Drukują, drukują…

1. W kioskach i empikach znajdą P.T. Czytelnicy nowy numer „Broni i Amunicji” w którym, zamiast zwykłego felietonu, opublikowałem duży tekst „Strzelectwo w czasach sanacji”, będący efektem lektury przedwojennej literatury strzeleckiej. Tekst jest zabawny i – jak mi się wydaje – interesujący.

2. Również w kioskach i empikach na półkach leży nowy numer „Opcji”, gdzie z kolei znajduje się mój mały szkic pt. „Rewolucja konserwatywna jako transgresja”. Również z tym tekstem się uwadze P.T. Czytelników polecam.

Po co mi pistolet?

Tytułowe pytanie zadaję sobie nieustannie. Nie zadawałbym go sobie wcale, gdyby nie pytała mnie o to Rzeczpospolita Polska, ustami swego zbrojnego ramienia, to jest Komendy Wojewódzkiej Policji. Szukam więc różnych odpowiedzi.

Odpowiedzi dzielą się na dwie grupy – odpowiedzi dla siebie samego i odpowiedzi dla policji. Najpierw opowiem więc P.T. Czytelnikom o odpowiedziach z grupy pierwszej, to jest o tych, których udzielam sam sobie.

Pistolet to męska biżuteria – rzecze klasyk. To odpowiedź o tyle wyczerpująca, co nie do obalenia. Po co kobietom perły, po co pierścionki z brylantem, po co kolczyki? Przecież nie po to, aby pięknie wyglądać, skoro najlepszą biżuterię wkładają raz, czy dwa razy do roku, przy wielkiej okazji. Z tego samego powodu, nie chodzi im przecież tylko o to, aby koleżanki zzieleniały z zazdrości o stan posiadania. Znam panie, które posiadają dziesiątki bransoletek, pierścionków i koralików, których nigdy nie założyły. Czy więc nazwiemy to radością z posiadania pięknego przedmiotu, czy jakąś pierwotną potrzebą fetysza, rzecz jest jasna: mężczyźnie przynależy broń, tak jak kobiecie zausznice.

Chodzi więc o kolekcjonerska przyjemność, która rozwija tytułowe pytanie w liczbę mnogą – „po co mi te pistolety”?

W tym samym celu, w którym na ścianie wieszam obok siebie francuski pałasz kirasjerski i pruską szablę, „blüchera”, rozważając, czy skrzyżowały się może pod Lipskiem albo Waterloo. To jedna z tych odpowiedzi, którą zrozumieją jedynie ci, którzy już ją znają. Spróbujmy więc:
W sklepie z antykami, pomiędzy zebranymi bez ładu i składu bibelotami – łyżki, zegarki, brzytwy, ordery, monety, rzeczy inne o pochodzeniu i przeznaczeniu niewiadomym – znalazłem dwa pistolety. W epoce ubitej kopytami koni napoleońskiej kawalerii, rusznikarz w średniowiecznym mieście północnych Niemiec wykonał je ze szlachetnej stali, orzechowego drewna, mosiądzu i odrobiny złota, ktoś inny dorobił piękną kasetę z mahoniu, kilka przyrządów – prochownicę, szczypce do kul, klucze.

Kupił je arystokrata ze starożytnego rodu, a może napoleoński hrabia, syn bednarza. Pistolety miały jeszcze zamki skałkowe, ale ktoś – właściciel, a może sprzedawca, nakazał przerobić je na ten nowy system, na kapiszony. W każdym razie, właściciel nie nosił ich zatkniętych za pasek, czy też pod pachą – spokojnie leżały spowite w aksamit, aż któregoś ranka zawieziono je powozem do podmiejskiego lasku, wyjęto z aksamitu, zgodnie z ustalonym rytuałem przeglądnięto, nabito, po czym z jednej z luf wyleciała kula i pozbawiła życia przerażonego młodzieńca, czy też spokojnego mężczyznę, może z powodu kobiety, nienawiści, lub głupiego zbiegu okoliczności.
Dziś leżą zakurzone.

