktoś umiera. Bo dusza nie umiera.
- No, wiem, ze nie umiera. Psecies. Ale moze chorować, nie, tato?
- Może. Jak dusza jest chora, to cały świat dookoła jest jakby chory.
- No. Ale wies, tato, dusy nie mozna ulecyć.
- Nie można?
- Nie mozna. Dusa musi sie ulecyć sama. Ona ma tam takie spsęty w środku i sie musi ulecyć sama.
- No, pewnie masz rację.
- Nooooo… Tymi spsętami. Tato?
- Uhm?
- A Jasiu ma dusę?
- Ma.
- Ale tylko taką malutką, tyciutką, prawda?
- No, może i malutką.
- Tatu?
- Uhm?
- Bo wsyscy umrą, prawda?
- Prawda.
- I my tez?
- My też.
- I mama i dziadek i babcia i Zuzia i mała Marta i wsyscy?
- No, tak, wszyscy. Kiedyś tam.
- I wsyscy, wsyscy ludzie na całej, całej planecie?
- Tak.
- I tak naraz wsyscy umrą, prawda?
- Jak to – naraz?
- No tak naraz. W jednej sekundzie. Naraz wsyscy umrą, prawda, tatu?

Co słychać?

Wiele słychać w sprawach takich, jakimi nie chcę się dzielić nawet z gronem tak elitarnym jak nieliczni P.T. Czytelnicy mojego bloga, więc o nich tutaj zmilczę, wystarczy, że zamęczam nimi bliskich.

Poza tym piszę powieść. A to znaczy, że tylko trochę należę teraz do świata tego. Jak chrześcijański pustelnik, jedną nogą na ziemi, a jedną już w Niebie, na wpół rozpuszczony w Bogu, tak ja: jedną, mocną, konkretną nogą na ziemi, a drugą – no właśnie, gdzie? W piekle własnej wyobraźni, w niebie własnej nadwrażliwości, w czyśćcach własnych neuroz, sam nie wiem gdzie. KN napisał na swoim blogu, że czytanie „Tak jest dobrze” to jak sól na rany. A pisanie – nie wiem, jak wrząca solanka w bebechy? A może jak z dobrych, kobiecych rąk zimny okład na skołataną, rozgorączkowaną głowę. Nie wiem. Niewiele wiem, w ogóle.

Gliwickie spotkanie z KN właśnie, odwirtualizowanie znajomości, dla mnie bardzo ciekawe. Jak dwa różne światy, bardzo odległe, a jednocześnie z nielicznymi punktami stycznymi. Żadnego sporu, chociaż byłoby się przecież o co spierać, ale nie kiedy zaczyna się spotkanie od miejsca, w którym się już dawno rozumie, że w pewnym sensie spór sensu nie ma. Dużo grzebania w rodzinnych historiach i w sumie – ku obustronnemu chyba zaskoczenia – zgoda na to, że byt kształtuje świadomość. W jakiś niemarksistowski sposób, ale z tego punktu widzenia właśnie jakaś wzajemna (chyba) zgoda na własne, całkowicie odmienne perspektywy spojrzenia na świat. Nie wiem – sybaryty-mizantropa i ascety-społecznika? Nie, jednak nie, to zbytnie uproszczenie, jednak jakoś zupełnie inaczej.

Sympatyczna rozmowa na gg z PJ, o dekadę z haczykiem młodszym kolegą, któremu na łamach tegoż blogaska wieszczyłem już kiedyś przyszłość świetlaną, a teraz tenże mówi mi, pisze mi, że w moich odkopanych u bukinistów tekstach sprzed dekady odnajduje samego siebie. Co mnie nie zaskakuje, bo również odczuwam to przesunięte w czasie pokrewieństwo. Jakbym rozmawiał ze sobą samym z przeszłości. W końcu te jedenaście, dwanaście lat temu również byłem żarliwym, długowłosym młodzieńcem z bardzo platonicznymi skłonnościami ku rewolucyjnej przemocy. O KN pisze PJ bardzo ładnie, że tenże jest lewicowy w rzadko spotykanym już typie „lewicy chrystusowej”.

