Uświadamianie sobie ciała jest jak podróż. Moje przynajmniej; nie wiem jak u innych mężczyzn, a pewien jestem, że kobiety uświadamiają sobie własne ciało w jakiś zupełnie odmienny sposób, właściwy dalekiemu i dziwnemu światu, w jakim żyją. Chciałbym to kobiece doświadczenie ciała zrozumieć, interesuje mnie, chociażby ze względów literackich, ale nie wiem, czy to jest to w ogóle przetłumaczalne.
***
Márai pisze, że człowiek jest w dziwny sposób spóźniony wobec własnego ciała. I tak właśnie jest: dzieci w ciałach młodzieńców, chłopcy o ciałach męskich i mężczyźni w ciałach starców. Oraz kategoria osobna, trupy w ciałach żywych, ale o trupach nie ma co pisać, bo to trupy i to na dodatek najczęściej zamrożone, nie ma w nich nawet dynamiki rozkładu.
***
Kiedyś byłem tylko ciałem, jak każde niemowlę, ale tego nie pamiętam, nie mogę pamiętać i najwcześniejsze wspomnienia, które teraz przylepiam jakoś do tego białowłosego, bardzo chudego chłopca ze zdjęć, podobnego jak dwie krople wody do mojego syna, są bezcielesne. Dzieci noszą swoje ciała tak, jak nosi się spodnie.
Ciało dziecka jest medium: niesie je, dziecko się tym ciałem interesuje (mój syn odkrywający z zachwytem, że strużką moczu kreślić można wzory na śniegu!), ale tak samo, jak interesuje się światem dookoła: kamieniem, zdechłym kotem czy klockami lego. Ciało dziecka wydaje się być dla niego światem najbliższym, ale nie należącym doń. Mój syn mówi wciąż: boli mnie MOJA ręka, założyłem buta na MOJĄ nogę, podrap mnie po MOICH pleckach. Tak samo jak mówi – napraw mi MÓJ samochód. I ten zaimek dzierżawczy paradoksalnie podkreśla, że ciałko własne postrzega jako coś od siebie samego odrębnego, skoro czuje potrzebę zaimkowego uściślenia o czyją rękę czy nogę chodzi. Coś, co jest moje, nie jest mną.
***
A swoją drogą, jakie znaczenie ma to, że zaimki, który po polsku określamy dzierżawczymi, we wszystkich innych zwą się „posiadawczymi”, z łacińskich „pronomina possessiva”? Czy to w ogóle może mieć jakiekolwiek znaczenie? Czyżbyśmy po polsku jedynie dzierżawili słowa, zamiast je posiadać?
Ale pewnie nie ma to żadnego znaczenia, może jakiemuś kryjącemu się w mrokach dziejów herosowi polszczenia nazewnictwa gramatycznego ta „posiadawczość” wydała się nadto wulgarna, bo i skojarzenie z posiadywaniem, a więc z pośladkami, niegodne skojarzenie, bez łacińskiej podniosłości, więc wstawił słowo dzierżące, uroczyste jak samodzierżca.
A ja po prostu poddaję się trochę temu szaleństwu, jakim jest poszukiwanie znaków w świecie, mowy drzew, tajemniczego kodu pęknięć na asfalcie i eposów zapisanych cirrusami.
No i oczywiście mojego syna używania zaimka dzierżawczego tak samo może nie mieć żadnego znaczenia, przecież nic w ogóle nie wiem o dzieciach i w zasadzie wcale mnie nie interesują tajemnice szczęśliwie już prawie zapomnianego dzieciństwa, dziecko wydaje mi się czekaniem i potencjalnością i jeśli coś mnie w dziecięctwie zachwyca, to właśnie ta potencjalność, to związanie w malutkim byciu wachlarza możliwości, pełne spektrum przyszłych klęsk, porażek i rozczarowań do wyboru, nie interesuje mnie jednak dzieciństwo jako takie.
