Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Podłość?
Wpisane 10:04, 26 Maj 2009 przez Szczepan Twardoch

Kiedyś Polacy udowodnili, iż nie dorośli do demokracji, ponieważ Tadeusz Mazowiecki nie został prezydentem. Certyfikat niedojrzałości wydał wtedy profesor Geremek.

Dziś o niedojrzałości Polaków orzekł Cezary Michalski - Polacy nie dorośli do wolności, bo nie potrafią zrozumieć, że należy raczej z nabożną czcią czytać teksty Michalskiego, zamiast coś tam kłapać paszczą w internecie. W końcu nie każdy potrafi tak dobrze jak Michalski pisać o rzeczach, o których pojęcie ma żadne lub prawie żadne, nie każdy potrafi wykazać się taką szlachetnością, aby wyręczać swoich przeciwników w polemice i układać samemu ich wypowiedzi.

Cała ta żałosna afera – mówiąc już poważnie – jest chyba najbardziej malowniczą kompromitacją , ze wszystkich, jakie Michalski w ciągu ostatnich paru lat zdążył zaliczyć. Jeśli ktokolwiek jest przerażony, to nie blogerzy, tylko dziennikarze właśnie, którym dziennikarstwo obywatelskie udowodniło, że takich, którzy potrafią pisać z grubsza po polsku i na temat jest na pęczki: a takich, którzy potrafią pisać dobrze i mądrze, również da się paru znaleźć, ale akurat nie w redakcjach. “Dziennik” nie miał i nie ma ani jednego publicysty, który potrafiłby pisać poważne analizy o polityce tak dobrze i celnie jak Kataryna – jeden Zalewski wiosny nie czyni, nawet razem z Mazurkiem. To Michalski et consortes są przerażeni: bo dziennikarstwo obywatelskie, albo, aby wyrazić się dokładniej, publicystyka obywatelska godzi w ich żywotne interesy. Udowadnia, że naprawdę nie są nikomu potrzebni. Zwłaszcza, że bynajmniej status profesjonalistów nie uwalania ich od niekompetencji czy donosicielstwa (vide obrzydliwy artykuł o Michalkiewiczu).

Najśmieszniejsze jest to wyznanie: Michalski myślał, że internet da Polakom wolność, a okazało się, że Polacy są głupi i piszą brzydko o Michalskim. Czy naprawdę czytelnik Tocquevilla i de Maistre’a nie słyszał wcześniej malowniczych porównań, że ktoś lub coś jest głupie jak komentarz na onecie? Jeśli nie słyszał, to gdyby de Maistre’a albo Chateaubrianda czytał pilniej, niż Brzozowskiego, to może wiedziałby, że natura ludzka zasadniczo pozostaje taka sama i pisząc dziś, ze smutnymi oczami zbitego pieska, o tym jak zawiódł się na internautach, wystawia własnej inteligencji fatalne świadectwo: czy naprawdę sądził, że ludzie, siadając do klawiatur, powszechnie zmądrzeją? A może wierzył, że człowiek jest z natury dobry i mądry i że Internet wreszcie pozwoli tej ludzkiej dobroci i mądrości rozkwitnąć?

Ale to przecież tylko zasłona dymna: prawdziwym problemem Michalskiego i kolegów nie jest ta powszechna – i niewątpliwa przecież – głupota zasadniczej większości internetowej treści. Ani głupota, ani nienawiść (o której Michalski pisze już z takim żarem, z jakim Adam Michnik tylko potrafi pisywać) – sam Michalski swoje prywatne frustracje nie raz i nie dwa załatwiał na łamach “Dziennika”  – problemem są wyrastające z tej powszechnej, netowej głupawki talenty. Problemem jest Forum Frondy, gdzie oczywiście obok całej rzeszy nudziarzy i frustratów pisują czasem ludzie, z których pióra dumna byłaby każda redakcja.  Problemem jest Kataryna, która na dodatek nie dała się do “Dziennika” zwerbować i to chyba musiało zadziałać jak obelga, która przelała czarę goryczy: otóż ktoś należący do gatunku niższego, jakiś tam bloger, nie chce awansować, odrzuca łaskawie oferowany mu zaszczyt, nie chce publikować na łamach. Problemem jest Stanisław Michalkiewicz, który na swojej stronie zarabia niezłe pieniądze, przy zachowaniu całkowitej dobrowolności opłat – tego dziennikarze Springera, którzy, umówmy się, takich pieniędzy raczej nie oglądają, nie mogli mu wybaczyć i za czasów redaktorowania Michalskiego “Dziennik”, piórem niejakiego Wójcika, wysmażył obrzydliwy artykuł-donosik.