Mantry i modlitwy: oby nie zamienić się kiedyś w człowieka tak nieskończenie śmiesznego jak dziennikowy Iwaszkiewicz, który np. nie czując się dość doceniony „Rodzinną Europą” wyrzuca „Czesiowi”: a kto do mnie pisał „Najdroższy Jarosławie”, a za czyjeś pieniądze pojechał do Francji, a kto cię przygarnął, etc.

Celebrowanie przyjaźni: picie i jedzenie, WS i ŁO potrzebni i kochani, różni jakby do różnych gatunków ludzkich należeli, pięknie komplementarni, ŁO dionizyjski i WS apolliński, a ja sam nie wiem jaki.

W Paryżu, którego ledwie liznąłem, którego nie rozumiem i nie potrzebuję rozumieć, nie mój świat, niewiele mnie interesuje. Nie to co Budapeszt, Wiedeń czy Warszawa, którego do mojego świata należą. Przy bulwarze Saint Germain piłem białe wino, jadłem sałatę i czytałem Eliota zakupionego wcześniej w kanadyjskiej księgarni (swoją drogą „kanadyjska księgarnia” brzmi jak „szwedzka winnica”, „śląska błyskotliwość”, „rosyjska riwiera” czy „polskie lato” – niby coś takiego jest, tudzież bywa, ale zawsze jakoś nie bardzo). Wino i jedzenie podawała mi bez pośpiechu bardzo smutna kelnerka o lewantyńskiej urodzie. Zawsze robiły na mnie wrażenie smutne piękności i ponieważ odchodziłem z ogródka restauracji z graniczącym z pewnością przekonaniem, iż nigdy więcej owej ciemnowłosej dziewczyny nie spotkam (samolot wczesnym świtem następnego dnia), to uznałem, że mogę sobie pozwolić na pewną poufałość: obok napiwku zostawiłem wydartą z notesu kartkę, na której nabazgrałem parę miłych słów bez podpisu, z nadzieją że ta bezinteresowna życzliwość jakoś rozjaśni jej dzień. Koniec historii, jedno z miliona spotkań, zapamiętane bez powodu, a może z kabotyńskiego nadęcia.

Wcześniej: ciekawy, miły wieczór w Księgarni Polskiej, wino i rozmowy, potem kolacja i więcej chyba słuchałem niż mówiłem (co zdarza mi się niezwykle rzadko, kto zna, ten wie) – dziwny, tajemniczy, obcy świat emigrantów. Zrozumiałem, że jestem antynomią emigranta, moje życie wrośnięte w hajmat jak grzybnia w glebę jest absolutną antynomią emigracji. Płynę, ślepy, podziemnymi strumieniami, one płyną we mnie, bez nich uschnąłbym.

Potem trochę pospiesznego zwiedzania Paryża, włóczenie się bez celu i mapy, jak nogi poniosą. Do Luwru kolejka za długa. Straszna wizyta w Notre-Dame, otoczony i potrącany przez Rosjan i Amerykanów, we wnętrzu martwego kościoła jakbym przeciskał się między żebrami wielorybiego truchła, jak spóźniony Jonasz. W opozycji do martwej katedry jasny, żywy Panteon, w nim wahadło Foucaulta, pod nim laicka krypta z brzydkimi grobami Woltera i Rousseau, a dookoła wahadła retorzy i generałowie pierwszej republiki i Restauracji, napoleońscy generałowie i nawet zamyślony Chateaubriand w roli raczej politycznej niż literackiej i augumented reality – ludzie chodzą z ipadami i oglądają Panteon okiem ipada, z nadzieją, że zobaczą coś więcej.

Sny

Sen pierwszy. W samym środku Gliwic, między kamienicami znajduje się góra, czy raczej wzgórze, takie na kilkaset metrów nad poziomem morza. W samym jego rdzeniu jest winda towarowa, którą można wjechać na szczyt, porośnięty dębami o srebrnej korze i bukowych liściach. Jednak bez wątpienia są to dęby, nie buki. Pracuję w kawiarni w centrum i co jakiś czas ze złością muszę oderwać się od pracy, aby wjechać windą na sam szczyt i załatwić tam jakieś nieokreślone interesy. Czasem do miasta wracam nie windą, lecz ostrożnym spacerem, po stromej, pełnej korzeni ścieżce.

