Na wieży

Najgorzej jest słyszeć własne myśli. Nie myśleć je – lecz słyszeć, jak się myślą. Potrzeba oczywiście dystansu do samego siebie, bez tego osuwamy się w piekło śmieszności, lecz uciekając od tego piekła zbyt wysoko, w dystans absolutny, oglądając samego siebie jak szympansa w zoo, wzlatujemy w niebo szaleństwa.

Najgłośniej słyszę własne myśli w murach dziwnego mieszkania nad Plantami, obijają się w środku, uciec na zewnątrz nie mogą, bo na stuletnie okna z zewnątrz napiera cały gwar miasta, do którego jestem tak nienawykłym: tramwaje, gołębie, przechodnie dzienni, słowiki, huczący przechodnie nocni i zaranni i tramwaje nocne, rzecz tajemnicza, pełne dudniącej muzyki i ludzi, którzy – widziałem z wysoka! – wylewają się z tych tramwajów oknami na bruk, jakby ktoś ich wyciskał strasznym tłokiem.

Pisała mi się w tym mieszkaniu „Morfina”, z jej obsesyjnym rytmem i gęstością i przedwojennymi przymiotnikami w narzędniku przylepionymi do rzeczownikowego mianownika i dzieje się w nim moje małe życie i zawsze powracam zeń zmienionym, raz mniej, raz bardziej, a czasem zupełnie, prawie wywróconym na nice, szwy bezwstydnie obnażone i w tych szwach się rozłażę.

Pierwszego dnia o szóstej rano spróbowałem mojej zwykłej, pięciokilometrowej przebieżki, chciałem sobie pobiec między drzewami dookoła zalanego werniksem miasta, ale dobiegłem tylko pod zamek pełen martwych króli i miałem dość, ledwie mi siły starczyło aby biegiem wrócić z powrotem, wleźć w cudną obfitość warzyw i serów Starego Kleparza i pokrzepionym wrócić na wieżę z siatami pełnymi majowego buncu. Nie moje powietrze, więc mi go to miasto skąpi. Biegał będę dalej u siebie, polami i lasem, bieganiem się ogłuszę. W Krakowie po tej nieudanej próbie aktywność sportową ograniczyłem do wspinaczki po schodach i codziennego spaceru do Bunkra na paulanera, albo i na dwa, a kiedy przyjechał Ł.O., dziś tak jak ja – gość, chociaż w swoim dawnym domu, to wtedy i na więcej niż dwa i pięknie nam się potem wieczór rozwinął, ale i tak prawie codziennie pod betonową ścianą i w dzikim gwarze czasem znajdowałem na parę godzin inną ciszę niż hucząca tępo cisza wieży.

Na wieży piłem zaś nocami pachnący wszystkim Ó vörös od Tamása Dúzsiego, a potem już nie piłem, bo stłukłem jedyny kieliszek, za co przepraszam wszystkich, którzy zamieszkają tam po mnie i obiecuję przywieźć tam następnym razem komplet kieliszków przyzwoitych aby literacka nadbudowa rzeczonego mieszkania znalazła znowu solidną bazę.

Ale może i tak nie będę tam już w stanie pojechać, może się tych murów przestraszę, tego, jak się w nich obijam jak zeschnięty groch w grzechotce i przestraszę się dobrych duchów, które siadują tam na okiennym parapecie i patrzą na mnie wielkimi, strasznymi oczami pustych nocy.

I jeszcze jedno pamiętam: okutaną w pięćset chust babinę, która przed ołtarzem w Bramie Floriańskiej żegnała się zamaszyście, kraulem, cały czas, jak żywy młynek modlitewny, przerywając jedynie po to, aby to przytwierdzonej tam puszki wrzucić pieniążek, potem znowu szerokie łuki w imię Ojca i Syna i znowu pieniążek, chyba wcześniej nieopodal wyżebrany i nie zapamiętałbym tej kobieciny w ogóle spod chust niewidocznej, gdyby nie to, że przechodząc obok bardzo wyraźnie słyszałem jak płacze i widziałem jak szlochy wstrząsają jej niskimi, spadzistymi ramionami i myślałem wiele potem, nad czym płacze: czy nad swoimi grzechami, czy raczej płacze tak, jak starzec Kawafisa zasypia w kawiarni, żałując tego wszystkiego, czego nie uczynił.

A może płacze nade mną, który ją mijam obojętny.

Na skraju antymiasta – w „Polityce”

Poszedłem z synem na wieczorny spacer, nad stawy. Siedliśmy i gapiłem się na drobno rozfalowaną wodę i na krajobraz, w którym mieszkam od zawsze.

Ani to wieś, ani miasto, bo nowoczesność nie jest w stanie udźwignąć pojęcia „miasteczka targowego”, jakim była ta moja „wieś gminna” przez pięćset lat, stąd kamieniczki i folwarczne zabudowania, stawy, pola i cysterskie dęby. Nie leży ani w Polsce, ani na Śląsku, bo Śląska już nie ma, a Polska jeszcze się tu nie zadomowiła. Nie leży to miejsce nawet w Europie ani nie leży poza Europą, wielkie nigdzie w środku umarłej cywilizacji, wyrastające z wnętrzności trupa pięćsetletnie dęby, obojętne wobec nowych domów z porothermu tak samo, jak obojętne względem stojących nieopodal seryjnych hitlerowskich domeczków z czerwonej cegły, z ogródkami; marzenie o robotniku związanym z ziemią przez uprawianie przydomowego poletka. Blut und Boden, naiwny, rustykalny sen o tym, że śląskiego człowieka fabryki, kopalni i huty, człowieka Totalnej Mobilizacji można uczynić niemieckim bauerem z romantycznych sielanek o tym, jak to na roli, między pługiem a mieczem bije serce niemczyzny.