Odsunąłem zegarek z dewizką, łyżki, tabakierki, niemiecki Eiserne Kreuz, i wyciągnąłem jeden pistolet z kasety. Na przyczepionej do pudła kartce sprawdziłem cenę.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę – te kilka tysięcy złotych to nie cena za dobry pojedynkowy pistolet, lecz za antyk, w którym największe znaczenie ma mahoniowe, intarsjowane pudło, grawer na lufie, srebrne zdobienie rękojeści. Nie ma znaczenia, że kurek zaskoczył z tym samym złowrogim szczęknięciem, jak przed dwoma wiekami, nie ma znaczenia, że wystarczyłoby wsypać proch, wrzucić kulę i założyć kapiszon, aby lufa znów plunęła ogniem w kierunku białego gorsu czyjejś koszuli, gdzieś za miastem i nad ranem.

Odwróciłem się, przymykając lewe oko wymierzyłem w szeroki rząd orderów na piersi wąsatego pułkownika ułanów, sportretowanego w roku 1927, i nacisnąłem spust. Zamiast wystrzału, kurek głucho stuknął o złożony wielokrotnie papierek, który podłożyłem, aby nie naruszyć kominka. O to właśnie chodzi. Zostawmy jednak głęboką i intymną tajemnicę kolekcjonerstwa, bo przecież miewam też odpowiedzi mniej emocjonalne.

Na przykład, pistolet jest gwarantem wolności. W czasach spokojnych, w jakich przyszło nam żyć, kwestia ta nie jest wyraźnie widoczna – ale czasy spokojne zawsze kiedyś się kończą i wtedy, zupełnie nagle, pistolet w ręku stanowi o różnicy między wolnością a niewolą, życiem a śmiercią, cielesną integralnością a gwałtem. Dobrze rozumiał to mój pradziadek, Josef, który wbrew historii ubzdurał sobie, że zachowa neutralność podczas polsko-niemieckiej wojny o Górny Śląsk, toczącej się z przerwami w latach 1919 – 1921. Jedyną drogą do zachowania tejże neutralności była jej zbrojna obrona – i pradziadek, zbrojny rewolwerem (czy był to rzeczywiście rewolwer, czy może mauzer albo parabelka – rodzinny przekaz milczy) nie wpuszczał na swój plac ani Polaków z POWu, ani Niemców z Selbschutzu. Bez broni były – po prostu – bezbronny, a razem z nim ci, którzy polegali na jego opiece.

Zresztą, czy koniecznie muszę szukać odpowiedzi w odległej o prawie wiek historii? Głośno ostatnio o zbrojnych bandytach. W okolicach Szczecina grasował przestępca, ochrzczony przez dziennikarzy „Snajperem”. Ktoś przezeń postrzelony opowiedział zapewne policji o tym, jak wyglądała broń rzeczonego snajpera i policja – powołując się na wybitnych ekspertów z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego – ogłosiła, iż „Snajper” posługuje się czarnoprochowym rewolwerem z doczepionym celownikiem laserowym. Pewien nadkomisarz, nazwiskiem Karczyński dostarczył zgromadzonej na konferencji prasowej publiczności wizualizację owego narzędzia mordu – i wszyscy byli przekonani, że nasz bandyta jest bandytą praworządnym i nie chce łamać przepisów Ustawy o Broni i Amunicji, dlatego sprawił sobie broń, na którą nie jest wymagane pozwolenie.

Co, oczywiście, miało stać się przyczynkiem do tego, aby te straszne, siejące śmierć i zniszczenie, czarnoprochowe rewolwery wyjąć spod prawa. Niestety, „Snajper” nie dorósł do doniosłej roli, w jakiej chciała go obsadzić policja i okazał się mieć ustawę w głębokim poważaniu: posiadał zupełnie nowoczesny rewolwer S&W, na zwykłą amunicję centralnego zapłonu. Inni inspektor, Pawlaczyk Tadeusz, prezentując bez wstydu (a co, niech się wstydzą wybitni eksperci z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego) tekturowe pudełko z faktycznym rewolwerem bandyty, raczył zauważyć, że były to naboje „ponawiercane”. Zważywszy na przykłady niewątpliwej kompetencji wybitnych ekspertów, nadkomisarzy i inspektorów, włóżmy te „ponawiercane” naboje w nawias.