Sen drugi. Wybieram się na zlot motocyklistów. Ponieważ – tak jak na jawie – nie posiadam motocykla, jadę tam samochodem. Jakiś dalszy znajomy w pożegnalnym prezencie wręcza mi wielki słój, w którym w formalinie pływa dziwny stwór, wielkości spaniela, niby antropomorficzny, ale z ogonem i pomarszczoną, gadzią skórą i z pazurami i o dziwnej, rybiej głowie. Wyciągam zwierzę (?) z formaliny i wrzucam do bagażnika, gdzie sobie spokojnie schnie, co w jakiś tajemniczy sposób śledzę na bieżąco, jadąc przez Polskę. Wraz z obsychaniem wracają mu funkcje życiowe, porusza powoli kończynami i ogonem, jak noworodek. Po jakimś czasie zaczyna porastać fluorescencyjnym, zielonym futrem i kiedy dojeżdżamy na miejsce, wygląda już jak mała, puszysta foka (tyle, że jaskrawo zielona) a zachowuje się jak udomowiona wydra, biega, skacze i płata figle, towarzysząc mi wesoło w realizacji trudnego, logistycznego zadania – muszę załatwić tylną oponę do pięknego harleya, który ma być główną nagrodą na zlocie i za którego przygotowanie jestem odpowiedzialny.

Sen trzeci. Jadę samochodem, nocą. Zasypiam za kierownicą i samochód powoli, powoli zjeżdża na lewy pas. Budzi mnie klakson, otwieram oczy – widzę już tylko wypełniającą całe pole widzenia ogromną maskę ciężarówki, światła, napis „MAN” i lew w prostokącie, wszystkie wnętrzności zwijają mi się w środku jak na ułamek sekundy przed wypadkiem na jawie. Wtedy budzę się naprawdę i z trudem łapię oddech.

Takie tam

A zatem znowu w zatłoczonym pociągu z W-wy do domu.

Chciałem napisać coś o Paryżu, w którym było bardzo miło, ale jakoś mi się nie ułożyło, więc o Paryżu innym razem. Najbardziej chciałbym napisać o tym, jak to pojechałem na Spitsbergen i włóczyłem się samotnie surowymi brzegami fiordów, potykając się o krabie pancerzyki, wielorybie kości i pnie syberyjskich modrzewii, tyle, że na Spitsbergen znowu nie pojechałem i nawet nie mogę się z tego powodu nadmiernie użalać, bo mi się zwyczajnie ten Spitsbergen w tym roku nie należał.

A zatem – wracam z Warszawy, z jej bujnych puszczy i sawann, z jej przepastnych, oceanicznych głębii i żyznych den kanionów szklanych, wracam do mojej zacisznej, dusznej jaskini coś tam upolowawszy, ale przecież byłem, było spotkanie premierowe z okazji premiery „Tak jest dobrze”, przyszli przyjaciele, znajomi i nieznajomi i było bardziej niż sympatycznie, potem było ogłoszenie nominacji do Zajdla i „Wieczny Grunwald” nominowano (i do Mackiewicza też!) i było sympatycznie, potem się upiłem odrobinę w świetnym towarzystwie, były poważne rozmowy nieco licealne (jak słusznie post factum zauważył AK), były grube żarty, celebrowanie przyjaźni było, więc czego chcieć więcej? Sam nie wiem. Albo i wiem. Niemożliwego, zapewne.

