Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.
Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek „The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: „Szepty” i „Tragedię narodu” Figesa, „Morderców” Kazana, „Kawior i popiół” Marci Shore, „Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, „Wielką ucieczkę” Thorwalda, „Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o „Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O „Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O „Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę „sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o „Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. „wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja „KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.
Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.
Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.
Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe „Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe „Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk „Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.
Do księgarń trafia właśnie nowy, podwójny i historyczny numer Arcanów, a w nim b. ciekawy szkic ś.p. prof. Wieczorkiewicza o Rakowskim, interesujący tekst Jana Filipa Staniłko o neosarmatyzmie, wypisy z mojego dzienniczka, już piąte, oraz spitsbergeńska impresja, pod tytułem „Mała Rosja w krainie Ostrych Gór”, o Barentsburgu, Svalbardzie i Rosji. Polecam się życzliwej uwadze P.T. Czytelników.
Historia ludzkości jest historią rozkwitów, zmierzchów i upadków cywilizacji. Dostrzegali to najwięksi z historiozofów, jak Toynbee, czy Spengler. Książka „Ostatnie dni Europy” Waltera Laquerera, ma nieco odmienny charakter i mniejszy ciężar gatunkowy niż wielkie syntezy klasyków, Laqueur nie pretenduje do historiozoficznej syntezy, oddając się jedynie trafnej analizie teraźniejszości i wskazaniu kierunku, w którym europejska teraźniejszość niechybnie zmierza.
Niewątpliwą i wielką zaletą wykładu Laqueura jest otwarcie na rzeczywistość. Polscy intelektualiści, zarówno prawicowi jak i lewicowi, żyją w świecie ideologicznych konstruktów, przykładając do rzeczywistości społecznej swoje konceptualizacje, często dawno przeterminowane, nie dostrzegając zupełnie istotnych zmian, jakie zaszły w politycznej i społecznej rzeczywistości Europy w ciągu ostatniego półwiecza. Nie chodzi tutaj o fałszywy „koniec historii” europejskiej integracji – lecz o faktyczne, istotne zmiany w europejskiej mentalności, charakterze, wreszcie również w biologicznej substancji, stanowiącej bazę dla naszej kultury (czy raczej, za Spenglerem, już nie kultury, lecz cywilizacji).
Intelektualiści lewicowi w nieskończoność bronią Polski przed krążącym widmem strasznego antysemityzmu, jakby na uniwersytetach ciągle obowiązywały getta ławkowe, zaś intelektualiści prawicowi w swoich filipikach przeciwko niemieckiemu imperializmowi w nieskończoność międlą temat Odwiecznego Planu Zniszczenia Narodu Polskiego, nie zauważając zupełnie, że równie dobrze mogliby ostrzegać przed nowym potopem szwedzkim, bo kulturowo wykastrowani, obezwładnieni poczuciem winy i wymierający Niemcy XXI wieku akurat tyle mają wspólnego z ekspansywnym duchem pruskim, co współczesne szwedzkie lesbijki z Karolem Gustawem i szwedzką rajtarią. Nieliczni intelektualiści środka popełniają zaś błąd największy z możliwych – pogrążają się w dobrotliwej apatii, twierdząc, że za sprawą żółtych gwiazdek na niebieskim tle historia już się skończyła.
Zainteresowanie rzeczywistością, faktycznym jej stanem, występuje wyłącznie na tyle, na ile jakiegoś wydarzenia (wystąpienia Eriki Steinbach, przyprawienia rabina Schudricha sprayem pieprzowym, etc.) można użyć jako pouczającego exemplum. Mamy najczęściej do czynienia z absolutnym prymatem ideologicznego konstruktu, nie doczekały się jeszcze nasze czasy swojego Tocquevilla, który potrafiłby tak opisać post-nowoczesność, jak Tocqueville opisał demokrację w Ameryce.