Inni bandyci również – no coś takiego! – nie zważają na przepisy ustawy. Nie tylko nie proszą policji o zezwolenie na broń, potrzebną przecież do prowadzenia ich specyficznej działalności gospodarczej, ale nie zważają nawet na zapis w ustawie, zakazujący absolutnie posiadania broni maszynowej – i po prostu, kupują sobie pistolety maszynowe Skorpion. Skorpiony zdają się być wyjątkowo modne w polskim półświatku, ostatnio z tego czeskiego peemu zastrzelił się wołomiński gangster na stacji benzynowej, używali ich również schwytani przez policję zwyrodnialcy, mordujący właścicieli kantorów.

Skoro więc bandyci po prostu – w sobie znane sposoby – sprawiają sobie broń taką, na jaką mają ochotę, nie zważając na ustawę, to ja, stanowiąc tych bandytów potencjalną ofiarę, wolałbym jednak się w roli ofiary nie odnaleźć i posiadać ku temu środki – w postaci pistoletu.
Jednak ani irracjonalna i nieuzasadnialna chęć posiadania męskiej biżuterii z oksydowanej stali, ani kolekcjonerska pasja, ani chęć zabezpieczenia wolności na wypadek ciężkich czasów, ani nawet chęć obrony przed bandytami, dla Wydziału Postępowań Administracyjnych w moim przypadku nie są odpowiedziami satysfakcjonującymi.

Dlatego – volens nolens – zostałem sportowcem i potrzebuję pistoletu celem doskonalenia swoich umiejętności sportowych, czego dokonuję, będąc zrzeszonym w klubie strzeleckim członkiem PZSS.
I to jest właśnie odpowiedź z grupy drugiej.

Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja nr 02/2007

Ignorancja a kompetencja

Pisarz zawsze stoi przed pewnym zasadniczym problemem: wolałby pisać tak, aby sobie samemu sprawić przyjemność, a musi – w ten czy inny sposób – sprawiać przyjemność czytelnikowi. To ten ostatni, niestety, decyduje o tym, czy pisarz ma tyle pieniędzy co Dan Brown, czy nie. Z tego wynika, że generalnie dobrą zasadą, jest – jak radził Wilde – powściągać wodze swojego hobby-horse, aby czytelnika nie odpychać.

Różnie to wygląda w praktyce, ale najczęściej się nie udaje. Rezultaty mogą być inne, nawet u jednego autora. Arturo Pérez-Reverte najczęściej potrafi przekonać czytelnika, co do swojej absolutnej kompetencji w poruszanym temacie – czy pisze o szermierce, malarstwie, szachach, przemycie narkotyków czy Kościele. Czasem tylko zdarzają mu się drobne potknięcia, jak mistrz szachowy rozważający amatorsko słaby ruch (w Szachownicy flamandzkiej) lub ksiądz-tradycjonalista, mylący kapitalnie podstawowe terminy teologiczne (w Ostatniej bitwie templariusza). Z drugiej strony, czasem (jak w debiutanckim Huzarze) cała książka jest w zasadzie kiepskim pretekstem do cwałowania na swoim koniku, którym, w tym przypadku, są napoleońskie militaria. Fabuła rozjeżdża się, utyka i zdycha w niekończącej się wyliczance kolorów dolmanów i pelis, wzorów pistoletów, szabel i czak. Aby kompetencja autora nie przekształciła się w literacki onanizm hobbystyczny, należy ją więc podawać, jak widać na przykładzie Pérez-Reverte, niejako mimochodem, dozując tylko smakowite szczególiki, tak jak tenże autor czyni w swoich późniejszych powieściach, z genialnym Fechtmistrzem na czele.

Problem ten szczególnie dotyczy pisarzy, podzielających pasję P.T. Czytelników Broni i Amunicji. Pisarz – wędkarz niewiele ze swojej pasji wykrzesze fabularnie, do tego trzeba być Hemingwayem i napisać Rzekę dwóch serc. Pisarz sklejający modele z tektury musiałby być geniuszem tysiąclecia, aby ze swojego hobby stworzyć literaturę. Tragedią zaś pisarza –strzelca jest fakt, iż broń, strzelectwo, wszystkie te pistolety, rewolwery, kalibry, ryglowania, przekoszenia, odprowadzenia gazów prochowych i inne cuda-wianki, są fabularnie pociągające i atrakcyjne. Jeśli więc taki twórca popuści swojemu konikowi wodze, może się to źle skończyć. Niestety, niemal zawsze lepiej jest napisać wyciągnął z szuflady swój pistolet niż wyciągnął swojego chromowanego colta 1911A1 w wersji custom, wyposażonego w przedłużony beaver tail, okładziny z drewna cocobolo, polerowany wślizg do komory nabojowej i celownik Novak Lo-Mount. W niektórych – podkreślam, niektórych! – przypadkach, uzasadnione jest podanie typu wyciąganej z szuflady broni, ale raczej nazwy zwyczajowej, nie zaś pełnej. I to jest dla pisarza-strzelca bardzo przykre, bo zawsze korci go, by nagle roztoczyć przed czytelnikiem szerokie przestworza swojej pasji, a wie – miejmy nadzieję – że nie powinien.