A w nowych domach z katalogu z domami naiwny sen o klasie średniej świata Totalnej Demobilizacji, nie ma już robotników, są key accounci i sales repowie, bracia moi i siostry moje udręczone, jest rozpełzające się antymiasto, śląska dwumilionowa konurbacja połyka powoli barokowe kościółki Pilchowic i Stanicy i cysterskie dęby, połknie też średniowieczny klasztor w Rudach, połknie stawy i zdewastowane zabudowania folwarczne, połknie w końcu własny ogon, zadławi się i zdechnie. (…)

Całość do przeczytania na papierze w nowej „Polityce” i na polityka.pl.

Czarne znaki zapytania

Czasem jedno zdanie nie daje mi spokoju – jak to z noweli „Drzazga” Władimira Zazubrina. Rozpoczyna ono scenę egzekucji – jest rok 1921, pięciu skazańców wprowadzonych zostaje do piwnicy pod siedzibą gubernialnego oddziału CzeKa. I wtedy Zazubrin pisze: „Obok nich pięciu czekistów. W rękach ogromne rewolwery. Kurki – czarne znaki zapytania – odwiedzione.”

Jest w tym porównaniu – czarne znaki zapytania – wszystko. Jeśli kurek odwiedziony jest znakiem zapytania, to jakie jest pytanie? O to, czy tylko straszy się tu skazanych, czy będzie się ich strzelać, na co wskazuje grubą warstwą zaschnięta na podłodze i ścianach krew? O to, jaki sens ma życie człowieka, skoro skończyć z nim można tak łatwo, przemysłowo, jak dokręcić mutrę na fabrycznej taśmie? O to, jaki sens ma historia; czy posiada heglowskiego Ducha, który sprowadził do tej piwnicy ludzi starego porządku, czy jest raczej chaosem i to chaos ich tu sprowadził, nie żadna logika dziejów? A jeśli historia Ducha posiada i Duch ten wyrzuca ludzi na śmietnik historii, nie tylko w przenośni, ale dosłownie, to czym jest wobec historii człowiek? Kto jest historii podmiotem? Ludzie, klasy społeczne, narody, cywilizacje, nic? I jak człowiek stawać powinien przed śmiercią, przed tą opatrzoną jeszcze znakiem zapytania, ale przecież i tak nieuchronną, bo znak zapytania ciągle stoi po pytaniu „kiedy?”, nie zaś „czy?”.

A może są to znaki zapytania po tym pytaniu najważniejszym: czy jesteśmy tylko udręczoną pytaniami mierzwą i kiedy kule rozbijają nam głowy, stajemy się mierzwą cichą, spokojnie wsiąkającą w ziemię płytkich grobów i nie ma żadnego sensu poza tym? Czy też raczej robią swoim ofiarom przysługę czekiści, posyłają ich na lśniącym rydwanie męczeństwa ku wiecznemu życiu?

I co się stanie, kiedy odwiedzione znaki zapytania opadną? Zamienią się w wykrzykniki po onomatopeicznym „bach!”? Czy raczej w kropki po ostatnich zdaniach krótkich, banalnych biografii?

I można tak medytować nad jednym porównaniem, ale cała nowela Zazubrina składa się z takich zdań. Opisują krótkie dzieje czekisty-inteligenta, który od asystowania przy codziennych, fabrycznych egzekucjach traci rozum i każde z tych zdań jest małym wierszem, nasiąkniętym znaczeniami. Nie chodzi tutaj o szyfr, nie chodzi o ukrywanie przed cenzurą treści, które można powiedzieć inaczej: Zazubrin pisze prozę wierszami, bo są takie treści, których inaczej niż wierszem oddać się nie da, są treści, których nie da się wypowiedzieć wprost, bo nie znają takich słów ludzkie języki, bo desygnat jest zbyt skomplikowany, by mogło mu odpowiadać jakiekolwiek pojęcie, ale odkryć się może przed czytelnikiem w subtelnych związkach metafor, porównań, rytmu języka.

Na przeciwnym biegunie stoi Hemingway. Hemingway to sto procent prozy w prozie: tajemnica kryje się w całej lakonicznie opowiedzianej historii, za narracją podążamy niepoetycznie, nie ma niczego, co byłoby w prostych zdaniach niewypowiadalne, bo to, co niewypowiadalne, ta wartość dodana literatury, ten wgląd w tajemnicę Życia dociera przez fabułę, nie przez prostotę języka.

Jako czytelnik cenię zarówno prozę poetycką, jak prozaiczną, ale pisząc wolę drogę Zazubrina: nienawidzę zdań typu „hrabina weszła do pokoju i siadła w fotelu”, zdań, których jedyną funkcją jest poruszenie akcji do przodu, pisząc takie zdania czuję się, jakbym robił coś niskiego, kiczowatego, dlatego z każdym kolejnym tekstem staram się pisać mniej zdań pustych, a więcej zdań pełnych. Dlatego ciągle wracam do „Drzazgi”.

I tylko jeden szczegół nie daje mi spokoju.
Nowela Zazubrina jest ścisła faktograficznie, co świetnie uzupełnia jej poetycką moc. Jest to ścisłość profetyczna: Zazubrin najpierw napisał „Drzazgę” a potem ją przeżył, czy raczej właśnie nie przeżył, rozstrzelany w czasach wielkiej czystki. Więc wszystko się zgadza: metodyka działania, sprawy urzędowe, tempo, rewolucyjna czystość pierwszych lat wojny domowej (czekista, który zgwałcił aresztowaną zostaje rozstrzelany razem z nią), pijaństwo, mundury, rok 1921 w Nowonikołajewsku.