Problemem jest jakiś tam smarkacz Łuczewski, który bezczelnie  dowiódł Michalskiemu, iż ten ma, powiedzmy, pewne braki w lekturze. A dokładnie, że pisze o rzeczach, o których nie ma zielonego pojęcia, zmyśla cytaty i swoje idiosynkrazje usiłuje przypisać samemu Brzozowskiemu, który jest tylko pretekstem do zareklamowania swojej działalności kulturalnej. Czy jeszcze gorszy Gabiś, który miał czelność udowodnić, że Michalski bredził odrobinkę w swoich “Ezoterycznych źródłach nazizmu” i brednie te były prawdopodobnie efektem zaniechania lektury na rzecz oglądania Indiany Jonesa?

A, przepraszam, to się nie ukazało w Internecie? Tylko na papierze, w Rzepie i w Arcanach? No tak czy inaczej to bez wątpienia jest ta sama internetowa mentalność: żadnego szacunku dla weterana walk o wolność i liberalizm. Chociaż akurat do tego tekstu Michała Łuczewskiego jakoś się Michalskiemu nie chciało odnieść. Chociaż może już nawet zaczął pisać? Może to tylko kolega jakiś życzliwy doradził mu, aby tej polemiki nie tytułować krótkim i mocnym słowem “Podłość”?

Wpisane w Inne | 5 Komentarzy Więcej »
Wielkość Komendanta
Wpisane 23:41, 24 Wrzesień 2007 przez Szczepan Twardoch

Warto porównać sobie dwa wywiady, jakie w niewielkim odstępie czasu ukazały się w sobotnich wydaniach „Rzeczpospolitej”. W jednym z nich swoje poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego wyraża Jarosław Rymkiewicz, w drugim Wojciech Kilar. Porównanie tych wywiadów jest o tyle cenne, o ile wskazuje na istotną nierównowagę ich ważności. Różnica za nie zasadzie się na “słabszym”, czy “mocniejszym” nazwisku, artystyczna pozycja Rymkiewicza i Kilara jest podobnie niezaprzeczalna, nawet ich wrogowie nie zdołaliby zredukować ich, w zwykły sobie sposób, do poziomu „prawicowego oszołoma” – stąd też może odwaga poety i kompozytora, bo taki panuje klimat w Polsce, że publiczne poparcie polityka, który jest premierem, wymaga pewnej odwagi cywilnej.

Różnica w ważności obu wywiadów polega na tym, że Kilar wyraża po prostu swój podziw względem Kaczyńskiego i poparcie dla jego polityki. Propagandowo, ma to wielkie znaczenie, zasadzone na szacunku dla dorobku i znaczenia kompozytora, jednak Kilar tylko podąża za Jarosławem Kaczyńskim.

Rymkiewicz tymczasem, elegancko i lakonicznie konceptualizuje politykę Kaczyńskiego, wskazuje i wytycza mu drogę, uzasadniając decyzje Komendanta raczej artystycznie i intelektualnie, niż propagandowo. Przesłanie Kilara skierowane jest przede wszystkim do wyborcy, pierwszorzędnym adresatem słów Rymkiewicza jest natomiast sam Kaczyński.

Rymkiewicz, tym jednym, krótkim tekstem, przysłużył się Kaczyńskiemu bardziej, niż wszyscy spin-doktorzy PiSu razem wzięci. Ważni skądinąd spece od marketingu politycznemu pomagają tylko wygrywać wybory, Rymkiewicz zaś wskazał Kaczyńskiemu drogę i perspektywę historycznej wielkości, nie obawiał się jej nazwać i wypowiedzieć, co jest ważniejsze nie tylko dla Kaczyńskiego osobiście, ale dla Polski, która wielkości politycznej bardzo potrzebuje.