Laqueur nie daje nam może tak przenikliwej, socjologicznej analizy jak Tocqueville, lecz, co ważne, koncentruje się wyłącznie na rzeczywistości. W bardzo jasnym i klarownym wykładzie opisuje kondycję współczesnej Europy, koncentrując się na trzech elementach: muzułmańskiej diasporze, demograficznym krachu i, w nieco mniejszym stopniu, na trudnościach gospodarczych. Część poświęcona gospodarce jest stosunkowo najmniej interesująca, wynika zresztą przede wszystkim z przesłanek, zawartych w analizach demograficznych perspektyw Europy, nie będę się nią więc tutaj więcej zajmował.
Wizje problemów demograficznych Europy u Laqueura opierają się oczywiście na prostej ekstrapolacji aktualnie panujących trendów w przyszłość i podzielają słabość każdej w zasadzie futurologii, która prawie zawsze opiera się na przesłankach, że w przyszłości będzie tak, jak teraz, tyle, że bardziej. Laqueur zdaje się dostrzegać tę wewnętrzną słabość pisania o przyszłości i w wielu miejscach zastrzega się, iż jego przewidywania mają sens tylko jeśli w nie wydarzy się coś, co mogłoby w sposób nagły odwrócić panujące dziś trendy.
Trudno się jednak z Laqueurem nie zgodzić, kiedy pisze, że nic zgoła nie zapowiada nadejścia takiego zwracającego nagle koleje historii wydarzenia. Trudno wręcz w gęstej substancji społecznej znaleźć miejsce, w którym taki katalizator zwrotu mógłby się pojawić – chociaż, oczywiście, historyczne zwroty zawsze zaskakiwały swoich świadków.
Wniosek z „Ostatnich dni Europy” jest, w każdym razie, bardzo prosty – o końcu Europy zdecydują dwa zasadnicze czynniki: muzułmańska imigracja i ujemny przyrost naturalny wśród białych.
Analizując napływ muzułmańskich imigrantów do Europy, Laqueur zwraca uwagę na szereg faktów istotnych do zrozumienia jej specyfiki. Po pierwsze, porównuje muzułmanów do niemuzułmańskich imigrantów z Indii czy z Dalekiego Wschodu, zauważając zasadnicze różnice w w stosunku do europejskości między wyznawcami islamu, a innymi emigrantami z odległych krajów. Obserwacje Laqueura potwierdzi zresztą każdy, kto przespacerował się ulicami Londynu albo Warszawy: Hindusi, Wietnamczycy lub Sikhowie są imigracją poniekąd „starego typu”, ich imigracja do Europy jest imigracją zarobkową, tak jak chociażby europejska imigracja do USA w XIX wieku, i inne, podobne. Po przyjeździe zajmują się ciężką pracą, ze wszystkich sił unikając konfliktów z gospodarzami, w pokornym konformizmie wobec panujących na miejscu norm. Uprzejmi Sikhowie w turbanach, prowadzący chyba większość sklepików spożywczych w Londynie, czy pracowici Wietnamczycy w Warszawie, nie podpalają samochodów.
Tymczasem, z imigracją muzułmańską jest inaczej. Laqueur podkreśla, że konstytuująca jej charakter cechą jest właśnie islam – geograficzna czy etniczna różnorodność ma znaczenie daleko mniejsze, niż odrębność religijna, łącząca wszystkich muzułmanów – Turków, Pakistańczyków, Arabów – we wspólnotę, ummę. I to właśnie dzięki islamowi imigracja ta ma raczej charakter pełzającego podboju. W szkolnych atlasach historycznych mapy epoki wielkiej wędrówki ludów upstrzone są różnobarwnymi strzałkami, obrazującymi ruchy barbarzyńskich plemion od dziczy do cywilizacji. Być może napływ Turków do Niemiec, północnoafrykańskich Arabów i Berberów do Francji i Pakistańczyków do Wielkiej Brytanii również powinien być zaznaczony taką zmieniającą układ sił strzałką, nie wiemy przecież na pewno jaki dokładnie miały charakter te historyczne migracje – czy były to zwarte masy ludzi płynące przez historię jak rzeka, czy raczej powoli cieknące strużki, przenikające do nowych krain.