I tylko jedno się nie zgadza: kurek żadnego rewolweru nie wygląda jak znak zapytania. Kurek nagana, odwiedziony, układa się w kształt greckiej lambdy. To szczegół, ale porównanie, które nie miałoby mocnego zakotwiczenia w rzeczywistości, do stylu Zazubrina nie pasuje.

Oglądam więc zdjęcia czekistów i nagle olśnienie: chodzi o inną broń. Pistolet mauzer C96, ulubiona broń bolszewickich komisarzy, Janka Kosa z „Czterech pancernych” i Winstona Churchilla. Kurek mauzera wygląda właśnie jak znak zapytania; więc może to tłumacz się pomylił, dystynkcji między pistoletem a rewolwerem nie uczą na filologii rosyjskiej.
Sprawdzam w oryginale: „Около — пять чекистов. В руках большие револьверы. Курки — черные знаки вопросов–взведены.”, a więc to nie wina tłumacza, po prostu autor wolał „rewolwer” jako uniwersalne określenie broni krótkiej, nawet kiedy pisał o mauzerach i brauningach.

Czy więc uznać to za zwykły błąd nieobytego z bronią literata?
Nie, Zazubrin walczył w wojnie domowej, najpierw w armii Kołczaka, potem w Armii Czerwonej. Żołnierz odróżnia rewolwer od pistoletu, tak jak odróżniamy z łatwością rower od motocykla, a samopowtarzalny mauzer z kurkiem jak czarny znak zapytania rewolwerem nie jest, nic się w nim nie obraca, naboje jeden po drugim wskakują do komory z podłużnego magazynka, nie kręcą się w bębnie.

Więc dlaczego ten rewolwer, zamiast rosyjskiego „pistolieta”?
Może dlatego, że pistolet to słowo stare, pochodzi od czeskiego „píšťala”, czyli „piszczela”, jak zwano ręczną broń palną już w czasach wojen husyckich. „Rewolwer” to słowo techniczne, oznacza sposób działania maszynerii i jako element śmiertelnej fabryki CzeKa brzmi lepiej niż stare, słowiańskie słowo „pistolet”. Mała koncesja prozy na rzecz poezji: rewolwer niesie ze sobą cały bagaż dziewiętnastowiecznej industrializacji: lokomotywa, parowiec, dagerotyp i rewolwer. A więc – fabryka, aby lokomotywę i rewolwer wyprodukować, fabryka, a w fabryce rewolucja.

I z fabryki – śmierć.

Dzień-zmierzch

Dzień-zmierzch, dzień, w którym Słońce Niezwyciężone odwraca od świata swoje oblicze i nie wschodzi, jasne nieba sklepienie zaciągnięte chmurami nieprzeniknionymi obustronnie, dla oczu naszych i dla oczu boskich, nastają ciemności starsze, niż ciemność wnętrza grobu Józefa z Arymatei, smak ciemności wiecznej.

Dzień-zmierzch, Czarni Bogowie słyszalni są dziś wyraźniej, grzmią spod rzecznych piasków i mułów językiem, który jest jak piękna i groźna muzyka, chwytają nas za pięty, kiedy zlęknione stopy spod kołder zmierzają ku podłogom.

Wielka Sobota, dzień, który nie zamyka się datą w kalendarzu, dzień, który nie zaczyna się ani nie kończy, dzień, który jest rewersem wszystkich dni Słońca, dzień triumfu wielkiego Nie, dzień wielkiej odmowy, dzień, w którym łatwo można się zgubić i na zawsze w nim pozostać, na całe życie między piątkiem a niedzielą, między śmiercią a życiem.

„(…)Ten, kto powiedział Nie – nie żałuje. Gdyby zapytali go, czy chce
odwołać je, nie odwoła. Ale właśnie to Nie –
to słuszne Nie – na całe życie go grzebie.”

Che fece… Il gran rifiuto
Konstandinos Kawafis, tłum. Z. Kubiak.

Widziane

Widziałem: tylko przez chwilę. Fragmenty kocykiem ocienionej twarzyczki pomarszczonej jak twarz buldoga, mała dłoń i długie paznokcie nowonarodzone i palce tkają niewidzialny dywan; właśnie się to urodziło i nawet nie znam tego płci i nie poznam i nie obchodzi mnie. Czarne wątłe włosy niechybnie wypadną, robiąc miejsce włosom nowym, włosom potrzebnym temu do życia. Urodziło się gdzieś obok urodzin mojego drugiego syna. I odejdzie ku swojemu życiu, tak jak my odejdziemy i zabierzemy naszą małą larwę ludzką, te ludzkie szczenię, ten piękny pakunek, ślepy i bardzo mądry, bo nie wiedzący o sobie samym. A dziecię, które minęło mnie na szpitalnym korytarzu, kiedy podniosłem oczy znad książki, które minęło mnie wiezione w łóżeczku z przeźroczystego pleksiglasu, odniesione zostanie do innego, jemu właściwego życia.

A przecież nasze życia mogą się jeszcze przeciąć. Może będzie za dziesięć lat kolegą jednego z moich synów; jego prześladowcą lub ofiarą. Może jego pierwszą miłością parę lat później. Może. Może za czterdzieści lat stanie nad moim otwartym grobem piękna czterdziestolatka i za trumną w dół ciśnie różę albo przekleństwo, albo jedno i drugie, a może nawet zapłacze, bo kto wie jakie piekło przede mną? Może ja stanę nad jej albo jego grobem. I zapłaczę albo zaklaszczę. Może za lat dwadzieścia pięć albo dziewiętnaście wściekły młody mężczyzna wedrze się do mojego domu, niosąc w ciemnej grocie lufy złocistą sprawiedliwość społeczną, dziejową lub nawet ludzką. Albo zwykłą zbrodnię. A może terror, który będzie emanacją cnót, albo emanacją przywar. Ale pewnie nikt się nie będzie wdzierał nigdzie, totalna demobilizacja, gnuśne umieranie. Ale może będę całował czoło dobrej synowej, a może ona odbierze mi jednego z moich synów i ten splunie mi pod nogi, albo ona odbierze mi obu.