Niestety, nie zawsze politycy dorastają do zadań, jakie nakładają im artyści, jak chociażby francuscy rojaliści nie dorośli do literackiej wielkości Chateaubrianda. Z nim zresztą, jako politykiem raczej nieudolnym, na czele w tym niedorastaniu.
Nawet Napoleon okazał się zbyt mały względem wspaniałego konnego portretu na przełęczy św. Bernarda, który musiał w jakimś stopniu uformować samoświadomość cesarza. Pytanie brzmi więc, czy Jarosław Kaczyński podoła brzemieniu wielkości, jakie nałożył mu poeta?

Spróbowałem na to pytanie odpowiedzieć – i postaram się dla tej odpowiedzi znaleźć jakieś gościnne łamy.

Wpisane w Inne | 2 Komentarzy Więcej »
Rosja za szybą
Wpisane 09:28, 14 Sierpień 2007 przez Szczepan Twardoch

Krajobrazy to różna treść zapisana w różnych alfabetach; niektóre czyta się instynktownie, to krajobraz najbliższej ojczyzny, Heimat, jak mówią Niemcy, czy důmowiny, jak mawia się u nas. Można czytać krajobrazy z samochodu – wtedy mogę skręcić w każdą z bocznych dróg, tak, jakbym wybierał wiersz z tomiku, można też z pociągu, skąd oglądam wyświetlające się na brudnej szybie obrazy – siedzę w pospiesznym pociągu z Gliwic do Poznania. Odchodzi o 15:50, przed dziewiątą mam być w stolicy Wielkopolski.

Kiedy tylko skład mija Kędzierzyn-Koźle, zapisywany szybami i kominami krajobraz Śląska industrialnego, ustępuje miejsca literom płaskich pól, sosnowych lasów i wsi Opolszczyzny. Potem, za Opolem, za wysoko wezbraną i rozlaną na polach Odrą, następuje taki moment, w którym nagle świat za oknem staje się nieczytelny, jak wyryty przed kilkoma stuleciami napis na łatwo wietrzejącym piaskowcu. Więc wytężam wzrok – jakbym paznokciem wyskrobywał zaschnięte porosty z płytkich linii barokowych liter – odczytuję wreszcie martwy krajobraz Dolnego Śląska, możliwy do odczytania, chociaż zapisany już w innym alfabecie. Po wielkim pędzeniu ludów w Europie, nie przyjął jeszcze swoich nowych mieszkańców, wypluwa ich, odwraca się od nich ciągle, tak samo, jak ściany wołyńskich pałaców i dworków z pogardą odwracają się od domów dziecka, przedszkoli i urzędów, które się w nich zagnieździły, jeśli ich nie spalono. Ile lat trzeba, by ludzie wrośli w ziemię? Ile czasu zajęło to Chorwatom, kiedy wyruszyli z małopolskich równin i zatrzymali się w oddychającym Rzymem świecie porosłym makią, nad wybrzeżem Adriatyku?

Projekcja dolnośląskiego świata na okna pociągu przypomina mi inny krajobraz, wyświetlany na oknach innego pociągu, parę lat temu, w Rosji.
W podróż Koleją Transsyberyjską rusza się z Dworca Kazańskiego, jednego z trzech wielkich dworców Moskwy. Peron, jeszcze przed przyjazdem pociągu, wypełniają Rosjanie, czekający zupełnie inaczej niż Polacy.