Dziś, muzułmanie przybywają do Europy bez broni, lecz nie bezbronni, bo doskonale nauczeni wykorzystywać europejską, ideologiczną słabość i bez wątpienia nie w pokojowych zamiarach. Niczym Hitler w 1933 roku nie kryją, że używają wszystkich europejskich udogodnień, opieki społecznej i każącego promować „multietniczność”, historycznego kompleksu europejskich elit tylko po to, by w końcu zmieść europejską cywilizację z powierzchni ziemi, wcielając jej ziemie do uniwersalnego kalifatu.
To, że kalifat w Europie brzmi dziś jak temat filmu fantastycznego, oznacza jedynie, jak bardzo oszołomieni dobrobytem są Europejczycy początków XXI wieku. Klęskę bowiem Europa ponosi nie na polu bitwy, lecz w kołyskach.
Liczby, które przytacza Laqueur, są bezlitosne. W Europie przyrost naturalny nie zapewni nawet zwyczajnej wymiany pokoleń, w ciągu kilku dziesięcioleci dojdzie do tego, że większość Europejczyków stanowić będą starcy, na których nie będzie miał kto pracować. Nie będzie również miał kto walczyć. Jedynym lekarstwem na to będzie stymulowanie dalszej imigracji. Co sprawi, że gnuśna Europa zginie bez jednego wystrzału. This is the way the world ends. Not with a bang, but a whimper.
Największy dyskomfort przy lekturze rozdziałów poświęconych demograficznej śmierci Europy powoduje fakt, iż nie da się podjąć z nimi polemiki. O ile jeszcze Laqueura interpretacja postaw muzułmańskich imigrantów pozwalałaby komuś zdeterminowanemu oskarżyć tego wyjątkowo zdyscyplinowanego historyka o nierówne rozłożenie akcentów, podkreślanie zjawisk potwierdzających jego tezę i umniejszanie innych, to z prostymi wyliczeniami, ilu będzie za pięćdziesiąt lat Niemców, Francuzów lub Brytyjczyków, a ilu musiałoby być, aby Europa przetrwała, sensownie dyskutować się nie da, bo uderzają lakoniczną oczywistością: po prostu, wymieramy. A na miejsce, które opróżnimy, przyjdą inni.
I w tym momencie „Ostatnie dni Europy” są właśnie najdonioślejsze. Czytelnik uświadamia sobie nieuchronność końca i ta nieuchronność porusza najbardziej i najmocniej zmienia perspektywę. To jak wiadomość o złośliwym raku z przerzutami – nic już nie można zrobić, tylko odliczać dni do końca. Albo modlić się o cud.
Ma oczywiście książka Laqueura swoje braki. Przede wszystkim, drażnić może pewna jej doraźność, będąca może prawem eseju, w przeciwieństwie do syntetycznej monografii – Laqueur zbyt mocno i zbyt często angażuje się w spory z thinkthankowymi myślicielami, piszącymi bieżące książki na potrzeby bieżącej polityki, co nie przydaje, niestety, „Ostatnim dniom Europy” ważności, zwłaszcza przez wzgląd na ostateczną doniosłość tematyki. Kiedy pisze się o końcu liczącej dwa i pół tysiąca lat cywilizacji, można porzucić polemiki z niezbyt znaczącymi pracownikami „intelektualnych zapleczy polityki”, zajmującymi się wyłącznie najbardziej bieżącą tematyką. Temat prosi się wręcz o dzieło i obszerniejsze i, poniekąd, poważniejsze w przyjętej metodologii.