Może zamknie mi oczy i umyje moje zwierzęce ciało na stalowym blacie w zakładzie pogrzebowym albo w zakładzie medycyny sądowej. Może zszyje mi brzuch długim szwem wijącym się jak czerw w jamach martwej lub żywej skóry, a może mój brzuch rozpruje, żywy lub trupi. Może sprzeda mi kawę albo samochód. Może ukradnie portfel. Albo ja mu ukradnę. Może poproszę ją o jałmużnę. Może poproszę go o łaskę, o przebaczenie, o śmierć. Albo o to, żeby ustąpił mi miejsca w tramwaju, albo, żeby poszedł precz, słowem grubym, albo zaproszę na wino. Może ukłoni mi się na ulicy, a ja odpowiem ukłonem albo może nie odpowiem. Może. Może.

***

Widziałem: starca, bardzo pięknego i bardzo starego. Miał chyba z dziewięćdziesiąt lat, kiedyś bardzo wysoki, ciągle bardzo smukły, ale złamany gdzieś w połowie, gdzieś między brzuchem a klatką piersiową złamany i zgięty w dół i w bok, ale plecy proste, nie krągłe, ostro złamany tylko w jednym miejscu, nie zgarbiony. Szedł chodnikiem, szedł niezgrabnie, szedł kołysząc się boleśnie, niósł dwie ciężkie siatki z Lidla – a jak był odziany! Miał ciemny, ciemnoszary garnitur, spod czarnego beretu wymykały się kosmyki białych włosów, a starczą pierś w rozpięciu białej koszuli zasłaniał kolorowy fular. Mignął mi tylko w oknie samochodu; ale nawet kiedy zniknął, to na ten obraz dalej patrzyłem z szacunkiem, Szanowałem pogardę, z jaką zawiązywał ten fular na swojej starczej szyi, pogardę dla władców tego świata, dla tych, co młodzi i piękni innym pięknem, pogardę, która nie pozwalała mu odziać się w starcze łachmany w drodze do lidla, pogardę z jaką taszczył wielkie siatki, złamany wpół, odziany w szary garnitur, tak stary, a ciągle żywy, żywy bardziej niż mijający go ludzie o oczach martwych.

***

Widziałem: dziewczynę na przystanku, jak wystawia twarz ku słońcu. Zaciska oczy. Nie jest to piękna twarz, nie jest też brzydka, jest w zwykły sposób foremna i ma ten pomarańczowy odcień sztucznych słońc.
Więc siedzi na przystanku, jest zimny, kwietniowy poranek, ubrała się już na powitanie wiosny, między kusą kurteczką a dżinsami kawałek nagiego, zziębniętego brzucha. Chwilę wcześniej, zanim ją zobaczyłem, słońce wyszło zza chmur, a dziewczyna wystawia ku niemu twarz, pewnie chce się jeszcze trochę bardziej opalić, ale może w jakiś sposób, w inny sposób pamięta Słońce Niezwyciężone, dziwne nieba sklepienie, może w tym geście jest cześć, jaką oddają powracającej wiośnie i światłu nadchodzący z północy Ariowie, te zamknięte oczy i ta twarz skierowana ku słońcu to modlitwa, w tych zamkniętych oczach, pod powiekami może zamyka się wszelka cześć, jaką człowiek oddać może wszelkiej boskości. I to bez znaczenia, że dziewczyna chce się po prostu jeszcze bardziej opalić. Jej poranna twarz wystawiona ku słońcu, jej zamknięte oczy to człowiek w obliczu wieczności, to modlitwa o życie, to dziękczynienie i nadzieja. „Słońcu i śmierci nie można patrzeć prosto w oczy”, pisze La Rochefoucauld. Dlatego dziewczyna oczy zaciska, ale to nie słońce jej straszne.
Dziw nad dziwy, może gra w niej gdzieś to umarłe w słowiańskiej prehistorii słowo, zamiast irańskiego „Boga”, Dziw Pacierz, jasne nieba sklepienie.