Są takie rzadkie przypadki, że pisarz cwałujący na swoim hobby-horse strzelectwa nie szkodzi literaturze. Udało się to na przykład Vladimirowi Volkoffowi. Ten francuski pisarz, syn rosyjskiego, białego emigranta, z bronią miał wiele do czynienia niejako profesjonalnie – służył jako oficer wywiadu francuskiego podczas wojny algierskiej. Wystarczy zaś przeczytać krótkie fragmenty Montażu lub Carskich sierot, aby przekonać się, że strzelectwo była niewątpliwą pasją niedawno zmarłego autora. Poświęcając kilka stron na opis wizyty głównego bohatera na strzelnicy, Volkoff z lubością i niewątpliwym znawstwem tłumaczy rozwlekle, dlaczego bohater wybrał raczej rewolwer, niż pistolet samopowtarzalny, dlaczego był to akurat rewolwer .357 magnum, każe również bohaterowi strzelać raczej z amunicji .38 Special, bo .357 uznaje za męczącą. Jakby nie oceniać tej ostatniej koncepcji, mamy pewność, że Volkoff na strzelnicy bywał nieraz. Na dodatek, rewolwer bohatera, zgodnie z dobrymi zasadami budowania fabuły, okazuje się być rekwizytem niezbędnym do rozwiązania skomplikowanej, szpiegowskiej intrygi, tytułowego montażu, więc autor mógł się czuć usprawiedliwiony. W Montażu na dodatek uniknięto zwyczajowych już w Polsce potworków przekładu, gdzie często słowa strzelba i karabin używane są zamiennie, na dodatek na określenie, na przykład, pistoletu maszynowego. Nie uniknięto tych błędów w innej powieści Volkoffa, w Carskich sierotach, gdzie, według tłumaczki, pistolet Browning 1910 wyposażony jest w wygodne żłobienia na głowicy. Ale – jako, że tłumaczka jest kobietą, wybaczmy jej tę niezręczność, zwłaszcza, że to w tej książce właśnie pojawiają się interesujące rozważania na temat kulturowego znaczenia broni jako narzędzia i symbolu, które P.T. Czytelnikom polecam, a nie cytuję, ze względu na ograniczoną ilość miejsca.