Brakuje też książce Laqueura refleksji nad tym, co doprowadziło Europę do progu jej dni ostatnich. A to wydaje się chyba najważniejszym w tej chwili pytaniem naszej cywilizacji: dlaczego giniemy? Prosta odpowiedź, że taka jest kolej rzeczy lub logika historii – nie wystarcza, czyżbyśmy więc musieli czekać tysiąc trzysta lat na swojego Edwarda Gibbona? Być może to właśnie nienawiść to tego, co przychodzi po upadku – Gibbon nie znosił przecież chrześcijaństwa, które obarczał winą za decline and fall of the roman empire – warunkuje jasne widzenie upadku przyczyn.
Brakuje również Laqueurowi historiozoficznego namysłu nad samym procesem upadku cywilizacji, ten namysł znajdziemy jednak bez trudu gdzie indziej, chociażby u Zdziechowskiego, Spenglera lub nawet u Gibbona. Laqueur napisał zaś raczej książkę, która, chociaż zwięzła, dostarcza tak dużej ilości danych, że mogłaby stać się świetnym materiałem, do spenglerowskiej w stylu, historiozoficznej syntezy europejskiej tożsamości. Bo, warto zauważyć, rzeczona europejska tożsamość przełomu wieków XX i XXI nie doczekała się jeszcze rzeczowej analizy, przez swoich traktowana jako zwieńczający człowieczeństwo stan post-historyczny, niejako domyślny, oczywisty sam przez się, a więc analizy nie wymagający. Wrogowie Europy zaś, nawet jeśli swoich analiz dokonują, aby znaleźć europejskiej tożsamości najsłabsze punkty, to nie zwykli się nimi dzielić.
Potraktować zatem należy książkę Laqueura jako materiał do pracy dla historiozofów. Na dostarczonych przez Laqueura danych i analizach, potężną syntezę mógłby zbudować chociażby Lech Jęczmyk, jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych polskich myślicieli, którego „Trzy końce historii, czyli nowe średniowiecze”, chociaż jest zbiorem tekstów lekkich gatunkowo, felietonów, w mojej biblioteczce stoi zaraz obok „Nowego średniowiecza” Bierdiajewa czy „W obliczu końca” Zdziechowskiego – bo i Jęczmyk jest bez wątpienia autorem tej klasy.
Jakie więc wnioski możemy wysnuć z lektury „Ostatnich dni Europy” na potrzeby współczesnej polskiej publicystyki czy literatury?
Po pierwsze, uważne czytanie Laqueura kazałoby nam niestety odrzucić szereg wątków, obecnych bardzo wyraźnie w paradygmacie konserwatywnego oglądu rzeczywistości.
Pierwszym jest wątek demoliberalnej Unii Europejskiej jako lewicowego imperium, zmierzającego w stronę postępowego totalitaryzmu. Pojawia się ten wątek, trudno mi rozsądzić, czy na serio, czy tylko w roli retorycznej figury, zarówno w publicystyce, i to różnych autorów, jak i w literaturze, szczególnie fantastycznej, gdzie występuje często topos totalitarnej Europy, rządzonej przez lewicowych i liberalnych ideologów, nie wahających się przed użyciem przemocy do obrony postępowego credo – praw zwierząt, homoseksualistów, walki z globalnym ociepleniem, etc. Takie toposy, dobrze rozegrane, pojawiają się w powieściach Ziemkiewicza, czy Wolskiego, czy ostatnio w „Requiem dla Europy” Pawła Kempczyńskiego, w formie zdecydowanie zbyt już nachalnej, co słusznie – chociaż chyba nieco zbyt nerwowo – skrytykował Jacek Dukaj w swoim tekście pt. „Wyobraźnia po prawej stronie”.
Tymczasem, jak wskazuje nam przykład Europy Zachodniej, laicyzacja wcale nie prowadzi do totalitaryzmu. To przyjemne, pisać taką publicystykę pod pozorem literatury: poopowiadać sobie o batalionach feministek, wydzierających kobietom dzieci z łon i zmuszających mężczyzn do kopulowania z kolegami z pracy, ale to wszystko albo figura retoryczna, albo nadmierna bojaźliwość autorów czy publicystów – słowem, bzudry.