Agresywne désintéressement

Kaczyński coś powiedział o Ślązakach bardzo głupio. I dalej – poszło! Ktoś tam się uniósł honorem peowskiego działacza. Jurek Gorzelik się oburzył i obraził, nie bacząc na to, że oburzały to się raczej stare panny w XIX-wiecznych powieściach. Ktoś tam podał do sądu. O coś tam. No to jakiś intelektualista z PiSu wytłumaczył precyzyjnie o co prezesowi chodziło, że chuje to są nie wszystkie Ślązaki, tylko niektóre. Na co Roczniok wytłumaczył (jeśli ktoś chciał słuchać, w co wątpię) że wcale nie, bo na odwrót. Kluzikowa przeprosiła, jeśli kogoś przekonała. Bohaterski niedawny przeciwnik Tuska w akcie ekspiacji ogłosił, że właśnie zostaje honorowym Ślązakiem w akcie bohaterskiego protestu przeciwko szalejącym demonom nacjonalizmu. Pewnie przeczytał ten kawałek o milczącym pastorze i pomyślał sobie, że cóż to będzie, kiedy pisowska hydra przyjdzie po specjalistów od rozebranych pań? Nie, żebym miał coś przeciwko rozebranym paniom. Więc specjalista raczył zostać Ślązakiem, on i jakieś dziennikarki i kto tam jeszcze. Pewnie dlatego, że nigdy nie słyszeli o uroczej śląskiej ksenofobii, która i trzeciemu pokoleniu zamieszkałych na Śląsku goroli nie przyda prawa do nazywania się Ślōnzŏkami*, chociażby gębę pełną miała frazesów o multikulti i innych głupotach. Ale wystarczy, że się zbierze intymne grono etnicznie jednorodne i zaraz zaczynają się narady jak z małego, śląskiego Ahnenerbe; kto i do jakiej kategorii się kwalifikuje, a potem nawet kłótnie, wielkŏ haja, aże przeca ty, mamlasie pierziński, tyż zaś tak czisto w papiyrach niy mŏsz, bo ôd twoji starki drugigo chopa starŏszek byli ze Poznania abo ze Hamburga, skiż czego zawrzyj pysk, krojcŏku zatracōny, jak sam ôd pokolyń echt Ślōnzŏki gŏdajōm. I w ten deseń, naprawdę uroczo. Ale to tak na marginesie. A teraz zakwalifikowano Ślązaków do elitarnego grona uciskanych przez Kaczyńskiego, razem z Gabończykami i kupującymi w Biedronce i kim tam jeszcze. Z drugiej strony zakwalifikowano Ślązaków do elitarnego grona odwiecznych wrogów prasłowiańskiej i piastowskiej polskości, razem z Grossem, Hitlerem, Michnikiem, Stalinem i Tuskiem, kolejność alfabetyczna. Cudownie.

I ciągle mnie teraz ktoś pyta: a co ja na to?
A ja na to: a gówno.

A nie licząc wulgaryzmów?

Nie licząc wulgaryzmów, to ja na to tyle: siedziałem sobie wczoraj w moim ulubionym przybytku żywienia i napojenia zbiorowego, żułem perfekcyjnie medium rare wypieczoną polędwicę wołową, popijałem carmenere, a jakże, reserva w którym beczkę czuć było wyraźnie a jednocześnie delikatnie, czyli jak trzeba, i zastanawiałem się, dumałem, rozmyślałem, rozważałem w duszy swojej i sumieniu, co ważniejsze: wino czy mięso? Najpierw tchórzliwie skłaniałem się ku jakiejś gastronomicznie metafizycznej jedności smaków mięsnokrowich i sfermentowanych, ale potem nadszedł czas na przewartościowanie i stanięcie w prawdzie o sobie i na różne takie i stanąłem i przyznałem pierwszeństwo winu, zwłaszcza, że wina zamówiłem jeszcze, a polędwicy już nie. Potem zaś paliłem djarumy special i kontemplowałem przedziwną zgodność, jaka mi się natrętnie nasuwała, zgodność goździkowo-tytoniowego smaku, wina i kobiecych bioder, ochoty, aby je pogładzić… A potem nabyłem jeszcze w przybytku wspomnianym dwie butelki do domu, i obie carmenere z Chile, potem opowiadałem synkowi na dobranoc smutną bajkę o piratach, a potem czytałem w szczotkach nową powieść W.S., powieść bardzo inteligentną, piekielnie zabawną i bardzo smutną, czyli taką, jak trzeba. Z W.S. wymieniłem również kilka e-maili przy okazji szczotek mojego zbioru opowiadań, które czytał W.S., i były to e-maile o postawie ironicznej w literaturze, o pisaniu flakami, o nachalnym i nieuniknionym autobiografizmie czytelniczych interpretacji, o rozpaczy i o pogodnej melancholii, o usprawiedliwieniu ludzi i bohaterów w ich wielkości i małości i o ważnych sprawach, po prostu. I e-maile te, na dodatek, za sprawą właściwej W.S. filozoficznej precyzji zakreśliły mi ładnymi konturami parę majaczących na horyzoncie intuicji, które bardzo przydadzą mi przy pisanej własnie „Morfinie”.

A jeśli ktoś naprawdę chce czytać o sprawach śląskich i nudnych, to niech sobie poczyta na blogu u Nawratka, bardzo ciekawego architekta i urbanisty. Z rzeczonym Nawratkiem raczej lewicowym b. ciekawy wywiad przeprowadził i opublikował w Teologii Politycznej raczej prawicowej pewien młody i bardzo obiecujący a do tego warszawski intelektualista, którego nazwisko (Jędral) jestem przekonany, że P.T. Czytelnicy mojego dzienniczka jeszcze usłyszą, zapewne mniej więcej wtedy, kiedy rzeczony młodzieniec zetnie długie włosy, tak to się zwykle jakoś koreluje, że tak sobie pozwolę na odrobinę paternalistycznego tonu, za który od razu samego zainteresowanego przepraszam.

Więc o podstępnych ślązakowcach i groźnych kaczystach to gdzie indziej proszę sobie czytać, ja, za pozwoleniem P.T. Czytelników albo i bez pozwolenia zostanę jednak przy winie, literaturze i reszcie.

*Jak mogli zauważyć spostrzegawczy P.T. Czytelnicy, zmieniłem sobie ortografię. Teraz będę do zapisu śląskiego stosował ortografię polecaną przez stowarzyszenie Pro Loquela Silesiana, która wydaje mi się najdojrzalsza i przy tym doskonale uwzględniającą dialektalne zróżnicowanie śląszczyzny. Jest to ortografia tak rzadkiej doskonałości, iż wspomniane stowarzyszenie postanowiło nie rzucać pereł przed wieprze, tzn. nie umieszczać zasad tej pisowni w internecie, więc jeśli ktoś chce sobie te daszki i kreski w swej perwersji przyswoić, zmuszony jest do zakupu książeczki pod tytułem „Ślabikŏrz niy dlŏ bajtli abo lekcyje ślōnskij gŏdki”, co sam uczyniłem i nawet polecam, bo rzecz jest ciekawa i inteligentna.