W licealnych i studenckich czasach jeździłem „Pogorią” na Mazury, jedynym bezpośrednim pociągiem z Rybnika do Giżycka, w sezonie żeglarskim do granic możliwości zatłoczonym śląską młodzieżą. W samym pociągu panowała przyjemna, chociaż ciężka od piwa i papierosów, wakacyjna atmosfera. Urągający wszelkim normom tłok łączył nas, pijanych i zmęczonych studentów, licealistów i – dzięki Ci, Boże! – licealistki przyjemnym poczuciem wspólnoty. Ale dopiero w pociągu – ci sami ludzie, z którymi potem fałszowaliśmy kiczowate mazurskie ballady, na peronie stali w nerwowym podnieceniu. Dziewczyny pilnowały bagaży, chłopcy wypinali kogucie piersi, rozciągali mięśnie, przestępując z nogi na nogę, rozgrzewali mięśnie karku, jak przed walką, niespokojni, bo wiedzieli, że zaraz – kiedy pociąg wjedzie na peron, zatrzyma się ze zgrzytem i kalekim ruchem konduktorzy otworzą drzwi do wagonów – będą musieli dowodzić swojej męskiej wartości, zdobywając dwa siedzące miejsca. I kiedy nadchodzi godzina próby, ruszają, samotnie, nieobciążeni bagażem, w morderczym tłoku t-shirtów, szortów i trampek pchają się ku drzwiom, wciskają w wąskie korytarze wagonów, dopadają wolnego przedziału i bojowo blokują drzwi, wrzeszcząc najniższym głosem, na jaki ich stać: „zajęte!”. Wtedy, rodzina przez okno podaje bagaże i dziewczęta, zapłonione i dumne, przepychają się do swoich dzielnych żeglarzy, przez bierny już, upchnięty tłum. Odwdzięczą się im potem, na jachtowych kojach, na karimatach w namiotach i przy ogniskach.
Tak czekają Polacy – niecierpliwie, bojowo, zadziornie.

Rosjanie czekają zupełnie inaczej. Siedzą spokojnie na swoich ogromnych, kraciastych torbach, a kiedy wjeżdża szerokokołowy pociąg, ustawiają się w karnym ogonku do odpowiedniego wagonu. W drzwiach stoi prowadnica – szefowa wagonu – i wpuszcza dopiero po przestudiowaniu biletu i wewnętrznego paszportu.

My stajemy w tej samej kolejce, nasze paszporty zostają przestudiowane ze szczególną starannością – te dziwne zdjęcia z półprofilu zawsze wzbudzały sensację wśród rosyjskich urzędników. I po chwili zajmujemy wąskie, pokryte bordową dermą koje, które przysługują nam, bo zakupiliśmy bilety – plackarty. Gdybyśmy kupili obszczij, to wypadałoby nas po trzech na dwie leżanki, jak na okręcie podwodnym, dwóch siedzi na koi dolnej, podczas kiedy jeden śpi na górnej, na zmianę. Są jeszcze bilety z kategorii kupiejny, kilkadziesiąt procent droższe od plackarty, po zakupieniu których podróżuje się w wygodnych, czteroosobowych, zamkniętych przedziałach sypialnych, podczas kiedy plackarta uprawnia do podróży w wagonie podzielonym na prostopadłe, otwarte boksy, w których zawieszone są po cztery wąskie koje, uzupełniona dwiema kojami po drugiej stronie korytarzyka, równoległe do osi wagonu. Nieuniknioną konsekwencją takiego ułożenia leżanek i korytarza w plackarcie, jest ocieranie się twarzą o wystające z górnych koi stopy co roślejszych pasażerów, kiedy przychodzi się przez wagon. Potem pojedziemy jeszcze wygodnym kupiejnym, ale zawsze z zazdrością spoglądać będziemy na eleganckie wagony „Ekspress Rassija”, gdzie podróżuje się w atmosferze luksusowej, z mrożoną wódką, blinami z kawiorem i szampańskoje igriskoje. Jednak bilet na „Rosję” jest droższy, niż bilet lotniczy, jedziemy więc naszą plackartą.