Jest i druga strona medalu. Bywają pisarze, którzy o broni piszą, chociaż nie mają o niej pojęcia. Nie chodzi mi oczywiście o tych, którzy potrzebują przecinających powietrze kul dla rozwoju fabuły i pozostają przy skromnym wyciągnął z kabury rewolwer i strzelił – tym wybaczam nawet zamienne stosowanie słów pistolet i rewolwer. Gorzej, kiedy autor pisze o broni długo i rozwlekle, wgłębiając się w drobniutkie detale, opisując rygle i odrzuty, a nic a nic nie posiada za grosz sensu. Przoduje w tym, niestety, doskonały skądinąd, Frederick Forsyth.
W swoim Szakalu, Forsyth uzbraja tytułowego zabójcę w wykonany na zamówienie, rozkładalny sztucer, który posłużyć ma do zabicia generała de Gaulle’a. Sam opis broni, jeśli przełkniemy jakoś dziwaczną terminologię i cokolwiek zaskakujące rozwiązania techniczne, nie niesie ze sobą jakiś specjalnych, zasadniczych bzdur, natomiast, można powiedzieć, że bzdura czai się w magazynku. Otóż Forsyth wymyślił sobie coś, co tłumacz raczył nazwać pociskiem rozpryskowym, a którego to pocisku produkcja miałaby wyglądać następująco: miedzianą koszulkę odskrobano, obnażając ołów wnętrza. Ostrze zostało stępione, do wydrążonego otworu wpuszczono kroplę rtęci, a następnie zalano ołowiem. Kiedy ołów zastygł, szczyt kuli został wygładzony, aby przywrócić jej poprzedni kształt. Zostawmy już to, że nadzwyczajne podobno działanie tegoż pocisku przypominało wypisz-wymaluj działanie zwykłej, myśliwskiej amunicji ekspandującej – Forsyth popisał się tutaj nie tylko ignorancją w kwestiach bronioznawczych, ale również chemiczną – rtęć wpuszczona w wydrążony ołów po prostu się w ołowiu rozpuści, tworząc amalgamat, trudno się więc spodziewać, że przy uderzeniu w cel w jakiś tajemniczy, kinetyczny sposób doprowadzi do eksplozji.
Sam siebie przeszedł Forsyth w Diabelskiej alternatywie. Nie tylko uzbroił komandosów SBS w Ingramy, ale dał im jeszcze krótkolufowe pistolety dużego kalibru, strzelające litymi, bardzo twardymi pociskami, których mieli ich używać do… odstrzeliwania zawiasów w drzwiach. Mało tego, każdy (sic!), obok Ingrama i krótkolufowego pistoletu miał podczas akcji nosić sztucer Hollanda, wyposażony w lunetę i tłumik o, a jakże, stuprocentowej skuteczności. Dla porządku dodam, że chodzi o komandosów-nurków. Urocze, prawda?

Słowem, najlepszy jest pisarz kompetentny, który swoją kompetencję skutecznie ukrywa. Czego sobie (w praktyce) i P.T. Czytelnikom (w lekturze), życzę.

Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, 01/2007

Teraz na poważnie

Czasem piszę tutaj dla ewentualnej uciechy P.T. Czytelników i swojej, o różnych sprawach, o literaturze lub o filmie i aby Naczelny raczył to jednak wydrukować, okraszam te moje rozważania wzmiankami o broni palnej, w ramach pretekstu.

W tym numerze natomiast będzie zupełnie poważnie o broni, bo i temat poważny.

Fakty są następujące: otóż na przełomie października i listopada w Bydgoszczy niejaki Adam K., osiemnastolatek, kupił na allegro Cola Navy, zastrzelił z tej broni swojego brata, po czym udał się do szkoły, gdzie został aresztowany przez policję, która ku przerażeniu dyrektora tejże szkoły w plecaku chłopca znalazła rewolwer. Adam K. zapewne jest wariatem: po pierwsze, Adam K. przekonywał policjantów iż brata zabił, ponieważ ma misję, a tenże brat był wielkim obciążeniem dla rodziców braci K. Po drugie, Adam K. aby brata zabić, zakupił na allegro broń wartą tysiąc złotych, do tego wydał jeszcze trochę pieniędzy aby zakupić proch (co w Polsce nie jest łatwe, szczególnie w Bydgoszczy, skąd do Czech daleko), kapiszony i kule. Pod drugie, gdyby nie był wariatem, oczywiście nie wpadłby mu raczej do głowy pomysł zamordowania śpiącego dziecka; natomiast, gdyby z jakiejś szalonej nienawiści postanowił to uczynić człowiek zdrowy psychicznie, użyłby do tego raczej siekiery lub noża do kupienia za 9,99 w każdym supermarkecie, w ten sposób optymalizując poniesione koszta względem otrzymanego efektu.

Continue reading

Wartość semiotyczna

Broń ikoniczna, jak sobie ją na własny użytek określiłem, stanowi zbiór heterogeniczny. Zawiera broń długą i krótką, konstrukcje dobre i złe, przemyślane i głupie, przełomowe i stanowiące ślepy zaułek w historii rozwoju broni palnej. Jedyne, co je łączy, to ich kulturowa, semiotyczna wartość. Nie będę tutaj rozważał więc technicznych cech pistoletu braci Feederle, czy historii rozwoju pistoletu maszynowego Szpagina, o których mowa będzie późnie bo dla wartości semiotycznej nie mają żadnego znaczenia.