Varia

Otwarłem butelkę bardzo przyzwoitego, fioletowego saperavi, i zaprawdę rację ma W.S., kiedy twierdzi, że jakoś istotowo różni się ono od wszystkich innych czerwonych win. To moje z gruzińskiego wina ma tylko szczep i najszerzej pojęty terroir, winifikowane jest po europejsku i mniej ma charakteru niż takie fermentowane po gruzińsku, mętne, z glinianej kvevry – charakteru mniej, ale za to jest przyjemniejsze, z ludźmi też tak czasem bywa, więc możemy się polubić, ale się nie zaprzyjaźnimy. A otwarłem, bo pomyślałem, że może napiszę coś o Gruzji, ale tak naprawdę, cóż mnie obchodzi Gruzja, skoro nic o niej nie wiem, bo ile się można dowiedzieć tłukąc się terenówką po jej bezdrożach? Wiele lub nic, a ja wybrałem, że nie dowiem się niczego. Wypluł mnie tamten kraj, nie chciał mnie. Więc nie będę pisał o Gruzji, nie dziś.

Zastanawiam się, dlaczego z ważnych dla mnie pisarzy najbliższy jest mi Márai. Nie wiem, czy najważniejszy, ale na pewno najbliższy. I pewnie jednak najważniejszy. Może to przez to, że Jünger był żołnierzem, Lampedusa arystokratą a Cioran szaleńcem, zaś Márai był po prostu zawodowym pisarzem i tyle. Może to przez Europę Środkową: świat Máraiego nie jest moim światem, ale jest dla mnie czytelny, a cóż mogę wiedzieć o okopach, Sycylii albo byciu synem popa?
Ale może to dlatego, że Márai czytał Jüngera i Lampedusę (nie wiem jak z Cioranem), a nie sądzę, aby Jünger czy Lampedusa czytali Máraiego. Chociaż może i czytali, piękne jest to zdjęcie, gdzie ściskają sobie dłonie Márai z Mannem. Ale nie sądzę,
A może dlatego, że za każdym razem, kiedy wracam do „Dziennika” zadaję sobie to głupie przecież pytanie: po co mi czytać inne książki, skoro z żadną inną tak naprawdę nie mam ochoty obcować, nawet z „Promieniowaniami”, skoro „Dziennik” to jedyna książka, przy której mógłbym płakać, gdybym sobie na to pozwolił. I skoro nigdzie indziej nie znajduję ukojenia: chociaż nie w wizji przecież, nie w spojrzeniu na świat oczami tego smutnego świadka entropii, ale w świadomości, że tak wspaniale można być człowiekiem, tak wzniośle można być pisarzem, tak pogardliwie można być znikąd (bo z Kassy) i zewsząd (bo na emigracji) jednocześnie i można tym człowiekiem pozostać do samego dumnego, wściekłego końca. I ten starczy noetyczny wgląd: „Możliwe, że w istnieniu jest jakieś szaleństwo.” Był mądrzejszy od Ciorana, bo mniej efektowny.

A na drugim biegunie, a może na całkiem innej planecie: Iwaszkiewicz, którego dzienniki od roku czytam w zasadzie cały czas, nieustannie, bardzo małymi dawkami (inaczej się nie da), jednocześnie z odrazą i fascynacją. Z odrazą, bo to jednak żałosny megaloman – te „skromne” referowanie listów, w których piszą mu pochlebcy, że to skandal, że mu Nobla w tym a tym roku nie dali, tęsknienie do królowej belgiskiej per „Elżunia”. I to przecież jednak głupiec (te analizy polityczne, aż oczy szczypią!), kabotyn, ale kiedy czytam o wielkiej miłości do Jurka Błeszczyńskiego i tegoż umieraniu i pustce po śmierci, to wyziera z tego cała wspaniała wrażliwość pisarza obdarzonego ogromnym talentem, kto wie, czy nie większym, niż talent ściśle literacki Máraiego. Ale może jednak nie. Ale to nie przez swój talent, lecz przez swoją małość Iwaszkiewicz również wydaje mi się bliski, swojski: jak kumpel, spowiadający się przy wódce z małych grzeszków i śmieszności.

A czym jest w ogóle talent literacki? Chyba umiejętnością świadomego, skupionego przeżywania tego, co się właśnie przeżywa, skupieniem na tym, jak przyszłość staje się przeszłością; sądzę, że tylko z takiego doświadczenia rodzi się literatura.

Ciało

Uświadamianie sobie ciała jest jak podróż. Moje przynajmniej; nie wiem jak u innych mężczyzn, a pewien jestem, że kobiety uświadamiają sobie własne ciało w jakiś zupełnie odmienny sposób, właściwy dalekiemu i dziwnemu światu, w jakim żyją. Chciałbym to kobiece doświadczenie ciała zrozumieć, interesuje mnie, chociażby ze względów literackich, ale nie wiem, czy to jest to w ogóle przetłumaczalne.

***

Márai pisze, że człowiek jest w dziwny sposób spóźniony wobec własnego ciała. I tak właśnie jest: dzieci w ciałach młodzieńców, chłopcy o ciałach męskich i mężczyźni w ciałach starców. Oraz kategoria osobna, trupy w ciałach żywych, ale o trupach nie ma co pisać, bo to trupy i to na dodatek najczęściej zamrożone, nie ma w nich nawet dynamiki rozkładu.

