Palinko, palinko, przecież spływając w dół pustego brzucha nie zmienisz mnie w kogoś kim nie jestem! Przecież nie jestem Sindbadem, nie chcę być Sindbadem, węgierski pisarz – taki Maraiokrudomoricz – interesuje mnie o tyle, o ile jest pisarzem w sposób bardzo interesujący, wszyscy oni, jednocześnie prości i wyrafinowani, jednocześnie prostaccy i dandysowcy, jednocześnie bardzo mądrzy i bardzo naiwni, inni niż polscy pisarze, weselsi niż polscy pisarze i smutniejsi jednocześnie. Gwiżdżący na wszystko i jednocześnie skłonni pojedynkować się, bo ktoś rzucił straszliwą potwarz, mówiąc, że psychologia postaci u Jókaiego nie jest mocna.
I Ł.O. sobie z tego zainteresowania mojego żartuje i słusznie, bo od takich i pięćset razy mocniejszych żartów i od prawdy są przyjaciele, więc Ł.O., kiedy chce mi dokuczyć, nazywa mnie „Szandorkiem”, a teraz pyta – „no i jak ci w mateczniku, Szandorku?”. I słusznie drwi, nie należy za dużo czytać jednego pisarza, można sobie znudzić smak do literatury.
Ale to jednak nieprawda, nie próbuję przecież udawać, że mój świat w czymkolwiek przypomina tamten świat triumfującej burżuazji, już zostawmy węgierską, ale burżuazji w ogóle i w zasadzie nie tęsknię przecież nawet za tamtym światem, bo, na Boga, mógłbym może wyrwać się z podziemnej niewoli, jak wyrwali się z pokoleniowej konieczności Korfanty czy paru innych, ale czy raczej nie zostałbym kimś w rodzaju Ociepki, tyle, że bez Ociepki talentu i szaleństwa? Jeśli w ogóle, jeśli burżuazyjny świat nie przytrzymałby mnie żelazną ręką tam, gdzie się w nim powinienem narodzić, w schludnych kuchniach i antryjach domów z cegły czerwonej, z błękitem haftowanymi makatkami na ścianach, tam powinienem żyć, w dumnym niewolnictwie szychy i szoli i bractwa hajerów i tam umrzeć, w czarnym jelicie ziemi.
Więc nie, nie tęsknię. I nie próbuję udawać kogoś, kim nie jestem. Lubię tych wszystkich martwych Węgrów bardzo, stanowią maleńki wyjątek w mojej sprawiedliwej, powszechnej mizantropii podlanej śląskim resentymentem, najżałośniejszą z ksenofobii, przy której trwam bohatersko, tak, jak głupie kobiety trwają przy złych mężczyznach, w kłótniach o zupę tracąc kolejne zęby.
A teraz wypiłem dobrej palinki, na żołądek pusty i spragniony, spłynęła i rozpaliła mi wnętrzności i zjadłem zupę gulaszową, szczęśliwie w niczym nie przypominająca tej szarej brei ze złej wołowiny, która oblepia i dusi polskie kartofle. I czekam na danie główne, czekam cierpliwie przy drugim piwie, druga palinka czeka na mnie, nie mam dzisiaj ochoty na wino, do gulaszowej zjadłem pół bochenka chleba, diabli niech wezmą dobre nawyki żywieniowe, z takim poświęceniem wypracowane i utrwalone, diabli niech je wezmą przynajmniej dzisiaj.
Diabli niech wezmą wszystko, bo nie jestem Sindbadem, ale dzisiaj dzień spędziłem samotnie, jakbym szedł, niewidzialny, jego śladami, to znaczy nie samego Krúdy’ego, oczywiście, ani Máraiego, ale węgierskich pisarzy w ogóle, jakbym ich prześladował moim niezdrowym zainteresowaniem, to znaczy rano z bólem serca próbowałem pisać i nie pisało się, więc zjadłem hotelowe śniadanie, po którym pobiegłem natychmiast do recepcji i odwołałem hotelowe śniadania na dni kolejne, a potem wyszedłem w zimowy Budapeszt, jakiego nie znałem wcześniej, Budapeszt pusty, zimny i biedny i poszedłem do Centrál Kávéház, który udaje ten Central, w którym zbierali się pisarze pokolenia Nyugatu, mistrzowie Máraiego i nauczyciele.
Udaje, jak sądzę, udatnie: tanie secesje, niby marmurowe stoliki, brąz, bordo i złoto, dobra kawa, raczej na wiedeńską modłę, więc oczywiście, żadnego latte, tylko kapuziner i siedzę sobie w kącie i w krawacie ulubionym i wełnianym, piję kawę i przywołuję tych Węgrów, których węgierskość w zasadzie wcale mnie nie obchodzi, bo interesuje mnie raczej ich europejskość, specjalna, odrębna europejskość, a dlaczego mnie interesuje – nie wiem.