Potem dzięki uprzejmości K i RK nocowałem w ślicznym pokoju z balkonem i z widokiem na Kolumnę Zygmunta i okolice, potem szedłem w dół Krakowskiego Przedmieścia i małej epifanii przyszło mi doświadczyć: oto najpierw okoliczny koncert dotarł mi do ucha i zakrzyknął, że „mówię ci – że – jedyne wyjście – obudzić się”, potem stratowali mnie bardzo wąsaci krajanie w biało-czerwonych ornacikach regionu śląsko-dąbrowskiego NSZZ Solidarność i w sercu Polski i stolicy słuchałem swoiskich „to sōm ale ciule zatracōne, chopie, jerōna!”, a potem natknąłem się na reklamę Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, reklamującą, a jakże, filozofię – „Ważne pytanie. Niepokojące opowiedzi. Studiuj filozofię.” – czy jakoś tak, nie pamiętam, szukał w googlu nie będę.
Dobry Boże.

Potem zaś przesiedzieliśmy poranek z ŁO przy stoliku na Nowym Świecie i patrzyliśmy trochę na ludzi, dobrze życzyliśmy przyjaciołom i złorzeczyliśmy wrogom trochę, zapewnialiśmy się gorąco nawzajem o niebosiężności naszych literackich talentów, i cóż, i cóż? Pogadaliśmy o popkulturze i o kobietach pogadaliśmy, tacy smutni nieco i trochę weseli, zmęczeni mali chłopcy po trzydziestce. Zbyt zmęczeni na psoty.

I pożaliliśmy się odrobinę na los, dla przyzwoitości jednak nie zapominając o tym, jak łaskawym ten los jest dla nas w istocie, przecież nasi bliscy, przyjaciele i połowa ludzkości w ogóle siedzi teraz, Hospody pomyłuj, w pracy. Co jawi mi się jako potworność ultymatywna. A my siedzimy sobie, skacowani wspólnie zdobytym kacem, gapimy się nie bez przyjemności na płynącą Nowym Światem paradę żeńskiej próżności, jest czwartek, godzina jedenasta i czas płynie dla nas powoli i nigdzie nam się nie spieszy. Ktoś, z jakiś tajemniczych powodów płaci nam za naszą literacką niby-pracę tak, że jakoś tam wystarczy na wino i na dżemik do chlebka, czyż nie jest to nasza mała belle époque?

A próbowałem też przypomnieć sobie, czy kiedyś zaznałem prawdziwego zła od ludzi i nie przypomniałem sobie. A dobra tak wiele od tak wielu. Są tacy, których uważam za wrogów – i pamiętem, że wrogów wybierać sobie należy równie starannie jak przyjaciół, bo w równym stopniu nas określają – ale, na Boga, czy ktoś mnie kiedykolwiek skrzywdził?

Pewnie mogę być w niewielkim stopniu sam sobie za to wdzięczny, bo też nigdy się przesadnie skrzywdzić nie pozwoliłem, skrzywdzić mnie niełatwo, mam grubą skórę, twardą dupę i pięści też mam, metaforyczne i niemetaforyczne, ale bez wątpienia cześć wdzięczności moim wrogom również się należy, czy to za ich nieudolnosć w wyrządzaniu mi zła, może chcieliby, ale nie potrafią, czy może za to, że im nie zależy, a może zwyczajnie, po prostu nie chcą?

Może zresztą skrzywdzono mnie jakoś potwornie, a ja tego nie wiem, może skonfederowani moi wrogowie w ostatnim momencie zapobiegli przyznaniu mi Nike i Nobla i Grammy i Pulitzera i Pucharu Ameryki i Medalu z Kartofla w jednym roku, może nadludzkim wysiłkiem przechwycili propozycję scenariuszowej współpracy i czek od Davida Finchera albo wyrazy gorącej sympatii i bilet do Nowego Jorku od Charliego Kaufmana, może zdołali zapobiec mianowania mnie ambasadorem kultury czy innej bzdury w jakims ciepłym, nadmorskim mieście z dobrą tradycją winiarską i sutą pensją, ale póki nie objawią mi tych odebranych mi szans, to ich triumf niepełny, bo mi nie doskwiera, nie boli – a skoro nie doskwiera i nie boli, to skrzywdzony nie jestem.