***

Kiedyś byłem tylko ciałem, jak każde niemowlę, ale tego nie pamiętam, nie mogę pamiętać i najwcześniejsze wspomnienia, które teraz przylepiam jakoś do tego białowłosego, bardzo chudego chłopca ze zdjęć, podobnego jak dwie krople wody do mojego syna, są bezcielesne. Dzieci noszą swoje ciała tak, jak nosi się spodnie.

Ciało dziecka jest medium: niesie je, dziecko się tym ciałem interesuje (mój syn odkrywający z zachwytem, że strużką moczu kreślić można wzory na śniegu!), ale tak samo, jak interesuje się światem dookoła: kamieniem, zdechłym kotem czy klockami lego. Ciało dziecka wydaje się być dla niego światem najbliższym, ale nie należącym doń. Mój syn mówi wciąż: boli mnie MOJA ręka, założyłem buta na MOJĄ nogę, podrap mnie po MOICH pleckach. Tak samo jak mówi – napraw mi MÓJ samochód. I ten zaimek dzierżawczy paradoksalnie podkreśla, że ciałko własne postrzega jako coś od siebie samego odrębnego, skoro czuje potrzebę zaimkowego uściślenia o czyją rękę czy nogę chodzi. Coś, co jest moje, nie jest mną.

***

A swoją drogą, jakie znaczenie ma to, że zaimki, który po polsku określamy dzierżawczymi, we wszystkich innych zwą się „posiadawczymi”, z łacińskich „pronomina possessiva”? Czy to w ogóle może mieć jakiekolwiek znaczenie? Czyżbyśmy po polsku jedynie dzierżawili słowa, zamiast je posiadać?
Ale pewnie nie ma to żadnego znaczenia, może jakiemuś kryjącemu się w mrokach dziejów herosowi polszczenia nazewnictwa gramatycznego ta „posiadawczość” wydała się nadto wulgarna, bo i skojarzenie z posiadywaniem, a więc z pośladkami, niegodne skojarzenie, bez łacińskiej podniosłości, więc wstawił słowo dzierżące, uroczyste jak samodzierżca.
A ja po prostu poddaję się trochę temu szaleństwu, jakim jest poszukiwanie znaków w świecie, mowy drzew, tajemniczego kodu pęknięć na asfalcie i eposów zapisanych cirrusami.

No i oczywiście mojego syna używania zaimka dzierżawczego tak samo może nie mieć żadnego znaczenia, przecież nic w ogóle nie wiem o dzieciach i w zasadzie wcale mnie nie interesują tajemnice szczęśliwie już prawie zapomnianego dzieciństwa, dziecko wydaje mi się czekaniem i potencjalnością i jeśli coś mnie w dziecięctwie zachwyca, to właśnie ta potencjalność, to związanie w malutkim byciu wachlarza możliwości, pełne spektrum przyszłych klęsk, porażek i rozczarowań do wyboru, nie interesuje mnie jednak dzieciństwo jako takie.

***

Pierwszym przystankiem na drodze uświadamiania sobie własnego ciała były narodziny pożądania. Nie mam pojęcia, ile miałem wtedy lat, na pewno byłem jeszcze dzieckiem, wraz z pożądaniem rodziła się jego sublimacja, skłonność do wpatrywania się w te odległe, dziwaczne istoty ze świata innego. Zaczynały im wtedy kiełkować piersi, może pod ciężarem tych naszych niezrozumiałych jeszcze wtedy spojrzeń, może tymi spojrzeniami się syciły?
Równie niemądrze własne ciało rozumiałem wtedy, jak niemądre były moje – chociaż dzielone z kolegami, więc raczej „nasze”, nie „moje” – dociekania na temat ciał kobiecych. Były to czasy preinternetowe, w których pisemko pornograficzne było dobrem rzadkim, zazdrośnie strzeżonym przez starszych chłopców, od których łatwo dostać można było w nos, więc ciało kobiety było nie tylko oczekiwaniem, ale również tajemnicą. Przeżyciem pokoleniowym dla nas, dla mnie i moich rówieśników była chyba ukradkowa lektura „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, której ilustracje czarną kreską medycznej dosłowności nie tłumaczyły jednak niczego, a już na pewno nie dawały nam odpowiedzi na pytania o źródła tej tajemniczej fascynacji.
Ciała dziewcząt były więc dla nas tajemnicą na paru poziomach, spieraliśmy się co do architektury różnych szczegółów kobiecej anatomii, były też tajemnicą, bo przecież nie rozumieliśmy i dziwiliśmy się własnemu tymi ciałami zainteresowaniu.
Było też dla nas tajemnicą nie tylko to, w jaki dokładnie sposób dochodzi do tego szczególnego aktu, o którym pojęcie mieliśmy raczej odległe, ale przede wszystkim, jakim cudem, jak to się dzieje, że te wyniosłe, odległe stworzenia pozwalają podobno potem robić ze sobą takie rzeczy, komuś takiemu jak my, czy prawie jak my, jak my bez patykowatych rąk i piegowatych twarzy. Pozwalają na to komuś kim się prawdopodobnie kiedyś staniemy, chociaż kiedy miało się lat trzynaście, to przecież nie dało się w to uwierzyć, w tę przemianę, do której kiedyś podobno dojdzie.