Potem praca, w końcu jestem tu w pracy, trochę użalania się nad sobą, bo w końcu siebie nie zostawiłem w domu, żeby się nad sobą nie użalać, a potem zabieram „Zazdrosnych” Máraiego, idę do Hotelu Gellért, a jakże, do term.
A w termach wiszę w wodzie o temperaturze ludzkiego ciała, potem do łaźni parowej, potem znowu 36 stopni, potem znowu parówka i czytam o tym, jak Péter Garren rozstaje się ze swoją La, ze swoją kochanką o czystym sercu.
Bardzo to zmysłowe wszystko, jak na Máraiego, naprawdę wzruszające i naprawdę smutne, jak smutny jest Péter Garren, bezradnie rozpleciony miedzy kochanką, która ginie w płomieniach, a żoną, która żyje i którą Garren kocha, ale opuszcza, jadąc do ojca, który umarł. Ale brzmiało inaczej, niż można by się spodziewać, inaczej, bo czytałem otoczony przez nagich starców, w fartuszkach zakrywających krocze lecz odsłaniających nagie, starcze pośladki, albo i bez tych fartuszków. A byli to starcy niedołężni, ledwie powłóczący nogami, starcy o białych ciałach, ręce drżały, wspomnienie po tych wszystkich niepotrzebnych czynnościach, jakim się w życiu oddajemy. Powoli, ostrożnie wkraczali do ciepłej wody, jaka ulga, kiedy woda wspiera i wreszcie unosi ich starcze ciała, które nie chcą się już nieść same, starcy zanurzeni aż po drżące żuchwy, na zielonej wodzie kręgi od tych drżeń.
Byli tam starcy nie tak jeszcze starzy, lecz ci, którym rak wydarł wszystkie włosy z ciała, żadnych brwi, żadnych włosów łonowych, pomarszczone, smutne niemowlęta lękliwie szukające zdrowia w ciepłej wodzie i nie znajdą go, nie ma w tych ciałach już miejsca na zdrowie.
Byli tam też młodzieńcy, mężczyźni w średnim wieku, mężczyźni podstarzali, wreszcie mężczyźni bez wieku wypisanego w ciele, tacy, którzy mogą mieć równie dobrze trzydzieści jak i pięćdziesiąt lat. Byli więc mężczyźni o pięknych ciałach wojowników, klatki piersiowe wysklepione łukami potężnych żeber, nie hodowlanych mięśni, byli sportowcy o sztucznych ciałach sportowców, byli młodzieńcy o pajęczych kończynach i zapadłych piersiach, byli tłuści i tłustawi i otyli, byli starcy wspominający swoje minione piękno i starcy szczęśliwi z egalitarnej brzydoty starości. Wszyscy spokojni, nadzy, cisi, skupieni na sobie, nawet jeśli w towarzystwie, wszyscy unoszą się w ciepłej wodzie jak uroczyste meduzy, kontemplują palce własnych stóp.
Był wreszcie wspaniały masażysta, gargantuiczny grubas o obwisłych oczach basseta i kącikach ust ściągniętych w dół na równi grawitacją jak i spokojną pogardą dla takich jak ja: po co mówisz do mnie po angielsku, zagraniczny idioto, skąd w ogóle pomysł taki? Co cię tutaj przyniosło, człowieku nieprawdziwy, po coś tu przyszedł z tym swoim płaszczykiem, szalikiem i torbą i głupią mordą zadowolonego z siebie kretyna? A ja, idiota, uśmiecham się uśmiechem dla kasjerek i coś paplam głupio o ręcznikach i szlafrokach a ten wspaniały, dwustukilowy człowiek łysy na głowie i włochaty wszędzie indziej patrzy na mnie, owinięty jest ręcznikiem poniżej wielkiego brzucha, kudły mokre, policzki ściągają mu powieki nisko w dól, patrzy na mnie, z tłustą cierpliwością czeka obojętnie aż skończę i wskazuje ręką na górę, czerwone półksiężyce pod gałkami ocznymi, wskazuje ręką na górę, gdzie przebieralnie i mówi coś po węgiersku. Wyobrażam sobie, co może do mnie mówić, wiem, że ma przecież rację, po co tu w ogóle przyszedłem, czy to dla mnie termy, czy wyobrażam sobie, że za cztery tysiące forintów mogę sobie kupić prawo do bycia tutaj, tak jak kupiłem prawo do wejścia? Wejść mogę, niech se wchodzę, ale być? Być – to mnie tutaj wcale nie ma. Wiem, że ma rację; zgadzam się z jego niechęcią, podzielam jego niechęć do takich jak ja, przeprosiłbym za to, że przyszedłem, gdybym tylko potrafił, ale nie potrafię, więc posłusznie idę na górę, rozbieram się i dalej posłusznie postępuję za wskazaniami i rozkazami ponurych i troskliwych łaziebnych, potem moczę się w wodzie i pocę w łaźni, potem nie umiem znaleźć boksu, w którym zostawiłem ubrania, wiadomo, idiota, jak się okazuje, numerek, który noszę na ręce wcale nie odpowiada numerkowi na kabinie, numerek na kabinie powinienem zapamiętać sam, a numerek który noszę na ręce, to tylko dowód, że nie przyszedłem tutaj nago, łaziebny, inny, mały i brodaty, gdera coś do mnie cierpliwie i cicho, otwiera po kolei szafki, czy te ubranie twoje? Nie moje. A czy te twoje? Nie moje.