A w przedziale dyrektorski kolejarz albo kolejarski dyrektor, w każdym razie w bezkształtnej białej koszuli z krótkim rękawem i w krawacie potwornym jak wymiocina krwawa, wrzeszczy w swój telefon, przekrzykuje się z wylaszczoną prawniczką, która w swój telefon również wrzeszczy i tak siedzą naprzeciwko siebie, każde w swojej walce, w swoim klinczu, odbiory i ponaglenia, odmowy i odwołania i apelacje każde wrzeszczy w telefon coraz głośniej a ja przeklinam bardzo wulgarnie w duchu, gdzie mają sobie te telefony i apelacje wetknąć i poważnie rozważam, czy im tych telefonów nie wyrwać i nie wyrzucić za okno i odważnie skonfrontować się z konsekwencjami. Ale okno się nie otwiera, a oni na pewno mają telefony zapasowe, po kilkanaście zapasowych komórek, gdybym wyrwał i wyrzucił, pewnie spokojnie sięgneliby po kolejny telefon i wrzeszczeli dalej, przyzwyczajeni, więc po prostu wychodzę na korytarz, mały tchórz.

W księgarniach zaś „Tak jest dobrze”, nowy zbiorek moich smutnych i strasznych opowiadań. Się polecam uwadze Szanownym, etc., etc.

I chciałem coś jeszcze napisać, ale nie napiszę, niech jakiś kawałek mojego życia zachowam dla siebie, nie cały muszę się przelać tutaj, czy na papierowe łamy. Chociaż nie wiem, dlaczego właściwie tak, dlaczego się jednak w całości nie wylać, nie wywrócić na nice. Może ze strachu, że niewiele tego byłoby – i co wtedy?

I nic.

Varia

Cioran, „Zeszyty 1957 – 1972″. Dziwna rzecz. Wydanie z 2004 roku kupiłem na allegro za trzysta złotych prawie i wcale nie przepłaciłem jakoś boleśnie, bo po tyle właśnie chodzą. A rzecz dziwna – bo książka jest używana. I to widać. I nie jest zniszczona, ale ma trochę plamek świadczących, że jej poprzedni czytelnik czytał przy jedzeniu tudzież piciu, co mi się podoba, bo książka to nie fetysz i czytania przy jedzeniu i winie nadaje się znakomicie, jeśli tylko się wygodnie otwiera.
Ale – kiedy ją poprzedni, anonimowy dla mnie czytelnik czytał, to podkreślał podkreśleniem prostym i wężykiem, komentował na marginesach, stawiał plusy i minusy. I gdybym pożyczył tę książkę od przyjaciela, albo kogoś, kogo zdanie na temat Ciorana mnie interesuje, to przyjmowałbym te podkreślenia i komentarze z wdzięcznością i radością, odnajdując w nich człowieka, którego odnajdywać chcę. A tutaj – nie wiem. Podoba mi się historia tej książki, cudze życie, której z niej się w tych plamach po jedzeniu i piciu i podkreśleniach wylewa. Ale przeszkadzają mi te podkreślenia w lekturze. Bo organizują mi lekturę nie tak, jakbym sam ją sobie zorganizował. A przecież gumował nie będę…! I trochę zamiast czytać Ciorana, zastanawiam się, czy idiotą był ten, który był przede mną, czy tylko mi się wydaje (te naiwne uwagi o buddyzmie na marginesach…), a potem znowu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak podoba mi się wybór, jakiego jej poprzedni, anonimowy czytelnik dokonał, więc może jednak to nie idiota…? Taka książka jest trochę jak kobieta.

A sam Cioran…? „Rozpacz nadprzyrodzona.”