W rzeczywistości laicka Europa jest miękka, niezdolna do przemocy wewnętrznej (która jest przecież warunkiem totalitaryzmu), odurzona dostatkiem i rozpustą, zainteresowana głównie konsumpcją, seksem i pochodnymi, oraz skoncentrowana na pokonywaniu komplikacji – postrzeganych jako tragedie – splotu tych dwóch wątków. Tym komplikacjom poświęcona jest znakomita większość współczesnej europejskiej twórczości, literackiej, filmowej i innej, bo też niewiele innego w ogóle jeszcze Europejczyków obchodzi. Są więc Europejczycy społeczeństwem niezdolnym do wydania z siebie aparatu przemocy i władców, koniecznych do wprowadzenia totalitaryzmu, ale ta niemoc ma szersze granice i są Europejczycy również niezdolni nawet do przemocy w imię obrony własnego „stylu życia” – czego jasno dowodzi opisana przez Laqueura absolutna niemoc europejskich państw względem islamskiej imigracji i na co słusznie wskazywała Orianna Fallacci. Muzułmanie w Europie na równi zaś nienawidzą Europy tradycyjnej, chrześcijańskiej jak Europy post-nowoczesnej, rozpustnej i próżnej.
Prawda jest więc o wiele bardziej przerażająca od fikcyjnych orwellowskich feministek, być może zbyt przerażająca nawet dla konserwatywnej publiki, która wiedziona instynktem zgubnym woli skupiać się na – słusznej skądinąd – walce z wrogiem wewnętrznym. Jednakowoż, demoliberalizm zdolny do przemocy wobec ludzi już narodzonych i zdolnych do obrony, nie byłby już demoliberalizmem. Byłby wtedy, być może, zdolny do obrony jeśli nie wartości, to przynajmniej materialnej i biologicznej substancji Europy. Dlatego twierdzę, że „totalitarny demo-liberalizm” to optymistyczna wizja, bo prawdziwa, demoliberalna Europa jest nagą, odurzoną narkotykami kobietą klęczącą w pyle, na łasce niechętnych jej domowi żołdaków. A może już nawet kobietą przerzuconą przez łęk siodła, wiezioną w miejsce, w którym akt się dokona, z twardą ręką porywacza na karku.
Jako krwawe oblicze demoliberalizmu często przedstawia się aborcyjny holocaust, jaki na ołtarzu łatwego życia składany jest każdego dnia we wszystkich, nie wyłączając Polski, europejskich krajach. Prawda jest jednak straszniejsza: ta krwawa ofiara nie dowodzi skłonności Europejczyków do przemocy, lecz tylko tego, że na ołtarzu własnego lenistwa i własnej gnuśności są skłonni złożyć nawet własne dzieci, niczym zbiorowy, laicki Abraham. Ci sami Europejczycy, którzy wcześniej dla łatwiejszego życia wycięli własne dzieci z łon swych kobiet, biernie patrzą przez okna, jak hordy śniadych barbarzyńców podpalają im samochody – wobec kogoś, kto potrafi się bić nie są w stanie bronić nawet własnego lenistwa.
Polski, w której imigracja muzułmańska nie jest problemem, rzecz nie dotyczy tylko pozornie, bo i tak, geopolityczną bezwładnością Rzeczpospolita dołączy gdzieś do ogona tego odurzonego rozkoszą europejskiego peletonu. Będzie miała swój udział w końcu Europy, kiedy wszystko się skończy, za jakieś 40 lat, bo wtedy już w sposób zasadniczy zmienią się proporcje islamskiej mniejszości i białej większości w Europie. I jest ta zmiana nieunikniona, jeśli się weźmie pod uwagę nieubłaganą demografię i niezdolność Europejczyków do przemocy względem obcych. Wtedy nastąpi ostateczny koniec cywilizacji europejskiej, jaką znamy. Być może, oczywiście, Europa zdoła wchłonąć tych śniadych pasterzy razem z ich islamem, tak jak Antyk wchłonął chrześcijaństwo i hordy jasnowłosych barbarzyńców z północy, ale to, co nastąpi potem, to będzie to już inna cywilizacja, nie nasza.