Dziś, jak mi się wydaje, ciała kobiet tajemnicą już nie są nawet dla dziesięciolatków, bo podaż pornografii sprawia, że stają się już jedynie oczekiwaniem – i to oczekiwaniem na taką kobiecość, której poza planem filmów pornograficznych nie ma. W tym sensie mądra wydaje mi się akcja amerykańskiej feministki, która „na podstawie własnych doświadczeń ze spotkań z dwudziestolatkami” założyła stronę Make love, not porn, gdzie z cierpliwością Syzyfa i wulgarną otwartością libertynki (takie decorum rozmowy o erotyce, cóż zrobić) tłumaczy pryszczatym onanistom, jak „to” naprawdę wygląda. Bo przecież pornografia tyle ma wspólnego z życiem erotycznym, co cała popkultura z życiem w ogóle, czyli z jednej strony bardzo dużo, bo tam rozgrywa się życia naszego mitologia, ale z drugiej, w tym przypadku ważniejszej właśnie nic, tyle ma wspólnego co Joker z „Batmana” z prawdziwymi bandytami.
Ale, znowu, świat dzisiejszych dwunastolatków jest światem mi tak obcym, że więcej pewnie miałbym do powiedzenia o Kwakiutlach, o których nie mam do powiedzenia wiele. Więc to tylko takie luźne podejrzenia, może jest zupełnie inaczej.

Potem zaś, w tych wszystkich niesłychanych cudownościach młodzieńczości czas wyjaśnił tajemnice, zaspokoił frustracje, zakończył oczekiwanie i libido, chociaż bez wątpienia potężniejsze przecież niż w schyłkowym dzieciństwie i zajmujące o wiele ważniejsze miejsce w życiu, straciło swoje centralne położenie dla cielesnej świadomości.

I o ciele na dziesięć lat zapomniałem. I chyba znów nie miałem ciała, żyłem sobie spokojnie, jak powiedział Stasiuk w fajnym wywiadzie: „będąc nieco grubym”, aż ciało zaczęło o sobie przypominać w zupełnie inny sposób: na przykład przez więzadło w kolanie zerwane przy zsiadaniu z konia, a szczególnie przez widok tegoż kolana składającego się w złą stronę. Potem pierwsze rendez-vous z astmą. Potem przykra konstatacja, że kilka pięter to problem. Nieduży, ale problem i pot cieknie po plecach.
Więc, nie przestawiwszy się bynajmniej na „zdrowy tryb życia”, nie odmawiając sobie wszelakich nadużywek, a nawet wzmagając ich spożycie celem zrekompensowania sobie innych przykrości, w wieku lat trzydziestu odkryłem aktywność fizyczną, którą od zawsze raczej pogardzałem, bo, jak mówi kelner Sindbadowi: „Młodzi ludzie uprawiają sporty, chodzą na pływalnię, zjeżdżają na nartach i oddają się podobnym, rzekomo zdrowym, ale jednak podejrzanym czynnościom. Ale my obaj, panie Sindbardzie (…), wiemy przecież, że dla młodych poetów jednym zdrowym zajęciem jest literatura i kawiarnia.”

A teraz  z niemałym zdziwieniem odkrywam ciało na nowo: np. mogę przebiec pięć i siedem kilometrów, co kiedyś wydawało mi się całkowicie nieprawdopodobne, bo gdybym powiedział, że nigdy wcześniej nie biegałem, to skłamałbym: przez dobre dziesięć lat nigdy nawet nie biegłem.
A teraz jakaś wściekła, radosna ekstaza ciała rozgrzanego jak silnik samochodu, po tych pięciu kilometrach, tempem zdecydowanie powolnym, pół godziny mi na te pięć kilometrów potrzeba, ale jednak ciało rozgrzane w sposób nowy, obcy, cudowny, a potem radosne zdziwienie, że boleć mogą mięśnie, których istnienia kiedyś nawet nie podejrzewałem.

Jest coś niezwykle pociągającego w takim odgrodzeniu od świata: czarną nocą, czarnymi polami, po mokrej, gruntowej drodze, od świata izoluje mnie ciemność, tylko w dole migają jasne plamy butów, więc ciemność i bardzo głośna muzyka, rytm zsynchronizowany z rytmem kroków, od myśli i własnego mózgu izoluje mnie puls, oddech i rwące mięśnie, więc po prostu żadnych myśli, tylko świadomość ciała, oddechu, pulsu, skurczu w łydce, ukłucia w plecach, skurczu przepony, nic poza tym, nie ma mnie, cieszyłbym się, że na chwilę zniknąłem, ale się nie cieszę, bo zniknąłem i mnie nie ma, więc kto miałby się cieszyć?

Są to oczywiście odkrycia i entuzjazm zupełnie anachroniczne, bo normalni ludzie odkrywają takie rzeczy w wieku lat piętnastu ganiając za piłką na boisku, cóż poradzę na to, że jestem pod tym względem niedorozwinięty i opóźniony?

***

Wczoraj zaś przy bieganiu jednak trochę myślałem, zanim gruczoły wpuściły do krwi swoje świństwa. Słuchałem „Killing in the name of” Rage Against The Machine, i  jest to oczywiście staroć, ale taki, że jednak wolałoby się palić komitety, niż zakładać własne. I ten stary, lewacki klasyk z tą cudowną ścianą basu w połączeniu z rozgrzaniem ciała w biegu nagle uświadomił mi, że mógłbym przyłączyć się do każdej prawie rewolucji, byle była piękna wzorem ognia i barykad, ale w żadnej nie mógłbym się rozpuścić, w żadnej nie mógłbym siebie zatracić, w żadnej sprawie nie mógłbym siebie odnaleźć.

***

A co będzie dalej z ciałem i moją podróżą? Nie wiem, ale podejrzewam, że fizyczne uświadomienie sobie własnej śmiertelności. Bo co innego chyba wiedzieć o własnej śmierci i raczej się jej nie obawiać, a co innego się z nią przywitać.