W Moskwie spaliśmy na ostatnim piętrze kilkunastopiętrowego schroniska młodzieżowego. Z jednej strony widzieliśmy światła wielkiego miasta, z drugiej – ciemnozielony, iglasty las aż po horyzont. Teraz wjechaliśmy w ten las i nie wyjedziemy zeń przez najbliższe cztery doby, po których wysiądziemy na dworcu w Irkucku. Przez pierwsze parę godzin w pociągu jedziemy nieco spięci – jesteśmy pierwszy raz w Rosji (jeśli mowa o roku 2002) i spodziewamy się wszystkiego. Prześladują mnie wizje dzikich, pijanych bolszewików w tieleniaszkach i gymnastiorkach, grających na harmoszkach i rozczulających się nad nalaną z meniskiem szklanką wódki. Brakuje jeszcze tylko brudnych dłoni zaciskających się na rękojeściach naganów i mauzerów – wyobraźnia to przekleństwo. Szybko przekonujemy się, na szczęście, że rzeczywistość wygląda inaczej, niż utrzymane nieodmiennie w poetyce „korespondencji z dzikiego kraju” relacje polskich dziennikarzy, które to relacje są przecież odpowiedzialne za straszne obrazy, jakie podsuwała mi imaginacja.

Towarzyszy nam, na leżance równoległej do osi pociągu, Buriatka w średnim wieku, obdarzona przez naturę olbrzymią głową. Wielką czaszkę wypełnia zapewne nie byle jaki mózg – pani Buriatka jest neurochirurgiem. A Rosjanie rozpakowali już swoje zapasy, rozłożyli suszoną rybę, gotowane kartofelki posypane koprem i okraszone masłem, jajka, kanapki, wędliny i herbatę, i zaczęli jeść. A kiedy zjedli – to siedzą, patrząc ironicznie na dziwaków, którzy nie potrafią podróżować – czyli na nas, którzy miotamy się, przerażeni perspektywą podróży dłuższej niż najdłuższa w życiu, usiłujemy zabijać czas czytając książki, grając w gry planszowe i towarzyskie, dyskutując –odkrywamy też uroki położonego siedem wagonów dalej wagonu restauracyjnego, którego szybko stajemy się najlepszymi klientami, pustosząc zapasy piwa Baltika i suszonych kalmarów na przekąskę. A kiedy w końcu, zmęczeni zabijaniem czasu i nudy, siadamy na swoich leżankach, wtedy patrzę przez okno i próbuję czytać Rosję.

Na szybie wyświetla się krajobraz, jak pismo znużonego kaligrafa, w ścieśnianiu zawijasów, belek i kresek zdążające w kierunku linii, lekko tylko zakłóconej krzywiznami tam, gdzie miałyby znajdować się litery. Najpierw myślę, że jest zapisany w alfabecie, którego zwyczajnie nie znam, tak jak nie znam alfabetu, w którym zapisano Pekin. Lecz po tysięcznym i dwutysięcznym kilometrze pokrytej modrzewiami równiny, po kolejnym milionowym mieście, wyrastającym w środku tajgi betonowymi blokami, nad zakolami rzek, przy których Dunaj i Ren wydają się strugami, rzek potwornych, kiedy przyrównać je do europejskiej skali, nagle rozumiem: tutaj nie ma alfabetu. Jest pusta karta.

Można oczywiście powtarzać za Konecznym zaklęcia o turańszczyźnie Rosji; istotnie, jest w Rosjanach coś z ludów Wielkiego Stepu. Nie tylko w tych, którym z twarzy łatwo można wyczytać genetyczne skutki żądz, którym między udami szerokobiodrych Słowianek upust dawali pustoszący Ruś Mongołowie, tureccy Pieczyngowie, Kumanowie i Kazachowie, skośnoocy – jeszcze wtedy – Węgrzy. Zresztą, równie dobrze mogą być to efekty namiętności, którym z kobietami ujgurskimi, jakuckimi, turkmeńskimi, mansyjskimi – i ze stu innych skośnookich ludów Imperium – oddawali się jasnowłosi i niebieskoocy, normańscy Słowianie z Nowogrodu, znad rzek, którymi spływali Waregowie, lub synowie Pomorców, zasiedlających powoli wybrzeża Morza Białego i Kozacy, kolonizujący powoli Syberię, ci piesi, konni i rzeczni Kolumbowie, Pizzarowie i Cortezowie Północy.