***
Pierwszym przystankiem na drodze uświadamiania sobie własnego ciała były narodziny pożądania. Nie mam pojęcia, ile miałem wtedy lat, na pewno byłem jeszcze dzieckiem, wraz z pożądaniem rodziła się jego sublimacja, skłonność do wpatrywania się w te odległe, dziwaczne istoty ze świata innego. Zaczynały im wtedy kiełkować piersi, może pod ciężarem tych naszych niezrozumiałych jeszcze wtedy spojrzeń, może tymi spojrzeniami się syciły?
Równie niemądrze własne ciało rozumiałem wtedy, jak niemądre były moje – chociaż dzielone z kolegami, więc raczej „nasze”, nie „moje” – dociekania na temat ciał kobiecych. Były to czasy preinternetowe, w których pisemko pornograficzne było dobrem rzadkim, zazdrośnie strzeżonym przez starszych chłopców, od których łatwo dostać można było w nos, więc ciało kobiety było nie tylko oczekiwaniem, ale również tajemnicą. Przeżyciem pokoleniowym dla nas, dla mnie i moich rówieśników była chyba ukradkowa lektura „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, której ilustracje czarną kreską medycznej dosłowności nie tłumaczyły jednak niczego, a już na pewno nie dawały nam odpowiedzi na pytania o źródła tej tajemniczej fascynacji.
Ciała dziewcząt były więc dla nas tajemnicą na paru poziomach, spieraliśmy się co do architektury różnych szczegółów kobiecej anatomii, były też tajemnicą, bo przecież nie rozumieliśmy i dziwiliśmy się własnemu tymi ciałami zainteresowaniu.
Było też dla nas tajemnicą nie tylko to, w jaki dokładnie sposób dochodzi do tego szczególnego aktu, o którym pojęcie mieliśmy raczej odległe, ale przede wszystkim, jakim cudem, jak to się dzieje, że te wyniosłe, odległe stworzenia pozwalają podobno potem robić ze sobą takie rzeczy, komuś takiemu jak my, czy prawie jak my, jak my bez patykowatych rąk i piegowatych twarzy. Pozwalają na to komuś kim się prawdopodobnie kiedyś staniemy, chociaż kiedy miało się lat trzynaście, to przecież nie dało się w to uwierzyć, w tę przemianę, do której kiedyś podobno dojdzie.
Dziś, jak mi się wydaje, ciała kobiet tajemnicą już nie są nawet dla dziesięciolatków, bo podaż pornografii sprawia, że stają się już jedynie oczekiwaniem – i to oczekiwaniem na taką kobiecość, której poza planem filmów pornograficznych nie ma. W tym sensie mądra wydaje mi się akcja amerykańskiej feministki, która „na podstawie własnych doświadczeń ze spotkań z dwudziestolatkami” założyła stronę Make love, not porn, gdzie z cierpliwością Syzyfa i wulgarną otwartością libertynki (takie decorum rozmowy o erotyce, cóż zrobić) tłumaczy pryszczatym onanistom, jak „to” naprawdę wygląda. Bo przecież pornografia tyle ma wspólnego z życiem erotycznym, co cała popkultura z życiem w ogóle, czyli z jednej strony bardzo dużo, bo tam rozgrywa się życia naszego mitologia, ale z drugiej, w tym przypadku ważniejszej właśnie nic, tyle ma wspólnego co Joker z „Batmana” z prawdziwymi bandytami.
Ale, znowu, świat dzisiejszych dwunastolatków jest światem mi tak obcym, że więcej pewnie miałbym do powiedzenia o Kwakiutlach, o których nie mam do powiedzenia wiele. Więc to tylko takie luźne podejrzenia, może jest zupełnie inaczej.
Potem zaś, w tych wszystkich niesłychanych cudownościach młodzieńczości czas wyjaśnił tajemnice, zaspokoił frustracje, zakończył oczekiwanie i libido, chociaż bez wątpienia potężniejsze przecież niż w schyłkowym dzieciństwie i zajmujące o wiele ważniejsze miejsce w życiu, straciło swoje centralne położenie dla cielesnej świadomości.