Zastanawiam się, dlaczego nie lubi Ciorana W.S., skoro polecił mi Tkaczyszyna-Dyckiego i jestem mu za to wskazanie niesłychanie wdzieczny, bo trzeba rekomendacji kogoś bliskiego, kogo gust cenię, abym sięgnął po polską, współczesną poezję. A Tkaczyszyn-Dycki i kompletny zbiór „Oddam wiersze w dobre ręce”… Nie znam poezji, która bardziej by mną szarpała, co oczywiście bez wątpienia jest pochodną mojej poetyckiej ignorancji, bo cóż to jest – Pound, Eliot, trochę Herberta, trochę Miłosza, trochę Cummingsa i Broniewskiego, Emily Dickinson, Sylvia Plath, ostatnio Kawafis i więcej naprawdę poezji nie czytam i nie czytałem. I nie próbowałbym oczywiście rozsądzić, uszeregować, bo jestem poetyckim dyletantem, ale nie jestem dyletatnem jeśli chodzi o rozpoznawanie tego, co mną wstrząsa, a Tkaczyszyn-Dycki wstrząsa, odmienia. W ogóle – jakoś jawi mi blisko Kawafisa, nie wiem czy to przez homoerotyczność, czy jakoś przez brzmienie tego, czym u Kawafisa jest ciągłość greckiej cywilizacji, a u Tkaczyszyna-Dyckiego kresowa genealogia i obyczajowość polsko-rusińska. Ale oczywiście różnica jest zasadnicza, fundamentalna, bo Kawafis jest spokojny, ukojony, melancholijny, poezja Kawafisa jest poezją kosmosu – a Tkaczyszyn-Dycki jest rozedrgany, szalony, Tkaczyszyn-Dycki wyje, jest poetą chaosu. I dlatego dziwię się jakoś niechęci W.S. do Ciorana, bo przecież grają Cioran z Tkaczyszynem-Dyckim na tych samych diapazonach, ale nie jest to prozelickie zdziwienie, nikogo do czytania Ciorana nie namawiam, bo to byłoby jak ciągnąć kumpla do burdelu, albo namawiać do jeżdżenia autem po pijaku. Zresztą może wcale się tej niechęci nie dziwię. Może każdemu bym tej niechęci życzył, byle nie takiej, o jakiej Cioran bodajże (przebaczcie, nie chce mi się szukać cytatu) pisze w odniesieniu do La Rochefoucauld – iż głupcy mawiali, że być może przeszłość (ich przeszłość) odpowiada temu, co książę pisał, ale teraźniejszość, czy też przyszłość zada mu kłam.

Oprócz tego – „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. Ostatnia powieść Mackiewicza, jaka mi do przeczytania została i jaką przeczytałem. Więcej już nie ma. I oddalając się od lektury coraz częściej myślę, że chyba największa z jego powieści i jednocześnie może największa polska powieść XX wieku. Jeszcze nie umiem nic o niej napisać, potrzebuję czasu.

Dalej, filmy. Prawie nic, gdyby nie „Melancholia” von Triera. Prawdopodobnie jeden z wybitniejszych filmów ostatnich lat, przynajmniej z tych, które widziałem, a, na Boga, funkcjonalnie rzecz biorąc widziałem wszystkie, poza dziełami z ligi „Kac Vegas” (który też widziałem).

A przecież nie lubiłem von Triera wcześniej. A tutaj – arcydzieło. Studium pustki, studium rozpaczy, romantyczna wizja człowieka skonfrontowanego z sublime absolutnym, „Mnich nad brzegiem morza” Friedricha podniesiony do potęgi, bo to konfrontacja z naturą całej ludzkości, i to nie z naturą która straszy zza muru plaży, lecz z naturą, która spala na dotyk, wypełnia niebo i jakże cudowne jest to, że nie ma w „Melancholii” uciekających przed błękitną planetą tłumów, a są jedynie samotne kobiety, przestraszony chłopiec i tchórzliwy mężczyzna. Terror metafizyczny, tym straszniejszy, że w przeciwieństwie do horrorów ludowych, dotyka strachem prawdziwym, zamraża duszę.