Jednak nie tylko ci niskoczoli, z oczami szeroko rozstawionymi i ukrytymi pod mongolską fałdą, z wydatnymi i wysokimi kośćmi policzków, mają coś z jeźdźców wielkiego stepu. Wszyscy w pociągu, Buriaci czy Wielkorusy, ulegają azjatyckiemu letargowi, który jest objawem azjatyckiego fatalizmu.

Fatalizm jest cechą charakterologiczną o znaczeniu zbyt doniosłym, aby mogła stanowić składnik charakteru narodowego – fatalizm jest cechą wyższego rzędu, charakteryzującą cywilizacje, nie narody. Bo też Rosjanie nie są narodem, są światem. Ich tożsamość nie funduje się na charakterze narodowym – lecz w cywilizacyjnym dziedzictwie braku tożsamości.
Vladimir Volkoff w „Carskich sierotach” oszukiwał swoich bohaterów – a może samego siebie – rosyjskim tricolorem nad dawną radziecką ambasadą w Paryżu. Dawny carski kadet, widząc dwugłowego orła zamiast sierpa i młota uznał, że Antyrosja komunistów odeszła do przeszłości i powróciła Rosja – jeśli nie carska, to przynajmniej Rosja Kiereńskiego, Kołczaka i Dienikina. Ten sposób myślenia sugeruje, że tożsamość Rosji to stan duszy rosyjskiej w roku 1918, zgwałcony przez rewolucję – rewolucję antyrosyjską. Tym żyli rosyjscy biali emigranci, przekonując samych siebie, że przetaczająca się przez Europę Armia Czerwona to raczej Antyrosjanie. Tworzyli więc w Jugosławii swoje armie, zgodnie z zasadą historycznego mimetyzmu powtarzające wzór armii emigranckich, w których służył sto pięćdziesiąt lat wcześniej chociażby Chateaubriand – kompanie z porucznikami w roli szeregowych, pułkownikami w roli poruczników i generałami w roli kapitanów i majorów. Czym jednak była ta rosyjska tożsamość, którą miała zgwałcić rewolucja?

Czyż nie wprowadził jej przemocą Piotr I, dwieście lat wcześniej, krwawo zdzierając bojarom brody z policzków? Nagle, w ciągu stu lat, kultura rosyjska, wcześniej niezauważalna, wdarła się na europejskie salony, wraz z Puszkinem i Lermontowem – pokoleniowo rzecz biorąc, prawnukami brodatych bojarów. I chociaż jeszcze w czasach wojen z Napoleonem generałów musieli Rosjanie importować z Zachodu, to poetów mieli już swoich. Może więc to już Rosja Piotra stała się Antyrosją? Czyżby cała wielka rosyjska literatura – jedyny składnik rosyjskiej tożsamości będący jednocześnie składnikiem kultury europejskiej – była w rzeczywistości literaturą antyrosyjską, albo może rosyjskojęzyczną literaturą europejską? A może szukać jeszcze dalej i prawdziwą Rosją była tylko Ruś Kijowska, zaś wszystko, co niesie ze sobą dziedzictwo Złotej Ordy uznać można za turańską Antyrosję?
Czy więc ostatnimi prawdziwymi Rosjanami byli Waregowie?