A może powinienem powiedzieć, że moje, włożyć inne spodnie, inną kurtkę, otworzyć inny portfel, wszystko za ciasne albo za duże, i wyjść innym życiem, sprawdzić adres w portfelu i wrócić do domu Gyuli, Attili czy innego Istvána, w kurtce Gyuli objawić się jego żonie i dzieciom, albo starej matce i czekać, aż mnie zabiorą na komisariat, wściekły Gyula już dzwoni do domu, już wiedzą, więc nie zamordowałem, tylko ukradłem ubranie, więc z komisariatu gdzie, do czubków od razu? A ja nic, ani słowa przecież nie rozumiem, mógłbym tylko bez końca powtarzać jakiś prosty ciąg liczb, może pin do karty, albo pesel? Albo raczej uśmiechać się ciepło i cierpliwie, idiota życzliwy swoim oprawcom. W końcu znaleźliby moje ubrania i dokumenty i co mieliby zrobić z takim szaleńcem świętym i głupim? Przecież mnie nie utopią w Dunaju.
A może stara matka Gyuli niedowidzi, sadza mnie przy stole, coś ty taki milczący Gyula, masz herbaty, Gyula, zmężniałeś Gyula, albo schudłeś, powiedziałbyś coś, Gyula, chleba masz, jedz, Gyula, ze smalcem i papryką i z cebulą, jak lubisz, Gyula, dla ciebie trzymam, patrz, co się z twoją starą matką stało, Gyula, nie odwiedzasz mnie już, a ta twoja, co z nią? A dzieci? A na tym zdjęciu, widzisz, Gyula, jak z tatą na Wyspie Małgorzaty? Widzisz…? Taki byłeś, maleńki taki, a teraz co, Gyula, co?
A czy te ubrania twoje, pyta łaziebny? Chyba, że nie pyta, tylko proponuje, żebym sobie coś gdzieś tam wsadził, czy jak tam Węgrzy złorzeczą. Ale ubrania moje. No, to odziej się, smutny idioto w ręczniku, skąd cię tam cholera przywiała, i idź, idź, opowiedz swoim, jak było w łaźniach w Hotelu Gellért , boś i tak nic nie zrozumiał, boś i tak nic nie skorzystał, tylkoś siedział, kretynie, w ciepłej wodzie, i co?
I nic.
Ale jednak coś. Bo to starcy właśnie i kochanka Pétera Garrena, jej ciało i ich ciała, one właśnie w zgodnym unisono mówią mi o człowieku coś, czego wcześniej nie wiedziałem. A między nimi ja, ciężki, moja głowa nad wodą i dłonie, moja głowa, a w głowie nieustający huk tysięcy obrabiarek, nie milknie, chyba, że się upiję na sztywno, ale na trzeźwo i na rauszu lekkim i na mocniejszym nawet to jak w fabrycznej hali, tysiąc tokarek, tysiąc frezarek, młoty parowe i słowa i nici między słowami, zdania, twarze, pytanie, wszystko na raz, głowa mi pulsuje, od kiedy pamiętam. I spokój jest pozorny, spokój jest nieprawdziwy. Kiedy milczę, głowa mi wzbiera.
A teraz milczę i nawet huk w mojej głowie milknie na moment i mówią mi ciała coś, o czym wcześniej nigdy nie słyszałem, starcy i ta piękna, zmysłowa dziewczyna z papieru, wcale nie mniej prawdziwa od starców z ciał, ich koniunkcja, ona razem z nimi, oni razem z nią, oni na jej tle i ona na tle ich, szepczą mi niewidzialnemu, schowanego pod wodą i za książką, szepczą mi: ecce homo.