Oczywiście, Laqueur nie jest pierwszą Kasandrą. Początek końca wyznaczyć można w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy Europejczycy ostatecznie z ulgą porzucili kiplingowskie The White Man’s Burden i wyzwoleni z jarzma cywilizacyjnej misji oddali się dolce vita – słowem, kiedy przestali swych najlepszych synów skazywać na wygnanie, aby służyli tym, którzy białego człowieka stali się jeńcami, jak pisał Kipling, półdzieciom i półdiabłom. I już wtedy, czterdzieści prawie lat temu Raspail w „Obozie świętych” nie rozpoznał chronologicznego modelu najazdu, który w rzeczywistości wydarza się poprzez osmozę, przenikanie przez błony granic raczej niż ich rozerwanie – ale poza tym, gnuśną niemoc Europy oddał znakomicie, zarówno bezpośrednio, w fabule powieści, jak i w alegorycznej postaci biskupa, zatopionego w erotycznym transie na pokładzie płynącego w kierunku Europy hinduskiego statku.
Również inne obsesje konserwatywnej publicystyki tracą nieco na ważności po lekturze Laqueura. W Niemczech żyją trzy miliony Turków, i to takich nietkniętych raczej twardą ręką Mustafy Kemala, ojca Turków, który, niczym turecki Piotr Wielki, stwierdził, że jest tylko jedna cywilizacja – europejska i nakazał swoim tureckim ziomkom przybrać europejskie stroje, zgolić brody i ustanowić świecką i nacjonalistyczną republikę. Ci niemieccy Turcy nie są – jak elita tureckiej republiki – tureckimi nacjonalistami, nie czują się też związani jakimiś szczególnymi powinnościami wobec republiki niemieckiej, jako swoją postrzegają przede wszystkim wspólnotę islamu, ummę i to jej pozostają lojalni. Niemieccy Turcy rozmnażają się szybko i ciągle przyjeżdżają nowi, Niemcy zaś wymierają. Czy w obliczu tak wielkiego problemu wewnętrznego Niemiec, zwiększonego jeszcze gigantycznym niemieckim kompleksem historycznym, który moralnie i psychologicznie wiąże Niemcom ręce, ktoś może poważnie obawiać się jakiejś niemieckiej nowej Drang nach Osten? Współczesnych, kulturowo wykastrowanych Niemców, pokornie chylących czoła przed coraz liczniejszymi imigrantami z Turcji bez wątpienia nie nazwałby Roman Dmowski narodem poważnym.
O tym, że książka Laqueura falsyfikuje idiosynkrazje intelektualistów związanych z lewicą pisać szczegółowo nie trzeba, bo rzecz jest oczywista nawet na pierwszy rzut oka. Lewicowe dogmaty multi-etniczności, zajadłe zwalczanie wszelkich objawów ksenofobii, etc. są tylko przyspieszaniem nadchodzącego końca. Końca, po którym – dodać warto – na lewicową serdeczność względem obcych nowi gospodarze Europy raczej miejsca nie znajdą.
Podobnie upaść muszą rojenia umiarkowanych o sympatycznym imperium – a więc o Europie posthistorycznej, wiodącej sobie poczciwy, konsumpcyjny żywot w liberalnym raju, społecznie i socjalnie zaspokojonej, gospodarczo kwitnącej, Europie liberalnego konsensusu. Sympatyczne imperium niezdolne do obrony samego siebie nie może być podmiotem historii, stanie się przedmiotem, atrakcyjnym łupem do zdobycia. I biada tym, którzy z tajemniczego powodu uwierzyli, że żyjemy w czasach, w których nic się już nie może wydarzyć.