Odpowiedź na serię powyższych pytań, które sobie z retorycznym uniesieniem brwi zadałem, znajduje się w ciągłości. To ciągłość właśnie stanowi centralną cechę rosyjskiej tożsamości. Ciągłość skłonni bylibyśmy uznać za „meta-cechę”, jako że odnosi się raczej do nieprzerwanego trwania jakiś właściwości, składających się na charakter narodowy – jednak w Rosji jest inaczej, to ciągłość jest istotą, ciągłość dla ciągłości, ciągłość bezprzedmiotowa. Ruryka i Mikołaja II nie łączy nic – poza ciągłością. Ciągłość to Putin, Stalin, Lenin i Rasputin, ciągłości najwyraźniejszym znakiem współcześnie jest rozmyślne i aktywne inkorporowania do rosyjskiej tożsamości zarówno tożsamości imperialnej – przez symbole państwowe, dbałość o materialne dziedzictwo Imperium, przez gesty, polegające na sprowadzaniu do Petersburga martwych Romanowów – jak i tożsamości radzieckiej. Pierwsza była aktywnie niszczona przez pierwsze lata Rosji Radzieckiej, potem ignorowana – chociaż może przywracając korpus oficerski, epolety i niby-wolność kultu, Stalin wskazał Putinowi drogę – druga zaś, radziecka, zagrożona się nie wydaje, ale tylko na niej Putin ma możliwość fundowania imperialnej dumy narodowej Rosjan.
Być może dlatego Rosjanie tak bardzo kojarzą mi się z Polakami, zamieszkującymi Ziemie Zachodnie, przez które jedzie mój pociąg z Gliwic do Poznania. Wzdłuż torów Kolei Transsyberyjskiej również widziałem ludzi, których wypluła własna ziemia. Jednak, Polacy wrastają w ziemie wokół Wrocławia i Zielonej Góry, powoli, ale wystarczy jeszcze pokolenie, albo dwa, a wrosną zupełnie, jak Węgrzy wrośli w Panonię. Rosjanie natomiast, pozostają obcy w swoim kraju. Polska to idea, cielesno-duchowa łączność ziemi, tożsamości, krwi i ludu – Rosja to tylko ziemia i ciągłość. Kraj, imperium i jego poddani, nieokreślonego ethnosu, beznarodowi, związanie jedynie luźnymi więzami cywilizacji, przez to karni, wrażliwi i inteligentni – lecz bierni i jednocześnie dzicy. Stąd, z tożsamości cywilizacyjnej luźniejszej niż narodowa z samej swej istoty, a do tego jeszcze pozbawionej innych cech niż ciągłość, wywodzi się wzniosła wielkość rosyjskiej literatury – z boleśniejszego przeżywania świata, czy będzie to bolesność Dostojewskiego, czy Wieniedikta Jerofiejewa. Stąd też wywodzi się ich barbarzyńska niewolniczość, objawiająca się nawet w tym, jak piją wódkę. Wbrew panującym w Polsce przesądom, nikt w Rosji nie pije na ulicy, nie afiszuje się z upojeniem – taka otwartość to dziedzictwo sarmatyzmu. W Rosji pijaków nie widać, w Rosji pije się skrycie, wśród zaufanych kompanów, nigdy publicznie. W pociągu relacji Moskwa – Irkuck tylko my wypijamy po osiem Baltik jedna po drugiej. Nawet zadziorny żołnierzyk-Kazach, który zdaje się nie rozumieć słowa „wypierdalaj”, wyrzuconego pijackim bełkotem, ale rozumie wspólne nam i Rosjanom „idź w chuj!” – nawet on jest prawie trzeźwy i nasza wyzywająca postawa względem jego zaczepek powoduje, że natychmiast trzeźwieje zupełnie, odpuszcza, odchodzi. Kazach – jeden z rabów tego kraju, państwa, Imperium.

15 marca.

A jednak.
Cokolwiek by się ze mną działo – nigdy nic mnie nie porusza z wyjątkiem być może obecności Muzykantowej.
W tym sensie nawiązuję do najlepszych tradycji.
Mój pradziad zwariował.
Dziadek przeżegnał drżącymi palcami wycelowane w niego lufy sowieckich karabinów.
Ojciec zachłysnął się 96-procentowym denaturatem.
A ja po dawnemu – Wieniedikt.
I na wieczność już takim pozostanę.

Wieniedikt Jerofiejew, „Zapiski psychopaty”

Szczepan Twardoch
Fronda nr 42

Wpisane w Fronda | 1 Komentarz Więcej »
Wyznania prowincjusza
Wpisane 01:59, 18 Styczeń 2007 przez Szczepan Twardoch

Jestem prowincjuszem, przynajmniej tak bardzo, jak bardzo Márai był patrycjuszem. W poszukiwaniu argumentów na potwierdzenie tej tezy przejechałem kawałek świata, byłem nawet w metropolii i niedaleko bieguna północnego; wszędzie tam, cały świat mówił mi: jesteś prowincjuszem.