I o ciele na dziesięć lat zapomniałem. I chyba znów nie miałem ciała, żyłem sobie spokojnie, jak powiedział Stasiuk w fajnym wywiadzie: „będąc nieco grubym”, aż ciało zaczęło o sobie przypominać w zupełnie inny sposób: na przykład przez więzadło w kolanie zerwane przy zsiadaniu z konia, a szczególnie przez widok tegoż kolana składającego się w złą stronę. Potem pierwsze rendez-vous z astmą. Potem przykra konstatacja, że kilka pięter to problem. Nieduży, ale problem i pot cieknie po plecach.
Więc, nie przestawiwszy się bynajmniej na „zdrowy tryb życia”, nie odmawiając sobie wszelakich nadużywek, a nawet wzmagając ich spożycie celem zrekompensowania sobie innych przykrości, w wieku lat trzydziestu odkryłem aktywność fizyczną, którą od zawsze raczej pogardzałem, bo, jak mówi kelner Sindbadowi: „Młodzi ludzie uprawiają sporty, chodzą na pływalnię, zjeżdżają na nartach i oddają się podobnym, rzekomo zdrowym, ale jednak podejrzanym czynnościom. Ale my obaj, panie Sindbardzie (…), wiemy przecież, że dla młodych poetów jednym zdrowym zajęciem jest literatura i kawiarnia.”
A teraz z niemałym zdziwieniem odkrywam ciało na nowo: np. mogę przebiec pięć i siedem kilometrów, co kiedyś wydawało mi się całkowicie nieprawdopodobne, bo gdybym powiedział, że nigdy wcześniej nie biegałem, to skłamałbym: przez dobre dziesięć lat nigdy nawet nie biegłem.
A teraz jakaś wściekła, radosna ekstaza ciała rozgrzanego jak silnik samochodu, po tych pięciu kilometrach, tempem zdecydowanie powolnym, pół godziny mi na te pięć kilometrów potrzeba, ale jednak ciało rozgrzane w sposób nowy, obcy, cudowny, a potem radosne zdziwienie, że boleć mogą mięśnie, których istnienia kiedyś nawet nie podejrzewałem.
Jest coś niezwykle pociągającego w takim odgrodzeniu od świata: czarną nocą, czarnymi polami, po mokrej, gruntowej drodze, od świata izoluje mnie ciemność, tylko w dole migają jasne plamy butów, więc ciemność i bardzo głośna muzyka, rytm zsynchronizowany z rytmem kroków, od myśli i własnego mózgu izoluje mnie puls, oddech i rwące mięśnie, więc po prostu żadnych myśli, tylko świadomość ciała, oddechu, pulsu, skurczu w łydce, ukłucia w plecach, skurczu przepony, nic poza tym, nie ma mnie, cieszyłbym się, że na chwilę zniknąłem, ale się nie cieszę, bo zniknąłem i mnie nie ma, więc kto miałby się cieszyć?
Są to oczywiście odkrycia i entuzjazm zupełnie anachroniczne, bo normalni ludzie odkrywają takie rzeczy w wieku lat piętnastu ganiając za piłką na boisku, cóż poradzę na to, że jestem pod tym względem niedorozwinięty i opóźniony?
***
Wczoraj zaś przy bieganiu jednak trochę myślałem, zanim gruczoły wpuściły do krwi swoje świństwa. Słuchałem „Killing in the name of” Rage Against The Machine, i jest to oczywiście staroć, ale taki, że jednak wolałoby się palić komitety, niż zakładać własne. I ten stary, lewacki klasyk z tą cudowną ścianą basu w połączeniu z rozgrzaniem ciała w biegu nagle uświadomił mi, że mógłbym przyłączyć się do każdej prawie rewolucji, byle była piękna wzorem ognia i barykad, ale w żadnej nie mógłbym się rozpuścić, w żadnej nie mógłbym siebie zatracić, w żadnej sprawie nie mógłbym siebie odnaleźć.
***
A co będzie dalej z ciałem i moją podróżą? Nie wiem, ale podejrzewam, że fizyczne uświadomienie sobie własnej śmiertelności. Bo co innego chyba wiedzieć o własnej śmierci i raczej się jej nie obawiać, a co innego się z nią przywitać.