Biada zresztą nam wszystkim.
A co się wydarzyć może? Najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju wypadków to Europejczycy z pokolenia na pokolenie wymierający ze starości i zastępowani przez nie przyjmujących europejskiej kultury wieloetnicznych muzułmanów. Wieloetniczność muzułmanów w Europie doprowadzi zapewne do stworzenia zupełnie nowej cywilizacji (czy – za Spenglerem, kultury) islamu wyabstrahowanego z kontekstów arabskich, berberskich, tureckich, pendżabskich czy pasztuńskich, przesiąkniętego pozostałościami europejskiej kultury materialnej. Na naszą cywilizację składają się trzy wątki przeszłości – antyk, chrześcijaństwo i wojenne, rycerskie dziedzictwo barbarzyńców. Islam sprawi, że to nasza cywilizacja stanie się wątkiem przeszłości w nowej kulturze, złożonej z islamu, etnicznych dziedzictw muzułmanów z Afryki i Azji oraz, właśnie, z resztek naszej europejskości. I na pewno nie będzie to już nasza kultura – tak jak nasza Europa nie jest Europą gockiego wojownika czy rzymskiego patrycjusza.
Czy jest więc coś, co pozwalałoby nam myśleć o innym scenariuszu?
Nawet jeśli trudno dziś wyobrazić sobie wizję przeszłości alternatywną do wizji Laqueura, a jednocześnie równie przekonywującą i dobrze umotywowaną, to dobrze przypomnieć sobie fragment pamiętników Winstona Churchilla, w których wspomina on swoje oficerskie, kawaleryjskie czasy u schyłku ery wiktoriańskiej – kiedy młodzi, brytyjscy oficerowie z niepokojem myśleli o swoich karierach, przekonani, iż cywilizowane, europejskie narody ostatecznie już wyrzekły się wojny – gdzież więc będą zdobywać swoje medale i szlify? Martwili się o to na kilkanaście lat przed rzezią Wielkiej Wojny.
Szczepan Twardoch
Arcana, nr 83
Ukazały się nowe „Arcana”, nr 83, w których kolejne, drugie wypisy z mojego dziennika oraz esej o „Ostatnich dniach Europy” Laqueura.
Oprócz innych ciekawych artykułów, numer ten zawiera również tekst-dynamit Michała Łuczewskiego, pełną wersję skrótu, opublikowanego wcześniej w Rzepie, w którym to tekście autor przeprowadza śliczną, intelektualną egzekucję na Cezarym Michalskim.
Przy okazji, warto przypomnieć, że Łuczewski jest również autorem eleganckiej, funkcjonalistycznej analizy polskiej sceny politycznej, opublikowanej w styczniu b.r. – o którym to eseju chcę coś napisać już od dziewięciu miesięcy, bo zdaje mi się on jednym z najciekawszych tekstów publicystycznych 2008 roku – tylko jakoś nie umiem się do takiego komentarza zabrać i w tej chwili, poza powyższą polecanką, również nic więcej nie napiszę.
Wracając do autoreklamy – redakcja „W drodze” zamówiła u mnie tekst o wzajemnym stosunku literatury fantastycznej i Kościoła – artykuł ukazał się w ostatnim numerze miesięcznika 9/2008.
Zachęcam zainteresowanych P.T. Czytelników do lektury.
Jednocześnie donoszę uprzejmie, że premiera zbioru opowiadań „Prawem wilka” przesunęła się na drugą połowę października.
W najbliższych dniach ukaże się nowy numer „Arcanów” 81-82, a w nim między innymi wybrane i zredagowane fragmenty z moich dzienników z lat 2004 – 2006. W kolejnym numerze wypisy z lat 2006 – 2007, a potem, jeśli Bóg pozwoli, rzeczy nowe.
Polecam się uwadze P.T. Czytelników.