Zastanawiam się zupełnie nie à propos, dlaczego kiedy ktoś pyta mnie o moje najważniejsze lektury, zawsze zapominam o Czechach? Którzy są przecież tacy dla mnie ważni – i nawet niekoniecznie wielka trójca Kundera – Hašek – Hrabal, chociaż przecież wszystkich trzech cenię ( Haška najmniej, z Kundery przede wszystkim wczesne powieści, szczególnie „Żart„). Ale dalej – dwóch Otów (tak to odmieniać), od nazwiskach jak imiona, Ota Pavel i Ota Filip. Na liście najważniejszych powieści w moim życiu „Śmierć pięknych saren” i „Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy” znalazłby się bez wątpienia. Coś jest niepozornego w tej wielkiej prozie, że jakoś mi się w wyobraźni zasłania różnymi Mannami i Steinbeckami, a przecież są dla mnie równie ważni.

Wczoraj dzień w bardzo przyjemnej, gliwickiej kawiarni Kafo, w której już drugi tydzień sobie pracuję. Ale czasem wyjmuję z uszu słuchawki.

Adwokacik i czwórka kobiet mówiących na zmianę po polsku i rumuńsku. Zdaje się, że Cyganki, ale nie wiem. Siedzą pół metra ode mnie, nie krępują się wcale. Papuga przez telefon załatwiał jakieś kaucje, zwolnienia, zwroty, nie postawiono zarzutów, ktoś tam wychodzi, kobiety obficie ozłocone deliberowały zas ile papuga ma lat, ni to zalotnie, ni to lekceważąco, przyznał w końcu, że trzydzieści i dwie młodsze zaczęły wdzięczyć się ku niemu matrymonialnie i uroczo. Papuga więc zaczął powtarzać jak mantrę „no, to ja będę leciał”, ale siedział dalej, a potem jeszcze były negocjacje o wynagrodzeniu, że zegarek, że ma być jakiś tam za piętnaście tysięcy, ale koniecznie niekradziony i to ostatnie było kwestią sporną. Odgrodziłem się w końcu muzyką, nieco tą balladą apaszowską znudzony, chociaż jednak wstrząśnięty konfrontacją ze światem, jakiego nie znam.

Póżniej: dwie licealistki. Jedna klaruje drugiej, że romans z księdzem katechetą to nie jest zbyt dobry pomysł. Ku tej drugiej zmartwieniu. I że jednak trzeba to skończyć. I że już parę osób ich razem widziało. I znowu – czy ja jestem przeźroczysty? Oprócz mnie w kawiarni nie ma nikogo. Dziewczęta się nie krępują.

Dalej. Dziewczynki jeszcze młodsze, uczą się biologii i przy okazji jakiegoś zagadnienia chichoczą wesoło i głośno na temat swoich cipek, proszę mi wybaczyć dosadność.

Dalej. Dwóch panów rozmawia po śląsku o aborcji w Hiszpanii i dlaczego Starbucks jest do dupy, oraz że mają dosyć swoich żon.

I, na Boga, nie podsłuchuję przecież, tylko słyszę, trafiają te słowa do mnie, kiedy mam już dość muzyki zapętlonej i pozbywam się słuchawek.

W związku z tym przyszło mi do głowy, że przy moim stoliczku przy oknie jestem naprawdę niewidzialny i wcale się tym nie zmartwiłem. A może się zmartwiłem, że spojrzenia przelatują przeze mnie jak przez powietrze, odbijają się od ściany, nie krępuja się goście kawiarni rozmawiać przy mnie tak, jakby mnie nie było?

A poza tym, to jadę do Paryża i jeśli mój dzienniczek czyta ktoś z tego całkowicie obcego mi miasta, to zapraszam na spotkania autorskie dwa, na których nie wiem jak inni, ale ja na pewno nie będę mówił po francusku. 18 czerwca w Księgarni Polskiej (123 bd St-Germain, Paris VIe), w godzinach od 17:00 do 20:00, 19 czerwca – od 14:00 do 19:00, Espace Champerret, porte de Champerret, Paris XVIIe, na stoisku Éditions Bellicum.

Na wieży

Najgorzej jest słyszeć własne myśli. Nie myśleć je – lecz słyszeć, jak się myślą. Potrzeba oczywiście dystansu do samego siebie, bez tego osuwamy się w piekło śmieszności, lecz uciekając od tego piekła zbyt wysoko, w dystans absolutny, oglądając samego siebie jak szympansa w zoo, wzlatujemy w niebo szaleństwa.