Mauser C96Wartość semiotyczna plastikowego komisarza na żółte kuleczki, zakupionego przeze mnie na allegro za oszałamiającą sumę dziewięciu złotych polskich i dziewięćdziesięciu dziewięciu groszy, jest taka sama, jak wartość „prawdziwego” mauzera. Oczywiście, pod warunkiem, że odbiorca znaku nie jest świadom nikłej potęgi wyrzucanych sprężyną kuleczek – jednak, jeśli wystąpię z rzeczonym mauzerem na kulki na zdjęciu na strzelnicy, z peltorami na uszach i z podziurawioną tarczą w tle, to każdy jęknie – „rany, on ma pistolet jak Janek z Czterech Pancernych!”.
Continue reading

Dwa obrazy wojny

W roku 1914 pewien urodzony w Heidelbergu, a zamieszkały w Hanowerze, dziewiętnastoletni Niemiec, natychmiast po ogłoszeniu mobilizacji, wstępuje na ochotnika do 73 pułku fizylierów, wywodzącego się z Hanowerskiego Pułku Gwardii, a zwanego często „Les Gibraltars”, na pamiątkę obrony Gibraltaru przed Hiszpanami w latach 1779 – 1783.

Kilka miesięcy później, już w 1915, pewien zamieszkały w Pradze, trzydziestodwuletni Czech, zupełnie nie ochotniczo, ale pod dumną nazwą jednorocznego ochotnika, zostaje wcielony do austriackiego 91 pułku piechoty w Czeskich Budziejowicach.

Continue reading

Konsensus

Istnieje pewien społeczny konsensus, co do poglądów, których podzielanie jest warunkiem przynależności do elitarnej grupy ludzi rozsądnych. Demokracja jest najlepszą formą rządów. Masoneria nie istnieje, a poza tym jest organizacją zrzeszającą ludzi szlachetnych. Średniowieczna inkwizycja winna jest śmierci milionów niewinnych ofiar. Gazeta Wyborcza jest periodykiem obiektywnym i bezstronnym. Murzyni, palący samochody na ulicach Paryża, w taki sposób wyrażają swój sprzeciw wobec wykluczenia, jakie ich dotyka. Gdyby Polakom dać do ręki broń palną, wymordowali by w pijanym widzie swoich bliskich.

Rodzinne zdjęcia. Ze ślubnej fotografii sprzed osiemdziesięciu lat, spoglądają na mnie podparte sztywnymi kołnierzykami, zacięte twarze przodków. Jeden z nich nosi wąsy, które wydają się być anachroniczne nawet wobec mody z lat dwudziestych; podkręcone, szpiczaste, sięgają prawie oczu. Dłonie zaciskają się na cylindrach i białych rękawiczkach, chociaż niektóre kobiety noszą się jeszcze „po chłopsku”. W środku siedzi przerażony pan młody ze swoją świeżą, zrezygnowaną żoną.

Continue reading

Pogranicza

W czasach i miejscach, pasujących do znanego od czasów pierwszych państw toposu pogranicza, człowieczeństwo ma inny wymiar, niż na miejskim bruku. Piszę – w czasach, gdyż pogranicza niekiedy przewalały się przez interior Imperiów, z prędkością i siłą pancernego walca, jak pogranicze, które za radziecką ofensywą przetoczyło się przez ziemie polskie pod panowaniem niemieckim w styczniu 1945 i trwało rok – a w górach, lasach i bunkrach, nawet kilka lat.

Pogranicze bowiem nie musi wcale być przemytniczym rajem na obłożonej celnymi posterunkami granicy, jak w Pirenejach, czy cieśninach i otwartych wodach Morza Śródziemnego. Pogranicze może rozdzielać cywilizację i anarchię, jak Dzikie Pola w XVI i XVII wieku, na których polska, chwiejna państwowość graniczyła z tatarsko-kozackim chaosem, czy sławny Dziki Zachód, gdzie Europejczycy parli na ludy w chronologii historiozoficznej młodsze o pięć tysięcy lat, tkwiące bowiem w epoce kamienia. Pogranicze może tkwić również w duszach i sercach ludzi, rozdzielając szlachetnie naiwnych w swym heroizmie antykomunistycznych partyzantów Ognia, Łupaszki i innych zapomnianych bohaterów, od tych, którzy po prostu chcieli ułożyć sobie spokojnie życie oraz od tych, którzy zamierzali żyć na pewnym poziomie, więc zostawali towarzyszami.

Continue reading