Po pierwsze, jestem prowincjuszem, ponieważ jestem Europejczykiem. Europa jest prowincją, tak jak prowincją stał się świat grecki po bitwie na wzgórzach Kynoskefalaj – naszą Kynoskefalaj były lasy Ardenów, gdzie w śniegu klęską zakończyła się ostatnia ofensywa sił Zjednoczonej Europy. I tak jak z padającymi pod rzymskim mieczem, macedońskimi sarissoforoi upadł świat królestw hellenistycznych, tak kolejne PzKpfW VI Tiger, podpalane z powietrza przez amerykańskie myśliwce bombardujące, znaczyły upadek Europy jako skłóconej wewnętrznie (a czyż hellenistyczne królestwa nie walczyły ze sobą?), lecz niewątpliwie wiodącej siły w skali globu. Ciągnący przez cały XIX i XX wiek do Ameryki emigranci byli więc masowym Eneaszem, który, uciekając z Troi, założył Rzym. Prowincjonalizm Europy, do której przynależny czuję się nie ze względu na gwiazdki na tablicach rejestracyjnych naszych samochodów, lecz raczej przez przynależność do ongiś wielkiej, a dziś już martwej cywilizacji łacińskiej, jest więc pierwszym z moich prowincjonalizmów.

Czytaj dalej »

Wpisane w Opcje | 2 Komentarzy Więcej »
Michnikowszczyzna
Wpisane 16:50, 27 Grudzień 2006 przez Szczepan Twardoch

1. Przed Świętami spotkałem się z K., rozmawialiśmy, między innymi, o “Michnikowszczyźnie” Ziemkiewicza. K., z niejaką goryczą stwierdził, że on sam i każdy z intelektualistów jego pokolenia (K. jest mniej więcej w wieku Ziemkiewicza) powinien mieć do siebie pretensje, że nie napisał tej książki.
Ma sporo racji: niby wszyscy, myślący ludzie, niezależnie od poglądów (bo – na Boga! – Michnika nie trzeba krytykować z pozycji konserwatywnych, krytyka z pozycji liberalnych będzie równie uprawniona – Michnik gwałcił większość założeń klasycznego liberalizmu, z wolnością słowa na czele) wiedzieli o “michtrixie” i rozumieli jego zasady, jednak nikt nie pokusił się o całościowe ujęcie, syntezę, poprzedzoną mocnym studium materiałów źródłowych. Chwała Ziemkiewiczowi za to.

2. Kolega Fauconnier prosił mnie o jakąś polemikę z Ziemkiewiczem, wywołując mnie do tablicy ze względu na dobrze chyba rozpoznane różnice światopoglądowe, jakie dostrzega między RAZa publicystyką, a, toutes proportions gardées, moją. Mam z tym pewien problem, bo nie dostrzegam akurat powodów do takiej dyskusji w “Michnikowszczyźnie” – Ziemkiewicza analiza III RP jest raczej skupiona na przedmiocie, niż na poglądach autora, równie dobrze może przemawiać do konserwatysty, liberała czy socjalisty. Spróbuję więc najpierw tak trochę teoretycznie.
Czytaj dalej »

Wpisane w Inne | 4 Komentarzy Więcej »
  • Wstecz
  • Najnowsze wpisy

    • O McCarthym na polityka.pl
    • Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
    • Cytat na dziś XI – żadnych marzeń, panowie
    • Aksolotl narodów
    • Powieść o ludziach radzieckich
  • Najnowsze komentarze

    • Wachmistrz o O McCarthym na polityka.pl
    • Marcin Kotowski o O McCarthym na polityka.pl
    • Jakub o Aksolotl narodów
    • 63624 o O McCarthym na polityka.pl
    • Jakub o O McCarthym na polityka.pl
    • ms o O McCarthym na polityka.pl
    • Foxx o Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
    • Wachmistrz o Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (3)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (10)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (69)
    • Inne (147)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (15)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Marzec 2010
    P W Ś C P S N
    « lut    
    1234567
    891011121314
    15161718192021
    22232425262728
    293031  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
    By N2H
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O “Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    2 513 komentarzy będących spamem
    odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.