Najgłośniej słyszę własne myśli w murach dziwnego mieszkania nad Plantami, obijają się w środku, uciec na zewnątrz nie mogą, bo na stuletnie okna z zewnątrz napiera cały gwar miasta, do którego jestem tak nienawykłym: tramwaje, gołębie, przechodnie dzienni, słowiki, huczący przechodnie nocni i zaranni i tramwaje nocne, rzecz tajemnicza, pełne dudniącej muzyki i ludzi, którzy – widziałem z wysoka! – wylewają się z tych tramwajów oknami na bruk, jakby ktoś ich wyciskał strasznym tłokiem.

Pisała mi się w tym mieszkaniu „Morfina”, z jej obsesyjnym rytmem i gęstością i przedwojennymi przymiotnikami w narzędniku przylepionymi do rzeczownikowego mianownika i dzieje się w nim moje małe życie i zawsze powracam zeń zmienionym, raz mniej, raz bardziej, a czasem zupełnie, prawie wywróconym na nice, szwy bezwstydnie obnażone i w tych szwach się rozłażę.

Pierwszego dnia o szóstej rano spróbowałem mojej zwykłej, pięciokilometrowej przebieżki, chciałem sobie pobiec między drzewami dookoła zalanego werniksem miasta, ale dobiegłem tylko pod zamek pełen martwych króli i miałem dość, ledwie mi siły starczyło aby biegiem wrócić z powrotem, wleźć w cudną obfitość warzyw i serów Starego Kleparza i pokrzepionym wrócić na wieżę z siatami pełnymi majowego buncu. Nie moje powietrze, więc mi go to miasto skąpi. Biegał będę dalej u siebie, polami i lasem, bieganiem się ogłuszę. W Krakowie po tej nieudanej próbie aktywność sportową ograniczyłem do wspinaczki po schodach i codziennego spaceru do Bunkra na paulanera, albo i na dwa, a kiedy przyjechał Ł.O., dziś tak jak ja – gość, chociaż w swoim dawnym domu, to wtedy i na więcej niż dwa i pięknie nam się potem wieczór rozwinął, ale i tak prawie codziennie pod betonową ścianą i w dzikim gwarze czasem znajdowałem na parę godzin inną ciszę niż hucząca tępo cisza wieży.

Na wieży piłem zaś nocami pachnący wszystkim Ó vörös od Tamása Dúzsiego, a potem już nie piłem, bo stłukłem jedyny kieliszek, za co przepraszam wszystkich, którzy zamieszkają tam po mnie i obiecuję przywieźć tam następnym razem komplet kieliszków przyzwoitych aby literacka nadbudowa rzeczonego mieszkania znalazła znowu solidną bazę.

Ale może i tak nie będę tam już w stanie pojechać, może się tych murów przestraszę, tego, jak się w nich obijam jak zeschnięty groch w grzechotce i przestraszę się dobrych duchów, które siadują tam na okiennym parapecie i patrzą na mnie wielkimi, strasznymi oczami pustych nocy.

I jeszcze jedno pamiętam: okutaną w pięćset chust babinę, która przed ołtarzem w Bramie Floriańskiej żegnała się zamaszyście, kraulem, cały czas, jak żywy młynek modlitewny, przerywając jedynie po to, aby to przytwierdzonej tam puszki wrzucić pieniążek, potem znowu szerokie łuki w imię Ojca i Syna i znowu pieniążek, chyba wcześniej nieopodal wyżebrany i nie zapamiętałbym tej kobieciny w ogóle spod chust niewidocznej, gdyby nie to, że przechodząc obok bardzo wyraźnie słyszałem jak płacze i widziałem jak szlochy wstrząsają jej niskimi, spadzistymi ramionami i myślałem wiele potem, nad czym płacze: czy nad swoimi grzechami, czy raczej płacze tak, jak starzec Kawafisa zasypia w kawiarni, żałując tego wszystkiego, czego nie uczynił.

A może płacze nade mną, który ją mijam obojętny.